Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Etyka, a naturalne emocje

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Kretowisko / Blog: Michał Dyszyński
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13264
Przeczytał: 58 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 21:17, 12 Cze 2017    Temat postu: Etyka, a naturalne emocje

Chcę poruszyć temat, który od jakiegoś czasu mnie "drąży", a nawet fascynuje, jako element układanki w konstrukcję idealnego świata. Chodzi o aspekt WZAJEMNEJ UŻYTECZNOŚCI LUDZI i funkcjonowania człowieka - umysłu w kontekście nakazów moralnych.

Od razu zastrzegam, że wystąpię przeciwko pewnej "oczywistości" (przynajmniej dla wielu to jest oczywiste) w sprawach moralnych. Pewnie dla wielu osób moje podejście będzie więc nie do przyjęcia - przynajmniej po pobieżnym zapoznaniu się. Dalej jednak chyba ujawni się "logika", spójność owego podejścia.
Zadajmy sobie bardzo podstawowe pytanie: co jest dobre - występować przeciwko własnej naturze, emocjom, pragnieniom, czy iść w zgodzie z nimi?
Jeśli przyjrzymy się religijnym naukom, to zwykle znajdziemy w nich mnóstwo napomnień, jak to człowiek powinien się hamować w swoich pragnieniach, dążeniach, jak to grzechem jest to, co jawi się jako przyjemne - seks, uleganie sobie w jedzeniu, nałogi. Dobrym za to miałoby być umartwienie się, występowanie przeciwko przyjemnościom życia, przeciwko temu co "się chce", co jest życiowo łatwe.

Przyznam, że przez jakiś czas (bardziej) "wierzyłem" w taką wersję poprawnej etyki. W każdym razie wydawało mi się to względnie słuszne, aby udowadniać swoja wartość poprzez wiele praktyk pokutnych, jakoś tam cierpiętniczych. W końcu chyba Bóg wymaga od nas poświęceń, musimy "wziąć swój krzyż"...
Z drugiej jednak strony mamy w Biblii dość charakterystyczną wypowiedź Jezusa "Dosyć ma dzień swego utrapienia. Mat.6,33-34". Skoro i tam mamy wiele problemów życia na głowie, to czy warto z własnej woli dodawać sobie nowe?...
Drugi aspekt sprawy wziął się z doświadczeń życia, z tego co się przekonałem na temat własnych ograniczeń. Nie będę ukrywał, że nieraz chciałem w życiu postąpić etyczniej, niż to się mi udało. Ale mimo iż dokładałem wszelkich starań, to wychodziło kiepsko. Tymczasem różne osoby z boku, w naturalny sposób, o wiele lepiej, skuteczniej realizowały owe zadania, przy których ja męczyłem się niemożliwie. Ktoś ma ręce jak bochny chleba i siłę niedźwiedzia, więc świetnie się nadaje do pracy siłowej. Z kolei ktoś inny ma szczupłe, może niezbyt silne, ale za to zręczne palce, którymi jest w stanie wykonać prace precyzyjne. Gdyby zamienić zadania dla tych osób, wtedy okazałoby się, że zarówna praca będzie źle wykonana (o ile w ogóle będzie wykonana), a do tego pracownicy się strasznie przy tym namęczą. Ktoś dobrze się czuje przy pracy monotonnej, powtarzalnej; choć dla kogoś innego taki typ pracy to mordęga. Ale odwrotnie, praca w której ktoś ciągle jest zaskakiwany, wciąż pojawiają się zmienne wyzwania, może być, dla osoby dobrze funkcjonującej w warunkach stałości i monotonii, torturą.
Tego typu przykłady można by mnożyć prawie w nieskończoność.
Dziś wiem, że do pewnych rzeczy po prostu nie mam cierpliwości. Mimo wielu prób tej cierpliwości nie nabyłem. Wielu ważnych rzeczy nie dostrzegam, bo mój profil postrzegania jest dość szczególny. Obserwując ludzi widzę, jak często są oni ode mnie w określonych zadaniach naturalnie lepsi, skuteczniejsi, działający przy tym z mniejszym wysiłkiem psychicznym. Gdybym wykonywał pewne zawody, które innym osobom przychodzą względnie łatwo, to bym się bardzo z tym mordował, a do tego byłbym nieskuteczny, bo większość mojej energii psychicznej musiałaby być kierowana na zmuszanie się, na walkę z sobą, z narastającą irytacją, złością, wreszcie depresją. Ktoś inny te same zadania wykonywałby nie tylko bez specjalnego przymusu, ale wręcz z radością i w zgodzie ze swoją konstytucją wewnętrzną.
Gdy zatem jest dobro - w zmuszaniu się, czy raczej w takim rozkładzie zadań, obowiązków, aby minimalizować przykrość, stres, cierpienie?...
- Ja dziś uważam, że oczywiście ta druga opcja jest właściwa. Etycznym jest nie tyle walczenie z samym sobą, aby wciąż i zawsze "nosić swój (dodatkowy) krzyż", lecz raczej oddanie zadań nie dostosowanych do naszej konstrukcji psychicznej komuś, kto wykona je niewielkim nakładem wysiłku. Za to zaoszczędzone silły, energię psychiczną warto zostawić na sytuacje, gdy już nie będzie na kogo scedować trudnych zadań i przełamywanie się wewnętrzne będzie absolutnie potrzebne, albo gdy nawet zadanie będzie dostosowane do naszego profilu psychofizycznego, lecz wyjątkowo trudne, wymagające ponadstandardowej mobilizacji.
Stąd też dochodzi się do aspektu WDZIĘCZNOŚCI i WARTOŚCI LUDZI. To jest KLUCZOWY PUNKT KONSTRUKCJI SENSOWNOŚCI ETYKI W OGÓLE. Jesteśmy sobie potrzebni, bo mamy i ograniczenie i silne swoje strony.
Dobro jest w tym, aby społeczeństwo funkcjonowało przy najniższych możliwych kosztach, a jednocześnie największej skuteczności. W tym sensie naturalne emocje, zdolności, predyspozycje są w pewnym sensie POWODEM NASZEJ UNIKALNEJ WARTOŚCI. Jesteśmy jedyni w swoim rodzaju i najlepiej byłoby, aby właśnie to, co czyni nas wyjątkowymi było wykorzystane dla dobra innych.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
wujzboj




Dołączył: 29 Lis 2005
Posty: 22041
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: znad Odry
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 21:55, 12 Cze 2017    Temat postu:

Nie widzę bezpośredniego związku pomiędzy złem/dobrem i swobodą/zmuszaniem się. Oczywiście, prawdą jest, że wartości nabiera to, co przychodzi z trudem, a nie to, co przychodzi łatwo, ale to już inna para, zresztą też niezwiązana wprost z parą zło/dobro.

Uważam, że należy tak siebie kształtować, żeby musieć szarpać się pomiędzy sprzecznościami. To, co nakazywane jest przez głos sumienia, nie powinno być jednocześnie tym, co wywołuje sprzeciw, ani emocjonalny, ani intelektualny. To, co postrzegane jest jako dobre, nie powinno być jednocześnie postrzegane jako głupie ani - o ile to nie są sytuacje skrajne - nudne, nieprzyjemne, czy wręcz odpychające bo szkodzące czyjemuś zdrowiu lub życiu ze względu na potrzebę zachowania Wyższych Wartości.

Ale czy to oznacza minimalizację stressu, przykrości, cierpienia? To już niekoniecznie. Wysiłek zawsze wiąże się z pewnym stresem, jak zresztą każde dążenie do celu Tym bardziej, że droga do tych co bardziej fascynujących, cennych celów jest zwykle kręta: człowiek od czasu do czasu odnosi wrażenie, że się od celu oddala, a to skutkuje przynajmniej wątpliwościami wszelkiego rodzaju, czyli też stresem i przykrością. Bywa też rzecz jasna, że trzeba się po prostu poświęcić, co na krótką metę bywa przykre; satysfakcja wygrywa z tą przykrością dopiero później. To w sumie jest dokładnie ten sam scenariusz, co przy dążeniu do czegokolwiek innego: do osiągnięć sportowych, artystycznych, naukowych. Działamy mając na widoku nie tylko to, co w danej chwili, ale także i to, co potem. To, co w tej chwili, jest ceną płaconą za to, co potem. Trzeba tylko uważać, by nie zbankrutować! Bo bankrut kończy tylko z długami, za swoje pieniądze nie nabył niczego.

Co w sumie tak czy owak prowadzi do twojego wniosku, że jesteśmy sobie potrzebni. Bo to właśnie z relacji z innymi ludźmi czerpiemy w ostateczności trwałą satysfakcję. Najprzyjemniej jest, gdy człowiek jest doceniany. Tej przyjemności raczej się nie osiągnie tylko i wyłącznie siedząc przed lustrem. Nawet narcyz by się zanudził, gdyby życie miał spędzić w pustym pałacu, do którego nie zaglądają nawet kamery strzegące jego bezpieczeństwa.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13264
Przeczytał: 58 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 13:54, 13 Cze 2017    Temat postu:

wujzboj napisał:
Nie widzę bezpośredniego związku pomiędzy złem/dobrem i swobodą/zmuszaniem się. Oczywiście, prawdą jest, że wartości nabiera to, co przychodzi z trudem, a nie to, co przychodzi łatwo, ale to już inna para, zresztą też niezwiązana wprost z parą zło/dobro.

Nurt ascetyczny w religiach
W większości religii występuje nurt ascetyczny. Częściowo można go uzasadniać jako skłonienie umysłu do wyciszenia, oderwania od spraw świata. Ale to chyba nie jest pełnia prawdy o funkcjonowaniu umysłu w warunkach pewnej deprywacji dobra. Jest aspekt ćwiczenia woli. Ale, chyba, jest jeszcze coś.
Wydaje się, że spełnienie umysłu nie odbywa się jakąś taką drogą na wprost. Łapiąc tylko to co "dobre" (bo dobrym się nam aktualnie jawi) niemal zawsze po jakimś czasie dochodzimy do "ściany". Dobre jedzenie - pociągnięte w celu zmaksymalizowania związanego z nim dobra - skończy się obżarstwem, otyłością; ułatwianie sobie życia poprzez cedowanie pracy na ludzi i urządzenia skutkuje ostatecznie często brakiem ruchu, dalej utratą zdrowia. Nawet naiwnie rozumiana miłość, polegająca na chronieniu kochanej osoby przed wszelkimi możliwymi zagrożeniami, obraca się przeciw owej osobie, bo tworzy jej coś w rodzaju złotej klatki, blokuje ekspansję życiową.
Nasze spełnienie (a z nim wiążę jednak kluczowy rodzaj dobra) jest dość skomplikowanym stanem jakby napięcia, choć jednocześnie równowagi. Właściwie jedynym trwałym, możliwym do wyobrażenia rodzajem spełnienia byłoby chyba SPEŁNIENIE W WEWNĘTRZNEJ MOCY. Rozumiem przez to, że umysł powinien jakoś "zasiedlić" przeciwne strony każdej tendencji, trzymać nitki zarówno tej konstruktywnej, jak i destruktywnej strony. Obowiązuje zasada jang - yin, albo inaczej - tylko wtedy możemy cokolwiek sensownie zrobić, jeśli "ogarniamy" zjawisko, a nie jesteśmy ślepi na połowę jego aspektów (tych "pozytywnych", choć nie zawsze one muszą ostatecznie w pozytyw się ułożyć), przy niewolniczym dążeniu w jedną stronę. Mięśnie ludzkie też działają w układzie przeciwstawnym - każdy mięsień posiada swojego antagonistę, a jeśli ten ostatni nie funkcjonuje, to pojawia się przykurcz, brak działania.
W tym kontekście dobro i zło należałoby widzieć jako pewien układ DYNAMICZNY, nie statyczne wskazanie "robić to, a nie robić tamtego" (choć w oczywistych przypadkach takie wskazania mają sens). Dobro i zło są jakby MOCAMI, a nie statycznymi wskazaniami. Choć właściwie to raczej DOBRO JEST MOCĄ, A ZŁO SŁABOŚCIĄ - przynajmniej biorąc je pod katem wpływu na konkretny umysł.


wujzboj napisał:
Co w sumie tak czy owak prowadzi do twojego wniosku, że jesteśmy sobie potrzebni. Bo to właśnie z relacji z innymi ludźmi czerpiemy w ostateczności trwałą satysfakcję. Najprzyjemniej jest, gdy człowiek jest doceniany. Tej przyjemności raczej się nie osiągnie tylko i wyłącznie siedząc przed lustrem. Nawet narcyz by się zanudził, gdyby życie miał spędzić w pustym pałacu, do którego nie zaglądają nawet kamery strzegące jego bezpieczeństwa.

Ja chciałbym zwrócić dodatkową uwagę, że owa potrzeba MALUJE SENS życia, działania. Jesteśmy sobie potrzebni na dwa - trochę przeciwstawne - sposoby. Z jednej strony jesteśmy potrzebni dlatego, że ktoś swoim działaniem może pomóc nam w obszarze naszej słabości. Jednak ktoś może powiedzieć "nie chcę mieć żadnych słabości", ktoś może nie chcieć pomocy od nikogo. Wtedy cały układ traci sens. Tak wyekstrahowana z kontekstu społecznego doskonałość jest jakaś jałowa, pusta, podatna na zarzut: jak i tak ostatecznie celem jesteś ty sam, a nie interakcja z innymi, to po prostu juz oddziel się teraz i miej samego siebie - wtedy nie musisz już niczego zdobywać, bo siebie masz w całości. To prowadzi do koncepcji umysłu wyalienowanego, a dalej chyba pozbawionego celu dla swojego istnienia (nie wiem, czy nie należałoby jej powiązać z osobowością szatana). Ta smutna konsekwencja wyalienowanej koncepcji doskonałości sugeruje, że warto byłoby skonstruować owo pojęcie jakoś inaczej.
Doskonałość na ten właściwy sposób byłaby czymś bardziej złożonym, bo miałaby uwzględnić aspekt społeczny - jesteśmy doskonali, gdy JESTEŚMY POTRZEBNI. Problem w tym, że nawet w byciu potrzebnym tkwi pułapka. Jest nią zoptymalizowanie się właśnie na owej potrzebności - gdy np. nadopiekuńcza matka chce w nieskończoność robić wszystko dla swojego syneczka, gdy to bycie użytecznym przekracza granicę ubezwłasnowolnienia drugiej strony. Idealne bycie potrzebnym musi być jakoś związane z SZUKANIEM DRÓG WZROSTU, ROZWOJU DLA DRUGIEJ STRONY. Idealna pomoc daje wolność, wspomaga wolność drugiej strony, a nie ją ogranicza. Tu warto zwrócić też uwagę na ASPEKT WZAJEMNOŚCI. Jeśli sami chcemy być potrzebni (budując tak swoją wartość), to powinniśmy też dać podobną szansę innym (aby oni też czuli się wartościowi, byli wartościowi). To prowadzi do dość niezwykłej koncepcji doskonałości, która dopuszcza jakąś formę osłabienia, zależności od innych.
Chyba właśnie takim ideałem potrzebności i dobra jest postawa Boga. Bóg jest potrzebny, pomocny człowiekowi, ale też PRAGNIE CZŁOWIEKA, a w tym pragnieniu jest zawarta dla owego człowieka szansa na wartość - na wielką wartość.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
wujzboj




Dołączył: 29 Lis 2005
Posty: 22041
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: znad Odry
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 22:10, 14 Cze 2017    Temat postu:

Jasne, że w religiach występują nurty ascetyczne.

Generalnie, każde działanie - w tym aktywny rozwój - wymaga motywacji, Ta zaś oznacza świadomość (wiedzę, nadzieję, itp.), że w zasięgu jest możliwość zmiany aktualnego stanu na lepszy. Co z kolei oznacza, że utrzymywanie aktualnego stanu nie jest postrzegalne jako idealne rozwiązanie, obojętne z jakiego powodu. Z potrzebą ascezy ma to wszystko jednak niewiele wspólnego. Nie wiąże się także z nieuniknioną potrzebą doznawania czegoś, co da się sensownie zaklasyfikować jako zło. Natomiast faktem jest, że psychologiczna siła napędzająca człowieka do działania rośnie wraz z rosnącym odczuwaniem aktualnej sytuacji jako złej - naturalnie, do pewnej granicy, po przekroczeniu której pojawiają się i rosną kolejno zniechęcenie, apatia, przerażenie....

Co do nadopiekuńczości: rzecz jasna, ani proces rozwoju ani zaspokajanie potrzeb nie powinny odbywać się cudzym kosztem. Potrzebni jesteśmy sobie nawzajem i bez sztucznego hodowania zależnych od nas oferm.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13264
Przeczytał: 58 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 22:16, 16 Cze 2017    Temat postu:

wujzboj napisał:
Jasne, że w religiach występują nurty ascetyczne.

Generalnie, każde działanie - w tym aktywny rozwój - wymaga motywacji, Ta zaś oznacza świadomość (wiedzę, nadzieję, itp.), że w zasięgu jest możliwość zmiany aktualnego stanu na lepszy. Co z kolei oznacza, że utrzymywanie aktualnego stanu nie jest postrzegalne jako idealne rozwiązanie, obojętne z jakiego powodu. Z potrzebą ascezy ma to wszystko jednak niewiele wspólnego.

A jednak w ascezie można dopatrzyć się dość znaczących "dwóch sensów"
1. treningu woli
2. dowodzenia (komuś, sobie) swojej mocy, determinacji, na ile jestem w stanie przeciwstawić się presji życia w warunkach dalekich od komfortu.

W religijnej tradycji jest jeszcze trzeci sens - dobrowolnego ofiarowania cierpienia w jakiejś intencji. Ale ten trzeci sens raczej zostawię na boku, jako mocno kontrowersyjny (ja sam chyba niekoniecznie byłbym zachwycony, gdyby ktoś cierpiał w mojej intencji tak absolutnie bezcelowo w każdym innym znaczeniu, jednak nie wykluczam tego, że może to być argument typu "ostatnia deska ratunku" dla przekonania kogoś, że jest naprawdę kochany).

Względem sensów 1 i 2.
Element (jakby) ascezy występuje na co dzień praktyczne w większości przypadków, gdy robimy coś nieprzyjemnego, z obowiązku. I spełnia on ww. sensy - bo im większe trudności/cierpienia jesteśmy w stanie znieść z ważnego powodu, tym w większym stopniu chyba możemy mówić o MOCY osobowej. Ktoś idący po najmniejszej linii oporu, zawsze wybierający to co przyjemne, łatwe, czy narzucające się nie odciska swoich postanowień/woli w zdarzeniach rzeczywistości.
Czy przekonanie o pewnym minimalnym poziomie takiej mocy jest człowiekowi potrzebne?...
- Sądząc z tego, jak wiele ludzie ryzykują, ile znoszą trudów tylko po to, aby "się sprawdzić", to chyba jednak tak. Człowiek zasobny emocjonalnie pragnie wyzwań, pragnie się sprawdzać i niekoniecznie tylko w warunkach komfortu i przyjemności. Dla niektórych osób udowodnienie sobie, że jednak potrafią, że są w stanie dokonać rzeczy trudnych, przejść przez ból, cierpienie jest wręcz niezbędne dla zachowania psychicznej stabilności.
Z drugiej strony w historii zdarzały się chyba dość liczne przypadki swoistego wykoślawienia się idei ascezy. Część ascetów tę swoją ascezę postawiła wyżej ponad inne wartości - nawet takie jak miłość, pomocniczość, zrozumienie.


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Pią 22:17, 16 Cze 2017, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
wujzboj




Dołączył: 29 Lis 2005
Posty: 22041
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: znad Odry
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 11:28, 29 Cze 2017    Temat postu:

Ludzie zwykle nie robią czegoś, w czym nie da się dopatrzeć żadnego sensu.

Jest jednak pewna różnica pomiędzy ascezą polegającą na tym, że podnosi się cierpienie do roli pożądanej nagrody a ćwiczeniem woli czy ciała w sposób wymagający pokonania oporu własnego organizmu.

W Brazylii mają do tego zdrowe podejście:


Ostatnio zmieniony przez wujzboj dnia Czw 11:32, 29 Cze 2017, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13264
Przeczytał: 58 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 19:11, 29 Cze 2017    Temat postu:

wujzboj napisał:
Ludzie zwykle nie robią czegoś, w czym nie da się dopatrzeć żadnego sensu.

Jest jednak pewna różnica pomiędzy ascezą polegającą na tym, że podnosi się cierpienie do roli pożądanej nagrody a ćwiczeniem woli czy ciała w sposób wymagający pokonania oporu własnego organizmu.

W Brazylii mają do tego zdrowe podejście:

Fajny ten tekst wiersza i zgoda co do uwag wprowadzających. :*

Uważam, że nie tylko samba się nie uda bez tej szczypty smutku. W ogóle jestestwo świadomości się nie uda. A powód jest taki, że brak choćby minimalnego zrozumienia tej drugiej strony medalu zaprzecza samej idei świadomości. Być świadomym - oznacza - rozumieć za i przeciw, być myślowo jakoś w jednej i drugiej opcji. Tylko wtedy sensu zyskuje WYBÓR, a dopiero dzięki niemu WYJAŚNIA SIĘ KIM JESTEŚMY.
Inaczej mówiąc: świadomość, która nie dokonała żadnego wyboru nie jest świadomością, zaś wybór, który nie został oparty o wyważenie rozumienia danej sytuacji, w zderzeniu Z PERCEPCJĄ CELU, czyli natury wybierającego, nie jest prawdziwym wyborem.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13264
Przeczytał: 58 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 1:04, 20 Gru 2017    Temat postu:

Mit silnego faceta
Mit silnego faceta jest według mnie trochę jak moneta - ma dwie swoje strony: pozytywną i negatywną.
Pozytywna wizja silnego faceta opiera się na dowartościowaniu samodzielności, opiekuńczości względem słabszych, odpowiedzialności za słowo, za to, gdzie mężczyznę postawiło życie.

Ale jest też żałosna wersja mitu silnego faceta, taka oparta o mentalność niedoważonego nastolatka, który czuje się wielki wtedy, gdy coś zbroi, gdy wygra bójkę z chłopakami, skopie komuś tyłek, kogoś obrazi, będzie się wywyższał i wychwalał. Żałosny silny facet, to taki teksański farmer, który na tym opiera swoją wielkość i wartość, że ma rewolwer i jeepa, jeździ po swoim polu. On postawiony przed dylematem nie mędrkuje, nie zastanawia się nad racjami, tylko swoją "rację" udowadnia właśnie owym rewolwerem, albo i pięściami, czy czym tam jeszcze.

Mężczyźni - oczywiście nie wszyscy, ale spora część - jakąś częścią swojej natury są wciąż uwięzieni w wieku nastolatka, który musi się wykazać w sposób najbardziej destrukcyjny, najgłupszy z możliwych. Ta cecha niedoważonej męskości bierze się wprost z genów, z ewolucyjnego nakazu agresji wyłaniającej samca, który będzie krył zdobytą w walce samicę. Przy czym o ile w świecie zwierząt takie zachowanie jest naturalne, akceptowalne, o tyle od człowieka świadomego wymaga się czegoś więcej, niż prostego podporządkowania instynktom.
Ten "silny facet" na niedojrzałą modłę to po prostu głupek. A do tego chamski, zafiksowany na śmiesznych atrybutach wartości, wieczny dzieciak. On nie jest w stanie zrozumieć bardziej złożonych problemów, dla niego wszystko jest proste jak tor kuli wystrzelonej z colta - rację ma ten, kto głośniej krzyczy i ma większą spluwę.
W Polsce, choć broń palna nie jest powszechnie dostępna, mentalność mężczyzny - głupka też się dość mocno rozparła. Wyjąwszy aspekt owej broni, reszta jest bardzo podobna - taki sam jest brak autorefleksji, wrażliwości, zrozumienia czegoś głębiej. Taka sama jest skłoność do upraszczania rzeczy pod kątem "racją jest to, co mi się wydaje i zwykle decyduje o tym, kto komu jest w stanie przywalić".
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Kretowisko / Blog: Michał Dyszyński Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin