Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Odpowiedzialność - dar, czy przekleństwo?

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Kretowisko / Blog: Michał Dyszyński
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 30720
Przeczytał: 64 tematy

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 15:08, 26 Paź 2022    Temat postu: Odpowiedzialność - dar, czy przekleństwo?

Odpowiedzialność występuje w tych dwóch - tytułowych - rolach. To, że jest przekleństwem dla wielu, pewnie jest oczywiste. Szczególnie gdy delikwent mocno narozrabia, a potem ląduje w więzieniu, musi spłacać długi, czy zostaje zepchnięty w hierarchii społecznej za swoje czyny.
Mniej oczywista jest chyba świadomość tego, że odpowiedzialność jest darem. Wręcz wielu naiwnie sobie sądzi, że pozbycie się odpowiedzialności daje niemal same korzyści. Dlatego tutaj napiszę więcej o tym, że - choć nie zawsze sobie to uświadamiamy - w rzeczywistości odpowiedzialności pożądamy, potrzebując jej bardziej, niż to z wierzchu wygląda.

Aby sobie jakoś uświadomić to, że jednak sami osobiście nie chcielibyśmy być odpowiedzialności pozbawieni, proponuję wczuć się w następujące sytuacje.
1. zrobiliśmy coś, na czym na zależało, męczyliśmy się nad tym, ale oto jakieś - niezależne od nas - gremium decydentów, uznaje iż to ma złe skutki (może rzeczywiście je ma!), a że ma moc cofania zdarzeń, bez pytania nas o zdanie, anuluje wszystko to, nad czym tak pracowaliśmy, usuwa wszelkie skutki tego. Bo ma nie być odpowiedzialności.
2. Zostaliśmy uznani za nieodpowiedzialnych. Konsekwencją tego uznania jest, że dostajemy środowisko do życia - taki kojec, w którym niczego o istotnych skutkach nie da się zrobić. Tutaj, co byśmy nie zrobili, łatwo jest przywracany stan pierwotny. Odbiera nam to właściwie prawo do zrobienia czegokolwiek trwale, jesteśmy traktowani jak małe dziecko, albo osoba niespełna rozumu.
3. Skoro nie odpowiadamy za to, co czynimy, odbiera nam się (logiczna konsekwencja) prawo do autorstwa czegokolwiek, co zrobimy. W końcu jeśli nie ma odpowiedzialności, jeśli rzeczy nie dzieją się z naszego powodu (kłania się wprost definicja odpowiedzialności), to automatycznie nie ma powodu, aby cokolwiek przypisać nam. Czyli żegnaj uznanie za cokolwiek...

Odpowiedzialność bowiem jest w istocie niczym innym, jak nieusuwalnym od strony znaczeń logicznych OBJAWEM SPRAWCZOŚCI. Jeśli jesteśmy sprawcami, to automatycznie oznacza, iż uznaje się jako PRZYPISANY DO NASZEJ OSOBY fakt tego sprawstwa, a dalej wszystko to, co się powstaniem owego czegoś wiąże. Nie ma logicznej możliwości odklejenia jednego od drugiego, bo właściwie jest to TYM SAMYM.
Czyli albo jesteśmy w odpowiedzialni, albo stajemy się nie istotnym elementem świata.
Jeśli nasze sprawstwo, działanie w ogóle ma mieć jakieś znaczenie, wartość, to tym znaczeniem i wartością jest właśnie odpowiedzialność z tego tytułu.
Jest tak, niezależnie od tego, czy owa odpowiedzialność niesie ze sobą ocenę pozytywną, czy negatywną. Nie można zjeść ciastka i mieć (wciąż to samo) ciastko. Jeśli cokolwiek o sobie myślimy, jako o tym który... (który coś tam, dowolna rzecz), to w istocie myślimy o sobie, jako tym, który w czymś ma sprawstwo a więc i odpowiedzialność, która jest uznaniem owego sprawstwa za prawdziwe i trwałe.

Dlatego przekonania co niektórych, uważających iż można się z układanki w świadomość bezkarnie pozbyć poczucia (i pojęcia) odpowiedzialności (a dalej z tego też wynika aspekt winy), należy uznać za efekt BRAKU GŁĘBSZEGO PRZEMYŚLENIA SPRAWY, czyli za mrzonkę.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 30720
Przeczytał: 64 tematy

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 18:18, 26 Paź 2022    Temat postu: Re: Odpowiedzialność - dar, czy przekleństwo?

Odpowiedzialność jest budulcem innego pojęcia związanego ze świadomości i rozumowaniem. Tym pojęciem jest wskazywalność.
Odpowiedzialność jest niezbędna, aby dało się wskazać sprawcę sprawczości. Nie ma sprawczości bez sprawcy - takie rozumienie byłoby oksymoronem. Sprawca z kolei tym jest wskazany, że jest on odpowiedzialny za to, co sprawił.
Jednocześnie owa wskazywalność tym samym mechanizmem konstruuje JA - osobę. Osoba - ja to jest właśnie owo coś, co jest wskazane jako sprawca.
Nie można osobowo istnieć nie będąc sprawcą niczego. Oczywiście sprawczość nie musi tu dotyczyć wyłącznie zbudowania czegoś, czy nawet tylko zmiany w świecie materialnym. Sprawczość może też być w obszarze sprawienia odczucia innej osobie - np. sprawienie radości, bólu, zaciekawienia.

Spotkałem się podejściem w stylu: a ja tam nie potrzebuję żadnego ja, żadnej odpowiedzialności, bo wystarczy mi przekonanie, że rzeczy się dzieją w ramach ścisłych praw fizyki, czyli wtedy nie ma żadnych ja, żadnych osób.
Takie sformułowanie jest samo w sobie sprzeczne wewnętrznie, bo zaczyna się od...
"ja nie potrzebuję". Czyli zakłada już na start owo JA, aby potem stwierdzić, że jednak owego JA ma nie być. Ale jak JA nie ma, to nie ma też tego "nie potrzebującego", czyli całe zdanie jest "o kant tyłka potłuc...", zrobił się bełkot, a nie poinformowanie kogokolwiek o czymś, co daje się zinterpretować. A nie ma jak zastąpić tego "ja nie potrzebuję" na początku, na coś co ominie ów problem. Można niby próbować użyć formy bezosobowej w stylu "nie jest potrzebne ...". Ale to ukrycie podmiotu można łatwo zdemaskować prostym pytaniem: CO OKREŚLA ową potrzebność, bądź nie?
Jeśli ktoś odpowie "nic nie określa", co by rzeczywiście było próbą uspójnienia sensu wypowiedzi z późniejszą negacją JA, to ląduje w znaczeniu "nie jest potrzebne, czego nic nie określa, czyli co nie ma możliwości wskazania żadnych podstaw dla zasadności tego". Czyli ląduje w pustce rozumienia, w bełkocie, braku znaczeń i kolejnym absurdzie.
A jeśli odpowie, że coś określa, to od razu będzie przyskrzyniony na pytaniu: to co owym czymś jest? proszę o podanie jakichś cech tego bytu.

Wymigać się od uznania konieczności JA jest zatem bardzo trudno. Osobiście nie znam na to metody, która byłaby znaczeniowo niewadliwa. Przyjmuję zatem, że mamy tu formę ścisłego powiązania:
odpowiedzialności
sprawczości
wskazywalności
osobowości - ja.

Ale to nie koniec niezbywalnych powiązań, bo jeśli w ogóle wskazywalność miałaby być, to w jej znaczeniu zaszyte jest kolejne podstawowe pojęcie filozoficzne - WYBÓR.
Wskazywalność polega bowiem na tym (z wyjątkiem zupełnie trywialnego przypadku, gdy wskazanie jest identycznością, powtórzeniem czegoś), że wyróżniamy COŚ, A NIE INNE INDYWIDUUM. Wskazywalność w typowym wydaniu domaga się do swojej konstrukcji istnienia na start minimum dwóch opcji, z których jedna zostanie wyróżniona jako to, co jest wskazane. A wybór z kolei jest pojęciem, które domaga się wprowadzenia kolejnych dwóch fundamentalnych pojęć filozoficznych:
woli
wolności.
Razem byśmy mieli "wolność woli". Wskazanie bowiem, z samej swojej definicji polega na następującej procedurze:
W sytuacji, w której początkowo nie ma wyróżnionego elementu, zaś istnieje możliwość takiego wyróżnienia dochodzi do AKTU WYBORU, czyli zmiany statusu jednego z elementów na wybrany - wyróżniony. Możliwość dokonywania takich aktów wyboru jest wynikiem zadziałania WOLI wybierającego. Zaś fakt, że to wybierający staje się - arbitralnie, mocą własnych cech, sprawcą owego wyboru będzie kanwą pojęcia WOLNOŚCI. Zatem opisany zestaw okoliczności będzie warunkiem koniecznym pojęcia wolności woli (pełne rozumienie pojęcia wolności woli domaga się według mnie jeszcze paru warunków dodatkowych; ale to już jest osobna kwestia).
To wszystko obowiązuje na mocy definicji. Można te definicje trochę inaczej formułować, ale sens i tak pozostanie ten sam.

Podsumuję:
Nie ma aktu wyboru, jeśli nie będzie wskazywalności i tego, co wskazuje - wskazującego - który z kolei jest odpowiedzialnym za to wskazanie, jako że JEMU PRZYPISANY jest ów akt wyboru. Wszystko to razem jest niejako "jednym i tym samym", choć może oglądanym jakby z różnych stron. To jest jednocześnie i jedność, i pewna całość owego pojęcia.
Nie ma tu "gdzie czmychnąć" w inną opcję, bo to obowiązuje właściwie na mocy definicji.

Oczywiście ktoś może powiedzieć: ale ja tego nie chcę! Nie godzę się na to!
Tym samym jednak, jeśli tak powie, uzna automatycznie to, że to ON się nie godzi, ON WYBRAŁ, jak też, że JEMU JEST PRZYPISANA ta decyzja, w której "się nie godzi", czyli wychodzi jedynie na to, że gość wybrał opcję przeczenia samemu sobie - opcję sprzeczności wewnętrznej. W sumie tak też może... Ale to ma swoje konsekwencje (o konsekwencjach - raczej przykrych - decydowania niespójnego, może kiedyś osobno napiszę).
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 30720
Przeczytał: 64 tematy

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 1:52, 27 Paź 2022    Temat postu: Re: Odpowiedzialność - dar, czy przekleństwo?

Najkompletniejszym wypełnieniem postulatu braku odpowiedzialności byłaby sytuacja, w której osoba coś robiąca każdego dnia, budząc się dnia następnego znajdowałaby świat przywrócony do stanu sprzed tych wszystkich akcji, jakie ktoś wykonało poprzednio.

Jest pytanie: czy chcielibyśmy tego?
Czy w imię nie bycia obarczonym realną odpowiedzialnością, z tytułu negatywnych konsekwencji naszych wyborów, chcielibyśmy mieć życie, w którym nic trwałego ani ważnego nie moglibyśmy zrobić?...
Ja przypuszczam, że - po zapoznaniu się do końca z ową opcją, uświadomieniu jej pełnych konsekwencji - praktycznie nikt by tego nie chciał.

Tu niejeden może jeszcze zacząć dodatkowo kombinować: dobra, to ja chcę jednak trochę tej mojej sprawczości, a więc jakąś tam swoją odpowiedzialność dopuszczam, ale zastrzegam sobie, że jeśli po jakimś czasie się okaże, że pewne moje czyny - patrząc z perspektywy pełnego doświadczenia i wiedzy - uznam za mi nie odpowiadające, to owe czyny mają zostać cofnięte.
Z tym pomysłem ratowania się od pełnej odpowiedzialności za pomocą odpowiedzialności dowolnie cofanej jest jednak następny problem - możliwości realnego wykonania, w sytuacji gdybyśmy mieli interakcje z innymi osobami. Te osoby mogłyby mieć odrębne zdanie w kwestii jakie zdarzenia należy cofnąć. Zakładając, że w przypadku konfliktu nie będziemy nikogo wyróżniać (jest to naturalne założenie, bo nie bardzo jest czym go wyróżniać, nie ma idealnej, w pełni sprawiedliwej zasady na to), przynajmniej część odpowiedzialności nie mogłaby być cofnięta w przypadku protestu innych uczestników tego świata. Jedyną opcją takiej sterowanej, cofanej w niewygodnych aspektach odpowiedzialności, ale jednocześnie sprawiedliwej, byłoby funkcjonowanie W SAMOTNOŚCI, JEDYNIE WE WŁASNYM ŚWIECIE. Tam byśmy nikomu z naszymi postulatami cofania nie weszli w drogę. Jednak funkcjonowanie w takim samotnym świecie ma fundamentalną wadę - nasza sprawczość w takim świecie nie odrywałaby się od działań wobec materii nieożywionej, nie ruszałaby nijak aspektu wartości, emocji, robienia czegoś po coś. To byłby martwy świat, w którym działania tracą swoje znaczenie. I chyba prawie nikt nie chciałby żyć w takim samotnym świecie, w którym nic nikogo nie dotyka, w którym - skoro nie ma szansy na wartości typu radość, bądź cierpienie - nie ma właściwie powodu czegokolwiek przedsięwziąć. Bo w takim świecie wszystko jest jednakowe, płaskie, obojętne, w nim nie ma trwałych znaczeń, nie ma wartości. W tym świecie jest tylko głęboko irytujące przeświadczenie totalnej niemocy uczynienia jakiejkolwiek najmniejszej rzeczy, która swoim znaczeniem odróżniałaby się dowolnie wybranej innej rzeczy.

Tak więc wychodzi na to, że ostatecznie lądujemy w opcji JEDYNEGO PRAWDZIWEGO ŚWIATA - TEGO Z PEŁNĄ, SYMETRYCZNĄ ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ. Jest on w tym znaczeniu "prawdziwy", że w nim właśnie wszystko to, co czynimy jest ważne, a my jesteśmy powiązani z tym co robimy - to o nas świadczy. Czasem to świadczenie wyjdzie nam na plus, czasem na minus, ale to jest po prostu cena prawdziwości rzeczywistości, w której - jako jedynej - świadomość może egzystować w pełni swojej natury i możliwości.

Niestety, znowu mamy więc ten dylemat z ciastkiem, które naraz może być jedynie albo zjedzone, albo nie zjedzone, lecz nie obejmuje ta sytuacja opcji, gdy ciastko zjedliśmy, a dalej je mamy. Ciastkiem jest realność, prawda, ale też możliwość osiągania satysfakcji w wyniku przejawiania sprawczości przez świadomość. Albo będzie ta świadomość miała świat, w którym ma ona szansę na okazanie sprawczości, czego konsekwencją jest to, że również czyny tej świadomości MAJĄ ZNACZENIE, a więc i można mieć z tego tytułu satysfakcję, można coś uznawać, bądź nie uznawać realnie, bo to rzeczywiście się zdarzyło, zaś fakt tego będzie nie do odwołania. Tu rzeczywistość i świadomość trwale JEST.
Albo, rezygnując z odpowiedzialności lądujemy w opcji świata tymczasowego, w którym nic nie można zrobić, bądź nic nie można zrobić takiego, co miałoby znaczenie dla kogokolwiek. W tym ostatnim świecie chyba nikomu nie chciałoby się żyć, jako że bylibyśmy w nim praktycznie ubezwłasnowolnieni, sprowadzeni do roli zbliżonej do czynnika chaotycznego (chaos też niczego nie wyróżnia).
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 30720
Przeczytał: 64 tematy

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 11:26, 27 Paź 2022    Temat postu: Re: Odpowiedzialność - dar, czy przekleństwo?

Odpowiedzialność jest darem dla tych, którzy podjęli decyzję, że CHCĄ BYĆ. To właśnie przez odpowiedzialność możemy się stawać, jako ci, od których coś zależy.

Ten, od którego nic nie zależy, czyli który nie zmienia niczego w rzeczywistości, nie zaistniał w owej rzeczywistości. W tej rzeczywistości on nie istnieje. Istnieje jedynie ten, kto się PRZEJAWIA w rzeczywistości, czyli jest odpowiedzialny za to, co on przejawił, JEMU TO ZOSTAJE PRZYPISANE.

Traktując rzeczywistość na zasadzie "nie ma żadnych ja", jednocześnie uznajemy, że nie ma "ośrodków odpowiedzialności". JA bowiem jest takim ośrodkiem odpowiedzialności, tym czymś łączącym zajście w sytuacji A, z zajściem sytuacji B, C... Te zajścia mają to wspólne, że uczestniczył w nich dany osobnik, jakieś JA.
Alternatywą bez JA jest traktowanie każdego zajścia, każdej sytuacji osobno, na zasadach incydentalnych za każdym razem, nie dopisując tym zdarzeniom sprawcy, który by je łączył.

Warto tu też dodać, że całe to rozumowanie, jakie tu przedstawiłem, w powyższej postaci jest jeszcze uproszczone. To właściwie jest tylko początek sprawy, mamy tu "więcej warstw", sprawczości i JA. W szczególności kolejnym poziomem rozważań jest zadanie sobie pytania: po czym poznajemy, że X jest sprawcą, jeśli w istocie każde zdarzenie ma powiązania, które, gdyby je prześledzić wstecz w ciągach przyczynowo - skutkowych, sięgają w niezliczony zbiór bytów. W bezpośrednim rozumieniu nie ma właściwie jednego konkretnego sprawcy, a jest współsprawstwo całej rzeczywistości, która tak się ułożyła, że zaszło to, co zaszło.
Sprawstwo więc domaga się czegoś więcej, niż przypisania arbitralnie osobie. Czynnikiem niezbywalnym w tej układance jest CELOWOŚĆ. A z kolei sama owa celowość jest osobnym, bardzo złożonym zagadnieniem, o przebogatej strukturze. To właściwie owa celowość konstruuje nam osobę. Jesteśmy ostatecznie tym, co skonstruowała nasza osoba, co uznaliśmy za cel zgodny z naszą naturą, w co WIERZYMY.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 30720
Przeczytał: 64 tematy

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 18:46, 27 Paź 2022    Temat postu: Re: Odpowiedzialność - dar, czy przekleństwo?

Właściwie to chciałbym tu sformułować tezę następującą:
W głębi duszy każdy człowiek PRAGNIE odpowiedzialności!

Co prawda gdy przychodzi do rozliczeń życiowych błędnych decyzji, gdy pojawia się problem odpowiedzialności negatywnej, związanej może z winą, słabością. Ale jednak absolutnie nie do zaakceptowania dla chyba każdego człowieka byłoby kompletne pozbawienie tego człowieka poczucia sprawczości, jakieś odmówienie znaczenia temu, co ów człowiek miałby zadecydować. A do tego właśnie sprowadzałaby się przecież realizacja postulatu całkowitego pozbawienia odpowiedzialności ciążącej na człowieku.

Aby to zrozumieć, niektórzy musieliby się zmusić do jakiejś formę głębszego wglądu we własne odczucia, emocje pragnienia. Już małe dziecko denerwuje się, gdy jest ignorowane. Także dorosły człowiek źle znosi relacje, w których jest traktowany jako ten, kto nie ma prawa do decyzji, z racji na to, że umie unieść odpowiedzialności z tego tytułu. Właściwie "nie mieć odpowiedzialności" oznaczałoby "nie być w pełni człowiekiem". Gdyby zrobić taki eksperyment, w którym człowiekowi tej szansy na odpowiedzialność za czyny odmówiono, czyli gdyby wszystko co on zrobi było anulowane, przywracane do stanu przed jego działaniem, to taki człowiek odczuwałby głęboką i postępującą frustrację z tego tytułu. Ostatecznie nie miałby szansę czuć się spełnioną osobowością.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Kretowisko / Blog: Michał Dyszyński Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin