Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Samodoskonalenie

 
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Kretowisko / Blog: Michał Dyszyński
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16738
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 14:16, 23 Kwi 2020    Temat postu: Samodoskonalenie

Nie wiem, jak mi wyjdzie z tym wątkiem, ale chciałem tutaj trochę pisać o swoich pomysłach na samodoskolenie. Na początek będzie o czymś, co od jakiegoś czasu bardzo w tym kontekście zwraca moją uwagę, wzrastając w ważności. Chodzi o ZDOLNOŚĆ DO SZACUNKU, o umiejętność DOCENIENIA. Docenienia czego?
- Praktycznie to WSZYSTKIEGO!

Szacunek i docenianie
Powiedziałbym, że od tego zaczyna się w ogóle wzrost duchowy, to zagadnienie jest osią stawania się, związków ze światem, poznaniem rzeczywistości - wzrastanie w szacunku, dalej przekształcającego się w życzliwość, akceptację, przebaczenie i miłość. Ale zacząć trzeba od szacunku, który jest punktem wyjścia o tyle dobrym, że nie miesza na starcie tych najbardziej górnolotnych emocji, "spoglądając na rzecz" może chłodniej, ale z drugiej strony W WIĘKSZEJ WOLNOŚCI POSTRZEGANIA, bez przymusów mentalnych. Zaczynając od uczuć wielkich, trudno jest się cofnąć. A to co wielkie, jest jednocześnie przytłaczające tą właśnie wielkością. Szacunek jest czymś mniejszym, nie zobowiązuje, nie żąda, nie ustawia sprawy na zasadzie "teraz to już my do grobowej deski", czy "skoro kocham, to poświęcę wszystko, nawet własne życie dla ciebie". Szacunek ustawia sprawy kontaktów wzajemnych dając największe szanse dostosowania się, wolności, dając możliwość percepcji nie zakłóconej emocjami.
Kto nie zacznie swojej drogi duchowej od szacunku, od razu wskakując "z wysokiego C" w uczucia wielkie i władcze (nawet te pozytywne i wzniosłe), ten pozbawi się szans na DOSTRZEŻENIE CAŁOŚCIOWE, czyli nie tylko tych stron sprawy, jakie są wysoko wartościowane, lecz i słabości, grzechów, błędów. Szacunek zabezpieczy jakoś myśl przed uznaniem owych czyichś grzechów za coś skłaniającego do odrzucenia, czy potępienia, a jednocześnie pozwoli na tych negatywnych stron percepcję. Bo aby kogoś zrozumieć, trzeba umieć dostrzegać w nim tak samo dobre, jak i złe strony. Złe strony są postrzegane, ale to postrzeganie nie oznacza potępiania. Postrzeganie służy temu, aby uwzględnić we własnym postępowaniu czyjeś braki - np. aby nie obaczyć kogoś nadmiernymi oczekiwaniami, zadaniem nie na jego siły. Znając czyjeś słabości, cofniemy się przed postawieniem go w upokarzającej sytuacji, gdy zostało przed nim postawione zadanie, którego on nie udźwignie, a dalej poczuje się tą porażką upokorzony. Więc głoszę tutaj swoją szczególną pochwałę szacunku, rozumianego jako zdolność do docenienia w ludziach, rzeczach, okolicznościach każdego okrucha dobra i uznanie tego dobra, a nawet osobiste ucieszenie się tym dobrem.
To jest coś, czego wiele osób "starej daty" nie potrafi w ogóle zrozumieć. Przez osoby starej daty, rozumiem ludzi, którzy preferują postawę krytykującej wymagalności względem świata. Przyznam, że ja tak trochę byłem wychowywany - w ogniu nieustannej krytyki o wszystko, tak jakbym ja popełniał wyłącznie błędy i to tylko o moich (prawdziwych, czy domniemanych) błędach należy wciąż rozmawiać, a w żadnym wypadku nie należałoby się zająknąć o tym, że może jednak też coś dobrego się zdarzało. Sam odrzucam dzisiaj tę postawę ludzi starej daty, to programowe krytykanctwo, ale też i...
doceniam!
No właśnie - już od tego momentu zamierzam włączać swój program szacunku i doceniania. Nawet doceniając to, że się było poddanym presji otoczenia nie umiejącego okazywać szacunku, unikającego docenienia przynajmniej mnie (bo zwykle jednak doceniało się wielu innych, najlepiej tych, co przeciw mnie...). Szanuję tych ludzi startej daty (i starej mentalności), którzy w taki prosty sposób, właśnie za pomocą jednolitej presji, próbowali mnie (i innych) jakoś przestrzec przed popełnieniem błędu, przed zlekceważeniem czegoś. Czy bym to lekceważył, gdybym owej presji nie było poddany?...
- W sumie nie wiem. Może tak, może nie. Tamten czas się nie cofnie. Mamy jakieś dzisiaj. I to dzisiaj wiemy już jak wygląda sprawa - błędy są zagrożeniem, ale zbyt niewolnicze skupianie się na unikaniu błędów też jest zagrożeniem. Przeszedłem jakąś drogę. Dzięki błędom - tak cudzym, jak i swoim - coś tam zrozumiałem. I szanuję to. Szanuję samo własne zrozumienie (czasem w bólach osiągnięte), szanuję postawienie przede mną tych problematycznych sytuacji. Bez nich nie miałbym okazji zastanowić się nad sprawę. Więc one okazały się jakoś potrzebne. Szanuję też owe intencje co niektórych. Było one prostacko realizowane, były chyba jakoś błędnie postawione, ale te intencje były dobre. I to dobro staram się szanować.
Ale szacunek właściwie uznaję dziś za podstawę wszystkiego. Zaprzeczeniem szacunku jest zlekceważenie, odrzucenie, na koniec pogarda. Kto lekceważy ludzi i rzeczy, odrzucając je z góry, ten się niczego z nich nie nauczy. Czyli sam straci. Od postawy szacunku zaczyna się wzrost mentalny i zrozumienie.
Szanuję mądrych - za ich mądrość. Ale szanuję też i głupców - trochę na wyrost, trochę z nadzieją, że kiedyś zmądrzeją, a trochę z racji na to, że są ludźmi. A każdemu człowiekowi należy się szacunek, właśnie z racji jego człowieczeństwa.
Szanując innych, mam prawo też oczekiwać szacunku, jak i doceniać także siebie. Bo wszyscy w tym układzie "jedziemy na tym samym wózku" - życia w atmosferze szacunku, docenienia, uznania tego co dobre, a na koniec nawet usprawiedliwienia też tego, co z błędu się rodziło. Bo błądzić jest rzeczą ludzką, bo te starania w błędach też trzeba uszanować. Jeśli nie uszanujemy tych błędnych prób radzenia sobie z sobą i światem, to to nie uszanujemy całości człowieczeństwa, zakłamiemy to co się zdarzyło, czy co jest.
Więc tutaj szacunek jest nawet jakoś "mocniejszy" niż miłość. Miłość nie obsługuje funkcjonalności dystansu mentalnego, milość jest zawsze blisko, tuż obok. Szacunek pozwala na zaakceptowanie tego, co delikatne uczucia by rozwaliło, czego miłość, w swoim oczekiwaniu wzniosłości, by nie przetrwała. A szacunek tu jest rozwiązaniem.

To na mądrym szacunku ostatecznie wzrasta dojrzała miłość. To szacunkiem dokonuje się ten szeroki wgląd w życie i świadomość. Dlatego uparcie głoszę pochwałę szacunku.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16738
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 21:43, 01 Maj 2020    Temat postu: Re: Samodoskonalenie

Innym, oprócz wzrastania w szacunku, ważnym aspektem samodoskonalenia jest rozliczenie w sobie granicy między pragnieniami, a poszanowaniem prawdy niezależnej (też wychodzi forma szacunku...).
Rodzimy się zaprogramowani do ekspansji, do osiągnięć, kontroli otoczenia. Ta kontrola odbywa się poprzez:
1. powstawanie w nas oczekiwań, marzeń, a z nich formułowania celów do osiągnięcia
2. próby osiągania owych celów poprzez wywieranie swojego wpływu na własne zarządzanie uwagą, ciałem, a na koniec wpływu na świat
Problem w tym, że nie zaczynamy od celów absolutnych. Cele, jakie nam domyślnie "zlecają" nasze geny są dość prymitywne, zwierzęce. One często są przeciw temu, co byśmy ostatecznie wybrali, gdyby przyszło nam spojrzeć na rzeczy w sposób zbliżony do pełnej wiedzy o sprawie. Wraz ze wzrastaniem świadomości, zmieniają nam się cele życiowe - od tych dziecięcych, naiwnych, poprzez młodzieńcze, jako wstępne dorosłe, a potem coraz bardziej dojrzałe (miejmy nadzieję, że przemyślane). Rodzimy się właściwie jako zwierzęta, istoty nieświadome złożoności świata, panujących w nim praw, nieświadome siebie. Dopiero dzięki interakcji z tym światem poznajemy to wszystko powoli, z mozołem. Za każdym razem gdy okazuje się, że coś poznaliśmy, zrozumieliśmy, zaliczamy sobie sukces.
Ale powstaje tutaj pewien problem - nasz wewnętrzny system rozpoznawania nie do końca potrafi odróżnić, co jest dla niego ważniejsze
- SAMO WRAŻENIE, ze się sukces osiągnęło
- czy RZECZYWISTE OSIĄGNIĘCIE W ŚWIECIE owego sukcesu - tutaj poprawne poznanie rzeczywistości.
Chcemy znać prawdę, chcemy wiedzieć co jest i jak w tym świecie. Ale co jest tu bardziej celem?
- rzeczywiście owo poznanie
czy
- samo owo chcenie?...

U niektórych ludzi zaliczanie sobie na plus owych sukcesów przejmuje kontrolę nad realnymi dokonaniami. To trochę tak jak z fałszowaniem statystyk przez urzędy państwowe monitorujące stan gospodarki, czy procesów społecznych. Władza stawiająca na pierwszym miejscu uczciwość podaje te dane statystyczne, które zostały zmierzone, a mierzyć stara się tak, aby nie fałszować zbieranych danych. Są jednak też władze, które wyżej niż uczciwość stawiają swoje chciejstwo, aby dane były pozytywne. Takie władze ostatecznie naginają statystyki do swoich potrzeb propagandowych, czy do własnego dobrego samopoczucia. Jeśli później na podstawie zafałszowanych danych buduje się modele reakcji na zjawiska społeczne, to te modele są wadliwe, a podejmowane w oparciu o nie decyzje - nietrafione. Bo będą to decyzje oparte nie o to, jak jest, a oto, jak jak władze chciałyby widzieć rzeczywistość.
Podobnie jest z człowiekiem, który nie rozliczył się ze sobą w kwestii czego pragnie bardziej
- prawdy
- czy dobrego sampoczucia.

Tu może ktoś powiedzieć: a ja tam w ogóle za bardzo owej prawdy nie pragnę, jeśli psuje mi ona moje dobre samopoczucie. Więc moje samopoczucie stawiam jednak wyżej. Ale czy taki ktoś NAPRAWDĘ TEGO CHCE?
Ja mam poważne wątpliwości, czy ktoś tak deklarujący dobrze przemyślał sprawę. Bo jeśli ktoś świadomie otacza się fałszywymi danymi o świecie, wiedząc iż za chwile przyjdzie mu podjąć jakaś decyzję (może bardzo ważną decyzję), to wtedy wyjdzie, że ów ktoś nie będzie wiedział, na czym się oprzeć. W zasadzie wybierze coś nie znając sprawy, nie rozumiejąc zależności, które w niej wystąpią. I - jeśli jest jako tako racjonalny - to w końcu zorientuje się, że wybrał źle, a ten zły wybór może narobić mu wielu szkód. I tak dalej będzie z kolejnymi wyborami, które narobią kolejne szkody. W ostatecznym rozrachunku taka strategia skupiania się na doraźnej przyjemności, zamiast pewnego zmuszenia się do zaakceptowania prawdy, raczej się nie opłaci. Bo taki ktoś w końcu poczuje się bezradny wobec świata, który wciąż będzie działał w sposób dla niego niezrozumiały, wciąż będzie czynił mu "psikusy", wciąż będzie funkcjonował wbrew oczekiwaniom.
Tak więc jest coś za coś. Decyduje bilans ostateczny.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16738
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 11:54, 06 Maj 2020    Temat postu: Re: Samodoskonalenie

Rozliczenie się z agresją świata
Jedną z najtrudniejszych rzeczy, jaką stawia życie jest rozliczenie się z agresją zewnętrzną - nieraz fizyczną, częściej emocjonalną. Rodzimy się jako istoty małe i bezradne. Potem wzrastamy, dojrzewamy, świat zaczyna tez oczekiwać, iż my sami przejmiemy pałeczkę w tym życiu, że zaczniemy decydować, okazywać swoją sprawczość. Ale jednocześnie w tym świecie trwa nieustanna walka o dominację. Ludzie dominacyjnie nastawieni będą nas próbowali poniżyć, zdeprecjonować. Więc walczymy o siebie - o prawo do wyrażania swojego zdania, do osobistych pragnień, emocji, punktu widzenia. W zależności od tego w jakiej rodzinie się wychowujemy, w jakim środowisku, jesteśmy wciskani w różne układy, w których dominują nas, ale i zaczynamy dominować my sami. Z tego rodzą się liczne dylematy, ale też stresy, traumy, destrukcyjne emocje.
Jedną z najbardziej charakterystycznych typów agresji mentalnej jest wmawianie nam czegoś, co sobie wymyślił na nasz temat agresor. Agresor może mieć różne intencje, a czasem miewa w swojej agresji sporo racji. Wmawia się nam jakieś intencje, myśli, to że się "nie staramy", że coś tam rzekomo chcemy osiągnąć czyimś kosztem itp. itd.
Jeślibym miał zrobić statystykę stresów życiowych, jakie przyszło mi znieść, to chyba to bycie obiektem wmawiania mi (prawdziwych, czy urojonych) różnych intencji, zaniedbań, czy czego tam jeszcze, chyba będzie na podium negatywnego wpływu na moje emocje. Nie wiem, czy na pierwszym miejscu, ale na pewno na podium. Trudno jest zaakceptowaćmgdy bliska nam osoba deklaruje nam, iż jest przekonana o jakichś tam naszych złych cechach, zachowaniach, intencjach. Szczególnie jeśli my uważamy coś innego na ten temat. Takie wyrażenie (negatywnego) zdania na temat posiadanej intencji jakoś wyjątkowo dotyka, wyprowadza z równowagi, osłabia w poczuciu panowania nad swoją integralnością. Trochę to wygląda dotknięcie jakiejś delikatnej struny w konstrukcji osobowości. Jesteśmy chyba szczególnie wrażliwi na informacje, przekonania o tym, KIM JESTEŚMY, jaka jest NASZA NATURA, czego pragniemy naprawdę?
Człowiek zaatakowany od strony jego tożsamości, jestestwa, bardzo źle znosi taki atak emocjonalnie. Ja też to bardzo źle znosiłem, wywoływało to we mnie wiele frustracji, rozżalenia. Dlaczego ktoś mnie o to oskarża? Jakie ma prawo wmawiać mi coś, o czym przecież nie wie, czy jest prawdą, bo nie siedzi w mojej głowie?
Słabsze osobowości mogą nie znieść tego ataku na tożsamość, mogą się załamać, wpaść w depresje, nawet psychozy. Z drugiej strony taki atak też uruchamia w człowieku mechanizmy obronne, refleksję nad tym: kim właściwie jestem? Czy rzeczywiście wierzę w to, co deklaruję? Czy jestem spójny wewnętrznie?
Dziś, z perspektywy czasu i doświadczenia, mniej się obawiam owych ataków na swoją tożsamość. Z jednego głównego powodu - wytworzyłem sobie dość szczególny mechanizm obronny. Ten mechanizm oparty jest o formę wewnętrznego postanowienia. Treść owego postanowienia jest następująca: każdy, kto - bez Twojego przyzwolenia i zaproszenia - ci wmawia, że posiada lepszą orientację w twoich odczuciach, myślach intencjach, niż ty sam, powinien być traktowany jako osoba nieprawidłowo rozumująca, o złych intencjach, osobowości napastliwej, nie panującej nad potrzebą dominacji, a więc po prostu niewiarygodna. Wszystkie jej roszczenia można lekką ręką skreślić jako bezzasadne. Tak po prostu są do odrzucenia.
Tego rodzaju postanowienie sobie złożyłem. Dodatkowo okrasiłem je sobie wewnętrznie bardziej dosadnym sformułowaniem: ktoś ci wmawia, ogłaszając odgórnie jaki to rzekomo jesteś? - Niech spierdala!
I OBOWIĄZKIEM osoby, która ceni sobie sensowność, prawdę, uczciwość jest potraktowanie tego rodzaju osoby, jako niewiarygodnej, a do tego o złych intencjach. Obowiązkiem.
Co jednocześnie nie znaczy...
że czasem ktoś tak atakujący nie ma racji! MOŻE mieć tę rację! Ale raczej nie z większym prawdopodobieństwem niż losowo. Więc roszczeniami takiej osoby - z założenia i postanowienia - nie należy się przejmować. Wręcz rodzajem "grzechu" względem siebie i prawdy byłoby przejmowanie się tym, co produkuje nam czyjaś potrzeba dominacji i świadomości wpływu na inne osoby. Takim agresorom nie wolno jest dawać powodować naszymi emocjami. Chyba że...
chyba że całkowicie na naszych warunkach!
Bo jednocześnie, też z perspektywy lat i doświadczeń, uważam iż błędem jest nastawienie się zbytnio w stronę przeciwną. Bycie manipulowanym moze odbywać się na dwa sposoby - zarówno uległością, jak i przeciwstawieniem się! W obu przypadkach to nie my decydujemy, lecz okoliczności/ludzie zewnętrzni. Zatem i odrzucenie czyjejś mentalnej agresji ostatecznie warto jest w sobie skontrować. Tylko wtedy odzyskujemy wolność, gdy udaje nam się sprowadzić sprawę do poziomu neutralnego, tak jakby nikt nam niczego nie narzucał, a my niczemu się nie przeciwstawiamy. Neutralnie, czyli bez preferencji w jakąkolwiek stronę.
Warto zauważyć, że czasem możemy sami poprosić kogoś, aby nam przedstawił to, jak widzi sprawę naszych intencji. Np. możemy nawet zapłacić za wizytę u psychoterapeuty, który postawi diagnozę. Wtedy jego opinia nie będzie już agresją, bo my na to dajemy swoje przyzwolenie.

Tu się ujawnia nawet rodzaj pozytywnego aspektu w byciu zaatakowanym przez kogoś. Jeżeli przez jakiś czas zastanowimy się DLACZEGO napastnik nie ma racji, to postawimy sobie sam problem przed oczy. Może coś przemyślimy, może coś zrozumiemy. A może wyjdzie na to, że napastnik mentalny, miał rację? Albo może właśnie chcemy się dowiedzieć, co ktoś myśli na nasze temat...
- Taką opcję też warto jest rozważyć. Tylko że przyjmujemy wtedy taką opinię NIE NA CUDZYCH WARUNKACH! Ostatecznie to my zadecydujemy o sobie w oparciu o nasz osąd - świadomie, bo my tak uznaliśmy. Ale inspiracji poszukujemy, nad sprawą widzianą w zewnętrzny sposób, choć trochę się zastanowimy.

Tu wreszcie docieramy do syntezy w rozumieniu. Świat, ludzie, agresje mentalne wychylają nas z położenia równowagi. to powoduje reakcję. Błędem jest pójście bezrefleksyjne za sugestiami, jakie przychodzą, więc trzeba się im przeciwstawić. Ale tak samo błędne może być oddanie się temu przeciwstawieniu - w końcu ono też jest wychyleniem się naszego rozumienia i emocji. Stanem, w którym równowaga jest przywrócona będzie dopiero ponowne ustawienie się w pozycji neutralnej, choć z ze zdobytą wiedzą, jak to jest być w tych położeniach wychylonych, skrajnych. W ten sposób zdobywamy doświadczenie, rozumienie, nie dając się powodować wrogim emanacjom. W ten sposób też możemy udowodnić swoją odporność, moc, integralność osobowości. To jest cenne doświadczenie.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16738
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 14:27, 02 Cze 2020    Temat postu: Re: Samodoskonalenie

Cierpliwość
Coraz bardziej się przekonuję, jak ważna jest w życiu i samodoskonaleniu cierpliwość.
Większość moich życiowych błędów miała gdzieś w tle brak cierpliwości, skupienie się na tym, co doraźne.
Fałsz najczęściej polega właśnie na tym, że zamiast dokładniej zbadać sprawę, poprzestajemy na doraźnym osądzie, bo jesteśmy niecierpliwi, bo chcemy mieć wynik "na teraz".
Cierpliwość rozwiązuje tak wiele rzeczy, układa nieraz sprawy - zdawałoby się - niemożliwe do rozwiązania. Czasem tak trzeba - poczekać, dać szansę sobie, komuś.
Do tego, aby wynik pojawił się na już, niezbędne jest spełnienie wielu, czasem trudnych warunków. Musi być przygotowany scenariusz działania, zebrane i i sprawdzone informacje o sytuacji, my musimy być przygotowani. Podobnie, gdy oczekujemy natychmiastowej reakcji od innych ludzi, stawiamy ich w sytuacji, gdy żądamy od nich idealnego przygotowania się do tego akurat przypadku, do tego naszego chciejstwa dostania wyniku na już.
Niecierpliwi ludzie męczą swoje otoczenie poprzez wrzucanie do wzajemnych układów elementów nagłych, często nowych, z żądaniem natychmiastowego ich obsłużenia. Najczęściej to obsłużenie nie da się zrealizować szybko inaczej, jak tylko po łebkach, w kiepski sposób. A potem niecierpliwi próbują - za efekt, który z dużym prawdopodobieństwem będzie niezadowalający - winą obarczyć osoby, na których barki zrzucili zadanie niemożliwe do zrealizowania. Tak to niecierpliwi tworzą wokół siebie atmosferę napięcia, stresu, nieustannych pretensji. Ciężko jest z nimi żyć.
Choć oczywiście i z cierpliwością nie należy wpadać w przesadę. Są sytuacje, gdy trzeba decydować natychmiast, ale nie są to wcale takie częste sytuacje. Więc w większości przypadków tam, gdzie chwila zastanowienia, refleksji jest możliwa do wciśnięcia ją w tok decyzyjny, warto jest się na ową refleksję zdecydować.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16738
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 20:38, 28 Cze 2020    Temat postu: Re: Samodoskonalenie

Czasem chodzi o to, aby nie żądać za wiele
Schować się w swoją małość wobec świata. Nie oczekiwać, wszystko uznać za wielki DAR, wszystko docenić, każdego obok nas postrzega jako króla. A gdy ten król raczył zwrócić na nas uwagę, to dostąpiłem wielkiego zaszczytu.
Wszyscy są królami, najcenniejszymi darami od Boga, cudowną emanacją Wielkiej Mocy, a ja taki malutki, taki obdarowany tą ich obecnością, samym spojrzeniem. Doskonałe przeciwieństwo pychy - uniżenie i zaakceptowanie tego uniżenia. Bo gdy wszystko jest wspaniałe i cenne, to kontakt ze wszystkim jest wywyższeniem i wielkim darem. Bo kto się uniża, będzie wywyższony - choćby w samym własnym postrzeganiu.
Ale nie zawsze o to chodzi, aby żądać, a przynajmniej nie OCZEKIWAĆ mało.
Ten kto niczego nie oczekuje od nikogo jest oszustem w społeczności, w której ceni się inne istoty. Bo udaje, ze jest członkiem społeczności, w której ktoś może udzielić mu daru, a już na starcie tej możliwości obdarowania się wyrzeka. Trzeba też zdobyć się na ten wysiłek OCZEKIWANIA I PRAGNIENIA dobra od kogoś. Ofiarować mu to, aby mógł poczuć się kimś, kto jest w stanie kogoś dowartościować, darem obdzielić. Kto na to oczekiwanie nie jest zdolny, jako oszust w układzie odniesień osobowych, jest wadliwy, czyli powinien zostać odrzucony.


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Nie 20:39, 28 Cze 2020, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Kretowisko / Blog: Michał Dyszyński Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin