Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Cena bogactwa

 
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Kretowisko / Blog: Michał Dyszyński
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16728
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 17:16, 11 Lut 2015    Temat postu: Cena bogactwa

Od razu zaznaczę, że chyba ten tekst nie będzie przyjemny. Dla większości ludzi tego rodzaju rozważania są jak przykre "drapanie" po pragnieniach, emocjach - czasem dość mocno ukrytych, czasem słabo uświadamianych. Więc pewnie się nie spodoba prawie nikomu. Mi z resztą te refleksje też się właściwie emocjonalnie mało podobają - włażą mi tam, gdzie chciałbym mieć święty spokój, a przynajmniej nadzieję, na to, że to co rozumiem emocjami ma sens. Ale cóż - z jakiegoś upodobania, może wewnętrznego przymusu - jestem takim domorosłym filozofem. I, właściwie wbrew uczuciom (a może dlatego, że jest to wbrew uczuciom...) włażę nieraz z butami tam, gdzie bez mojego włażenia byłoby miło i sympatycznie. A jak już wejdę, to zrobi się niemiło. Ale cóż - jeśli znajdzie się jeszcze jakiś czytelnik "emocjonalny masochista", podobny do mnie, to może dotrwa do końca moich wywodów?... :fuj:

Pytanie - problem jest jak w tytule: czy bogactwo ma swoją cenę?
Tutaj oczywiście, bez większego wydziwiania pewne mało przyjemne aspekty bycia bogatym większość ludzi byłaby w stanie podać. I pewnie wymieniła by:
- zazdrość, zawiść biedniejszych bliźnich (często skutkująca nieszczerością, obmawianiem za plecami, doszukiwaniem się u bogatego wielu złych cech - tylko po to, aby jakoś "wyrównać szanse" w tym ludzkim wyścigu o wartości)
- zwiększone zagrożenie bycia napadniętym, nawet zabitym w próbie rabunku. Oczywiście bardzo bogaci mogą to zagrożenie zminimalizować poprzez zafundowanie sobie dodatkowej ochrony, mieszkanie w zamkniętych osiedlach, zakup broni, swobodny wybór miejsca zamieszkania. Ale te wszystkie zabiegi uwypuklają kolejny niedostatek bogactwa, czyli...
- izolacja - która dotyka głównie może nie ten mniejszy i średni poziom bogactwa, ale ten najwyższy - związany z koniecznością chronienia się przed natarczywością poszukujących wsparcia finansowego, czasem dziennikarzy, nie mówiąc już o osobnikach niebezpiecznych.
To są dość oczywiste negatywne strony bogactwa. Ale większość ludzi pewnie chętnie "wzięłaby na klatę" opisane wyżej problemy, była sobie bogatymi, nawet w pewnej izolacji, z zagrożeniem i zazdrością (pewnie niejednemu nawet ta zazdrość byłaby w jakiś sposób miła, dowartościowująca). Pewnie też część bogaczy, uświadomiwszy sobie "jak to jest im źle z ww. powodów" uzna, ze rachunki etyczne z biedakami mogą uznać za wyrównane, że oni też "cierpią". Ale jednak JEST RÓŻNICA - tych cierpień nie można postawić obok siebie na równi...

Dla mnie jednak od wyżej wymienionych ważniejsze i ciekawsze są inne negatywne aspekty, ukryte koszty bogactwa. Takie bardziej duchowe, społeczne, emocjonalne. Kto wie, czy nie najważniejszym z nich jest
Zaburzenie współuczestnictwa w ludzkiej solidarności.
Niedawno oglądałem film dokumentalny poświęcony II wojnie światowej, w której wypowiadał się jeden z weteranów tej wojny. Mimo że był to już człowiek wiekowy, czyli udzielał wywiadu kilkadziesiąt lat po tamtych strasznych zdarzeniach, jakoś silnie podkreślał jeden aspekt - że czuje się źle z tym, że jego koledzy zginęli, a on przeżył... Zamiast się cieszyć, że jemu się udało, on ma dyskomfort... Jaki w tym sens?
A jednak... A jednak chyba coś w nas ludziach (może nie wszystkich, ale w wielu, może w większości?...) takiego jest, że za prawidłowy stan związków z ludźmi uważa jakąś sprawiedliwość, równość, solidarność. Ludzie chcą czuć się razem, pragną jakiegoś wspólnotowego tła emocjonalnego, które oparte jest o współczucie, pomoc wzajemną, zrozumienie jednych przez drugich. Bycie uprzywilejowanym - a bogactwo na pewno jest formą uprzywilejowania - burzy owo tło. Oczywistym jest pytanie: skoro ktoś obok ciebie cierpi, boryka się z wielkimi problemami, często niezawinionymi - to dlaczego nie doznaje w tym od ciebie wsparcia, jeśli masz nadmiar środków?... Można co prawda jakoś próbować zbyć to pytanie - uznać, że biedacy "sami są sobie winni" (co może jest i racją w jakiejś części przypadków, choć jednak nieprawda w innej części), albo że "taki jest porządek świata". Ale u osoby nastawionej na współczucie, w sumie jakoś pragnącej dobra i sprawiedliwości, takie wymówki nie zadziałają do końca. Po prostu w środku będzie to jakoś gryzło. Tak jak gryzie tego weterana, że on nie zginął, jak jego koledzy... I człowiek będzie w rozterce - nie będąc do końca przekonany, czy chce zapomnieć o problemie, zafałszować jakoś to uczucie bycia niesolidarnym, czy może jednak - na początek minimalnie - "coś z tym zrobić".
A wg mnie dobrej wiadomości dla bogaczy w tym aspekcie nie ma. Po prostu tak już jest, że jak masz znacząco lepiej, jak jesteś wyróżniony, żyje ci się przyjemnie i wygodnie, a nie w trudach i cierpieniu, jak wielu innych, to w jakimś kosmicznym rachunku ludzkiej solidarności wpadasz w coraz większy dług. I każda chwila życia ten dług będzie powiększała.

Z tym problemem bogacze zwykle radzą sobie na dwa (główne) sposoby:
- cynizmem, próbami (czasem jakże udanymi) separowania się od uczuć solidarności, współczucia, stwierdzeniem że tak właśnie ma być, ja tak lubię, jak mam - że mam lepiej - a wstydzić z tego powodu, ani tłumaczyć się nikomu nie zamierzam. Taka postawa jest szczególnie bliska tym ludziom, którzy w naturalny sposób mają empatię na niskim poziomie - a już szczególnie psychopatom. Jednak ludzie empatyczni, nawet jeśli jakoś rozumowo narzucą sobie tego rodzaju postawę cynizmu, nie będą się czuli z tym dobrze. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że będą w jakiś sposób cierpieli
- jakaś forma pomocy innym, u pewnych ludzi polegająca tylko na stwarzaniu pozorów owej pomocy dla uspokojenia sumienia. Ale na pewno w wielu przypadkach to nie będą już pozory, ale szczera i pełna poświęcenia postawa. Mówię o pozorach, bo sporadyczne wspierania jakichś fundacji, drobne datki tu i ówdzie, praktycznie nie ważą na budżecie bogacza, nie wyrównują tu w istocie żadnych rachunków solidarności w cierpieniu (choć zwykle są przez bogacza długo i pieczołowicie pamiętane - jak to on jednak stara się, pomaga i wspiera). W rzeczywistości bowiem bardzo niewielu bogatym ludziom udaje się osiągnąć poziom, który zbliżyłby ich przynajmniej do jakiejś średniej ludzkiego odczuwania. Zdecydowana większość bogatych ludzi jest "nad kreską", czyli nawet jeśli coś komuś dadzą, postarają się, to i tak znacznie więcej odbiorą, skorzystają. Stąd wciąż duchowym cieniem nad tymi, którzy jakoś chcą móc, w sposób uzasadniony, nazywać się "dobrymi", kładzie się cień postawy pierwszej - czyli cynizm. Wciąż będzie atakować myśli pokusa uznania, że jednak przecież jakoś jesteśmy "lepsi", "należy nam się" na lepsza działka od życia, a inni niech cierpią, "bo tak musi być".
Nieliczni bogacze są w stanie wznieść się ponad cynizm, są w stanie naprawdę pomagać, wpisują się swoim życiem w ludzką solidarność. Ale to jest trudne. Chyba nawet znacznie trudniejsze, niż bycie biedakiem, który cierpi, bo nie ma innego wyjścia - nie musi dokonywać dramatycznych wyborów, bo to życie wybiera za niego.

Czy cierpienie bogatego da się porównać do cierpienia biedaka?
Z jednej strony - np. gdyby jakoś mierzyć pobudzenia neuronów, wydzielanie się hormonu stresu itp. to pewnie nie byłoby żadnego problemu z ustawieniem tych cierpień obok siebie na równi. Ale na płaszczyźnie etycznej, w szczególności na płaszczyźnie ludzkiej solidarności i współczucia to nie przejdzie. Biedak, który cierpi z choroby, głodu i chłodu najczęściej nie ma jakiejś oczywistej możliwości zamiany tego cierpienia w stan równowagi emocjonalnej, choćby względnej radości. W każdym razie nie może tego uczynić wysiłkiem swojej świadomości. W odróżnieniu od niego bogacz, który cierpi (być może psychicznie bardzo, ma myśli samobójcze, hormony i neurony stresu szaleją) bo na giełdzie stracił połowę ze swoich 400 milionów dolarów, czy euro, ten bogacz jednak właściwie cierpi z urojenia. Mając taką fortunę ów bogacz, jednym małym "pstryk" w swojej świadomości, może aktywować opcję "jestem szczęśliwy, zabezpieczony, bo mam 200 milionów, co zapewni mi dostatni, wygodny i przyjemny byt do końca moich dni. Tylko jeden "pstryk", jedna zmiana w myśli, dzieli bogacza od stanu cierpienia, do stanu radości. Biedak takiego pstryczka nie ma, czyli cierpi niejako bardziej "obiektywnie".
W tym kontekście właściwie można by powiedzieć, że większość cierpień bogaczy to fanaberie (z wyłączeniem cierpień związanych z chorobami, czy np. śmiercią najbliższych) Te cierpienia zawiedzionych ambicji, niespełnionych planów, urażonych emocji, przy pełnym zapewnieniu potrzeb są właściwie cierpieniami na własne życzenie i i z tego tytułu prawdziwe, pełne współczucie przysługuje. Bogacz płaci więc za swoje bogactwo pewien dodatkowy duchowy aspekt - on żyje i cierpi mniej prawdziwie. W odróżnieniu od niego biedak, zmagający się z bólami życia, żyje w zgodności jego emocji i działań z etyczną warstwą bytu, żyje niejako bardziej prawdziwie, bo jego dążenia nie wynikają z jakichś fanaberii, z próżności, z pustoty, ale z tego co rzeczywiście w życiu ważne. I ta prawdziwość vs nieprawdziwość życia jest dodatkowym duchowym kosztem bogactwa.

Tu na koniec owego tekstu chyba jednak warto dodać pewien dodatkowy komentarz, który rzuca wg mnie istotne światło na cały problem. Otóż krytykując w jakiś sposób postawę dążenia do bogactwa, stawiamy pewien ważny problem: to do czego w końcu my ludzie mamy dążyć?
- Bo jeśli bogactwa (co pewnie w jakiś sposób mogłoby wynikać z powyższych rozważań) jest "złe" (ja tu nie stawiam kropki nad "i", ale chyba sugestia jest oczywista), to jaki program na życie należałoby mieć: mam chcieć być biedny, a w ogóle "im gorzej, tym lepiej"?... Przecież nie chodzi nam o równanie do dołu, nie chodzi o to, aby przynajmniej ci, co jakoś mogą być szczęśliwi, teraz sobie odbierali tę możliwość i - dla jakiejś upiornej solidarności - zadawali sobie katusze, czy np. rozdawali żebrakom (a kto ich sprawdzi, czy po prostu nie przepiją wszystkiego) to, co jednak jakoś wypracowali oni, czy ich rodzina?...
Jeśli zbyt łatwo zanegujemy wartość bogactwa, to tym samym zanegujemy jednocześnie chyba i prawo do dążenia do poprawy bytu, nadzieję na to, że warto żyć tak w ogóle. To byłby bezsens. I ja też jakoś w prosty sposób negować samego bogactwa nie zamierzam. Problemem wg mnie jest nie samo bogactwo, ale jego emocjonalne oddziaływanie na człowieka, a także to, co on dalej z tymi emocjami robi.
Dlatego spójne pogodzenie kwestii bogactwa, etyki i solidarności w człowieczeństwie jest trudne. Wymagałoby ruszenia paru innych kwestii :think:


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Śro 17:34, 11 Lut 2015, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Kretowisko / Blog: Michał Dyszyński Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin