Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

PÓŁMISEK

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Więzienie
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
MOGLI




Dołączył: 09 Sie 2006
Posty: 205
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Czw 0:28, 10 Sie 2006    Temat postu: PÓŁMISEK

Autor: Konrad T. Lewandowski
Tytul: PÓŁMISEK

Z "NF" 1/96

+komentarz warsztatowy

Metafizyką zainteresowałem się na pierwszym roku
Politechniki. Ówczesne próby zrozumienia "o co biega" mogę
porównać do poczynań muchy usiłującej przelecieć przez
szybę. Po kwartale walki z trzydziestoma pierwszymi stronami
"Elementarza metafizyki" M. Gogacza dałem spokój. Zostało mi
z tego okresu podejrzenie, że metafizyka jest dla filozofii
tym, czym matematyka dla fizyki.
Problem powrócił kilka lat później, kiedy po druku
"Alternatyw ewolucji" rozważałem ogólne, filozoficzne
podstawy własnej propozycji. Obmyśliłem wtedy idącą nieco
dalej "teorię alternatywności". A po roku, przy okazji pracy
nad "Archetypem i schizofrenią" drążąc temat pod kątem
zastosowania go w SF, otarłem się o pojęcie "bytu
potencjalnego". Skierowało mnie to powtórnie na teren
metafizyki.
Tym razem byłem sprytniejszy. Zacząłem lekturę Gogacza od
słowniczka na końcu książki. Znajomi studenci ATK nie
potrafili mi pomóc, gdyż - jak twierdzili - uczą się
metafizyki metodą wkuwania na pamięć całych rozdziałów.
Po dwóch miesiącach błądzenia po hasłach i odsyłaczach
otrzaskałem się z terminologią. Trafiłem wtedy na hasło
"inteligibilność" - było to coś, czego potrzebowałem. Reszta
pozostawała kwestią pomysłu i doczytania odpowiednio dużych
połaci tekstu. Na przykład spędziłem cały dzień zamknięty w
pokoju ucząc się typów relacji.
Tak przygotowany byłem gotów do rozmowy z fachowcem,
wprosiłem się więc do Piotra Zakrzewskiego, felietonisty
"Ładu". Dzięki niemu w wyniku trzygodzinnej dyskusji moje
luźne pomysły skleiły się w w miarę spójną myślową
konstrukcję. Pozostawało skroić na ten rozmiar odpowiednią
fabułę. Znając zaś sympatię Czytelników do postaci Radosława
Tomaszewskiego, nakłoniłem go do zajęcia się sprawą.
Metafizykę uważam za naukę ważną i literacko inspirującą,
która jednak z powodu braku popularyzacji popadła przez
wieki w zbędne hermetyzmy. Mam nadzieję, że przedstawiony w
"Półmisku" model (kształtki i farba) wyda się Państwu
wyrazisty i spójny, wiem, że jest uproszczony. Pominąłem, na
przykład, problem duszy, który miałby w opowiadaniu
niewielkie zastosowanie. Jestem pewien, że zmodernizowana,
żywa metafizyka przydałaby się bardzo współczesnej fizyce,
matematyce i filozofii, które z roku na rok coraz dotkliwiej
odczuwają narastający problem granic racjonalności.
KTL


Książkę tę stanowi ukazywanie powodów tego, czym byt
jest i że jest, zarazem wszystkiego, co podstawowe i
wyjściowe w uprawianiu metafizyki.
Mieczysław Gogacz, "Elementarz metafizyki",
Warszawa ATK 1987

I nadszedł Wodnik. A przybywszy wziął Ryby za pysk
i zaprowadził porządek w stawie.
Proroctwo Przewodasa


PÓŁMISEK

Wpadłem z rumorem do redakcji "Obleśnych Nowinek".
- Słuchajcie! - wrzasnąłem. - Ale bomba! Byłem u
McDonalda!
Zbyt dobry miałem nastrój, by mogły mi go zepsuć znaczące
postukiwania w czoło i żurnalistyczne zblazowane miny.
- Dotąd omijałem toto jak zarazę, ale wczoraj wieczorem
głód mnie przycisnął - trajkotałem w natchnieniu. - Nie
miałem wyjścia, bo inne budy były zamknięte. Wziąłem Big
Maca, a to miętkie syfiliszcze rozłazi mi się w gębie, zanim
zdążyłem je ugryźć. Idealne żarcie dla kogoś, kto zostawił w
domu sztuczną szczękę. Można szamać gołymi dziąsłami. Olśniło
mnie!
Patrzyli i słuchali. Chyba jednak ich zainteresowałem.
- Nie kapujecie? Jakie zwierzęta nie mają zębów?... -
cisza oczywiście. - Minogi! Gromada krągłouste. "Cafe pod
Minogą"! McDonald to papu dla krągłoustych! Że też Wiech
tego nie dożył... Dopuśćcie mnie do komputera, to zaraz
dziabnę paszkwila! Może prędzej ich zamkną...
- McDonald zamówił u nas dwie kolumny reklam - oznajmiła
grobowym głosem Elka, sekretarz redakcji.
Nie ma to jak kubeł zimnej wody na wenę twórczą.
- Jak to?
- Guru Ciachorowski cofnął klątwę, bo zarząd McDonalda
zobowiązał się zastąpić mielone mięso serem sojowym -
wyjaśniła.
Jak przystało na rasowego mięsożercę, na samą wzmiankę o
wegetariańskiej diecie zrobiło mi się niedobrze.
- Z dodatkiem torfu? - spytałem, wspominając analogiczny,
niemiecki precedens.
- Nie, u nas będą dodawać szczyptę złotorostu ściennego.
To taki porost. Guru nalegał na akcent narodowy w menu.
- Więc o czym mam napisać? - usiadłem i z wysiłkiem
ułożyłem rysy w maskę pt. "Oblicze zimnego profesjonalisty".
- Zrobisz wywiad z Błyszko-Sażyńskim.
- Ze specem od talizmanów? Przecież to Rychu miał nagrać
faceta w zeszłym tygodniu?
- Spławił mnie - odezwał się Rychu ze swego kąta. - Na
dodatek poszczuł czymś, co wyglądało jak skrzyżowanie kota z
nietoperzem...
- Rozumiem, Rychu, byłeś naprany.
- Ani trochę.
Wkurzyła mnie perspektywa poprawiania roboty po kopniętym
alkoholiku.
- Ale białe myszki widziałeś?
- Widziałem - odparł zimno Rychu. - Były w terrarium i
służyły za karmę dla tego niby-kota.
- Tomaszewski, to nie są jaja - pogodziła nas Elka. -
Naczelny zdecydował, że masz to sprawdzić. Właśnie ty.
- Dobra, dobra - westchnąłem i odwróciłem się do Rycha. -
Za co właściwie podpadłeś Sażyńskiemu?
- To było zaraz na wstępie. Zapytał mnie, czy relacja
jest bytem. Nie miałem pojęcia, o co mu chodzi.
- Dowiedziałam się - wtrąciła Elka - że Sażyński ma głupi
zwyczaj przepytywania gości z metafizyki. Dlatego jeszcze
nikomu nie udało się przeprowadzić z nim wywiadu.
- Trzeba było odpowiedzieć, że to problem dyskusyjny, ale
większość metafizyków twierdzi, że relacja jest bytem
niesamodzielnym - odparłem. - A ty co mu powiedziałeś?
- No... - Rychu się zmieszał. - Chciałem obrócić to w
żart, więc palnąłem, że nie ma bytu bez odbytu...
- Nic dziwnego, że się wściekł. I serio, nikt dotąd nie
pociągnął gościa za język?
- Nikt. Przegonił nawet panienkę z "Twojego Chujoskopu",
która miała przeprowadzić z nim wywiad we wszystkich
pozycjach...
- Może jest "spójny erotycznie"?
- Niekoniecznie, w młodości utrzymywał niezły harem.
To zmieniało postać rzeczy. Nie cierpię odwalania
wypracowań na zamówienie, ale tu miałem przed sobą niezłe
wyzwanie.
- Biorę - oznajmiłem i w ten sposób kilka dni później w
moim życiu pojawił się Półmisek.

Błyszko-Sażyński, na chrzcie dali mu Jerzy Maria
Eustachy, mieszkał na Saskiej Kępie w uroczym, willowym
zakątku dzielnicy ograniczonym ulicami Francuską, Wałem
Międzeszyńskim i zjazdem z Mostu Poniatowskiego. W
tamtejszych poplątanych, czasem krętych uliczkach można się
zakochać od pierwszego wejrzenia. Uwielbiam kręte ulice,
uważam, że mają osobowość w przeciwieństwie do tych
poprowadzonych pod linijkę i przecinających się pod kątami
obrzydliwie prostymi. Kiedy widzę zakręcający miękko zaułek,
z mojej duszy odpada cyniczna skorupa i pozostaje czysty
zachwyt.
Sażyński miał dom przy Berezyńskiej, lecz nie dane mi
było zażyć rozkoszy spaceru. Zdążyłem wysiąść z tramwaju
przy Rondzie Waszyngtona i wyjść z przejścia podziemnego,
gdy z Francuskiej wymaszerowała bojówka Gwoździ, czyli Grono
Wyższej Świadomości. Ubrani w zielone koszule, z głowami
wygolonymi na pałę i pomalowanymi na zielono, zawodzili
mantry wymachując do taktu kijami baseballowymi. Na nogach
mieli superekologiczne sandały typu glan. Określenie
"gwoździe" było początkowo obelżywym skrótowcem, ale kiedy
guru Ciachorowski Swami, zwany przez niewiernych Obciachu
Świru, rzekł: "Mądrej głowie dość po słowie, głupiej trzeba
gwoździem", nazwa przyjęła się.
Dla świętego spokoju, by nie wchodzić im w drogę,
przystanąłem przy kiosku "Ruchu" i zacząłem oglądać gazety.
Na samym wierzchu "Wyborcza" epatowała zielonym
prostokącikiem obok słowa "gazeta". Pod nagłówkiem czernił
się kobylasty tytuł oznajmiający wydanie wyroku w najnowszym
procesie pokazowym. Trzech chłopaków rozpaliło nad rzeką
ognisko i piekło nad nim złowione ryby. Prokurator posunął
ich z trzech paragrafów; zwierzobójstwo, rabunkowe zużycie
tlenu i pogłębianie efektu cieplarnianego. Dostali po dwa
lata bez zawieszenia. Cholera, trzy lata temu coś takiego
mogłoby pójść tylko w "Obleśnych Nowinkach", a i to
wyłącznie w prima aprilis...
- Szyneczka, baleronik, świeżutki schabowy - usłyszałem
nagle ochrypły szept. Obok stał nieogolony facet, gapiąc się
gdzieś ponad moim ramieniem. - Tu, bliziutko, za rogiem -
dodał. - W piwnicy u szwagra...
- Nie, dziękuję, mam własnych dostawców - odparłem
półgłosem i natychmiast przekląłem swój długi ozór. Jeśli to
był kapuś, miał mnie na widelcu!
W tym momencie z Finlandzkiej wymaszerowała na nas
kolejna grupa Gwoździ. Stężałem. Skąd ich aż tylu!
Wędliniarz jakby rozpłynął się w powietrzu. Kiedy Gwoździe
minęły obojętnie kiosk, poczułem między brwiami kropelkę
potu.
Nim dotarłem do willi Sażyńskiego, ochłonąłem trochę, i
dobrze, bo gospodarz wybitnie nie był w nastroju do
przyjmowania dziennikarzy.
- Czy może mi pan powiedzieć, co to jest inteligibilność?
- wygarnął z biodra ledwie zdążyłem się przedstawić.
Intencja pytania była oczywista, ale w jego głosie wyczułem
coś jeszcze. To coś przywiodło mi na myśl kapitana Klossa
mówiącego: "Najlepsze kasztany są na placu Pigalle"...
- "Zuzanna lubi je tylko jesienią" - wyrąbałem bez
namysłu, a gdy Sażyński rozdziawił usta, zacząłem recytować:
- Inteligibilność, czyli poznawalność to akt istnienia w
bycie, poprzez przejaw otwartości czyniący ten byt
udostępniającym się przez spotkanie i poznanie.
Zaniemówił, lecz tylko na chwilę.
- Widzę, że szybko się pan uczy - uśmiechnął się lekko i
przygładził krótkie, siwe włosy. - Pańskiego kolegę
wyrzuciłem zaledwie tydzień temu.
- Gdzie tam szybko! - wyluzowałem się. - Kiedy wziąłem do
ręki pierwszy podręcznik metafizyki, musiałem przez dwa
miesiące studiować słownik terminów, zanim ze zrozumieniem
przeczytałem spis treści.
- Interesuje się pan metafizyką prywatnie? - spojrzał
badawczo.
- Owszem, i paroma innymi rzeczami.
- Niewiarygodne.
Sprawiał wrażenie człowieka, który nie wierzy własnemu
szczęściu, dlatego ostro wziąłem się do roboty.
- Dlaczego pyta pan wszystkich o metafizykę?
- Bo nie mam przyjemności rozmawiać z durniem, który nie
zna podstawowych terminów.
- To takie ważne?
- Proszę za mną!
Weszliśmy do salonu. Z antresoli sfrunęło wielkie
ptaszysko i z łoskotem wylądowało na stole. Zdębiałem. To
nie był ptak, lecz nietoperzo-kot, o którym mówił Rychu.
Czyżbym też miał delirium? Sażyński podszedł do stojącego w
rogu akwarium, wyjął stamtąd za ogon białą myszkę i rzucił
ją na dywan. Stwór błyskawicznie furgnął ze stołu i pożarł
zdobycz trzema kłapnięciami paszczy. Potem podszedł do mnie
na tylnych łapach i zaczął się łasić.
- Proszę mu się dobrze przyjrzeć - polecił gospodarz.
Przyklękłem i dotknąłem zwierzaka. Z całą pewnością nie
był to wybryk natury ani chirurgiczna składanka typu
Frankenstein. Istota ta miała zbyt harmonijną budowę, by
mogła wchodzić w grę któraś z tych możliwości. Idealnie
proporcjonalne, pokryte delikatną, aksamitną sierścią
skórzaste skrzydła łączyły się z odpowiednio
przekształconymi przednimi łapami. Budowa tylnych kończyn
była typowa dla istoty dwunożnej. Do tego dochodziły chwytne
zakończenia skrzydeł oraz ogon uwieńczony wachlarzem lotek
powstałych ze zmienionej morfologicznie sierści.
Nawet nie próbowałem kryć zdumienia.
- Co to jest?
- Pochodzi z przyszłości, z okresu gdy po wymarciu
człowieka i większości gatunków kręgowców nastąpiła radiacja
adaptatywna szczurów i kotów.
- Więc co to zwierzę robi w pańskim domu?
- Tędy proszę - wskazał kierunek.
Zostawiłem nietoperzo-kota i przeszliśmy do niewielkiego
pokoju. Na stole zasłanym białym obrusem leżał owalny
przedmiot kształtem i wielkością przypominający półmisek do
wędlin albo raczej tackę, bo był całkiem płaski, miał może
centymetr grubości. Na drugi rzut oka rzecz okazała się
mozaiką czerwono-czarnych-żółto-niebieskich fragmentów
połączonych techniką witrażową. Nieregularne kawałki
nieprzeźroczystego materiału układały się w barwny,
abstrakcyjny obraz wywołujący nieokreśloną irytację.
- Proszę to przekręcić na drugą stronę - powiedział
Sażyński.
Dotknąłem Półmiska i w tym momencie wysiadła mi
synchronizacja zmysłów. Wzrok mówił, że patrzę na płaski
witraż, a dotyk, że macam elipsoidalną bryłę o kształcie i
wymiarach piłki do amerykańskiego futbolu... Mimo to
spróbowałem wykonać polecenie gospodarza i w następnej
chwili stanąłem na progu szaleństwa. Bryła obróciła się w
moich rękach o jakieś ćwierć obrotu, ale to, na co
patrzyłem, nadal pozostało tak samo płaskie i nie zwęziło
się ani trochę. A powinno być teraz wąziutkim prostokątem!
Zrozumiałem, że tego przedmiotu nie dotyczą reguły
rzutowania bryły na płaszczyznę i zrobiło mi się zimno. Mój
przyzwyczajony do geometrii euklidesowej rozum zbuntował się
przeciw doznaniom zmysłów. Cofnąłem się od stołu,
machinalnie wycierając dłonie o spodnie.
- To fragment płata czterowymiarowej płaszczyzny -
oznajmił Sażyński. - Proszę usiąść.
Z ulgą zwaliłem się na fotel pod ścianą unikając
patrzenia na Półmisek. Gospodarz zajął miejsce naprzeciwko.
- Co to jest? - wychrypiałem.
- Z punktu widzenia metafizyki tę rzecz można nazwać
inteligibilizatorem, parapsycholog określiłby ją jako
nadtalizman, zaś fizyk użyłby nazwy strukturator
prawdopodobieństwa. Pan niech zapamięta, że jest to
urządzenie działające według praw metafizyki.
Pomyślałem o grasującym w salonie stworze i zrezygnowałem
z zadania następnego pytania. Sażyński popadł w zadumę.
- Jak pan wie - rzekł po chwili - zajmuję się zawodowo
wyrobem talizmanów na zamówienie. Siłą rzeczy więc zawsze
interesowało mnie to, jak sprawić, by moje wyroby były
możliwie najskuteczniejsze. Badałem zatem talizmany słynące
z wielkiej mocy, wertowałem stare księgi i
eksperymentowałem. Stwierdziłem, że przedmioty zwane
talizmanami to w większości bezwartościowe błyskotki, inne
niestarannie wykonane działają bardzo słabo, ale zdarzają
się też, choć rzadko, niezwykle efektywne. Oczywiście, ja
chciałem wyrabiać tylko te najsilniejsze. Trzydzieści lat
temu odkryłem, że naprawdę skuteczne talizmany są
fragmentami jednej całości - wskazał na Półmisek. - Pół roku
temu udało mi się odnaleźć ostatni kawałek i połączyć je
razem.
Dotknąłem już dwu dowodów rzeczowych, lecz nadal
odczuwałem ochotę, by uznać jego opowieść za stek bzdur.
Tymczasem Sażyński mówił dalej:
- Działanie talizmanów, czyli przedmiotów sprawiających,
że egzystencja ich właściciela biegnie wzdłuż łańcucha
szczęśliwych przypadków, można wytłumaczyć za pomocą teorii
metafizycznego wszechświata, którą roboczo nazwałem "teorią
kształtek". O tym jednak pomówimy innym razem. Teraz
chciałbym zaproponować, by został pan użytkownikiem tego oto
inteligibilizatora.
- Dlaczego? - spojrzałem na Półmisek z obawą.
- Bo inaczej nigdy mi pan nie uwierzy.
- Panu zdaje się nie chodzi o wywiad w "Obleśnych
Nowinkach"? - zmobilizowałem cały swój nadwerężony już nieco
spryt.
- Nie.
- A o co?
- Nie dowie się pan, dopóki nie wypróbuje pan
inteligibilizatora.
Trafił w czuły punkt. Wiedziałem, że moja ciekawość w
końcu mnie zgubi.
- Zgoda - oznajmiłem z rezygnacją.
W dłoni Sażyńskiego pojawiła się igła i flakonik
spirytusu salicylowego.
- Proszę podejść do stołu i podać mi dłoń - polecił.
- Co pan chce zrobić?
- Potrzebuję kropli pańskiej krwi.
Nie wiedziałem, mam się roześmiać czy zdenerwować?
- Czy to będzie cyrograf?
Sażyński uśmiechnął się pobłażliwie.
- A co pan myślał? - zadrwił. - Że opowieści o
cyrografach to bajkowe wymysły? Inteligibilizatory już nie
raz pojawiały się w historii ludzkości. Prawdą jest, że krew
łączy je z użytkownikiem, natomiast całe gadanie o pakcie z
diabłem to bzdura wymyślona przez niewtajemniczonych.
Przezwyciężając wewnętrzny opór podałem mu rękę. Ukłuł
mnie i po chwili na wskazującym palcu prawej ręki pojawiła
się kropla krwi.
- Proszę dotknąć tym palcem inteligibilizatora i
wypowiedzieć głośno swoje imię - powiedział Sażyński.
Było mi trochę głupio, więc wybrałem czarno-czerwony
fragment Półmiska, na którym krew była najmniej widoczna.
- Radosław! - Dopiero teraz dostrzegłem, że na innym,
błękitnym kawałku mozaiki znajduje się drugi, zrudziały
odcisk palca, zapewne samego gospodarza.
- I co teraz? - spytałem.
- Inteligibilizatorem steruje się za pomocą aktów woli,
to jest wyrażania świadomych życzeń typu: chcę tego, chcę
tak. W ciągu nocy nastąpi nawiązanie trwałej Relacji, czyli
więzi przyczynowej pomiędzy panem a tym urządzeniem. Rano
proszę wyjść na spacer i trochę poeksperymentować. Kiedy się
pan ostatecznie przekona, proszę przyjść do mnie,
porozmawiamy. Teraz żegnam.

Następny poranek powitałem w błogim przeświadczeniu, że
wydarzenia poprzedniego dnia najprawdopodobniej mi się
przyśniły. Pogoda była piękna, na horyzoncie ani jednego
Gwoździa, w efekcie miałem ochotę śmiać się z samego siebie.
- Chcę dostać lody! - powiedziałem w przestrzeń i
wyobraziłem sobie minę Sażyńskiego.
- Hej, Radek! - dobiegło gdzieś z boku.
Na rogu Wolskiej i Zielonej Rewolucji stał wózek z
lodami, a nad nim w białym kitelku i białej czapeczce tkwił,
ni mniej ni więcej, tylko Jacuś we własnej osobie, który
tydzień temu rzucił robotę w "Obleśnych Nowinkach".
Podszedłem.
- Cześć! Dziś rano przydzielili mi ten rejon, stoję tu
już od godziny i tak czułem, że cię spotkam - gadając
nakładał lodowe kulki do waflowego kubeczka. - Masz! To na
koszt firmy.
- Dzięki... - wziąłem lody i polizałem. Były prawdziwe!
- Co, niedobre? - spytał Jacuś patrząc z troską na moją
minę.
- Nie... skąd... w porządku - wybełkotałem. - Wiesz...
mam pilnego... odezwę się...
Skołowany ruszyłem Wolską w kierunku Bema. Zdolność
logicznego myślenia odzyskałem pod wiaduktem kolejowym.
Skoro ten Półmisek jest taki mocny, to zobaczymy, co
potrafi! Pomyślałem o latającym kocie z przyszłości odległej
o kilkanaście milionów lat...
- Dobra - wycedziłem. - Chcę zobaczyć świat, w którym
dominującą formą życia są istoty chrzęstnoszkieletowe!
Podszedłem do Bema. Ulica była wybrukowana kocimi łbami,
a środkiem biegły tory tramwajowe. Pamiętałem ten widok z
czasów podstawówki, zanim wszystko zostało zalane asfaltem.
W tym momencie, dzwoniąc zawzięcie z Wolskiej w Bema skręcił
tramwaj linii 11. Wóz wyglądał jak wyjęty żywcem z filmu
archiwalnego. Zabytkowy wehikuł zatrzymał się na przystanku
odległym o kilkanaście kroków. Zdaje się, że na początek
cofnąłem się w czasie o jakieś osiemdziesiąt lat...
Podbiegłem i usiłując przypomnieć sobie fragment planu
przedwojennej Warszawy, wsiadłem do tramwaju. Konduktor nie
zwrócił na mnie uwagi.
Pętla, jak pamiętałem, znajdowała się przy wolskiej
Gazowni. Przecięliśmy Dworską, która trochę przypominała
współczesną mi ulicę Kasprzaka. Pętli jednak nie było! Tory
tramwajowe ciągnęły się wzdłuż Bema, hen w kierunku Ochoty.
Znaczy, musiano je przedłużyć. Mój przedwojenny plan był
więc zbyt stary, a jednocześnie wiedziałem, że po wojnie
zlikwidowano to odgałęzienie torów. Zatem tak wygląda
alternatywna historia...
Wysiadłem przy Gazowni i rozejrzałem się dookoła. Od razu
dostrzegłem uliczkę, której z całą pewnością nie było tutaj
ani w mojej rzeczywistości, ani na starym planie. Wszedłem
w nią. "Wschowska" - przeczytałem na pobliskiej tabliczce.
Co dom to inna architektura! Kiedy dotarłem do końca,
stanąłem na skraju pola, które chłop w płóciennym ubraniu
orał drewnianą sochą zaprzężoną w dwa woły. Aha,
średniowiecze! Niezupełnie... Teraz dostrzegłem, że
zwierzęta pociągowe to nie woły, lecz udomowione tury.
Na lewo znajdował się wylot cienistego wąwozu. Ruszyłem
tędy. Jar opadał łagodnie, aż przyjemnie było iść. Rośliny
na stokach wydały mi się jakieś inne. Zbyt słabo znam
botanikę, by określić, na czym to polegało. Potem stopniowo
zaczęło pojawiać się coraz więcej paproci. Były coraz
wyższe.
Wąwóz skończył się nagle jasną, oświetloną słońcem
polaną. Wokół wznosiły się drzewiaste skrzypy, paprocie oraz
psylofity o powykręcanych spiralnie gałęziach. Typowa
roślinność przełomu dewon-karbon. Teraz spostrzegłem
stworzenie warujące na środku polany i stwierdziłem, że
jestem na miejscu.
Od dawna byłem ciekaw, co spowodowało, iż na ląd wyszły
kręgowce kostnoszkieletowe, a nie chrzęstnoszkieletowi
przodkowie rekinów. Obie te formy istot żywych pojawiły się
w dziejach Ziemi równocześnie, a na dodatek ich pierwotnym
środowiskiem były wody słodkie, skąd na ląd bliżej niż z
głębi otwartego morza. Warunki startu miały więc identyczne.
Fakt, że chrząstka jest mniej wytrzymała od kości, ale to
oznacza tylko tyle, iż szkielety lądowych zwierząt
chrzęstnoszkieletowych powinny się składać z krótszych i
grubszych elementów. To sprawiłoby, że inny byłby kształt i
sposób poruszania się tych istot, lecz na pewno nie byłyby
one gorsze od swych krewniaków obdarzonych kośćmi z
fosforanu wapnia. Być może nawet odznaczałyby się większą
ewolucyjną plastycznością i stworzyłyby więcej różnorodnych
form morfologicznych. Jednak w naszej rzeczywistości
chrzęstnoszkieletowe nie wygrały losu na mutacyjnej
loterii...
Podszedłem bliżej. Zwierzę siedzące na środku polany
przypominało skrzyżowanie rekina z kaktusem i walcowatym
pojemnikiem na śmieci. Spostrzegłszy mnie, zwinęło się w
kulę i poturlało w moim kierunku z szybkością trzech
kilometrów na godzinę. Z pewnością w jego pojęciu była to
huraganowa szarża na zdobycz. Zrobiłem dwa kroki w bok i
patrzyłem, co będzie dalej. Trzeba przyznać, że bestia miała
świetne wyczucie odległości. Rozwinęła się i kłapnęła
trójkątnymi zębami dokładnie tam, gdzie przed chwilą stałem.
Była teraz tak blisko mnie, że mógłbym wyciągnąć rękę i
dotknąć jej. Dobrze, że tego nie zrobiłem! W tym momencie w
boku drapieżnika powstało głębokie, owalne wklęśnięcie
tworząc pozbawioną przełyku niby-paszczę, najeżoną
zębołuskami pokrywającymi całe jego ciało. (Trzeba wam
wiedzieć, że łuski rekinów i płaszczek mają taką samą budowę
anatomiczną jak zęby.) Ta dodatkowa paszcza służyła zapewne
do przytrzymania zbyt sprytnej zdobyczy. Ledwo zdążyłem
odskoczyć, zwłaszcza iż następna niby-paszcza powstała w
tylnej części ciała atakującego drapieżnika. Chybiwszy po
raz drugi, bestia sprężyła się jak ściśnięta sprężyna,
wyskoczyła w górę i po krzywej balistycznej zwaliła się
prosto na moją głowę. No, teraz to już wiałem ile sił w
nogach na drugi koniec polany!
Z opresji wybawiło mnie pojawienie się roślinożercy,
który wpełzł z lasu powalając po drodze jeden z psylofitów i
zwracając tym na siebie uwagę drapieżnika. Nowe zwierzę
przypominało wagon tramwajowy, którym jechała kompania
kosynierów. Szablaste kolce wyrastające z boków i grzbietu
roślinożercy przywodziły na myśl wystawione przez okna kosy
bojowe. Kaktusorekin porykując chrapliwie natychmiast
rozpoczął taniec wokół przybysza, usilnie szukając miejsca,
z którego mógłby coś wygryźć. Napadnięty bronił się z
godnością i flegmą, strosząc swoje kolce i nie przestając
ogryzać psylofita.
Obserwację pojedynku przerwało mi nagłe szturchnięcie w
prawą kostkę. Stworzenie podobne nieco do grzyba prawdziwka
opędzlowało mi już mankiet nogawki i właśnie zabierało się
do sznurowadła. Uznałem, że widziałem dosyć i pora wracać do
domu. Wszedłem w paprociowy gąszcz. Zrobiło się mroczno, a
za moment zupełnie ciemno. Jakbym oślepł... Nim jednak
zdążyłem się zaniepokoić, ujrzałem pod nogami wąski pasek
światła, prześwitującego przez szparę pomiędzy progiem a
drzwiami wyjściowymi. Byłem na mojej klatce schodowej. Za
mną sąsiad klnąc mocował się z zamkiem od windy, który jak
zwykle się zaciął. Wziąłem głęboki wdech i popatrzyłem po
sobie. Można by pomyśleć, że w ogóle nie wychodziłem na
ulicę, gdyby nie to, że w dłoni wciąż trzymałem waflowe
denko kubeczka od lodów, a prawa nogawka spodni znajdowała
się w stanie, hm, wskazującym na spożycie.
Nie czekając na objawy szoku pognałem na górę i wypiłem
dużo zimnej wody. Jeszcze więcej wylałem sobie na głowę.
Potem przebrałem się i pojechałem do Sażyńskiego.

Trzy kwadranse później na Finlandzkiej minąłem się z
Gronem Wyższej Świadomości. Ki diabeł? Całą drogę przez
śródmieście Warszawy nie zauważyłem nawet jednego Gwoździa,
a tu masz babo placek! Tak nawiasem mówiąc, zwykłych gwoździ
też w Śródmieściu uświadczyć się nie dało. Zniknęły ze
sklepów żelaznych po tym, gdy co poniektórzy wpadli na
pomysł, by nosić je wetknięte w klapy marynarek łebkami do
dołu. Obecnie gwoździe można było kupić tylko na peryferiach
za okazaniem świadectwa prawomyślności wydawanego przez
Ministerstwo Ochrony Środowiska.
W sumie nie było źle. W przeciwieństwie do przodujących
krajów Europy w Polsce uparcie nie chciał się przyjąć system
kastowy, którego pariasami byliby przedstawiciele branży
mięsnej i skórzanej. Niemcy obarczeni poczuciem winy za
zaszłości XX wieku bez trudu dali sobie wmówić, że "mięso to
faszyzm" i pozwolili zaprowadzić u siebie zielone porządki.
Z kolei Rosjanie po staremu trzymali się zasady, że wszelka
prawda pochodzi od władzy. Gdyby któregoś dnia rządy w Rosji
objęła partia ornitologów i ogłoszono ptasizm ideologią
narodową, to następnego poranka co najmniej 10 milionów
Rosjan zginęłoby skacząc z okien lub próbując wić gniazda na
wysokich drzewach. Zresztą trudno im się dziwić, przecież
przekręt z Rewolucją Zielonej Świadomości wydawał się
znacznie mniej absurdalny. Wszystko było tu proste i
logiczne. Im więcej szmalu przeznaczano na ochronę
środowiska, tym większa była władza facetów dysponujących tą
forsą. Im większa władza, tym więcej szmalu mogli sobie
zażyczyć. I tak w kółko. W chwili, gdy macherzy od budżetów
i polityki dogadali się z zielonymi czubkami (nie mylić z
kiełkami!) i pozwolili im przenieść się z trawników przed
gmachami rządowymi do gabinetów w tych gmachach, wydarzenia
potoczyły się jak śnieżna kula po stoku. Równowagę władzy
zmiotło w okamgnieniu, a my obudziliśmy się w Europie,
której flaga zamiast gwiazdek miała czterolistne koniczynki.
Kościół zaś dowiedział się, że jest organizacją
kanibalistyczną. Jak się zmiesza ideologię z gotówką
(mniejsza o ideologię, byle gotówki było dużo), to skutek
może być tylko jeden. I był.
Ale w Polsce jakoś nie do końca. Coś u nas musi być w
glebie albo w powietrzu, że każda gorąca idea, która
dostanie się między Bałtyk a Karpaty, od razu stygnie i
zamienia się w chropowatą skorupkę, pod którą kwitnie bez
zmian radosne, odwieczne bezhołowie. Mnie tam wcale nie
przeszkadzało, że w Polsce nawet porządnego totalitaryzmu
zbudować nie można, ale guru Ciachorowski cierpiał z tego
powodu ogromnie. Ciągle musiał się tłumaczyć za rodaków i
świecić oczami na kolejnych Europejskich Kongresach
Nadświadomości. Wracał z tych imprez bardzo sfrustrowany i
potem prosił, zaklinał, straszył Gwoździami, napominał, a
ostatnio nawet oznajmił, że celem poprawienia gorliwości
Polaków doprowadzi do bezpośredniej, boskiej interwencji.

Sażyński, ludzkie panisko, czekał na mnie z zimnym piwem.
Niedługo potem przeszliśmy na "ty". Siedzieliśmy w pokoju z
Półmiskiem. Ja zreferowałem rezultaty moich porannych
eksperymentów, a następnie zaczął mówić gospodarz:
- Jak wiesz, metafizyka zajmuje się rozpoznawaniem, czyli
identyfikacją bytów i określaniem zależności między nimi.
Byty mogą być zarówno fizyczne, jak i niematerialne. Bytem
jest przedmiot, istota żywa, prawo natury, wyrok sądowy,
wydarzenie, idea czy pojęcie filozoficzne. Fizyka zajmuje
się tylko niektórymi kategoriami bytów, metafizyka
wszystkimi.
Pokiwałem głową.
- Dobrze! - Sażyński podniósł głos. - A teraz odstaw to
piwo i posłuchaj uważnie! Wyobraź sobie, że pokój, w którym
się znalazłeś, jest wypełniony bryłkami szkła. Kulkami,
sześcianami, ostrosłupami, prostopadłościanami i bryłami
nieregularnymi. Od podłogi po sufit! Te szklane kształtki są
wielkości, powiedzmy, orzecha, przeźroczyste i bezbarwne.
- Uhm... - mruknąłem.
- A teraz od góry wylewamy na to kubeł czerwonej farby.
Co się dzieje?
- Farba ścieka w dół zabarwiając po drodze napotkane
bryłki szkła - odpowiedziałem. - Powstaje poruszający się i
rozprzestrzeniający obszar czerwieni. Taka wędrująca plama.
- Ta farba nigdy nie wysycha - rzekł Sażyński. - Wciąż
ścieka z jednych szklanych kształtek i przemieszcza się na
inne. Te bryłki szkła i płynąca wśród nich porcja czerwonej
farby tworzą model metafizycznego wszechświata. Farba to
poznawalność, a szklane kształtki to byty potencjalne.
Zabarwiona bryłka szkła oznacza byt rzeczywisty, czyli byt
udostępniający się naszym zmysłom. Tak więc obszar bytów
potencjalnych naznaczonych poznawalnością, ta wędrująca
plama, to obszar naszej rzeczywistości. Przykładem bytu
potencjalnego jest jeszcze nie napisana książka, która
wszakże istnieje jako statystycznie możliwa kombinacja słów
lub nie narodzone dziecko. Trzeba przedsięwziąć pewne
działania, by nadać tym bytom poznawalność, czyli uczynić je
realnymi, albo - jak mówią metafizycy - zaktualizować.
- Rozumiem - odparłem. - Ruch tego zabarwionego obszaru
zależy w pewnym stopniu od naszych decyzji, częściowo jest
przypadkowy, a ogólnie podlega globalnym zjawiskom
kulturowym i socjologicznym.
- Właśnie! - przytaknął Sażyński. - To, czy jesteśmy
bierni, czy aktywni, powoduje, że aktualizują się te lub
inne byty i w ten sposób kształtujemy naszą rzeczywistość. A
z drugiej strony zostawiamy za sobą fakty historyczne, które
stopniowo tracą poznawalność, wiemy o nich coraz mniej,
przechodzą w fakty archeologiczne zawierające tylko ślady
poznawalności, aż w końcu ponownie stają się bytami
potencjalnymi.
- Nieźle - stwierdziłem - ale co to ma wspólnego z tym
tutaj - wskazałem na Półmisek.
- Właśnie miałem mówić - zapewnił. - Powiedz mi, jak
twoim zdaniem farba przepływa z bryłki na bryłkę?
- Przez miejsce, w którym te bryłki się ze sobą stykają -
wzruszyłem ramionami. - To raczej oczywiste.
- Dobrze. W przestrzeni wypełnionej takimi bryłkami można
zatem wyróżnić całe łańcuchy bryłek stykających się kolejno
ze sobą. Te łańcuchy kształtek to ciągi przyczynowo-
skutkowe, wzdłuż których przepływa poznawalność.
Inteligibilizator powoduje...
- Nazwijmy go może Półmisek - wtrąciłem. - Będzie
prościej.
Sażyński zerknął na stół i uśmiechnął się lekko.
- Niech będzie Półmisek - przytaknął - zatem powoduje on,
że przepływ poznawalności odbywa się zgodnie z twoim
życzeniem; w przód, w tył lub w bok od głównego obszaru
rzeczywistości. Ty subiektywnie odbierasz to zjawisko jako
podróż w przyszłość, przeszłość albo do świata
alternatywnego. Jak sam stwierdziłeś, możliwa jest też
dowolna kombinacja tych kierunków. Za sprawą Półmiska
aktualizują się nieznane dotąd, potencjalne ciągi
przyczynowo-skutkowe. W naszym modelu zabarwiają się wtedy
nowe łańcuchy kształtek...
- Zgoda... Ale jak to się dzieje, że Półmisek steruje
przepływem poznawalności?
- A diabli wiedzą! - odparł Sażyński i sięgnął po swoje
piwo.
Skurwiel, jeśli nie wiedział, to przynajmniej musiał
przeczuwać, jak blisko był prawdy!

Przez cały wieczór po wizycie u Sażyńskiego oddawałem się
niezmąconemu dolce vita. Wraz z przypadającą na mnie porcją
poznawalności hycnąłem do obszaru potencjalnego, w którym
moi przodkowie poczynali sobie z taką przedsiębiorczością,
że Imperium Otomańskie istniało nadal, a ja byłem sułtanem.
Ma się rozumieć, pocwałowałem od razu do haremu i na
początek przeleciałem skośnooką Mulatkę. Sażyński ostrzegał
mnie wprawdzie, iż za tego typu figle płaci się
nieodwracalną utratą części poznawalności, a w skrajnym
przypadku można się nawet zdezaktualizować, uznałem jednak,
że jeden raz nie zaszkodzi. No, może trzy razy.
Rano wpadłem na obchody 1000-lecia Monarchii
Piastowskiej, przypadające w dziesiątą rocznicę koronacji
Władysława XVIII, zwanego Czubatką. Ech, fajny był jubel!
Później zabawiałem się takimi drobiazgami jak zielone
światła zapalające się akurat wtedy, gdy przechodziłem przez
ulicę, czy podjeżdżające natychmiast na przystanki
tramwaje i autobusy o odpowiednich numerach. Krótko
mówiąc: odmóżdżyło mnie zupełnie! Nie powstał mi we łbie
nawet cień podejrzliwości, póki po raz trzeci nie wybrałem
się do Sażyńskiego.
Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem, był olbrzymi, fioletowy
siniak wokół lewego oka gospodarza.
- Zabrali Półmisek - wychrypiał.
- Kto? - to było zbyt niewiarygodne, bym się nie zdumiał.
- Ludzie Ciachorowskiego...
- Gwoździe? Jakim cudem?!
- Miałem ucznia...
Moja uśpiona inteligencja obudziła się i po dwudniowym
przestoju ze zdwojoną energią przystąpiła do działania.
- Do czego miałem ci być potrzebny?! - warknąłem
ogarnięty nagłym wybuchem gniewu i strachu. - Gadaj,
skurczybyku!
- Musimy porozmawiać - wskazał drogę w głąb willi.
- Ja myślę!
W salonie nie było już latającego kota, za to ktoś rozbił
terrarium z białymi myszkami, które rozlazły się po całym
pokoju. Na ten widok dostałem ataku histerycznego śmiechu.
- Może waleriany? - jak na kogoś ze świeżo podbitym okiem
Sażyński był zadziwiająco rzeczowy.
W odpowiedzi wstrząsnął mną nowy paroksyzm.
- Wódka będzie lepsza - skwitował gospodarz. - Ja też się
napiję.
W pomieszczeniu, w którym dotąd znajdował się Półmisek,
nie było żadnych szkód. Tylko obrus leżał skotłowany na
podłodze.
- Co z tym uczniem? - spytałem waląc się na fotel i
ocierając łzy.
- Pomagał mi składać Półmisek, a potem, kiedy poznał jego
własności, poszedł z tym do Ciachorowskiego. Chciał zrobić
karierę...
- Więc te szwendające się tutaj Gwoździe... -
skojarzyłem. - To o ciebie im chodziło? O Półmisek?
- Tak. Aż do dziś udawało mi się tak zmieniać układ ulic,
że w żaden sposób nie mogli tu trafić.
- A dziś?
- Rano przyszedł Mietek, mój uczeń. Powiedział, że
zrozumiał, że Ciachorowski to szaleniec i nie chce mieć nic
wspólnego z tymi ludźmi. Mówił jeszcze dużo przekonywających
rzeczy.
- I ty mu uwierzyłeś? - wpadłem w słowo. - Sentymentalny
jesteś...
- A jestem - przyznał z rezygnacją. - Traktowałem go jak
syna. Chciałem nawet przepisać warsztat... - machnął ręką. -
Dość powiedzieć, że kiedy zostawiłem go na chwilę samego,
przyszedł tutaj i starł z Półmiska mój odcisk palca. Wtedy
straciłem Relację, a za moment wpadły Gwoździe. Reszty
możesz domyślić się sam.
- Nie mogłeś tego przewidzieć? - zapytałem podchwytliwie.
- Nie można odróżnić przyszłości alternatywnej od
rzeczywistej - odparł. - Zobaczyłbym każdy rodzaj
przyszłości, który chciałbym zobaczyć, ale nie byłoby
żadnego wskazania... - urwał nagle.
Cała ta sprawa zaczynała śmierdzieć. Był to jedyny w
swoim rodzaju smród metafizyczny.
- Chwileczkę - odezwałem się. - Po co właściwie
Ciachorowskiemu Półmisek? Ja rozumiem, że to miły gadżet,
ale Naczelny Guru Rzeczypospolitej to nie naukowiec ani
jakiś cholerny hedonista! Ciachorowski to charyzmatyczny
fanatyk, który wierzy w to, co mówi. Więc dlaczego tak mu
zależy?
- Półmisek ma jeszcze inne własności, o których ci nie
powiedziałem - oznajmił Sażyński.
Z trudem powstrzymałem się, by nie podbić mu drugiego
oka.
- Jakie?! - warknąłem.
- Są dwa rodzaje poznawalności...
Jasna cholera! Gdzie ja miałem mózg?! Przecież cała
metafizyka opiera się właśnie na tym, że zmysły nie są
jedynymi władzami poznawczymi człowieka! Teraz wypadało mi
zamknąć się i słuchać.
- Zacznijmy od tego - mówił Sażyński - że ten nasz model
metafizycznego wszechświata ze szklanymi kształtkami i farbą
nie jest modelem trójwymiarowym. W przestrzeni
trójwymiarowej jedna bryła nie może się stykać z więcej niż
kilkunastoma innymi bryłami podobnej wielkości. Natomiast w
przestrzeni metafizycznej są byty, które stykają się z
setkami, tysiącami i milionami innych bytów na raz. Są też
takie, które stykają się ze wszystkimi...
- Czy określenie "stykać się" oznacza relację?
Rzeczywistą lub potencjalną? - spytałem grzecznie.
- Tak. A wracając do rzeczy; w przestrzeni metafizycznej
można wyróżnić dwa typy struktur. Pierwsza to układ liniowy,
czyli łańcuchy przyczynowo-skutkowe, o których już mówiłem.
- A druga struktura - dokończyłem za Sażyńskiego - to
układ genetyczny, czyli taki, w którym następuje
przekazywanie istnienia. Pewne byty, niezależnie od tego,
czy są poznawalne, czy nie, pochodzą jedne od drugich. W
naszym modelu z bryłkami szkła wyglądałoby to jak łańcuchy
kolejnych wypączkowań, coś jak rozmnażające się drożdże...
- Właśnie! - ucieszył się. - Byt, który wypuszcza ten
niby pączek, jest przyczyną zewnętrzną bytu, który jest owym
"pączkiem". Na przykład można powiedzieć, że Bóg jest
przyczyną zewnętrzną Ewolucji, Ewolucja człowieka, a
człowiek dzieła sztuki. Zatem - odchrząknął - obie
struktury, liniowa i genetyczna, współistnieją jednocześnie,
z tym, że farba w naszym modelu, czyli poznawalność
pierwszego rodzaju rozpływa się tylko i wyłącznie wzdłuż
struktur liniowych. Byty stojące w hierarchii genetycznej
powyżej pewnego poziomu są przez ową farbę niezwilżalne.
- Dlatego nie możemy poznać osobiście Boga - wtrąciłem.
- Tak - zgodził się Sażyński i nie wiedzieć czemu zrobił
głupią minę. - Ale jest jeszcze poznawalność drugiego
rodzaju - dodał szybko. - Każdy z nas dysponuje pewną jej
ilością. Jej przejawy to wyobraźnia, intuicja czy sumienie.
Zauważ, że byt potencjalny możesz sobie wyobrazić, czyli
poznać go abstrakcyjnie, zanim po włożeniu pewnej pracy
uczynisz go bytem rzeczywistym, który możesz poznawać
zmysłami.
Tylko kiwałem głową przeklinając się w duchu, że sam
wcześniej na to nie wpadłem.
- Otóż Półmisek może, jeśli zechcesz, zwiększyć dostępną
ci ilość poznawalności drugiego rodzaju. Możesz stać się
jasnowidzem lub medium, dostrzegać byty, a raczej istoty
wyższe w hierarchii genetycznej.
Słuchałem oniemiały. Zaczynałem chyba rozumieć...
- Możesz też - kontynuował Sażyński - na pierwszy rzut
oka zdobywać pewną wiedzę o przedmiotach. Jeśli, na
przykład, użyjesz poznawalności drugiego rodzaju, by poznać
kamień, to po jednym spojrzeniu będziesz już znał jego skład
chemiczny, wagę, objętość, strukturę krystalograficzną i tak
dalej, aż do położenia każdej cząstki elementarnej i pola
sił. Osobiście jednak odradzam ci taki eksperyment. Masz
wrażenie, jakbyś dostał potężnego kopniaka w czoło...
- Dobra, dobra! - machnąłem ręką. - Czy z pomocą
poznawalności drugiego rodzaju można poznać Boga? Czy o to
chodzi Ciachorowskiemu?
- Niezupełnie - Sażyński spoważniał i zamyślił się. -
Półmisek na twoje życzenie transformuje poznawalność
pierwszego rodzaju w drugi, ale nawet gdybyś zażądał
przetworzenia całej dostępnej ci poznawalności zmysłowej, to
i tak będzie to za mało, by doświadczyć bytu najwyższego w
hierarchii genetycznej, czyli Samoistnego Aktu Istnienia,
czyli Boga.
- Za mało? A gdyby kilka osób?
Sażyński westchnął ciężko.
- Potrzebny jest zgodny akt woli dokładnie stu
czterdziestu czterech ludzi - oznajmił ponuro.
- I co potem?
- Lepiej nie pytaj.
- Lepiej mi to wytłumacz!
Popatrzył na mnie uważnie i nagle zmienił temat:
- Czy robiłeś dziś jakieś eksperymenty?
Kiwnąłem twierdząco, chociaż trudno było nazwać
eksperymentem trzymanie głowy w fontannie z miodem
półtorakiem na przyjęciu dla ludu wydanym przez Władzia
Czubatkę.
Sażyński aż podskoczył.
- Więc ciągle jeszcze masz Relację! - wykrzyknął. -
Musieli przeoczyć twój odcisk palca! Więc ty... - urwał i
zaczął gapić się na mnie tak, jakby widział mnie po raz
pierwszy.
- Co ja?
- Słuchaj uważnie, bo teraz wszystko zależy od ciebie!
Oba rodzaje poznawalności znajdują się normalnie w stanie
swoistej równowagi. Chodzi o to, by poznawalności drugiego
rodzaju nie było zbyt wiele, gdyż naruszałoby to zasadę
zachowania wolnej woli.
- Że co, proszę?
- To podstawowa zasada rządząca metafizycznym
wszechświatem. Istnienie Boga nie może być dowiedzione ani
pośrednio, ani bezpośrednio, bo wtedy niemożliwe byłoby
istnienie wolnej woli. Pomyśl tylko; jeżeli wiedziałbyś z
całą pewnością, że istnieje ktoś, kto obserwuje każdy twój
krok i każdą myśl, by potem się z tobą rozliczyć, to nie
byłbyś sobą. Byłbyś skrępowany tak samo jak w obecności
swojego naczelnego, nawet bardziej, bo twój szef nie zna
twoich myśli. Zatem za wszelką cenę starałbyś się nie
podpaść. Tak postępowaliby wszyscy. Nikt nie byłby sobą, a
mnóstwo ludzi zwariowałoby wiedząc, że są bez przerwy
śledzeni. Natomiast w normalnych warunkach możesz w to
wierzyć lub nie, a nawet jeśli wierzysz, to możesz o tym na
chwilę zapomnieć albo przyjąć, że Bóg na moment spuścił cię
z oka. Póki istnienie Boga nie jest naukowym pewnikiem, póty
jest luz i możność dokonywania wolnych wyborów - Sażyński
zerknął jakby w górę i wziął głębszy oddech. - Dlatego właśnie
zasada zachowania wolnej woli uniemożliwia poznanie Boga -
oznajmił. - Uniemożliwia ona także wszelkie realne
manifestacje bytów anielskich i szatańskich, gdyż byłby to
dowód pośredni na istnienie Boga.
- Zaraz! - przerwałem mu. - Mówiłeś, że używając
poznawalności drugiego rodzaju...
- Nawet za pomocą Półmiska będziesz dostrzegać te istoty
niejasno, jak zjawy. Żadnej osobie postronnej nie zdołasz
udowodnić, że nie są to twoje halucynacje.
- To wtedy, jeżeli będę działał sam - odparłem. - Lecz
jeśli zbiorę tych stu czterdziestu czterech?...
Sażyński poszarzał na twarzy, nawet siniak pod okiem mu
przybladł.
- Wówczas nastąpi złamanie zasady zachowania wolnej woli.
To właśnie chce uczynić guru Ciachorowski.
- Więc to o tym wspominał ostatnio w telewizji! -
zawołałem podskakując w fotelu. - Chce przekonać niewiernych
Polaków... - poczułem się nieswojo. - Cholera, on naprawdę
oszalał!
- Gorzej niż oszalał - rzekł Sażyński. - Zasada
zachowania wolnej woli może być naruszana tylko od strony
bytów genetycznie najwyższych, na zasadzie aktu łaski.
Mówimy wtedy o oświeceniu, czyli iluminacji. Poza tym Bóg ma
alergię na wszelkie próby wyrywania go do tablicy czy
zrywania zasłon. Dowiódł już tego parę razy, że wspomnę
aferę z rajskim jabłkiem lub z wieżą Babel. Z pewnością i
tym razem skutki będą równie opłakane.
- Czy Ciachorowski o tym nie wie?
- Dla Ciachorowskiego księgą objawioną jest Bhagawadgita,
nie Biblia.
- Psiakrew! Bhagawadgita nie jest żadną księgą objawioną,
tylko dziełem literackim zaliczającym się do hinduistycznej
tradycji religijnej!
- Powiedz to Ciachorowskiemu.
Uznałem, że pora zacząć się bać i zacząłem.
- Co się stanie? - zdołałem wykrztusić.
- Ciachorowski chce przekonać Polaków w podobny sposób
jak Kriszna przekonywał Ardżunę, to znaczy demonstrując mu
kolejne postacie Boga - oznajmił gospodarz. - Sądzę, że w
naszym przypadku w grę wchodzi przede wszystkim forma
kosmiczna...
- "Dzierżąca wszystkie rodzaje broni" - przypomniałem
sobie odnośny ustęp. - To zupełnie tak, jakby Chrystus
przekonywał apostołów ze Smith & Wessonem w garści -
oznajmiłem w nagłym przypływie wisielczego humoru. - Cóż, na
tamte czasy byłaby to zaiste wielka manifestacja
boskości...
- Nie błaznuj! - warknął Sażyński. - To, co nastąpi,
wcale nie będzie śmieszne. Wydarzenia potoczą się nie tak,
jak to sobie wyobraża Ciachorowski, ale tak jak opisano to w
Biblii.
- Czyli?
- A pomyśl chwilę. Po zgodnym wyrażeniu woli przez stu
czterdziestu czterech wybrańców Ciachorowskiego za sprawą
Półmiska nastąpi nieodwracalna, lawinowa przemiana
poznawalności. Można to nazwać metafizyczną reakcją
łańcuchową po przekroczeniu krytycznej koncentracji woli. W
efekcie dojdzie do zerwania wszystkich łańcuchów
przyczynowo-skutkowych w naszej rzeczywistości. Ustanie
przepływ poznawalności pierwszego rodzaju, gdyż ta w całości
przejdzie w drugą postać, a wówczas Bóg objawi się w pełnej
chwale i zacznie sądzić żywych i umarłych...
- Znaczy, nastąpi Apokalipsa opisana dokładnie przez św.
Jana, włącznie z szarżą czterech narwańców wymuszających
pierwszeństwo na czerwonym świetle... - nie wiem czemu, ale
było mi i straszno, i śmieszno.
Sażyński nie zauważył dowcipu o czterech jeźdźcach
Apokalipsy. Pokręcił tylko głową.
- Nie można niczego wykluczyć - stwierdził. - Przez
pewien czas trwać będzie stan nieustalony, kiedy to będą
ujawniać się istoty, których obecności nawet nie
podejrzewaliśmy i nastąpią wydarzenia przeczące wszelkiej
logice i rozumowi. Umarli wstający z grobów to najmniejsze
piwo.
Zapadłem się w fotel.
- Trzeba przyznać, że niezły pasztet wyszlifowałeś z tych
minerałów i kamieni półszlachetnych - powiedziałem
spoglądając ponuro tam, gdzie do niedawna leżał Półmisek.
Sażyński przygarbił się i jakby postarzał.
- Nie powiedziałem ci najgorszego - w jego głosie
zabrzmiało ogromne znużenie. - Ja Półmiska nie zrobiłem...
Ani jednego fragmentu. Ja go z powrotem złożyłem z kawałków,
na które ktoś kiedyś go rozbił... odnajdywałem je przez lata
i łączyłem...
- Więc co to właściwie jest?! Skąd się wzięło?!
- Wiem na pewno, że Półmisek był kamieniem węgielnym
wieży Babel, a prawdopodobnie także rajskim jabłkiem, w
każdym razie tym, co później nazwano jabłkiem.
- Ty skurwielu - powiedziałem cicho i wyraźnie. - Aleś
mnie wrobił!
- Potrzebuję twojej pomocy - zaskamlał. - Ja tego nie
zrobiłem świadomie! Początkowo nie wiedziałem wszystkiego, a
potem już nic nie mogłem poradzić...
- Kłamiesz!
- Kłamałem tylko wtedy, gdy mówiłem, że nie można
odróżnić przyszłości alternatywnej od rzeczywistości. To się
da zrobić, ale trzeba użyć poznawalności drugiego rodzaju.
- I co, nie mogłeś tego zrobić? - zadrwiłem.
- Ja...
- Gadaj!
- Próbowałem, nie dali mi... - wstrząsnął nim dreszcz, a
usta wykrzywił nerwowy tik. Z podbitym okiem wyglądał teraz
upiornie. Potem nagle wyprostował się i zaczął mówić równym,
opanowanym głosem:
- Byty anielskie i demoniczne nie mogą się wprawdzie
ujawniać, ale działają z powodzeniem poprzez zdarzenia
przypadkowe. Istoty te potrafią zatrzymywać lub zmieniać
przepływ poznawalności pierwszego rodzaju, aktualizując nowe
łańcuchy przyczynowo-skutkowe. Albo przerywając
dotychczasowe. Mało to dziwnych i zaskakujących wydarzeń
trafia się w życiu? Niby wszystkie są logicznie
wytłumaczalne, ale cień wątpliwości pozostaje... Do naszego
modelu z kształtkami i farbą powinieneś teraz dodać ruchliwe
bryłki, niezwilżalne przez farbę, które podstawiając się pod
strumień barwnika zmieniają jego kierunek, same pozostając
nie zabarwione. Tak to wygląda.
- I co z tym poznawaniem przyszłości?
Sażyński wzdrygnął się powtórnie.
- Kiedy spróbowałem użyć poznawalności drugiego rodzaju,
ocknąłem się dopiero po sześciu godzinach. Miałem pogryzione
kłykcie i język, a na ustach zaschniętą pianę. Nie
zapamiętałem, co zobaczyłem i chyba dobrze...
- Nie miałeś potem żadnych snów?
- Nawet moja podświadomość odmówiła przechowania ich
wizerunku. One mnie osaczyły. Zablokowały każdy istotny dla
mnie kierunek przepływu poznawalności. Nie mogłem nic
zrobić, tylko bronić się jak najdłużej i czekać na pomoc z
zewnątrz. Zesłano mi ciebie - spojrzał na mnie z nadzieją.
Zrobiło mi się potwornie głupio.
- Co za "one"? - spytałem, choć doskonale wiedziałem,
kogo miał na myśli.
- Jeśli Apokalipsa nastąpi przed czasem z winy mojej i
Ciachorowskiego, będzie to przerwanie realizacji Bożego
planu i pełny tryumf Szatana - wyszeptał z desperacją
Sażyński. - Tylko ty możesz temu zapobiec.
- A jeśli i mnie osaczą?
- Ty jesteś chroniony, inaczej nie zdołałbyś do mnie
dotrzeć - w jego oczach zabłysło coś takiego, że poczułem
się niemal Joanną D'Arc. Ale kiedy uświadomiłem sobie, ile
cierpliwości przez ostatnie dwa dni musiał mieć do mnie
Facet na górze, spoważniałem na dobre.
- Co właściwie powinienem zrobić? - spytałem.
- Zająć miejsce jednego z tych stu czterdziestu czterech
i wyrazić sprzeciw.
- A co potem?
- Nie zacznie się Apokalipsa, tyle wiem na pewno.
- Tylko tyle?
- Bóg nie puści tego płazem - Sażyński odruchowo schował
głowę w ramiona. - Z pewnością zrobi coś jeszcze. Ciesz się,
że nie jesteś w mojej skórze...
- Sądzisz? - przeszły mnie ciarki.
- Ten typ tak ma - rzekł bez uśmiechu - a sprawy zaszły
już za daleko.
- Więc jutro... - zacząłem.
- Nie jutro, dzisiaj - zaoponował. - Ciachorowski nie
będzie zwlekał.
- Przecież mnie kazałeś czekać całą noc?
- To dla pewności, faktycznie Relacja zaczyna działać,
gdy tylko zaschnie krew, czyli najdalej po trzech godzinach.
- Zatem to już lada chwila...
Skinął twierdząco.
- W takim razie lepiej włączmy telewizor - stwierdziłem.
Przeszliśmy do salonu i chwilę później na ekranie
pojawiła się twarz Naczelnego Guru Rzeczypospolitej. Jak
zwykle transmisja odbywała się na maksymalnym zbliżeniu tak,
że gęba Ciachorowskiego wypełniała dokładnie cały kineskop.
Kolorowe ciapki na czole guru wypadały nieco powyżej środka
ekranu.
Nie wspomniał o Półmisku. Mówił, że Objawienie spowoduje
siła wiary jego oraz jego uczniów i że wystarczy podejść do
okien, by wszystko zobaczyć. Cóż, przynajmniej miał rację,
jeśli idzie o to ostatnie... Potem oznajmił, że udaje się na
miejsce ceremonii i wystąpienie specjalne dobiegło końca.
Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem, że Sażyński patrzy w
okno.
- On tu jest - szepnął.
- Kto?
- Mietek. Po nawiązaniu Relacji musiał wyczuć twoją
obecność. Czeka na ulicy.
- A zatem... - zacząłem zapinać kurtkę. - Pora.
Sażyński wyglądał tak, jakby zaraz miał paść krzyżem. Bez
słowa ruszyłem do drzwi. Dwie białe myszki smyrgnęły mi spod
stóp, a pod butem zachrzęściło szkło.
Wyszedłem na spotkanie Mietka.
Był wyższy ode mnie i szczuplejszy. Do tego lepiej
ubrany, wyglądał poważniej i godniej. Przez kilka sekund
patrzyliśmy na siebie z odległości około dwudziestu kroków.
Potem on uniósł dłoń dając znak i z dwóch przecznic, przede
mną i za mną, wymaszerowały na Berezyńską dwie grupy
Gwoździ. Skandując mantrę ruszyli prosto na mnie. Jakby się
kto pytał; pałowali zwykle też w rytm mantrowania.
Spokojnie przeszedłem na drugą stronę ulicy i wszedłem w
płot najbliższej posesji, gdzie w tym momencie pojawił się
wylot przecznicy, która mogłaby tu być. Kiedy dobiegli, płot
stał z powrotem na swoim miejscu. Rzucili się nań hurmą i
zaczęli przełazić na drugą stronę. Za chwilę z jego szczytu
jeden po drugim skakali prosto w fale pra-Wisły płynącej
swoim starym korytem. Zimny, polodowcowy nurt unosząc ich,
nagle ogrzał się o kilkanaście stopni i wyrzucił całą bandę
na niewielką wysepkę porośniętą roślinnością typową dla
górnego syluru. Tu, w okamgnieniu oblazły ich trylobity.
Ciekawe, który paleontolog powiedział, że te bestie były mało
ruchliwe...
Wyszedłem z powrotem na Berezyńską. Zza płotu dochodziły
przeraźliwe wrzaski Gwoździ tarzających się po grządkach i
rabatkach. Mietek na mój widok cofnął się o krok i rozpłynął
w powietrzu.
Dokonałem transformacji części poznawalności. Znalazłem
się w przestrzeni pełnej świateł i cieni. Przede mną jak
ameba pulsowała plama czerni. Było w niej coś złowrogiego,
strasznego do utraty zmysłów. Nim jednak zdążyłem się
przerazić, pomiędzy nas wsunęła się ściana jasności.
Ujrzałem świetlisty tunel i pomknąłem nim. Podróż skończyła
się na porośniętej krzakami polanie, chyba w środkowej
kredzie. Mietka zobaczyłem sto metrów dalej. Właśnie
doprowadził do tego, że rzucał się na mnie Tyranozaurus Rex.
Dotknięty trywialnością tego pomysłu, sprawiłem, że na
drodze szarżującego gada pojawił się pancerny
euoplocephalus, który jednym uderzeniem młotowatego ogona
złamał T-rexowi nogę w kolanie. Cóż, tego u Spielberga nie
było. Mogliśmy spokojnie zmienić scenografię.
Jak związani niewidzialną nicią ruszyliśmy w szaleńczą
gonitwę przez światy i epoki. Szybko zorientowałem się, że
mój przeciwnik ma bardzo duże braki, jeśli chodzi o
znajomość historii, biologii i geologii. Mietek najwyraźniej
nie odróżniał możliwego bytu potencjalnego od zmyślonych
fantasmagorii albo nie potrafił precyzyjnie formułować
myśli. Efekt był taki, że zamiast w świecie alternatywnym
parokrotnie wylądowaliśmy w kinie lub na planie filmowym.
Byłoby to śmieszne, gdyby nie to, że musiałem Mietka zabić.
Nie znałem innego sposobu, by pozbawić go zdolności
wyrażania życzeń.
Stopniowo zwalczyłem instynktowną niechęć do przerzucania
poznawalności w jednej płaszczyźnie czasu, czego rezultatem
było przemieszczanie się w przestrzeni. Wcześniej nie
robiłem tego ze względu na niemiłe uczucie rozdwojenia
jaźni. Wrażenie to znikło, gdy postanowiłem, że suma
wszystkich skoków w przestrzeni musi wynieść zero, czyli że
całą akcję muszę zakończyć z powrotem przed willą
Sażyńskiego.
Odtąd czułem się w metafizycznym continuum coraz pewniej.
Za to w poczynaniach Mietka widać było coraz większą panikę.
Głupi szpenio myślał, że skoro może rozkazywać Gwoździom, to
jest kimś! Półmisek pewnie był dla niego rekwizytem z bajki
o "stoliczku nakryj się!". Nasz pojedynek szybko przestał
być walką równorzędnych przeciwników, a stał się polowaniem,
w którym to ja byłem drapieżcą.
Mogłem ukatrupić Mietka na tysiące różnych sposobów, lecz
wciąż się wahałem. Ograniczałem się tylko do banalnej obrony
przed pułapkami rodem z kiepskich filmów dystrybuowanych na
wideo. Tymczasem Mietkowi szybko skończył się repertuar
filmów i książek, z których mógł czerpać inspirację. Kiedy
po raz drugi stanął przede mną Rambo z cekaemem, omal nie
udławiłem się śmiechem. Tym razem nie zrobiłem mu żadnego
głupiego kawału z bronią, tylko poprosiłem o autograf.
Sylvester Stallone, cokolwiek skołowany, odłożył giwerę i
zaczął szukać notesu.
Przez te durne koszałki-opałki zlekceważyłem przeciwnika.
Zapomniałem, o co toczy się gra i kto właściwie postawił
Mietka na mojej drodze. Zbyt wielkie moce zaangażowały się w
powstrzymanie mnie, by mój wróg miał nie dostać wsparcia. I
dostał je. Kontrolowany przez Mietka obszar poznawalności
został nieco przekształcony...
Po następnym przeskoku stwierdziłem, że stoję na środku
torów kolejowych, a rozpędzony pociąg jest o metry ode mnie.
Nie było czasu na myślenie. Instynktownie rzuciłem się na
ziemię przywierając do podkładów. Ogłuszający huragan stali
przewalał się w górze. Coś musnęło mi włosy na potylicy i
przez chwilę nie wiedziałem, czy było to tylko muśnięcie,
czy też naprawdę urwało mi głowę.
Kiedy wstałem, nie miałem już żadnych skrupułów.
Rozpocząłem szaleńczy bieg przez światy i czasy ciągnąc za
sobą Mietka. Właściwie to powinienem powiedzieć, że pchała
go za mną siła, której on był bezwolną kukłą. Teraz nie
mogłem już dać mu żadnej szansy, bo stojąca za nim Czysta
Inteligencja wykorzystałaby ją.
Chwilę później zatrzymałem się na niewielkiej skałce,
wokół której po horyzont rozciągał się gąszcz smukłych
roślin. Ich charakterystyczną cechą były znajdujące się pod
każdym liściem pałeczkowate narządy, złożone jakby ze
ściśniętych razem białych paciorków. W naszej rzeczywistości
narządy elektryczne mają niektóre gatunki kręgowców. Tutaj
Ewolucja obdarzyła tą bronią rośliny...
Mietek pojawił się w odległości trzydziestu metrów. Być
może wcześniej, unikając mojego błędu, dopilnował, by
lądowanie odbyło się na twardym podłożu o umiarkowanej
temperaturze, a w pobliżu nie było ludzi, agresywnych
zwierząt, trujących lub mięsożernych roślin, burzy ani
maszyn.
Elektrycznych pokrzyw nie przewidział.
Pierwsze uderzenie sprawiło, że niemal zaświecił jak
jarzeniówka. Rzuciło go głębiej w gąszcz, gdzie kolejne
sztychy ładunków elektrycznych całkowicie pozbawiły go
władzy nad mięśniami i zdolności logicznego myślenia. To, co
go chroniło, nie pozwoliło go zabić, ale zaskoczenie, ból i
szok uniemożliwiły Mietkowi wykorzystanie intuicji, która
przed chwilą zastępowała jego niedorobioną świadomość.
O to mi właśnie chodziło. Stałem i patrzyłem, jak targany
konwulsyjnymi skurczami Mietek wykonuje szaleńczy taniec
świętego Wita. Nawet z tej odległości widziałem wyraźnie
niebieskie skry. Nie czułem cienia litości. Spokojnie, z
wyrachowaniem odczekałem kilka minut, po czym zgarnąłem swój
welon poznawalności i skoczyłem w rój bytów potencjalnych.
Był mrok, chwiejny blask pochodni, łoskot wojskowych
butów o bruk, gwałtowny werbel, a potem krzyk:
- Polacy, do broni!
To było Krakowskie Przedmieście w tamtą, pamiętną Noc
Listopadową. Miałem na sobie mundur podchorążego. Spodnie
niemiłosiernie cisnęły w kroku. Uważnie rozejrzałem się
dookoła. To ta brama...
- Tam, carski szpicel! - zawołałem wskazując ręką.
Pięciu czy sześciu podchorążych poderwało karabiny wraz
ze mną. W bramie zamajaczyła chwiejąca się postać. Tym razem
Mietek nie poczynił żadnych zastrzeżeń. Jeśli nawet, to nie
mógł wpłynąć na otaczającą mnie falę desperacji i
uniesienia.
- Ognia! - krzyknął ktoś.
Grzmot wystrzałów odbił się echem od domów. Impet kul
poderwał Mietka w powietrze i cisnął go w cień. Rzuciłem
karabin i podbiegłem.
Trafili chyba wszyscy, lecz żaden z podchorążych nie
mierzył w głowę. Tylko ja, ale mój strzał spalił na panewce.
Chwyciłem mocno umierającego i razem polecieliśmy przez
metafizyczne continuum.
Ostatnim przystankiem był płonący dom. Znaleźliśmy się w
jego wnętrzu, urządzonym całkiem współcześnie. Poza tym nie
wiedziałem, co i gdzie się paliło. Nie miałem czasu szukać
odpowiedzi. Nie tylko z powodu huczących dookoła ścian
ognia. Mietek skonał i teraz jako żywy trup usiłował
zatrzymać mnie w płomieniach.
Mówiąc ściślej, pozbawiony duszy, a wraz z nią możliwości
intelektualnych (w tym zdolności wyrażania życzeń), Mietek
pozostał możnością fizyczną podległą obcej woli. Było to
ewidentne złamanie reguł tej gry, ale zważywszy wysokość
stawki, nie miałem do Szatana pretensji. Ten plan mógł się
powieść (zwłaszcza że właśnie zaczął walić się sufit), ale
tylko pod warunkiem, iż wpadłbym w panikę i zaczął szamotać
się z nieboszczykiem.
Sęk w tym, że odkąd przeczytałem podręcznik medycyny
sądowej, wszystkie horrory zaczęły przyprawiać mnie o
ziewanie. Z drugiej strony zasada zachowania wolnej woli nie
została jeszcze złamana i Szatan wciąż musiał posługiwać się
narzędziami w rodzaju mocno sfatygowanego Mietka. Darujcie
ten sarkazm, ale muszę jakoś odreagować...
Ponaglony żarem dokonałem transformacji całej dostępnej
mi poznawalności pierwszego rodzaju w drugi. W ten sposób
straciłem wrażliwość na wszelkie bodźce fizyczne, ze
szczególnym uwzględnieniem ognia i łap kolegi Mieczysława.
Oczywiście ryzykowałem i to bardzo, że przytrafi mi się to
samo, co Sażyńskiemu i skończę jako obłąkany paranoik, ale,
na szczęście, Szef jeszcze nie stracił cierpliwości do
pewnego pismaka z "Obleśnych Nowinek". I chwała Mu za to!
Płomienie przeszły w olśniewającą biel, która zawirowała
raptownie i wyrzuciła mnie na ulicy Batorego, naprzeciw
dawnego klubu studenckiego "Stodoła". Miejsce to, ze względu
na tradycję sabatów wyższej świadomości, odbywających się tu
dość często, od kilku lat było główną świątynią
Ciachorowskiego. Tutaj też miała się odbyć zapowiadana w
telewizji ceremonia.
Ruch na ulicy był już wstrzymany ze względu na rosnący z
każdą chwilą tłum gapiów. Budynek otaczał kordon Gwoździ.
Pewnym krokiem przeszedłem przez lukę w ich szyku w chwili,
gdy żaden z obecnych nie patrzył na mnie. Przy drzwiach
także nikt mnie nie zaczepił. Znalazłem się w holu i
ruszyłem prosto do głównej sali. Stało przed nią dwóch
strażników i ci popatrzyli na mnie pytająco.
- Jestem sto czterdziesty czwarty - oznajmiłem.
- W samą porę! - warknął jeden z Gwoździ. - Mistrz już
zaczął się niecierpliwić!
Drugi bez słowa uchylił drzwi i wślizgnąłem się do
środka.
W wielkiej hali panował głęboki półmrok. Stu czterdziestu
dwóch zebranych wyraziło już życzenie ujrzenie Boga. W
efekcie utracili prawie całą poznawalność pierwszego rodzaju
i wyglądali jak gromada zjaw. Przed nimi, na podwyższeniu
siedział w pozycji lotosu Naczelny Guru Rzeczypospolitej -
Andrzej Ciachorowski Swami. Cała rzeczywistość pomiędzy mną
a nim wydawała się trzeszczeć pod naporem niepojętych sił,
które już-już miały ją rozedrzeć niczym zetlałą tapetę.
Ruszyłem ku Ciachorowskiemu. Bezkształtne cienie zaczęły
odrywać się od podłogi i bezsilnie czepiać mych stóp.
Rozdeptywałem je i szedłem miarowo czując wzbierającą we
mnie nadludzką moc. Guru zareagował, gdy znalazłem się w
odległości trzech kroków.
- Przywołaj Pana! - rozkazał mi z właściwą sobie
hipnotyzującą charyzmą. Potem przymknął oczy i sam dokonał
aktu woli spowijając się obłokiem błękitnego światła.
Coś ciężkiego zwaliło się na mój umysł niemal rzucając
mnie na kolana.
"Powiedz TAK!" - zaskrzeczało wpijając się z furią w
moją świadomość. "Powiedz TAK!"
- NIE - oznajmiłem strząsając to z siebie.
Byłem sam w pustej i ciemnej sali.
Pod ścianami leżały złożone, zakurzone krzesła.
Znikąd żadnego dźwięku. Nic się nie działo.
Czyżby wszyscy stracili poznawalność? Szybko omiotłem
własną ten i kilka alternatywnych wariantów rzeczywistości.
Wszędzie pustka i cisza...
Poczułem, że zasycha mi w gardle, a kolana zaczynają
mięknąć. To nie była zwykła dezaktualizacja! Nastąpiło
cięcie struktury genetycznej! Ustała przyczyna zewnętrzna
podtrzymująca istnienie Ciachorowskiego i jego uczniów. To
była kara niebytu! Tak blisko...
Usiadłem na podłodze i zacząłem głęboko oddychać.
Stopniowo minęły objawy szoku. Zacząłem się zastanawiać, co
stało się z Sażyńskim? Wstałem. Musiałem jeszcze zamknąć
pętlę skoków w przestrzeni, a potem odnaleźć Półmisek i
najlepiej zemleć go na proszek.
Idąc do drzwi, mimo wszystko zdobyłem się na uśmiech.
Ciekawe, jak teraz wygląda Warszawa?
Konrad T. Lewandowski

Warszawa, lipiec-sierpień 1995 r.

KONRAD T. LEWANDOWSKI
Rocznik 1966. Absolwent Politechniki Warszawskiej.
Fanowska ksywka - Przewodas. Wolny strzelec współpracujący z
naszą redakcją, bardzo dobrze notowany jako publicysta, krytyk
i autor SF. Ważniejsze teksty nieliterackie: "Stary krytyk mocno
śpi" (sonda, "NF" 7/93), "Alternatywy ewolucji" (cykl, "NF"
1/93), "Zapomniana magia" ("NF" 1/94), "Archetyp i
schizofrenia" ("NF" 3/95). Po powieściowych i
nowelistycznych wycieczkach na tereny fantasy największy
sukces przyniósł Konradowi bohater współczesny, Radosław
Tomaszewski, dziennikarz skandalizujących "Obleśnych
Nowinek", brylujący w Warszawie niedalekiej przyszłości
(powstaje parapowieściowy tom przygód tej postaci niby
jakowegoś Geralta czy Pirxa). W "Pacykarzu" ("NF" 3/94)
szedł Tomaszewski tropem dokonań zadziwiających terrorystów;
w "Notece 2015" ("NF" 4/95) podpowiadał polskiej
generalicji, jak odeprzeć inwazję armii USA; w drukowanym
obecnie "Półmisku" stawia Tomaszewski czoło ni mniej ni
więcej tylko przedwczesnej Apokalipsie.
Ortodoksyjna katolicka metafizyka jako myślowy szkielet
opowiadania SF? - tego w Polsce bodaj nie było! Polecam
uwadze Państwa warsztatowy komentarz Konrada towarzyszący
noweli; sam zauważę, że występuje pokrewieństwo między jego
"półmiskiem" a Oramusowym "tlatocetlem" ("F" 7/84); że pewne
konstruktywne cechy cudownej przestrzeni opowiadania (jego
ontologia) nawiązują do cyberprzestrzeni Inglotowych
"Inquisitorów" i Cyranowych "Śpiochów w Urlo". Ale
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Więzienie Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin