Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Pierwszy dzień wojny-Stanisława Wanda Piwońska z domu Porada

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Kretowisko / Blog: Dyskurs
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs




Dołączył: 29 Wrz 2015
Posty: 8486
Przeczytał: 63 tematy

Skąd: Little Rhody, USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 19:12, 26 Paź 2019    Temat postu: Pierwszy dzień wojny-Stanisława Wanda Piwońska z domu Porada

Stanisława Wanda Piwońska z domu Porada (90) napisał:
Był to piątek, 1-szy piątek. Wczesnym rankiem mama zbudziła mnie i młodszego brata Józka i oświadczyła: "Dzieci szybko umyjcie się i ubierzcie, bo polecimy do kościoła do spowiedzi. Nie wiadomo co może się stać i lepiej być przygotowanym na wszystko." Czy brat coś z tego zrozumiał nie jestem pewna. Nie miał jeszcze ukończonych 9-ciu lat. Miałam już 10 lat. Ostatnie tygodnie i dni przed wybuchem wojny absorbowały mnie w dużym stopniu. Pamiętam wiele rozmów z sąsiadami rodziców o sytuacji w jakiej Polska się znalazła. U sąsiada młynarza było radio chyba jedyne na całą wieś. Tam od szeregu dni gromadzili się mężczyźni by posłuchać wiadomości i porozmawiać o tym co może się zdarzyć. Jak sprzeczne i podzielone były ich zdania. Wielu wierzyło zapewnieniom bodajrze marszałka Rydza Śmigłego a może prezydenta Mo ścikiego, że "jesteśmy silni, zwarci, i gotowi". Wielu jednak, między innymi ojciec, nie wierzyli w te zapewnienia i spodziewali się katastrofy. Ale o jej rozmiarach nikt nie miał pojęcia. Mój pierwszy dzień wojny rozpoczął się pieszą wędrówką z mamą i bratem do sąsiedniej wsi Łąki, gdzie mieliśmy kościół parafialny. Niezapomniany ranek. Takiej przepięknej pogody słonecznej, takiego błękitu nieba, i srebrzystych kropel rosy na snujących się nitkach babiego lata nie zapomnę do końca życia. Szliśmy ścieżką przez pola. Widoczność w promieniu conajmniej 10 km był wspaniała a teren równy niczym stół. Lecz o dziwo, mimo tej wspaniałej pogody, kiedy zazwyczaj o tej porze na polach zaczynał się już ruch, bo to i bydło wypędzano na pastwiska i rolnicy wyjeżdżali w pole do podorywek, nie widać było nikogo. Pustka i ta przeraźliwa cisza w przyrodzie jak by świat zatrzymał się w biegu. Uszliśmy już conajmniej połowę drogi, gdy do naszych uszu dotarły jakieś złowrogie pomruki i coś na kształt grzmotów, gdzieś bardzo daleko. Było to jak złudzenie nadchodzącej burzy. Niemniej ten wspaniały błękit nieba nie zwiastował jej - tego coś jednak groźniejszego co zbliżało się do nas. Ogarnął mnie paniczny lęk. Mama zdecydowała, że nie pójdziemy do kościoła lecz do bliższego Zakładu. Był to sierociniec/ochronka dla dzieci niepełnosprawnych sponsorowany przez hrabiego Potockiego. W kaplicy ksiądz staruszek codziennie odprawiał mszę święta dla zakonnic i dzieci/podopiecznych/sierot. W kaplicy, ksiadz właśnie wychodził na ołtarz. Zakonnice, dzieci, i służba pomocnicza byli zgromadzeni w komplecie. Dołączyliśmy do nich wraz z trzema lub czterema osobami z sąsiednich wsi. Ksiądz był zdenerwowany i w pośpiechu odprawił mszę świętą. Zaraz po niej przyszedł do konfesjonału by wyspowiadać chętnych. To również odbyło się szybko. Następnie ksiądz wyszedł do ołtarza aby nas wykomunikowac. Nagle dał się słyszeć warkot samolotów tuż nad naszymi głowami. Takie odnieśliśmy wrażenie. Po paru sekundach następujących po sobie detonacji, ziemia wraz z budynkiem zadrżała. Niesamowita panika, płacz najmłodszych dzieci, głośne modlitwy zakonnic, i dzwonienie maleńkiego dzwoneczka loretańskiego, który był specjalnie poświęcony i miał chronić wszystkich mieszkańców tego obiektu od wszelkich nieszczęść, niewiele dodawały otuchy. Upłynęły chyba wieki a może tylko kilka minut. To rankiem idealnie czyste i spokojne niebo wydawało nowe pomruki i ryki a po niedługim czasie nastąpiły trzy nowe detonacje, jednak już nieco dalej. Ksiądz przygotował nas wszystkich na śmierć. Ktoś przyszedł już z wiadomością, że pierwsze pięć bomb spadło około 300 metrów od obiektu Zakładu na pobliską łąkę. Trzeba było wracać do domu. Wyczekaliśmy na chwilę spokoju w powietrzu i zaczęliśmy bieg na przełaj. Wybraliśmy rów którym można było zbliżyć się do naszej wsi. Była to chyba najdłuższa droga jaką w życiu pokonałam w ten sposób. Bieg, padnij, czołgaj się, leż nieruchomo, bo masz nad sobą srebrzysto-białe ptaki z czarnymi krzyżami i ten przeraźliwy turkot karabinów maszynowych , który przyprawiał mnie o szaleństwo. Jak długo trwał ten "przemarsz" prawie 2 km. nie umiem dzisiaj powiedzieć i chyba tylko cud i miłosierdzie Boże doprowadziły nas szczęśliwie do domu. Co działo się w domu trudno sobie wyobrazić. Ojciec z młodszym bratem Bolkiem cały w nerwach o nas i całe podwórze pełne schronionymi pod drzewami dla bezpieczeństwa ludzi z tobołkami - przeważnie mężczyźni. Jak się okazało, trzy późniejsze detonacje były celowane na stację kolejowa w Strażowie, gdzie stał pociąg z wojskiem i ludnością cywilną ewakuującą się na wschód. Bomby nie trafiły w pociąg. Uszkodziły dwa domy w naszej wsi. Niemniej wojsko wysadziło ludność cywilną z pociągu aby nie narażac nikogo na ponowny nalot. Roztrzęsiona do ostanich granic i przysłuchująca się rozmowom tej rzeszy ludzi, zdawałam sobie sprawę, że dzieje się coś niesamowitego - wojna - to słowo budziło grozę, strach, i panikę. Pierwsi uciekinierzy po niedługim odpoczynku i zaopatrzeniu się w żywność udali się na wschód. Przychodzili następni, którzy wędrowali już pieszo dziesiątki kilometrów - brudni, zakurzeni, głodni, z ranami na odparzonych stopach - nieśli hiobowe wieści o tym co się będzie dziać. Mama wśród oparów kuchennych, gdzie non-stop gotowała tym ludziom posiłek i piekła chleb, zaczęła namawiać ojca aby też uciekał, bo już wszyscy sąsiedzi zabrali się z uciekającymi ale ojciec nie chciał o tym słyszeć. Powiedział: "Jak mamy ginąć to wszyscy razem." Niemniej jednak pod wieczór widząc rozpacz mamy dał się namówić i wziął ze sobą wypakowany jedzeniem i zapasową odzieżą plecak. Pożegnał się z nami i z jednym z ostatnich sąsiadów udali się na wędrówkę w nieznane. Po jego odejściu opustoszało w obejściu i domu. Powiało strachem i pytaniem co będzie z nami? Już wiedziałam, że do szkoły nie pójdę a miał to być dla mnie pierwszy rok w szkole w pobliskim mieście Rzeszowie, bo miałam zacząć naukę w czwartej klasie. Nie cieszyła mnie już nowa legitymacja szkolna wraz z miesięcznym biletem kolejowym, nowy mundurek, i podręczniki. Nie liczyło się nic tylko to co przeżyłam podczas nalotu - ten szok i strach przed nieznanym wrogiem, który nie opuszczał mnie w czasie całej okupacji. Resztę wieczoru spędziliśmy tak przygnębieni. Zeszło się do nas parę osób jak dziadek, ciotki, i sąsiadki - ale otuchy nikt nie potrafił dodać. Jak zeszła nam noc, trudno mi powiedzieć. My dzieci, najprawdopodobniej trochę spaliśmy. Kiedy nadszedł świt, usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Gdy mama je otworzyła, naszym oczom ukazał się ojciec z prawie pustym plecakiem. Okazało się, że z sąsiadem i ostania grupą mężczyzn opuszczających wieś usiedli nad rowem na opłotkach wsi żeby się zastanowić co robić dalej. Ojciec z dwoma kolegami postanowili wrócić do domu. Oddali zatem żywność tym, którzy postanowili kontynuować drogę. Radość była ogromna a zarazem pytanie mamy: "Coś ty chłopie narobił najlepszego?" Ojciec stanowczo odparł: "Niech się dzieje co chce ale na poniewierkę nikt mnie z domu nie wypędzi." Jakże prorocze były te słowa, to się okazało później. My dzieci byliśmy już na nogach gdy wtem do naszych uszu doleciał charakterystyczny warkot motocykla i czegoś ciężkiego. Ze strachu wślizgnęłam się w jakiś zakamarek i nie byłam w stanie popatrzeć nawet przez okno co się dzieje na gościńcu. Był to niemiecki motocykl z przyczepka na której umieszczony był karabin maszynowy. Za nim nadciągał czołg i wojsko niemieckie gotowe do strzałów. Okupant wkroczył do wsi Palikówka.
<-> Wspomniania Pani Stanisławy Wandy Piwońskiej z domu Porada (90) - łączniczki oddziału Rocha Batalionów Chłopskich na Rzeszowszczyźnie działającej pod pseudonimem "Wanda", córki Bronisława "Bruno" Porady urodzonego w Trenton w stanie New Jersey, USA w lipcu 1903 r. i walczącego w trakcie okupacji w oddziałach Rocha pod pseudonimem "Trenton" jako jeden z trójki Rocha spisała młodsza córka Pani Stanislawy i wnuczka Bronisława, AW, 26 paźdzernika 2019 r.

Uprzejmości Bartosza Chajdeckiego czołówka z serialu "Czas Honoru"
https://youtu.be/hccuH8JRD8A


Ostatnio zmieniony przez Dyskurs dnia Sob 20:07, 26 Paź 2019, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Kretowisko / Blog: Dyskurs Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin