Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Kochać bliźniego jak siebie samego
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3  Następny
 
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Kretowisko / Blog: Michał Dyszyński
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16714
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 18:12, 01 Lip 2015    Temat postu:

balans napisał:
Wyznaczyłeś kierunek Takimi pytaniami :

Cytat:
Pytanie CZY jesteśmy kochani? zadają sobie prawie wszyscy 
Pytanie, CO ZROBIĆ, aby być kochanym? - zadaje sobie już mniej osób. 
Ale pytanie: Jak samemu kochać? - zadają sobie nieliczni. 

Pisząc o seksie absolutnie nie zamierzam dokonać zmiany. Lecz tylko uporządkować zagadnienie miłości.
Ty szybko podążasz w kierunku seksu, który jest PIERWSZYM ETAPEM MIŁOŚCI.
Z tego co napisałeś to raczej masz na uwadze następne etapy ?

To się chyba nie zrozumieliśmy.
Ja piszę o miłości ogólnie. Czyli miłości do ojca, matki, syna, córki, przyjaciół, znajomych, bliskich, Boga, a przy tym TAKŻE miłości - nazwijmy ją romantyczną.
Czy seks jest pierwszym etapem miłości?...
Cóż, może w dzisiejszych, pozbawionych hamulców tradycji, czasach często tak bywa. Ale to nie jest jedyna możliwość. Kiedyś, w tych bardziej romantycznych czasach, seks pojawiał się na dość dalekich etapach, a czasem (miłość platoniczna) w ogóle nie wystąpił, mimo że miłość była.

Ale pociągnijmy temat samej miłości z seksem.
W moim przekonaniu seks - na początek jeszcze jako samo uczucie, czyli niekoniecznie jak akt fizyczny - jest rzeczywiście fajnym zapalnikiem, takim "posoleniem" miłości. Ale nie jest samą miłością. To, że seks sam miłością nie jest wprost wynika z faktu, że można mieć seks za pieniądze, w akcie gwałtu, w przymusie ekonomicznym itp. Zatem seks z miłością jakoś chadza w parze, ale nie zawsze z nią jest.
Czym jest seks w szerszym sensie (czyli w znaczeniu szerszego zjawiska, a nie samego aktu fizycznego)?
Chyba jest jakimś takim uwrażliwieniem się na cechy drugiej płci, przyciąganiem, energetycznym "dopalaczem". Dzięki niemu miłość łatwiej się zaczyna, łatwiej ją ciągnąć. Ale sama miłość wykracza poza seks znacząco. Miłość wgryza się w emocje, w postrzeganie drugiej osoby w sposób trudny do kontrolowania, głęboko, ogarniająco, jednocześnie jednak dając uczuciom i człowieczeństwu szczególne impulsy do rozwoju. Tym chyba właśnie głownie różni się czysta miłość od czystego seksu (tego seksu bez miłości) - seks się zaczyna i kończy na wyzwoleniu hormonów, pobudzeniu neuronów, a miłość trwa i trwa, budując kolejne poziomy postrzegania siebie i drugiej osoby.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
balans




Dołączył: 20 Cze 2015
Posty: 80
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: pomorskie
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 21:00, 01 Lip 2015    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:

To się chyba nie zrozumieliśmy.
Ja piszę o miłości ogólnie. Czyli miłości do ojca, matki, syna, córki, przyjaciół, znajomych, bliskich, Boga, a przy tym TAKŻE miłości - nazwijmy ją romantyczną.
Czy seks jest pierwszym etapem miłości?...


Ja również mam na uwadze miłość ogólnie. Bo to co wymieniasz pisząc o miłości do rodziców, dzieci i przyjaciela, jest po prostu tylko innym przejawem JEDNEJ MIŁOŚCI.
Jest ona ściśle związana z wiekiem.
Chyba przyznasz że inaczej jest z miłością na początku małżeństwa. Inaczej gdy pojawia się potomstwo. Jeszcze inaczej wygląda miłość serdecznych przyjaciół. Odmiennie też gdy jesteśmy w starszym wieku ?

Oczywiście rozpatrujemy miłość osób dojrzałych fizycznie i psychicznie.
Na początku małżonkowie skupiają się, przejawiają w sposób naturalny, tą miłość romantyczną. W grece nazywa się ona EROS. Jest to właśnie pierwszy etap miłości.
Kiedy pojawiają się dzieci (naturalnie lub przez adopcję) to miłość rozszerza się. Nosi ona nazwę STORGE.
Gdy małżonkowie wykazują silną więź. To taki rodzaj miłości nazywa się FILEO.
Natomiast pełnia tych wyżej wymienionych przejawów miłości. Nazywa się AGAPE, inaczej miłość bezinteresowna.
Jest to miłość jaką można przejawiać do Stwórcy. Taki podział jest mi znany. Po prostu tak to widzę. Jednak mówimy o tym samym. Tych wszystkich aspektów uczymy się, ale oczywiście z różnym wynikiem.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16714
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 22:28, 01 Lip 2015    Temat postu:

balans napisał:
... EROS. Jest to właśnie pierwszy etap miłości.[/u]
Kiedy pojawiają się dzieci (naturalnie lub przez adopcję) to miłość rozszerza się. Nosi ona nazwę STORGE.
Gdy małżonkowie wykazują silną więź. To taki rodzaj miłości nazywa się FILEO.
Natomiast pełnia tych wyżej wymienionych przejawów miłości. Nazywa się AGAPE, inaczej miłość bezinteresowna.

Podziały, klasyfikacje...
Może i wskazują jakieś kierunki dla myśli, ale ja bym ich nie przeceniał. W realnym życiu wszystko się miesza. Ludzie są tak różni, tak czasem dziwaczni. Pewnie da się - całkiem zasadnie - wprowadzić jakieś nowe klasyfikacje, podziały pod innym kątem.
Weźmy aspekt bezinteresowności. Czym on właściwie jest?
Ja chyba nie chciałbym być kochany tak absolutnie bezinteresownie. Bo to by oznaczało, że ta druga osoba nic, ale to kompletnie NIC (!) nie czerpie ze związku ze mną. Czyli ja jestem jej na kalafior, zaś ona... uporem swojej woli, z łaski, może z obowiązku raczy mnie - niepotrzebnego jej w tym układzie - obdarzać darem swojej miłości.
Powiem więcej - sam staram się nie kochać tak zupełnie do gruntu bezinteresownie, tak bym tylko dawał i wziął ani odrobineczki. I to nie z powodu jakiejś szczególnej sprawiedliwości, czy obowiązku, ale DLA ZACHOWANIA MINIMUM GODNOŚCI TEJ DRUGIEJ OSOBY.
W mowie religijnej, w "mądrości" czasem zrzuconej nam przez mędrców wszelakich jest kupa życzeniowego chłamu, jest wydziwienie do granic względem rzeczy, które są - jakie są - naturalne, nie potrzebując być naginane do jakiejś upiornej ascezy, poświęcenia, zaprzeczenia temu co zwykłe i prosto z serca.
Postawię więc - dość kontrowersyjną - tezę: bezinteresowna miłość, to pewien mit, który dość łatwo zamienia się w pułapkę dla umysłu. Poprawnie jest tutaj myśleć nie tyle o miłości bezinteresownej, co miłości odseparowanej od handlu rzeczami tego świata, małostkowościami tego życia. Takiego "interesu" faktycznie w miłości być nie powinno. Ale poprawna pełna miłość, taka miłość w ostatecznym rozumieniu, jest stanem niesamowitej WZAJEMNEJ radości, fascynacji, wymiany szczęścia. W tym sensie jest ona bardziej "interesowna", niż cokolwiek innego na świecie. Tylko tutaj na ziemi - w naszej doczesnej głupocie - pojawia się problem interesowności, gdy ktoś próbuje grać czyimiś uczuciami, aby kupić sobie lepszy samochód, czy powiększyć wartość cyferek na koncie bankowym...
Ale tak nie jest w ogólności. Tak jest tylko w umysłach tych, którzy są bardzo, bardzo na początku swojej duchowej drogi.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
balans




Dołączył: 20 Cze 2015
Posty: 80
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: pomorskie
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 12:29, 02 Lip 2015    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:
Podziały, klasyfikacje...
Może i wskazują jakieś kierunki dla myśli, ale ja bym ich nie przeceniał. W realnym życiu wszystko się miesza. Ludzie są tak różni, tak czasem dziwaczni. Pewnie da się - całkiem zasadnie - wprowadzić jakieś nowe klasyfikacje, podziały pod innym kątem.
Weźmy aspekt bezinteresowności. Czym on właściwie jest?
Ja chyba nie chciałbym być kochany tak absolutnie bezinteresownie. Bo to by oznaczało, że ta druga osoba nic, ale to kompletnie NIC (!) nie czerpie ze związku ze mną. Czyli ja jestem jej na kalafior, zaś ona... uporem swojej woli, z łaski, może z obowiązku raczy mnie - niepotrzebnego jej w tym układzie - obdarzać darem swojej miłości.
Powiem więcej - sam staram się nie kochać tak zupełnie do gruntu bezinteresownie, tak bym tylko dawał i wziął ani odrobineczki. I to nie z powodu jakiejś szczególnej sprawiedliwości, czy obowiązku, ale DLA ZACHOWANIA MINIMUM GODNOŚCI TEJ DRUGIEJ OSOBY.
W mowie religijnej, w "mądrości" czasem zrzuconej nam przez mędrców wszelakich jest kupa życzeniowego chłamu, jest wydziwienie do granic względem rzeczy, które są - jakie są - naturalne, nie potrzebując być naginane do jakiejś upiornej ascezy, poświęcenia, zaprzeczenia temu co zwykłe i prosto z serca.
Postawię więc - dość kontrowersyjną - tezę: bezinteresowna miłość, to pewien mit, który dość łatwo zamienia się w pułapkę dla umysłu. Poprawnie jest tutaj myśleć nie tyle o miłości bezinteresownej, co miłości odseparowanej od handlu rzeczami tego świata, małostkowościami tego życia. Takiego "interesu" faktycznie w miłości być nie powinno. Ale poprawna pełna miłość, taka miłość w ostatecznym rozumieniu, jest stanem niesamowitej WZAJEMNEJ radości, fascynacji, wymiany szczęścia. W tym sensie jest ona bardziej "interesowna", niż cokolwiek innego na świecie. Tylko tutaj na ziemi - w naszej doczesnej głupocie - pojawia się problem interesowności, gdy ktoś próbuje grać czyimiś uczuciami, aby kupić sobie lepszy samochód, czy powiększyć wartość cyferek na koncie bankowym...
Ale tak nie jest w ogólności. Tak jest tylko w umysłach tych, którzy są bardzo, bardzo na początku swojej duchowej drogi.


Podział i klasyfikacje przedstawiłem tylko z powodu tego że powszechnie miłość rozumiana jest jako seks. Lecz tak nie jest. Bo faktycznie w realnym praktycznym życiu, te wszystkie aspekty są tak wymieszane że aż niedostrzegalne.

Bezinteresowność w czystej/idealnej postaci dla człowieka jest niedostępna. Zawsze kochamy z jakiegoś powodu, oczekując odwzajemnienia...
Nawet miłość do Boga obarczona jest otrzymaniem, spodziewaniem się nagrody.

Taką prawdziwie bezinteresowną Miłość okazuje jedynie Bóg. Gdyż Jego Syn umarł za WSZYSTKICH ludzi. Nawet za tych co Go odrzucają.
Przy okazji zapytam, do jakiej grupy ludzi należysz. Do tych którzy Go już przyjęli, odrzucili, czy może do niezdecydowanych ?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16714
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 12:46, 02 Lip 2015    Temat postu:

balans napisał:
Bezinteresowność w czystej/idealnej postaci dla człowieka jest niedostępna. Zawsze kochamy z jakiegoś powodu, oczekując odwzajemnienia...
Nawet miłość do Boga obarczona jest otrzymaniem, spodziewaniem się nagrody.

Taką prawdziwie bezinteresowną Miłość okazuje jedynie Bóg. Gdyż Jego Syn umarł za WSZYSTKICH ludzi. Nawet za tych co Go odrzucają.
Przy okazji zapytam, do jakiej grupy ludzi należysz. Do tych którzy Go już przyjęli, odrzucili, czy może do niezdecydowanych ?

Jestem chrześcijaninem, wierzę w Boga. A czy "przyjąłem Boga"?...
- Ja chyba nie lubię w ogóle deklaracji tego rodzaju. Pachną mi trochę takim epatowaniem poglądami na wyrost, a czasami wręcz sekciarstwem, z przymuszaniem się nawzajem do przynależności (czyś ty nasz, czyś nie nasz). Prawda jest taka, że próbuję zintegrować jakoś różne aspekty religii z moim umysłem. Nie sądzę, aby dało się wyszukać w życiu taki jakiś konkretny punkt czasowy, który zostanie określony jako "przyjęcie Boga", czyli że wszystko co się działo dalej odnosi się do tego, który (na pewno) przyjął, a to co wcześniej, to był ten, który nie przyjął.
Ale nie chcę narzucać mojego spojrzenia na życie - być może inni ludzie czują to po swojemu i, oczywiście, mają do tego pełne prawo. Niech więc oni szukają Boga bardziej przez deklaracje, czy inne formy społecznej ekspresji. Może też ktoś mieć jakieś swoje konkretne sytuacje, zdarzenia, które wyraźnie rozdzielają jego życie na obszar przyjęcia, i nie przyjmowania Boga. Każdy ma swoją drogę.
Ja przyjęcie Boga traktuję jako ciągły proces na całe życie. Proces ten jest w dużym stopniu tożsamy z przyjmowaniem samego siebie, ale także innych ludzi w prawdzie. Można by powiedzieć, że to są po prostu różne spojrzenia na to samo zjawisko - raz widać je od środka, raz z lewa, raz z prawa...
Podsumowując. Właściwie to nie wiem, czy "przyjąłem Boga". Być może tak, być może nie. To On ostatecznie stwierdzi, czy mój aktualny stan może być uznany za "przyjęcie".
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
balans




Dołączył: 20 Cze 2015
Posty: 80
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: pomorskie
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 13:48, 02 Lip 2015    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:

Jestem chrześcijaninem, wierzę w Boga. A czy "przyjąłem Boga"?...
- Ja chyba nie lubię w ogóle deklaracji tego rodzaju. Pachną mi trochę takim epatowaniem poglądami na wyrost, a czasami wręcz sekciarstwem, z przymuszaniem się nawzajem do przynależności (czyś ty nasz, czyś nie nasz). Prawda jest taka, że próbuję zintegrować jakoś różne aspekty religii z moim umysłem. Nie sądzę, aby dało się wyszukać w życiu taki jakiś konkretny punkt czasowy, który zostanie określony jako "przyjęcie Boga", czyli że wszystko co się działo dalej odnosi się do tego, który (na pewno) przyjął, a to co wcześniej, to był ten, który nie przyjął.
Ale nie chcę narzucać mojego spojrzenia na życie - być może inni ludzie czują to po swojemu i, oczywiście, mają do tego pełne prawo. Niech więc oni szukają Boga bardziej przez deklaracje, czy inne formy społecznej ekspresji. Może też ktoś mieć jakieś swoje konkretne sytuacje, zdarzenia, które wyraźnie rozdzielają jego życie na obszar przyjęcia, i nie przyjmowania Boga. Każdy ma swoją drogę.
Ja przyjęcie Boga traktuję jako ciągły proces na całe życie. Proces ten jest w dużym stopniu tożsamy z przyjmowaniem samego siebie, ale także innych ludzi w prawdzie. Można by powiedzieć, że to są po prostu różne spojrzenia na to samo zjawisko - raz widać je od środka, raz z lewa, raz z prawa...
Podsumowując. Właściwie to nie wiem, czy "przyjąłem Boga". Być może tak, być może nie. To On ostatecznie stwierdzi, czy mój aktualny stan może być uznany za "przyjęcie".


Faktycznie Bóg ma wiele sposobów żeby człowiek Go zaakceptował i Mu zaufał. Lecz droga do Boga jest JEDNA. Jest nią Jezus Chrystus.

Ja również nie zamierzam narzucać mojego spojrzenia. Chcę tylko przedstawiać spojrzenie Boga jakie jest w Biblii. Tak więc niejako mamy to narzucone, (o ile można tak to określić) w Słowie Bożym.
Tak to odbieram, bo nikt kto się nie narodzi na nowo, nie ma szans na zbawienie. Chodzi o przyjęcie bezinteresownej Bożej miłości. O tym czy ktoś przyjął tę Miłość\Łaskę, to widać słychać i czuć (dosłownie i w przenośni).
Mamy być zdeklarowani. Bo Jezus powiedział że kto wstydzić się będzie Jego imienia, to w przyszłości Bóg się do niego nie przyzna.
Istotną rzeczą jest żeby należeć do Jezusa. Natomiast przynależność religijna\wyznaniowa, ABSOLUTNIE NIE MA ZNACZENIA.

Przez to co napisałeś to już wiem komu bardziej ufasz...
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16714
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 14:39, 02 Lip 2015    Temat postu:

balans napisał:
Mamy być zdeklarowani. Bo Jezus powiedział że kto wstydzić się będzie Jego imienia, to w przyszłości Bóg się do niego nie przyzna.
Istotną rzeczą jest żeby należeć do Jezusa. Natomiast przynależność religijna\wyznaniowa, ABSOLUTNIE NIE MA ZNACZENIA.

Przez to co napisałeś to już wiem komu bardziej ufasz...

Zgadzam się, że pewna forma deklaracji jest obowiązkiem chrześcijanina.
Ale - jak sam zauważyłeś - dotyczy to przyznania się do Niego. Ty jednak zadałeś pytanie o "przyjęcie" Jezusa. To jest dość istotna różnica, bo mogę się deklarować jako ktoś WYZNAJĄCY wiarę, ale dla mnie nie oznacza to wcale, że już ją wystarczająco PRZYJĄŁEM. Wyznawać jest łatwo. Wyznawać można nawet fałszywie, wbrew wewnętrznemu przekonaniu. Przyjąć, to inna sprawa...
Ale ciekawe jest to, że masz przekonanie, że wiesz komu ja ufam. Bo ja sam takiej pewnej wiedzy nie posiadam. :think:


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Czw 16:46, 02 Lip 2015, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
balans




Dołączył: 20 Cze 2015
Posty: 80
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: pomorskie
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 16:37, 02 Lip 2015    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:

Zgadzam się, że pewna forma deklaracji jest obowiązkiem chrześcijanina.
Ale - jak sam zauważyłeś - dotyczy to przyznania się do Niego. Ty jednak zadałeś pytanie o "przyjęcie" Jezusa. To jest dość istotna różnica, bo mogę się deklarować jako ktoś WYZNAJĄCY wiarę, ale dla mnie nie oznacza to wcale, że już ją wystarczająco PRZYJĄŁEM. Wyznawać jest łatwo. Wyznawać można nawet fałszywie, wbrew wewnętrznemu przekonaniu. Przyjąć, to inna sprawa...
Ale ciekawe jest to, że masz przekonanie, że wiesz komu ja ufam. Bo ja sam takiej pewnej wiedzy nie posiadam. :think:


Masz chyba jakieś skrzywione wyobrażenie określenia „przyjąć Jezusa”. Dokładnie nie wiem jak to sobie wyobrażasz ?
Jednak dla mnie przyjęcie Jezusa jest równoznaczne z przyznaniem się do Niego, czyli uczynienie Go Panem swego życia !
Na czym więc polega ta dość istotna różnica ?
Jeśli wyznajesz wiarę i zaufanie Bogu, to musisz Go przyjąć. Nie kapuję nic ani nic, o co Ci chodzi ?

Widzę że nie polegasz na Biblii, lecz na jej interpretacji jaką serwuje denominacja Rzymskokatolicka.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16714
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 16:47, 02 Lip 2015    Temat postu:

balans napisał:
Masz chyba jakieś skrzywione wyobrażenie określenia „przyjąć Jezusa”. Dokładnie nie wiem jak to sobie wyobrażasz ?
Jednak dla mnie przyjęcie Jezusa jest równoznaczne z przyznaniem się do Niego, czyli uczynienie Go Panem swego życia !
Na czym więc polega ta dość istotna różnica ?
Jeśli wyznajesz wiarę i zaufanie Bogu, to musisz Go przyjąć. Nie kapuję nic ani nic, o co Ci chodzi ?


Jeśli chodzi o przyznanie się do Jezusa, to mam jeszcze jedną refleksję - pytanie: jaka powinna być forma tego przyznania?
Może zawieszenie sobie wielkiego krzyża na piersiach i głośne krzyki?...
Może narzucanie się wszystkim ze swoim światopoglądem, wiarą?
- Jakoś tak mi się wydaje, że właśnie taką postawą najwięcej sympatyków wierze chrześcijańskiej ostatnio ubyło.
A co na ten temat mówi sam Jezus?
(Jan 35) Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali. Gdyby zastosować taki standard przyznawania się do Jezusa, to wiernych by przybywało. Ale ludziska wiedzą swoje...

Przyznam, że mam pewne opory przed otwartym zadeklarowaniem w stylu: ja jestem uczniem Jezusa?
A czy On uważa mnie za swojego ucznia? Czy zasłużyłem na to miano?
A może swoją postawą właśnie zniechęcam mu kogoś?
Tak na wszelki wypadek nie zamierzam z tymi deklaracjami przesadzać, bo może tylko wyjdzie z tego zgorszenie (a w takim przypadku chyba lepiej byłoby z kamieniem młyńskim u szyi skoczyć w morze)... :nie:

balans napisał:
Widzę że nie polegasz na Biblii, lecz na jej interpretacji jaką serwuje denominacja Rzymskokatolicka.

Widzę, że chyba mam do czynienia ze Świadkiem Jehowy. Wyczuwam ten sam (co w wielu innych przypadkach) styl posługiwania się wyuczonymi formułami i cytatami, przy jednoczesnym unikaniu określeń prosto z umysłu i z serca.
Czy masz w ogóle jakieś OSOBISTE (!) zdanie na temat tego, CO ZNACZY przyjęcie Jezusa?
Ale naprawdę osobiste, czyli bez tych cytatów, jakie w Ameryce wyprodukowali mądrale?...


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Czw 16:52, 02 Lip 2015, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
balans




Dołączył: 20 Cze 2015
Posty: 80
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: pomorskie
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 17:39, 02 Lip 2015    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:


Jeśli chodzi o przyznanie się do Jezusa, to mam jeszcze jedną refleksję - pytanie: jaka powinna być forma tego przyznania?
Może zawieszenie sobie wielkiego krzyża na piersiach i głośne krzyki?...
Może narzucanie się wszystkim ze swoim światopoglądem, wiarą?
- Jakoś tak mi się wydaje, że właśnie taką postawą najwięcej sympatyków wierze chrześcijańskiej ostatnio ubyło.
A co na ten temat mówi sam Jezus?
(Jan 35) Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali. Gdyby zastosować taki standard przyznawania się do Jezusa, to wiernych by przybywało. Ale ludziska wiedzą swoje...

Przyznam, że mam pewne opory przed otwartym zadeklarowaniem w stylu: ja jestem uczniem Jezusa?
A czy On uważa mnie za swojego ucznia? Czy zasłużyłem na to miano?
A może swoją postawą właśnie zniechęcam mu kogoś?
Tak na wszelki wypadek nie zamierzam z tymi deklaracjami przesadzać, bo może tylko wyjdzie z tego zgorszenie (a w takim przypadku chyba lepiej byłoby z kamieniem młyńskim u szyi skoczyć w morze)... :nie:


No to nic się nie pomyliłem, oceniając poprzedni Twój wpis.

To o czym piszesz to można zaobserwować w zakonach i klasztorach. Lecz przyjęcie Jezusa polega na DECYZJI, że od teraz moje plany życiowe i codzienne zwyczajne szare życie oddaję do Jego dyspozycji. Zgodnie z tym poniższym wyznaniem apostoła Pawła.
„  Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie. „
[Ga 2;20 BT].
Może to mieć bardzo różny przebieg. W dużym zbiorowisku ludzi, albo w małej grupie osób. Lecz bardzo często w samotności, w zaciszu swego pokoju. Tak czy owak jest to sprawa INDYWIDUALNA, człowiek i Bóg.
Do tego potrzebna jest tylko pokora i pragnące/otwarte serce.

Taką postawą można kogoś zniechęcić. Nie rozumiem ?
Oczywiście za tą decyzją, muszą podążać owoce, czyli postępowanie. Gdy to jest prawdziwe i szczere to Bóg daje siły, nowe serce. Tak iż w wyniku tego ma już inne pragnienia, a przede wszystkim obrzydzenie do grzechu.

Michał Dyszyński napisał:
Widzę, że chyba mam do czynienia ze Świadkiem Jehowy. Wyczuwam ten sam (co w wielu innych przypadkach) styl posługiwania się wyuczonymi formułami i cytatami, przy jednoczesnym unikaniu określeń prosto z umysłu i z serca.
Czy masz w ogóle jakieś OSOBISTE (!) zdanie na temat tego, CO ZNACZY przyjęcie Jezusa?
Ale naprawdę osobiste, czyli bez tych cytatów, jakie w Ameryce wyprodukowali mądrale?...


Zapewniam Cię że NIE JESTEM Świadkiem Jehowy, lecz świadkiem Jezusa Chrystusa. Jezus Chrystus jest Bogiem !

Przyjęcie Jezusa polega na tym co Jezus mówi do Nikodema :

„ W odpowiedzi rzekł do niego Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwo Bożego.[...] Jezus odpowiedział: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego. „
[J 3;3 i 5 BT].
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16714
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 18:44, 02 Lip 2015    Temat postu:

balans napisał:
...przyjęcie Jezusa polega na DECYZJI, że od teraz moje plany życiowe i codzienne zwyczajne szare życie oddaję do Jego dyspozycji.

A co to konkretnie W ŻYCIU miałoby oznaczać?
Masz numer komórki do Jezusa, żeby powiedział Ci jak w danej sytuacji ma się wyrazić owo "oddanie szarego życia"? Albo na jakąś boską infolinię?
Sorry, ciągle będę się upierał, że znacznie łatwiej coś zadeklarować, ucieszyć się, że już się udało (skoro zadeklarowałem), niż RZECZYWIŚCIE uczynić zadość owej deklaracji w konkretnej życiowej sytuacji - gdy jest masa niewiadomych, gdy ludzie naciskają, a zasoby są ograniczone. To Z KONKRETEM JEST TU PROBLEM, a nie z samym opowiedzeniem się po jakiejś stronie!
A jeśli coś zadeklarujesz, a potem postąpisz niezgodnie z duchem owej deklaracji, to wyjdzie, że deklaracja była pusta, nawet kłamliwa.

balans napisał:
Taką postawą można kogoś zniechęcić. Nie rozumiem ?
Oczywiście za tą decyzją, muszą podążać owoce, czyli postępowanie. Gdy to jest prawdziwe i szczere to Bóg daje siły, nowe serce. Tak iż w wyniku tego ma już inne pragnienia, a przede wszystkim obrzydzenie do grzechu.

Sorry, ale to się pięknie deklaruje. Muszą podążać owoce... Gdyby tak dawało się wcisnąć czerwony guzik na pulpicie z napisem "od dzisiaj szczerze oddaję się Bogu i będę miał owoce", a potem już wszystko by samo szło, to bym pewnie się zgodził. W życiu, niestety, tak już jest, że dobre chęci i deklaracje - swoje, a życie - swoje. I nie pomoże tu żadne "muszę...", "powinienem..." itd. Problem jest z resztą o wiele szerszy, niż tylko wobec religii. "Powinienem" schudnąć, "powinienem" być odważniejszy, powinienem...
Pytanie zasadnicze jest nie tyle CZY?, ale JAK? (przynajmniej od pewnego poziomu). Bo zaklinanie rzeczywistości nic nie da. Cytowanie fajnych cytatów, też niewiele pomaga.
Widzę wokoło mnóstwo gorliwców religijnych, którzy swoją niesamowicie głupią gorliwością odstręczają ludzi od wiary. Najprościej jest tu oczywiście wskazać islamskich terrorystów-męczenników, ludzi uważających się za bohaterów i świętych, a przez większość traktowanych jako szaleńców - okrutników z wypranymi mózgami. Oczywiście, ktoś powie - to muzułmanie, mają duchowość na niższym poziomie. Ale z chrześcijanami bywa wcale nie lepiej. Patrząc na niektóre zawzięte twarze, ściśnięte twardością wargi i pełnymi garściami oskarżeń słowa naszych rodzimych, chrześcijańskich gorliwców, chyba jesteśmy w stanie wykazać ciemną stronę religijnej fascynacji. U takich ludzi nie ma miłości, tylko rozpaczliwe, czynione po omacku naginanie rzeczywistości do jakichś bezdusznych schematów. Ci ludzie WIERZĄ, że to co robią, jest dla Jezusa. Deklarują to!
Skąd będziesz miał pewność, że nie jesteś taki, jak oni?

balans napisał:
Zapewniam Cię że NIE JESTEM Świadkiem Jehowy, lecz świadkiem Jezusa Chrystusa. Jezus Chrystus jest Bogiem !

Przyjęcie Jezusa polega na tym co Jezus mówi do Nikodema :

„ W odpowiedzi rzekł do niego Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwo Bożego.[...] Jezus odpowiedział: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego. „
[J 3;3 i 5 BT].

Skoro nie jesteś ŚJ, to sorry. Pomyłka. Zmylił mnie sposób wypowiedzi, podobny do tego, jaki wielokrotnie zaserwowali mi wyznawcy rodem z Brooklynu. Oni właśnie w ten sposób argumentują, że wyciągają jakiś cytat, potem serwują jakąś tezę (konia z rzędem temu, jak ma się on do poprzedniego cytatu), a gdy ktoś pyta o szczegóły, to wrzucają następnych pięć cytatów, z których każdy, tak samo jak poprzedni, ma bardzo luźny związek ze sprawą. Jeśli pytasz dalej, to powtarzają tę procedurę, aż pytający będzie miał dość (o co nietrudno, bo szybko się zorientuje, że albo go robią w konia, albo mają myślenie zupełnie z innej planety).
Co do Twoich ostatnich cytatów - sam je lubię :) Też uważam je uważam za ważne. I nawet zgadzam się z Twoimi postulatami co trzeba. Z wyjątkiem tego jednego aspektu - istnienia wyróżnionego punktu DECYZJI że od teraz moje plany życiowe i codzienne zwyczajne szare życie oddaję do Jego dyspozycji.
Tak naprawdę to całe życie chrześcijanina polega na zmaganiu się z tą decyzją. Być może dla części ludzi jedna z owych (dla mnie niezliczonych) decyzji jest jakoś wyróżniona, szczególna. Ale to też samo w sobie może być złudzeniem. Wszystko co w nas powstaje jest pewnym procesem, wyrasta z jakichś (wcześniejszych) przemyśleń, przeżyć, walki wewnętrznej. Być może jest jakaś PIERWSZA decyzja, w której faktycznie ktoś zrezygnował ze swojego ego na korzyść tego, co do Boga, a do tego jakoś szczególnie wyraziście tę rezygnację odczuł. Ale potem przyjdą następne dylematy, następne decyzje, następne zmagania się ze sobą, z rozumieniem rzeczywistości, innych ludzi, tego co jest naprawdę, a co tylko się wydaje...


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Czw 21:50, 02 Lip 2015, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
balans




Dołączył: 20 Cze 2015
Posty: 80
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: pomorskie
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 7:36, 03 Lip 2015    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:

A co to konkretnie W ŻYCIU miałoby oznaczać?
Masz numer komórki do Jezusa, żeby powiedział Ci jak w danej sytuacji ma się wyrazić owo "oddanie szarego życia"? Albo na jakąś boską infolinię?
Sorry, ciągle będę się upierał, że znacznie łatwiej coś zadeklarować, ucieszyć się, że już się udało (skoro zadeklarowałem), niż RZECZYWIŚCIE uczynić zadość owej deklaracji w konkretnej życiowej sytuacji - gdy jest masa niewiadomych, gdy ludzie naciskają, a zasoby są ograniczone. To Z KONKRETEM JEST TU PROBLEM, a nie z samym opowiedzeniem się po jakiejś stronie!
A jeśli coś zadeklarujesz, a potem postąpisz niezgodnie z duchem owej deklaracji, to wyjdzie, że deklaracja była pusta, nawet kłamliwa.


Proszę nie żartuj sobie...A tak na serio ten numer znajdziesz TYLKO w Biblii.
Jeśli człowiek zrobi ten krok, czyli uświadomi sobie że potrzebuje Zbawiciela i że jest grzesznikiem. Bóg dostrzeże czy to jest prawdziwe. Oznaką tego jest stosunek do grzechu, czyli to w jakim towarzystwie się przebywa, jakiego słownictwa się używa, jakie ma się pragnienia. Po prostu widzi co Bogu jest niemiłe, źle się czuje.
Gdy człowiek postanowi i bardzo zapragnie zmiany, to Bóg da siłę.
Wówczas człowiek otrzymuje NOWE SERCE – Bożą naturę.
W wyniku tego nie ma problemu z okazaniem empatii. Czyli potrafi kochać wszystkich ludzi i już nie są w stanie zranić go duchowo. Przebacza nawet największą podłość...

Michał Dyszyński napisał:
Sorry, ale to się pięknie deklaruje. Muszą podążać owoce... Gdyby tak dawało się wcisnąć czerwony guzik na pulpicie z napisem "od dzisiaj szczerze oddaję się Bogu i będę miał owoce", a potem już wszystko by samo szło, to bym pewnie się zgodził. W życiu, niestety, tak już jest, że dobre chęci i deklaracje - swoje, a życie - swoje. I nie pomoże tu żadne "muszę...", "powinienem..." itd. Problem jest z resztą o wiele szerszy, niż tylko wobec religii. "Powinienem" schudnąć, "powinienem" być odważniejszy, powinienem...
Pytanie zasadnicze jest nie tyle CZY?, ale JAK? (przynajmniej od pewnego poziomu). Bo zaklinanie rzeczywistości nic nie da. Cytowanie fajnych cytatów, też niewiele pomaga.
Widzę wokoło mnóstwo gorliwców religijnych, którzy swoją niesamowicie głupią gorliwością odstręczają ludzi od wiary. Najprościej jest tu oczywiście wskazać islamskich terrorystów-męczenników, ludzi uważających się za bohaterów i świętych, a przez większość traktowanych jako szaleńców - okrutników z wypranymi mózgami. Oczywiście, ktoś powie - to muzułmanie, mają duchowość na niższym poziomie. Ale z chrześcijanami bywa wcale nie lepiej. Patrząc na niektóre zawzięte twarze, ściśnięte twardością wargi i pełnymi garściami oskarżeń słowa naszych rodzimych, chrześcijańskich gorliwców, chyba jesteśmy w stanie wykazać ciemną stronę religijnej fascynacji. U takich ludzi nie ma miłości, tylko rozpaczliwe, czynione po omacku naginanie rzeczywistości do jakichś bezdusznych schematów. Ci ludzie WIERZĄ, że to co robią, jest dla Jezusa. Deklarują to!
Skąd będziesz miał pewność, że nie jesteś taki, jak oni?


Wszystko zaczyna się w głowie/sercu, dobre i złe rzeczy. Chyba zgodzisz się z tą tezą ?

Czytanie Biblii (fajnych wersetów) jest ważne. Uszczegółowie to. Czytanie różnych miejsc i systematycznie, ale przede wszystkich świadomość potrzeby zmiany i rozmowa z Bogiem.

Obserwacja siebie samego i opinia bliskich ludzi o mnie, jest wskazówką że Bóg działa w sercu.

Michał Dyszyński napisał:
Co do Twoich ostatnich cytatów - sam je lubię :) Też uważam je uważam za ważne. I nawet zgadzam się z Twoimi postulatami co trzeba. Z wyjątkiem tego jednego aspektu - istnienia wyróżnionego punktu DECYZJI że od teraz moje plany życiowe i codzienne zwyczajne szare życie oddaję do Jego dyspozycji.
Tak naprawdę to całe życie chrześcijanina polega na zmaganiu się z tą decyzją. Być może dla części ludzi jedna z owych (dla mnie niezliczonych) decyzji jest jakoś wyróżniona, szczególna. Ale to też samo w sobie może być złudzeniem. Wszystko co w nas powstaje jest pewnym procesem, wyrasta z jakichś (wcześniejszych) przemyśleń, przeżyć, walki wewnętrznej. Być może jest jakaś PIERWSZA decyzja, w której faktycznie ktoś zrezygnował ze swojego ego na korzyść tego, co do Boga, a do tego jakoś szczególnie wyraziście tę rezygnację odczuł. Ale potem przyjdą następne dylematy, następne decyzje, następne zmagania się ze sobą, z rozumieniem rzeczywistości, innych ludzi, tego co jest naprawdę, a co tylko się wydaje...


Masz na uwadze wzrost duchowy, dojrzewanie. To oczywiście jest procesem trwającym całe życie. Lecz narodzenie się jest AKTEM jednorazowym. Analogicznie jak jest z naturalnymi narodzinami. Bo co jest z ciała ciałem jest, zaś co jest z ducha duchem jest.

Uważam że znaczenie decyzji jest rzeczą kluczową nie tylko gdy chodzi o naśladowanie Chrystusa. Ale też w miłości międzyludzkich.
Oczywiście towarzyszą temu uczucia, lecz z nimi bywa różnie. Zapewne zgodzisz się że uczucia w narzeczeństwie i na początku małżeństwa mają bardzo wysoki poziom ?
Jednak są etapy gdy tych pozytywnych uczuć brakuje. Gdyby miłość opierała się na uczuciach, to byłaby huśtawką. Tak więc musi być postanowienie że ta/ten jest moja/mój. Uważam że bez decyzji miłość jest krótkotrwała. Brak jej jest przyczyną wielu rozwodów.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16714
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 10:05, 03 Lip 2015    Temat postu:

balans napisał:
człowiek zrobi ten krok, czyli uświadomi sobie że potrzebuje Zbawiciela i że jest grzesznikiem. Bóg dostrzeże czy to jest prawdziwe. Oznaką tego jest stosunek do grzechu, czyli to w jakim towarzystwie się przebywa, jakiego słownictwa się używa, jakie ma się pragnienia. Po prostu widzi co Bogu jest niemiłe, źle się czuje.
Gdy człowiek postanowi i bardzo zapragnie zmiany, to Bóg da siłę.
Wówczas człowiek otrzymuje NOWE SERCE – Bożą naturę.
W wyniku tego nie ma problemu z okazaniem empatii. Czyli potrafi kochać wszystkich ludzi i już nie są w stanie zranić go duchowo. Przebacza nawet największą podłość...

Może i masz tu rację. Nie wiem jednak na ile do końca (nawet święci ludzie do końca zmagali się ze sobą), ale co do głównej myśli, to chyba jesteśmy zgodni.


balans napisał:
Masz na uwadze wzrost duchowy, dojrzewanie. To oczywiście jest procesem trwającym całe życie. Lecz narodzenie się jest AKTEM jednorazowym. Analogicznie jak jest z naturalnymi narodzinami. Bo co jest z ciała ciałem jest, zaś co jest z ducha duchem jest.

Uważam że znaczenie decyzji jest rzeczą kluczową nie tylko gdy chodzi o naśladowanie Chrystusa. Ale też w miłości międzyludzkich.
Oczywiście towarzyszą temu uczucia, lecz z nimi bywa różnie. Zapewne zgodzisz się że uczucia w narzeczeństwie i na początku małżeństwa mają bardzo wysoki poziom ?
Jednak są etapy gdy tych pozytywnych uczuć brakuje. Gdyby miłość opierała się na uczuciach, to byłaby huśtawką. Tak więc musi być postanowienie że ta/ten jest moja/mój. Uważam że bez decyzji miłość jest krótkotrwała. Brak jej jest przyczyną wielu rozwodów.

Tutaj też się zgodzę. Z wyjątkiem tego "aktu jednorazowego". Być może po prostu różni ludzie mają to różnie, ale ja to widzę tak, że ów akt (dla Ciebie jednorazowy, a dla mnie nie) w istocie człowiek musi ponawiać wielokrotnie każdego dnia, musi go umacniać, doskonalić. Dobrze jest nawet poddać go w wątpliwość i weryfikować - tzn. spytać się siebie, czy jestem zgodny z tym co zadeklarowałem.
Ogólnie jest tu chyba między nami różnica (być może osobnicza), bo u mnie wszystko raczej odbywa się etapami, krok za krokiem, mozolnie, trochę jak budowa dużej konstrukcji. Jak się patrzy jednego dnia, to niewiele widać, tylko że ktoś tam się kręci na budowie. Dopiero trzeba wyjechać na dłużej, wrócić po paru miesiącach/latach, aby dostrzec, że pojawiło się nowe piętro, że wszystko rośnie. Bo takich aktów jednorazowych mam w swoim życiu na pęczki. Najczęściej nie za wiele z nich wynika. Dopiero obudowanie ich w rozum, doświadczenie, wiedzę (wzrastającą) o samym sobie, daje jakiś efekt.
Podobnie jest właśnie z małżeństwem (ostatni akapit Twojego tekstu) - są w nim początkowe momenty silnych uczuć. W tych sprawach szczególnie mamy efekt, w którym młodym ludziom wydaje się, że nic ich uczuciom nie zagrozi, że będą trwać i trwać, bo są takie silne... Potem jakoś tak dziwnie okazuje się, że owa siła była budowana na dość kruchych, zewnętrznych podstawach, że uczucia uważane za stałe i nienaruszalne rozpływają się we mgle życia.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
balans




Dołączył: 20 Cze 2015
Posty: 80
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: pomorskie
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 12:38, 03 Lip 2015    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:

Tutaj też się zgodzę. Z wyjątkiem tego "aktu jednorazowego". Być może po prostu różni ludzie mają to różnie, ale ja to widzę tak, że ów akt (dla Ciebie jednorazowy, a dla mnie nie) w istocie człowiek musi ponawiać wielokrotnie każdego dnia, musi go umacniać, doskonalić. Dobrze jest nawet poddać go w wątpliwość i weryfikować - tzn. spytać się siebie, czy jestem zgodny z tym co zadeklarowałem.
Ogólnie jest tu chyba między nami różnica (być może osobnicza), bo u mnie wszystko raczej odbywa się etapami, krok za krokiem, mozolnie, trochę jak budowa dużej konstrukcji. Jak się patrzy jednego dnia, to niewiele widać, tylko że ktoś tam się kręci na budowie. Dopiero trzeba wyjechać na dłużej, wrócić po paru miesiącach/latach, aby dostrzec, że pojawiło się nowe piętro, że wszystko rośnie. Bo takich aktów jednorazowych mam w swoim życiu na pęczki. Najczęściej nie za wiele z nich wynika. Dopiero obudowanie ich w rozum, doświadczenie, wiedzę (wzrastającą) o samym sobie, daje jakiś efekt.
Podobnie jest właśnie z małżeństwem (ostatni akapit Twojego tekstu) - są w nim początkowe momenty silnych uczuć. W tych sprawach szczególnie mamy efekt, w którym młodym ludziom wydaje się, że nic ich uczuciom nie zagrozi, że będą trwać i trwać, bo są takie silne... Potem jakoś tak dziwnie okazuje się, że owa siła była budowana na dość kruchych, zewnętrznych podstawach, że uczucia uważane za stałe i nienaruszalne rozpływają się we mgle życia.


Cieszę się że w kwestii miłości jesteśmy zgodni. To że wraz z uczuciem musi podążać decyzja, gdyż gdy jej nie ma to budowla stoi na kruchej podstawie.

Chcę jeszcze zahaczyć kwestię jaką poruszasz we wcześniejszych wpisach. Czyli nakazu miłowania Pana Boga i bliźniego. Na aspekt iż jest to nakaz nikt nie zwrócił uwagi. Czy nie wydaje Ci się trochę dziwne że Bóg mówi o miłości „BĘDZIESZ” ?
Gdyż dla mnie osobiście jest to nieco dziwne że nie jest to dobrowolne.

W sprawie narodzenia się na nowo czy jest sprawą jednorazowego wydarzenia, czy etapową. To najlepiej spojrzeć na tekst biblijny. Gdyż nie jest to moja osobista wizja.
A Jezus rzekł do niego: Zaprawdę, zaprawdę mówię ci, jeżeli ktoś nie narodzi się ponownie, nie będzie mógł ujrzeć królestwa Bożego. Wtedy zapytał Go Nikodem: Jak może narodzić się ponownie człowiek, który jest już starcem? Czy może powtórnie wejść do łona matki, by się narodzić?  A Jezus odpowiedział: Zaprawdę, zaprawdę mówię ci, kto nie narodzi się ponownie z wody i z Ducha, nie będzie mógł wejść do królestwa Bożego.  To, co narodziło się z ciała, jest ciałem; to zaś, co narodziło się z Ducha, jest duchem.  Niech cię nie dziwi, że powiedziałem: Musicie się powtórnie narodzić.  Wiatr wieje tam, gdzie chce; słyszy się co prawda jego szum, lecz nie wiadomo, ani skąd pochodzi, ani dokąd zmierza. Otóż tak samo jest z każdym, kto narodził się z Ducha.
[J 3;3- 8 BWP].
Jezus jednoznacznie tutaj mówi przeciwstawiając te duchowe narodziny z narodzinami fizycznymi. Czy rozsądną rzeczą jest uważać narodziny dziecka za etap ?
Co prawda są przypadki porodu trwającego dziesiątki godzin. Lecz gdy zacznie się już akcja porodowa (pierwsze skurcze) to poród MUSI nastąpić.
No i jeszcze porównanie tych narodzin do wiatru, jest bardzo ważne. Bo widać tylko efekt końcowy, czyli przemienione życie.
Natomiast nie widać tych mozolnych etapów. Czy taka sytuacja nie przemawia za tym że jest to coś jednak jednorazowego ?
Kwestia weryfikowania siebie samego i poddawania próbom jest jak najbardziej biblijna. W tym miejscu jak najbardziej są to etapy jak na budowie.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
balans




Dołączył: 20 Cze 2015
Posty: 80
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: pomorskie
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 10:58, 04 Lip 2015    Temat postu:

Zagadnienie decyzji wyboru drogi za Bogiem czy jest czymś jednorazowym, aktem czy etapem. Wyszło z głównego tematu. Dlatego chcąc do niego powrócić, mam takie spostrzeżenie, chcę zapytać Was o zdanie ?

Bóg w Swoim Słowie mówi o nakazie miłości. Ale można to znaleźć też w przekazach apostolskich i prorockich.
„ Miłość niech będzie nieobłudna. Brzydźcie się złem, trzymajcie się dobrego.  Miłością braterską jedni drugich miłujcie, wyprzedzajcie się wzajemnie w okazywaniu szacunku „
[Rz 12;9-10 BW].
Czy nie wydaje się Wam to nieco dziwne, ? Bo przecież w relacjach międzyludzkich nakazywanie miłości do drugiej osoby jest niedorzeczne.
Król Dawid (poniżej) nawet nakazuje to samemu sobie.
„  Dawidowy. Błogosław, duszo moja, Panu i wszystko, co we mnie, imieniu jego świętemu!  Błogosław, duszo moja, Panu I nie zapominaj wszystkich dobrodziejstw jego!  „
[Ps 103;1-2 BW].
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16714
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 13:21, 04 Lip 2015    Temat postu:

balans napisał:
Chcę jeszcze zahaczyć kwestię jaką poruszasz we wcześniejszych wpisach. Czyli nakazu miłowania Pana Boga i bliźniego. Na aspekt iż jest to nakaz nikt nie zwrócił uwagi. Czy nie wydaje Ci się trochę dziwne że Bóg mówi o miłości „BĘDZIESZ” ?
Gdyż dla mnie osobiście jest to nieco dziwne że nie jest to dobrowolne.

W sprawie narodzenia się na nowo czy jest sprawą jednorazowego wydarzenia, czy etapową. To najlepiej spojrzeć na tekst biblijny. Gdyż nie jest to moja osobista wizja.
A Jezus rzekł do niego: Zaprawdę, zaprawdę mówię ci, jeżeli ktoś nie narodzi się ponownie, nie będzie mógł ujrzeć królestwa Bożego. Wtedy zapytał Go Nikodem: Jak może narodzić się ponownie człowiek, który jest już starcem? Czy może powtórnie wejść do łona matki, by się narodzić?  A Jezus odpowiedział: Zaprawdę, zaprawdę mówię ci, kto nie narodzi się ponownie z wody i z Ducha, nie będzie mógł wejść do królestwa Bożego.  To, co narodziło się z ciała, jest ciałem; to zaś, co narodziło się z Ducha, jest duchem.  Niech cię nie dziwi, że powiedziałem: Musicie się powtórnie narodzić.  Wiatr wieje tam, gdzie chce; słyszy się co prawda jego szum, lecz nie wiadomo, ani skąd pochodzi, ani dokąd zmierza. Otóż tak samo jest z każdym, kto narodził się z Ducha.
[J 3;3- 8 BWP].
Jezus jednoznacznie tutaj mówi przeciwstawiając te duchowe narodziny z narodzinami fizycznymi. Czy rozsądną rzeczą jest uważać narodziny dziecka za etap ?

Każdy model, porównanie ma swoje zakresy zgodności i niezgodności tego co odwzorowuje. Tutaj został przywołany obraz narodzin. Ważne jest: w jakim celu?
Wg mnie narodziny są tutaj użyte przede wszystkim jako przejście - przemiana od braku życia do życia. Jezus nie skupia się na tym jak to następuje, ale przywołuje aspekt narodzin w kontekście nowego człowieka, który zastępuje starego.
Ja nie twierdzę, że owe narodziny nie mogą mieć jakiegoś swojego głównego punktu, który ktoś uzna ów akt narodzin. Twierdzę coś innego - po pierwsze, że wcale ten punkt nie musi jawnie wystąpić, albo będzie to kilka punktów rozdzielonych w czasie łącznie składających się na pełnię owych narodzin. Po drugie twierdzę, że nawet u kogoś, kto wyraźnie odczuwa chwilę, w której się narodził z Ducha, dalej jest wiele do zrobienia - bo taki człowiek nie staje się nagle wszechwiedzący, dalej będzie walczył ze słabościami.
Z kolei a propos nakazującego trybu w przykazaniu miłości. W moim przekonaniu sprawa jest nieco bardziej złożona, tzn. stwierdzenie w stylu "jest nakaz i wszystko jasne" byłoby błędne. Jezus zdaje sobie sprawę, że nie mamy pełnej władzy nad uczuciami. Właściwie to nasza władza w nakazywaniu sobie miłości jest bardzo słabiutka. Dlatego jak osobiście widzę to sformułowanie nie tyle jako nakaz, co raczej WIZJĘ PEŁNEGO CZŁOWIECZEŃSTWA. Mówiąc inaczej - odnosi się ten nakaz do kogoś, kto właśnie narodził się z Ducha - on "będzie miłował". Co ciekawe on już będzie miłował nie z powodu jakiegoś wewnętrznego zmagania się niemiłością w sobie, ale będzie miłował naturalnie - tak jak się oddycha, po prostu bo taki będzie. Człowiek na niższym poziomie rozwoju POWINIEN starać się miłować, bo to go przybliży właśnie do owej pełni człowieczeństwa, choć wiadomo, że tu łatwo nie będzie. Bo nie łudźmy się - wprowadzenie w życie przykazania miłości trudno jest porównać do nakazu w rodzaju "odwiedź grób swojego dziadka", czyli takiego gdy ktoś ma do wykonania konkretne zadanie w świecie. Przykazanie miłości jest takim megadrogowskazem, który może nawet nie zawsze zostanie wypełniony wprost, ale świecił będzie nad każdą decyzją w życiu. Przybliżając się do miłości, przybliżamy się jednocześnie do własnego stanu pełni człowieczeństwa.


balans napisał:
No i jeszcze porównanie tych narodzin do wiatru, jest bardzo ważne. Bo widać tylko efekt końcowy, czyli przemienione życie.
Natomiast nie widać tych mozolnych etapów. Czy taka sytuacja nie przemawia za tym że jest to coś jednak jednorazowego?

Aspekt wiatru występuje w Biblii w różnych miejscach - np. w porównaniu działania Boga nie do trzęsienia ziemi, czy wielkiej burzy, a do łagodnego powiewu wiatru. W moim przekonaniu w kontekście cytatu, jaki przytoczyłeś, główny powodem porównania ducha do wiatru jest NIEUCHWYTNOŚĆ.
Czym jest duch?
Jeżeli by jakoś można czemuś przedstawić ideę ducha, duchowości, to przede wszystkim KONKRETOWI. Świat, jaki znamy, jest światem konkretów: zarobić pieniądze (konkret), zdobyć stanowisko (konkret), kupić samochód itp... Konkret ma tę właściwość, że jest jakby zamknięty w swoich przejawach, a jednocześnie dobrze określalny - możemy wyliczyć cechy, które posiada: np. kwotę podwyżki w pracy, właściwości samochodu, jakim jeździmy. Wszystkie te cechy mają też tę ważną własność, że są SKOŃCZONE, kiedyś zanikną, staną się nieważne. W odróżnieniu od niego duch nie ma takich jasnych, oczywistych, odróżnialnych na pierwszy rzut oka przejawów. Duch działa jakby holograficznie, całościowo, nie możemy wskazać miejsca, w którym się narodził, nie możemy go zamknąć w ograniczonej przestrzeni - on jest wszędzie, jest zawsze. Duch, jak wiatr wciska się każdy zakamarek przestrzeni, przenika wszystko, dociera w różne miejsca, dotykając je, napełniając ożywczym orzeźwieniem.
Dlatego narodzenie się z Ducha jest taka przepustką do nieśmiertelności. Duch trwa wiecznie, choć nie potrafimy wskazać punktu, w którym mielibyśmy go szukać.


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Sob 13:30, 04 Lip 2015, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16714
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 13:39, 04 Lip 2015    Temat postu:

balans napisał:
...w relacjach międzyludzkich nakazywanie miłości do drugiej osoby jest niedorzeczne.

Wyżej napisałem, że NAKAZ miłości w istocie jest chyba znacząco innym rodzajem przykazania, niż np.: chodź w pewien dzień tygodnia na nabożeństwo.
Przykazanie miłości oznacza w relacjach międzyludzkich KONIECZNOŚĆ STAŁEJ PRZEBUDOWY PODSTAW NASZEGO MYŚLENIA I ODCZUWANIA ZWIĄZKÓW MIĘDZY LUDŹMI.
Będziesz miłował bliźniego oznacza więc:
- doszukuj się raczej dobra w innych ludziach, a nie na siłę zła
- nie oskarżaj pochopnie
- pomagaj innym ludziom w ich problemach, kłopotach
- nie wywyższaj własnych potrzeb nad cudze
- bądź gotów do dostrzegania potrzeb innych ludzi
- nie gardź ludźmi, nawet jeśli faktycznie są ogarnięci złem, słabością
i podobne...
Samej miłości, jako uczucia oddania ogarniającego serce, pewnie nie zawsze da się uzyskać w odniesieniu do niektórych ludzi, w niektórych sytuacjach. Ale zawsze można starać się robić coś, co będzie nas przybliżało do stanu owej miłości. Ważna jest tu pewnego rodzaju kontrola myśli - nie wywyższanie się, nie wspominanie zbytnie tego co dzieli, zamiast łączyć, nie podkreślanie (choćby nawet w środku) bez przerwy ja, ja, ja...
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
balans




Dołączył: 20 Cze 2015
Posty: 80
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: pomorskie
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 15:41, 04 Lip 2015    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:

Każdy model, porównanie ma swoje zakresy zgodności i niezgodności tego co odwzorowuje. Tutaj został przywołany obraz narodzin. Ważne jest: w jakim celu?
Wg mnie narodziny są tutaj użyte przede wszystkim jako przejście - przemiana od braku życia do życia. Jezus nie skupia się na tym jak to następuje, ale przywołuje aspekt narodzin w kontekście nowego człowieka, który zastępuje starego.
Ja nie twierdzę, że owe narodziny nie mogą mieć jakiegoś swojego głównego punktu, który ktoś uzna ów akt narodzin. Twierdzę coś innego - po pierwsze, że wcale ten punkt nie musi jawnie wystąpić, albo będzie to kilka punktów rozdzielonych w czasie łącznie składających się na pełnię owych narodzin. Po drugie twierdzę, że nawet u kogoś, kto wyraźnie odczuwa chwilę, w której się narodził z Ducha, dalej jest wiele do zrobienia - bo taki człowiek nie staje się nagle wszechwiedzący, dalej będzie walczył ze słabościami.
Z kolei a propos nakazującego trybu w przykazaniu miłości. W moim przekonaniu sprawa jest nieco bardziej złożona, tzn. stwierdzenie w stylu "jest nakaz i wszystko jasne" byłoby błędne. Jezus zdaje sobie sprawę, że nie mamy pełnej władzy nad uczuciami. Właściwie to nasza władza w nakazywaniu sobie miłości jest bardzo słabiutka. Dlatego jak osobiście widzę to sformułowanie nie tyle jako nakaz, co raczej WIZJĘ PEŁNEGO CZŁOWIECZEŃSTWA. Mówiąc inaczej - odnosi się ten nakaz do kogoś, kto właśnie narodził się z Ducha - on "będzie miłował". Co ciekawe on już będzie miłował nie z powodu jakiegoś wewnętrznego zmagania się niemiłością w sobie, ale będzie miłował naturalnie - tak jak się oddycha, po prostu bo taki będzie. Człowiek na niższym poziomie rozwoju POWINIEN starać się miłować, bo to go przybliży właśnie do owej pełni człowieczeństwa, choć wiadomo, że tu łatwo nie będzie. Bo nie łudźmy się - wprowadzenie w życie przykazania miłości trudno jest porównać do nakazu w rodzaju "odwiedź grób swojego dziadka", czyli takiego gdy ktoś ma do wykonania konkretne zadanie w świecie. Przykazanie miłości jest takim megadrogowskazem, który może nawet nie zawsze zostanie wypełniony wprost, ale świecił będzie nad każdą decyzją w życiu. Przybliżając się do miłości, przybliżamy się jednocześnie do własnego stanu pełni człowieczeństwa.


Od narodzin wszystko się zaczyna, jest normalna kolej rzeczy zrozumiała w każdej kulturze i epoce. Nie wiem czego dopatrujesz się iż stawiam ten aspekt jako pierwszy ?

Moim zdaniem tym kontekstem dla którego Jezus mówi o konieczności duchowych narodzin, jest ŻYCIE. Takich analogi jest więcej, przykładowo w listach apostolskich...”  Ale ty trwaj w tym, czegoś się nauczył i czego pewny jesteś, wiedząc, od kogoś się tego nauczył.  I ponieważ od dzieciństwa znasz Pisma święte, które cię mogą obdarzyć mądrością ku zbawieniu  „
[ 2 Tym 3;14-15 BW].

Z drugim Twoim wnioskiem zgadzam się w pełni. Bo faktycznie człowiek który zaczął żyć dla Boga. Od chwili stania się nowym stworzeniem, zaczyna dostrzegać wyraźniej swoją ułomność i zależność od Stwórcy. Piszę że zaczyna widzieć wyraźniej, gdyż są jednostki żyjące w braku akceptacji Zbawiciela i pomimo tego wyrażający swoją małość.
Oraz z tym że człowiek narodzony z Boga, będzie miłował w sposób naturalny, tak jak się oddycha. Bo przecież nikt nie nakazuje sobie że musi oddychać żeby żyć.

Jednak w kwestii pełności człowieczeństwa to już trudno jest się zgodzić. Gdyż Biblia przedstawia to tak :
„  Albo czy nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który jest w was i którego macie od Boga, i że nie należycie też do siebie samych?
[1 Kor 6;19 BW].
ORAZ
„  Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie.  „
[Ga 2;20 BT]

Michał Dyszyński napisał:
Aspekt wiatru występuje w Biblii w różnych miejscach - np. w porównaniu działania Boga nie do trzęsienia ziemi, czy wielkiej burzy, a do łagodnego powiewu wiatru. W moim przekonaniu w kontekście cytatu, jaki przytoczyłeś, główny powodem porównania ducha do wiatru jest NIEUCHWYTNOŚĆ.
Czym jest duch?
Jeżeli by jakoś można czemuś przedstawić ideę ducha, duchowości, to przede wszystkim KONKRETOWI. Świat, jaki znamy, jest światem konkretów: zarobić pieniądze (konkret), zdobyć stanowisko (konkret), kupić samochód itp... Konkret ma tę właściwość, że jest jakby zamknięty w swoich przejawach, a jednocześnie dobrze określalny - możemy wyliczyć cechy, które posiada: np. kwotę podwyżki w pracy, właściwości samochodu, jakim jeździmy. Wszystkie te cechy mają też tę ważną własność, że są SKOŃCZONE, kiedyś zanikną, staną się nieważne. W odróżnieniu od niego duch nie ma takich jasnych, oczywistych, odróżnialnych na pierwszy rzut oka przejawów. Duch działa jakby holograficznie, całościowo, nie możemy wskazać miejsca, w którym się narodził, nie możemy go zamknąć w ograniczonej przestrzeni - on jest wszędzie, jest zawsze. Duch, jak wiatr wciska się każdy zakamarek przestrzeni, przenika wszystko, dociera w różne miejsca, dotykając je, napełniając ożywczym orzeźwieniem.
Dlatego narodzenie się z Ducha jest taka przepustką do nieśmiertelności. Duch trwa wiecznie, choć nie potrafimy wskazać punktu, w którym mielibyśmy go szukać.


Z tą częścią wpisu też się zgadzam. Podziwiam Twoją znajomość Biblii.

Tym punktem w którym dostrzeżemy działanie wiatru, ognia, oliwy, czyli Ducha Świętego jest właśnie narodzenie na nowo. Wówczas człowiek otrzymuje inny wzrok, widzi tak jak widzi Bóg.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
balans




Dołączył: 20 Cze 2015
Posty: 80
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: pomorskie
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 15:53, 04 Lip 2015    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:
balans napisał:
...w relacjach międzyludzkich nakazywanie miłości do drugiej osoby jest niedorzeczne.

Wyżej napisałem, że NAKAZ miłości w istocie jest chyba znacząco innym rodzajem przykazania, niż np.: chodź w pewien dzień tygodnia na nabożeństwo.
Przykazanie miłości oznacza w relacjach międzyludzkich KONIECZNOŚĆ STAŁEJ PRZEBUDOWY PODSTAW NASZEGO MYŚLENIA I ODCZUWANIA ZWIĄZKÓW MIĘDZY LUDŹMI.
Będziesz miłował bliźniego oznacza więc:
- doszukuj się raczej dobra w innych ludziach, a nie na siłę zła
- nie oskarżaj pochopnie
- pomagaj innym ludziom w ich problemach, kłopotach
- nie wywyższaj własnych potrzeb nad cudze
- bądź gotów do dostrzegania potrzeb innych ludzi
- nie gardź ludźmi, nawet jeśli faktycznie są ogarnięci złem, słabością
i podobne...
Samej miłości, jako uczucia oddania ogarniającego serce, pewnie nie zawsze da się uzyskać w odniesieniu do niektórych ludzi, w niektórych sytuacjach. Ale zawsze można starać się robić coś, co będzie nas przybliżało do stanu owej miłości. Ważna jest tu pewnego rodzaju kontrola myśli - nie wywyższanie się, nie wspominanie zbytnie tego co dzieli, zamiast łączyć, nie podkreślanie (choćby nawet w środku) bez przerwy ja, ja, ja...


No i tutaj też mogę powiedzieć, chwała Bogu !
Miło rozmawia się z kimś takim. Zwłaszcza że piszesz bez błędów, chlujnie, po chrześcijańsku.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16714
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 20:42, 05 Lip 2015    Temat postu:

balans napisał:
Jednak w kwestii pełności człowieczeństwa to już trudno jest się zgodzić. Gdyż Biblia przedstawia to tak :
„  Albo czy nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który jest w was i którego macie od Boga, i że nie należycie też do siebie samych?
[1 Kor 6;19 BW].
ORAZ
„  Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie.  „
[Ga 2;20 BT]

Ja "pełnię człowieczeństwa" interpretuję w ten sposób, że jest to zespolenie się człowieka z jego prawdziwą naturą - a więc te daną mu przez Boga, tylko w życiu przesłonięta przez błędy, nieuporządkowane emocje, zwątpienie itp. Tak więc zbliżanie się do człowieczeństwa, to nic innego tylko zbliżanie się do tej postaci własnej osoby, jaką przeznacza mu Bóg. Nie więc sprzeczności z ww cytatami biblijnymi.
Z drugiej strony sam przyznam, że sformułowanie Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. jest dość trudne, w jakiś sposób kontrowersyjne. Można by bowiem zapytać: skoro to już nie ja żyję, to po co się urodziłem? Nie mógłby sobie Chrystus żyć zamiast mnie od początku i nie zawracać mi głowy tym cierpieniem, jakie muszę znosić w życiu?...
Oczywiście tego rodzaju deklaracja - że Bóg przejmuje życie człowieka - występuje w wielu pismach chrześcijańskich, szczególnie wśród mistyków.
Moim zdaniem wymaga ono poważnych wyjaśnień.
Po co ja żyję, skoro za chwilę chodziło by o to, abym "to nie ja żył, tylko KTOŚ we mnie"?
- Czy znasz odpowiedź na to pytanie?

PS
Dzięki za miłe słowa :)
Ja też cieszę się, że spotkałem kogoś takiego jak Ty, bo dzięki temu udaje się poruszyć (niektóre) tematy, które dla innych są poza zasięgiem zainteresowań, wiedzy, pragnień pozostałych dyskutantów, a widzę, że starasz się pisać na temat, zamiast (jak to u innych, niestety, często bywa) zbaczania na nieistotne dygresje.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
balans




Dołączył: 20 Cze 2015
Posty: 80
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: pomorskie
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 9:07, 06 Lip 2015    Temat postu:

@Michał Dyszyński

W związku z tym że już nieco poznałem Cię. Mam pytanie.
Czy postawę jaką prezentujesz, masz naturalnie od dzieciństwa, dzięki dobremu wychowaniu. Czy może od czasu jakiegoś traumatycznego wydarzenia ?

Gdy odpowiesz to wówczas wyjawię do czego zmierzam.


Ostatnio zmieniony przez balans dnia Pon 9:09, 06 Lip 2015, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
balans




Dołączył: 20 Cze 2015
Posty: 80
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: pomorskie
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 9:21, 06 Lip 2015    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:

Ja "pełnię człowieczeństwa" interpretuję w ten sposób, że jest to zespolenie się człowieka z jego prawdziwą naturą - a więc te daną mu przez Boga, tylko w życiu przesłonięta przez błędy, nieuporządkowane emocje, zwątpienie itp. Tak więc zbliżanie się do człowieczeństwa, to nic innego tylko zbliżanie się do tej postaci własnej osoby, jaką przeznacza mu Bóg. Nie więc sprzeczności z ww cytatami biblijnymi.
Z drugiej strony sam przyznam, że sformułowanie Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. jest dość trudne, w jakiś sposób kontrowersyjne. Można by bowiem zapytać: skoro to już nie ja żyję, to po co się urodziłem? Nie mógłby sobie Chrystus żyć zamiast mnie od początku i nie zawracać mi głowy tym cierpieniem, jakie muszę znosić w życiu?...
Oczywiście tego rodzaju deklaracja - że Bóg przejmuje życie człowieka - występuje w wielu pismach chrześcijańskich, szczególnie wśród mistyków.
Moim zdaniem wymaga ono poważnych wyjaśnień.
Po co ja żyję, skoro za chwilę chodziło by o to, abym "to nie ja żył, tylko KTOŚ we mnie"?
- Czy znasz odpowiedź na to pytanie?


Istotą naśladowania Jezusa Chrystusa – Syna Człowieczego jest upodabnianie się do Niego. Polega to na ŚMIERCI tej prawdziwej natury i zmartwychwstania tak jak Chrystus Zmartwychwstał. Oraz wzbudzenie nowego życia, czyli narodzenie się na nowo.
PRZYKŁADOWO
„  Jeśli tedy umarliśmy z Chrystusem, wierzymy, że też z nim żyć będziemy, „
[Rz 6;8 BW].
„   A Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował,  i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia. Łaską bowiem jesteście zbawieni.  Razem też wskrzesił i razem posadził na wyżynach niebieskich - w Chrystusie Jezusie „
[Ef 2;4-6 BT].
Tak więc naturalny człowiek jest w Bożych oczach UMARŁY. Aby móc być z Nim w wieczności to naturalne człowieczeństwo, ten humanitarny. Musi ożyć (J 3) czyli narodzić się na nowo. Mało tego, to ożywienie, narodzenie, przywrócenie do życia. Skutkuje tym że już w duchu człowiek jest przeniesiony i posadzony w Bożym Królestwie, czyli częściowo zbawiony.

„  Bo tych, których przedtem znał, przeznaczył właśnie, aby się stali podobni do obrazu Syna jego, a On żeby był pierworodnym pośród wielu braci; „
[Rz 8;29 BW].
Ten wers wyraża pragnienie Boże względem człowieka. To samo potwierdza apostoł w tym poniższym. Chyba zrozumiałe jest że wyrywam wersety ? Chcąc upewnić się co do prawdziwości tej tezy, zapraszam do kontekstu.
„  dzieci moje, znowu w boleści was rodzę, dopóki Chrystus nie będzie ukształtowany w was;
[Ga 4;19 BW]

Poniżej zamieszczam praktyczne, życiowe rady apostolskie w tym zakresie.
„ A tak, jeśliście wzbudzeni z Chrystusem, tego co w górze szukajcie, gdzie siedzi Chrystus po prawicy Bożej;  o tym, co w górze, myślcie, nie o tym, co na ziemi.  Umarliście bowiem, a życie wasze jest ukryte wraz z Chrystusem w Bogu;  gdy się Chrystus, który jest życiem naszym, okaże, wtedy się i wy okażecie razem z nim w chwale.  „
[Kol 3;1-4 BW].
„  Jeśli razem z Chrystusem umarliście dla żywiołów świata, dlaczego - jak gdyby żyjąc /jeszcze/ w świecie - dajecie sobie narzucać nakazy:
[Kol 2;20 BT].

Prawdę piszesz mówiąc o tym że jest to trudne i kontrowersyjne, bo przecież śmierć nie należy do przyjemności.
Powiem że nawet w kręgach protestanckich, wśród niektórych chrześcijan wierzących ewangelicznie, zagadnienie to jest marginalizowane.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16714
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 9:50, 06 Lip 2015    Temat postu:

balans napisał:
Prawdę piszesz mówiąc o tym że jest to trudne i kontrowersyjne, bo przecież śmierć nie należy do przyjemności.

Cytaty były celne, potwierdzają tezę - trzeba się niejako stać Chrystusem. Ale jednak nie odpowiedziałeś mi na moje pytanie: po co w tym wszystkim jeszcze jakieś JA, które i tak ma zniknąć, zamienić się w Chrystusa?...
No po co?...
- Bo co do tego, że tak ma się stać - nie protestuję. Jednak trudno jest dostrzec sens w tym pierwszym ja, a dodatkowo - jeśli Chrystus jest wszechmocny - i jeśli i tak ma być we wszystkich swoich wiernych, to po całe to wcześniejsze życie?
Ja pytam, bo nie do końca sam wiem. Ale jeślibym gdzieś w Biblii odpowiedź dostrzegał, to w obrazie SZATY. Jest ewangelia, o stroju który jest niezbędny, aby ucztować z Królem, jest w apokalipsie powiedzenie o świętych, którzy "wybielili swe szaty we krwi Baranka". Nasze życie to niejako ubieranie się duchową szatę. Co jest ową szatą?


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Pon 9:54, 06 Lip 2015, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
balans




Dołączył: 20 Cze 2015
Posty: 80
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: pomorskie
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 13:29, 06 Lip 2015    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:

Cytaty były celne, potwierdzają tezę - trzeba się niejako stać Chrystusem. Ale jednak nie odpowiedziałeś mi na moje pytanie: po co w tym wszystkim jeszcze jakieś JA, które i tak ma zniknąć, zamienić się w Chrystusa?...
No po co?...
- Bo co do tego, że tak ma się stać - nie protestuję. Jednak trudno jest dostrzec sens w tym pierwszym ja, a dodatkowo - jeśli Chrystus jest wszechmocny - i jeśli i tak ma być we wszystkich swoich wiernych, to po całe to wcześniejsze życie?
Ja pytam, bo nie do końca sam wiem. Ale jeślibym gdzieś w Biblii odpowiedź dostrzegał, to w obrazie SZATY. Jest ewangelia, o stroju który jest niezbędny, aby ucztować z Królem, jest w apokalipsie powiedzenie o świętych, którzy "wybielili swe szaty we krwi Baranka". Nasze życie to niejako ubieranie się duchową szatę. Co jest ową szatą?


Myślę że najbezpieczniejszą rzeczą jest poruszać się jedynie w obszarze Biblii. Dlatego odpowiedzią nie będzie fragment tej poniższej modlitwy Jezusa, oraz inne.
„ Ja dałem im słowo twoje, a świat ich znienawidził, ponieważ nie są ze świata, jak Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich wziął ze świata, lecz abyś ich zachował od złego.  „
[J 17;14-15 BW].
Naturalną rzeczą jest to ziemskie życie, jednak dla ucznia Jezusa to ziemskie życie jest wędrówką, podobnie jak Izraelici kiedy wyszli z Egiptu, który to jest symbolem świata. Ta ziemia NIE jest ojczyzną dziecka Bożego. Nawet najbardziej przyjazny region...
„...Ten, który jest w was, większy jest, aniżeli ten, który jest na świecie.  Oni są ze świata; dlatego mówią, jak świat mówi, i świat ich słucha. […] Kto tedy wyzna, iż Jezus jest Synem Bożym, w tym mieszka Bóg, a on w Bogu.   A myśmy poznali i uwierzyli w miłość, którą Bóg ma do nas. Bóg jest miłością, a kto mieszka w miłości, mieszka w Bogu, a Bóg w nim.  W tym miłość do nas doszła do doskonałości, że możemy mieć niezachwianą ufność w dzień sądu, gdyż jaki On jest, tacy i my jesteśmy na tym świecie.  „
[1 J 4;4-5 i 15-17 BW].
Gdy już człowiek staje się nowym stworzeniem, kiedy Bóg wypełnia jego wnętrze, to już nie ma miejsca na moje ja, moje ego. Jednak do tego musi być zaangażowana wolna wola. Tak więc to naturalne ja jest sprawą opcjonalną. Zrozumiałą rzeczą jest że człowiek dokonuje suwerennego wyboru.
Jaki jest/był Jezus Chrystus- Syn Człowieczy na świecie podczas Swojej Misji, tacy też są Jego naśladowcy.
To jest odpowiedź na Twoje po co. Czy dość zrozumiale ?

Myślę że z tą szatą to właściwy kierunek. Co jest ową szatą to najlepiej wyjaśnia Pismo Święte. Mowa też jest o modlitwach świętych (Ap 5;8). Myślę że to również ma ścisły związek z ową szatą. Chyba nie uważasz że święci to tylko ci ustanowieni przez kościół Rzymskokatolicki ?
„  Weselmy się i radujmy się, i oddajmy mu chwałę, gdyż nastało wesele Baranka, i oblubienica jego przygotowała się;  i dano jej przyoblec się w czysty, lśniący bisior, a bisior oznacza sprawiedliwe uczynki świętych.
[Ap 19;7-8 BW].
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16714
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 19:03, 06 Lip 2015    Temat postu:

balans napisał:
Myślę że najbezpieczniejszą rzeczą jest poruszać się jedynie w obszarze Biblii.

Nie do końca się z Tobą zgodzę. A właściwie, to w pewnym sensie zupełnie się nie zgodzę, bo postulat "poruszania się tylko (!) w obszarze Biblii" uważam za niespełnialny. Problemem oczywiście jest aspekt ROZUMIENIA. Człowiek, który nie uzupełni słów Biblii o ODNIESIENIE owych słów do własnego życia, doświadczeń, przemyśleń, po prostu NICZEGO NIE ZROZUMIE. On może powtarzać te słowa, ale to będą tylko dźwięki, bądź znaczki pisane, a nie będzie w nich TREŚCI. Treścią jest to, co wypełnia umysł człowieka, a co bierze się z jego uczuć, doświadczeń, wiedzy, ale też i przypuszczeń, hipotez życiowych. Nie da się przeforsować zrozumienia samym tylko chceniem, czy nawet najbardziej nabożnym oddawaniem się. Jeśli słowa dla kogoś nie odnoszą się do jakichś doświadczeń, przemyśleń, to będą one puste.
W przypowieści o talentach Jezus porusza aspekt ODWAGI względem tego co dostał od Boga. Tak, myślenie jest związane z ryzykiem. Można się pomylić. Ale trzeba pomnażać talenty (umysłu), bo inaczej, czyli poprzestając wyłącznie na tym co dostane w zewnątrz, zakopuje się owe talenty i traci swoje życie. Dlatego warto szukać dalej i szerzej, niż tylko w Biblii. Potem z tymi doświadczeniami warto wracać do Biblii. Ale potem znowu szukać dalej. Bo kto szukania się (zbyt) przestraszy, będzie jak uczeni w piśmie, którzy powtarzali wielkie słowa i wersety, powtarzali, powtarzali... A serca ich były zmartwiałe, więc nie potrafili dostrzec Zbawienia, które stanęło przed samym ich nosem.
Jezus ginie na krzyżu skazany przez tych (właśnie przez tych!!!), którzy właśnie chcieli jak najbardziej doskonale zachować pisma. Chcieli mieć pisma, dla pism, a nie dla spostrzeżeń, myśli, uczuć. Myśleli, że same teksty, litery, frazy stanowią sedno drogi do Boga. A potem ich oczy nie widziały, a uszy nie słyszały. Bo tak się skupili na owych frazach, tak je uwielbili dla nich samych, że zagubili sens i powód, dla których zostały one stworzone - jako łączniki od umysłu do ŻYCIA. Warto się uczyć na ich błędach, bo w przeciwnym wypadku sami powielimy to, co stało się udziałem tych, którzy zagubili ROZPOZNANIE żyjącego Boga i elementarną sprawiedliwość.

balans napisał:
Co jest ową szatą to najlepiej wyjaśnia Pismo Święte. Mowa też jest o modlitwach świętych (Ap 5;8). Myślę że to również ma ścisły związek z ową szatą. Chyba nie uważasz że święci to tylko ci ustanowieni przez kościół Rzymskokatolicki ?
„ Weselmy się i radujmy się, i oddajmy mu chwałę, gdyż nastało wesele Baranka, i oblubienica jego przygotowała się; i dano jej przyoblec się w czysty, lśniący bisior, a bisior oznacza sprawiedliwe uczynki świętych.[Ap 19;7-8 BW].

Dzięki za ten cytat. Nie trafiłem na niego, a jest bardzo cenny.
Ale też nie jestem pewien, czy jest w nim całość znaczenia. Bo w przypowieści o królu, który wydaje ucztę, jest mowa o zaproszeniu na nią i dobrych, i złych. Ale potem nie ma ścisłego jakiegoś przypisania złych do owej niewłaściwej szaty. Przypuszczam, że sprawa jest jakoś bardziej złożona. Tym bardziej, że to NIE UCZYNKI ostatecznie są przyczyną zbawienia, lecz WIARA (pytanie jeszcze wiara W CO?). Myślę, że sam odnajdziesz ów tekst, gdzie jest napisane, że zbawieni jesteśmy NIE MOCĄ NASZYCH UCZYNKÓW.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Kretowisko / Blog: Michał Dyszyński Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3  Następny
Strona 2 z 3

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin