Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Moje - teisty - krytyki teizmu

 
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Kretowisko / Blog: Michał Dyszyński
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16283
Przeczytał: 95 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 12:50, 03 Kwi 2017    Temat postu: Moje - teisty - krytyki teizmu

We wstępie chciałem zaznaczyć rzecz podstawową - ja, autor tego tekstu, Michał Dyszyński - jestem teistą - chrześcijaninem. Wierzę w Boga chyba względnie bez większych wątpliwości. Uważam się też za zaangażowanego w religię i wiarę.
Jednocześnie jednak absolutnie nie uważam, że powinienem przyjąć w ocenie swojej religii postawę walczącego apologety. Moje doświadczenia życiowe z religią, własną psychiką, obserwacją innych ludzi, skłaniają mnie do poglądu, że dla mojej PRAWDZIWEJ RELIGII niebezpieczne są zarówno zarówno ZAGROŻENIA ZEWNĘTRZNE, JAK WEWNĘTRZNE.
W moim rozumieniu zagrożeniem zewnętrznym dla religii są inne religie i ateizm - poglądy, które jakoś starają się zwalczyć ład intelektualny i moralny, który powinien być budowany w oparciu o tę moją prawdziwą religię.
Zagrożenia wewnętrzne religii to z kolei mylne, fałszywe, często może tylko naiwne (co bywa gorsze, niż świadoma agresja) poglądy WEWNĄTRZ RELIGII, dające się wyczytać w publikacjach chrześcijańskich, usłyszane z ambon itp... I właściwie to nieraz myślę, że te błędne wewnętrzne koncepcje są bodaj czy nie większym zagrożeniem, bo jasno zdefiniowany wróg przynajmniej daje się lokalizować na mapie mentalnej. Znacznie gorzej jest, gdy destrukcyjny pogląd przychodzi do umysłu ufarbowany na przyjaciela, gdy jakaś koncepcja udająca pobożną, mądrą, niezbędną intelektualnie w istocie powoduje tylko demolkę w myślach i uczuciach, zostawiając po sobie wyłącznie chaos i niewolę wynikającą z niezrozumienia siebie i otaczającego nas świata.
Tak więc uważam, że warto wskazywać na błędy religii. Szczególnie dotyczy to własnej religii. Błędy są czymś naturalnym, czymś co - prędzej, czy później - musi sie zdarzyć. Więc błędy te NIE DYSKREDYTUJĄ RELIGII, w każdym razie nie dyskredytują całkowicie, a już na pewno nie będą szkodziły, jeśli się je zrozumie. Dlatego do sprawy błędów należy podchodzić bez owej niedojrzałej emocji: jak dostrzegę jeden błąd w mojej religii (czy nawet więcej, niż jeden), to się mi ta religia zawali, a ja będę zmuszony przejść na ateizm. - to tak nie działa - religia trwa (powinna trwać) mimo błędów, mimo tego, że niejeden raz w niej coś zmienimy (potencjalnie udoskonalimy). Dlatego będę religie krytykował, w tym własną religię - chrześcijańską, katolicką, ale też moją "religię wewnętrzną", czyli po prostu przekonania, które w sobie mam, wiążę z religią, choć nie muszą one koniecznie być nazwane w jakichś publikacjach (np. kościelnych), mogą być po prostu dostrzeżone i zdefiniowane w tym konkretnie tekście.

Na początek wezmę na warsztat pierwszą, bodaj jedną z najbardziej podstawowych rzeczy złych w religiach. Praktycznie to chyba we wszystkich religiach (a częściowo też i w ateizmie). Nazwę tę złą rzecz - praktykę - podejście: tendencja do nieuzasadnionej ocenności negatywnej niemal każdej postawy, zachowania człowieka. Krótko mówiąc NIEUZASADNIONE MORALIZATORSKIE KRYTYKANCTWO.
Rzecz bierze się chyba z tego jak religie powstawały - jako systemy, które coś ludziom postulują, do czegoś przekonują, próbują wprowadzić w życie społeczeństw pewien ŁAD MORALNY. Aby to zrobić w warunkach powszechnego warcholstwa, samowoli, egoizmu ludzi, trzeba się jakoś do ich umysłów przebić, trzeba postulaty moralne ogłosić odpowiednio dobitnie. Stąd zaczyna się moralizatorstwo - do pewnego stopnia oczywiście słuszne. Ale, w życiu tak to bywa, że tendencje wymykają się spod kontroli, że pewne koncepcje zaczynają realizować ludzie, którzy co prawda są mocno zaangażowani, ale nie czują gdzie jest ten obszar poprawnego traktowania sprawy, więc zaczynają mocno przesadzać w moralizmie, w krytykowaniu wszystkiego. W skrajnych przypadkach zaczyna się krytykowanie wszystkiego za wszystko - najczęściej, że nie jest takie jakie było kiedyś, że nie jest idealne (a co jest idealne?...), że nie odpowiada czyimś wyobrażeniom. Religie krytykują co się da i jak się da, niestety, jakże często na samym krytykanctwie poprzestając - tzn. już nie szukając dróg wyjścia, nie zastanawiając się nad podjęciem środków zaradczych względem złego stanu rzeczy. Religiom zaczyna wystarczać, że oto znalazły, wytknęły coś złego (czasem może tylko pozornie złego, ale na to im refleksji już nie starcza), a najbardziej, że KTOŚ JEST WINNY. Szukanie winnych, szukanie wrogów robi się często wręcz znakiem rozpoznawczym religii. Czasem odnoszę wrażenie, że niektórym religiantom, zapędzonym w gorliwości walki o ten swój wyidealizowany ład moralny, próby realnej poprawy sytuacji... jakby przeszkadzały! Bo to potępienie, krytykowanie, moralizowanie negatywne zaczyna się robić celem samym w sobie i nie na rękę robi się sytuacja, w której ktoś zaczyna zabierać nam obiekt owej krytyki...
Widzę pewien sens w koncepcji, która postrzega ateizm jak swoisty "dar od Boga dla ludzkości" w tym sensie, że spora część religiantów po prostu się zapędziła, odeszła od realiów świata, od sensowności umysłu i zamknęła w takiej odjechanej ortodoksji, że tam już rozumu "nawet siekierą nie urąbie", jako że został on tak utwardzony, zabetonowany, pozbawiony otwartości, iż nic tylko siąść i płakać... Więc może Bóg tym, zapędzonym w głupiej gorliwości ludziom, daje "koło ratunkowe" w postaci tych, którzy znowu na sprawę zaczynają patrzeć po prostu od strony jakiegoś zdrowego rozsądku, od strony spytania się najpierw JAK JEST?, a nie z góry dopatrywania się założonych (bo "moralnych" i "religijnych") postaw i ocen. Zanim coś zaczniemy oceniać, zanim wydamy werdykt warto USTALIĆ STAN FAKTYCZNY - czyli jakoś usunąć ocenianie z własnej przestrzeni mentalnej, aby nie zaburzało ono obiektywizmu doznań. Ocena oczywiście kiedyś się pojawi - ale ta ostateczna - powinna pojawiać się gdzieś na końcu, bo dokładnym rozeznaniu za i przeciw, a nie po pobieżnym oglądzie sprawy.
Pewne rzeczy ateistyczne podejście "zrobiło" lepiej. Psychologowie ateistyczni, zamiast moralizować, poprzestając na jałowym "ty jesteś zły, więc się popraw, bo jak nie to pójdziesz do piekła", jednak zaczęli stawiać pytanie DLACZEGO ktoś ma takie aspołeczne tendencje, zaczęli SZUKAĆ ZWIĄZKÓW A DALEJ DRÓG POMOCY, a nie tylko oskarżania i zrzucania całej pracy mentalnej nad problemem na utwierdzaniu się w poczuciu winy. Bo poczucie winy potrafi nie tylko mobilizować do zmian, lecz także niszczyć resztki nadziei mechanizmem utwierdzania w przekonaniu "to ja się już do niczego nie nadaję". To może dalej degradować człowieka mentalnie, osłabiać go psychicznie, utrudniając np. wyjście z nałogu, nieprawidłowych reakcji i emocji. Religie, wpatrzone w swój obraz polegający na uznaniu za cnotę postawę krytykowania niemal wszystkiego i dalej zabraniania niemal wszystkiego co się da, dorobiły się takich idiotyzmów jak: krytyka pomocnych praktyk medycznych (skoro Bóg na kogoś zesłał chorobę, to przecież nie należy się temu przeciwstawiać...), odejście niemal zupełne od postępu technicznego (Amisze, motywowani religijnie, rezygnują z dość elementarnych ułatwień, jakie daje ludzka wynalazczość), blokowanie rozwoju nauki i publikacji odkryć naukowych (wiadomo: Kopernik, Giordano Bruno...), mieliśmy nawet opór przed stosowaniem środków przeciwbólowych...
Oczywiście nie twierdzę, że wszystkie zdobycze wiedzy, techniki, czy inne nowinki wymyślne przez ludzkość są tylko i zawsze pozytywne, jednak chodzi o to, aby zawsze WYBIERAĆ TO CO DOBRE, A ODRZUCAĆ ZŁE, a nie odrzucać wszystko na zasadzie: skoro nowe, inne, niż znane, to zapewne (dla niektórych to prawie na 100%) złe.
W mojej religii - katolicyzmie - dostrzegam też taką dość dziwną tendencję, do skupiania się raczej na winie, niż na potrzebie poprawy. Ta wina jest wszędzie, każdy jest winny, każdy grzeszny i niejako cnotą stało się ciągłe katowanie swojego umysłu i uczuć poczuciem winy. Tzn. nie wszyscy księża, czy myśliciele katoliccy podlegają pod mój zarzut, ale wielu jednak tak. I ogólna tendencja polega na tym, że Kościół (w moim przekonaniu zbyt mocno) jest "winocentryczny". Oczywiście nie chodzi też o to, aby popaść w skrajność w drugą stronę - tzn. jakoś zaprzeczyć temu, że popełniamy błędy, grzechy, że jesteśmy rzeczywiście winni wielu złym wyborom. Pewnie tak jest, że niektórym ludziom większe poczucie winy ewidentnie by się przydało. Problem jest jednak w tym, że jak "odgórna doktryna" tak "po wsiech" wali owym poczuciem winy, to ów przekaz nie dociera selektywnie, lecz do wszystkich. I często tak jest, że te wrażliwe osoby, same z natury skłonne do obwiniania się, do przyjmowania odpowiedzialności na siebie (czasem z przesadą), dodatkowo polane tym "sosem" konieczności szukania w sobie win, zostają stłamszone psychicznie. Ludzie z natury bardziej empatyczni, skłonni do przyjmowania do siebie zarzutów, szukających prawdy w obiektywny (a nie tylko rywalizacyjny) sposób często mają ów "balans winy" ustawiony na pozycji względnie poprawnej (neutralnej), czasem wręcz przesadzonej w stronę poczuwania się bycia winnym. A tu przychodzi jeszcze ten kościelny "mentalny deszcz": jesteś winy, jesteś grzeszny, jesteś zły...
W chrześcijaństwie dochodzi tu jeszcze kwestia męki Jezusa za grzechy. Sama idea jest wielka i ważna. Jednak propagowanie owej idei w sposób polegający na skupianiu się na drobiazgowym doszukiwaniu się win, skrzywiła niejeden umysł. W tej sytuacji, zamiast przesadnie idealizować i moralizować, rozsądniej byłoby przyjąć postawę pewnego zdrowego rozsądku. W moim przekonaniu polegałaby ona na uznanie, że jakieś tam winy oczywiście mamy, ale owe winy nie są "równo rozłożone" - niektórym należy się ostra pokuta i faktycznie większe uświadomienie sobie swojej odpowiedzialności i winy, ale niektórzy owego poczucia winy więcej wcale nie potrzebują, a może nawet potrzebują go mniej. (niezależnie od pytania o to: ILE poczucia winy, jest też drugie, bardzo ważne: JAKIE poczucie winy. Ale to temat na inną okazję).
Wracając ogólniej do kwestii przesadnego moralizatorstwa, a w szczególności potępiania ludzi w nadmiarze, nie dziwię się postawie porzucania wiary i przechodzenia na ateizm przez sporą część ludzi. W końcu jak ktoś jest przez lata atakowany mentalnym żądaniem obwiniania się, krytykowany w podejmowaniu pewnych wyzwań i aktywności przez silnie konserwatywne środowiska, dla których najlepiej byłoby, aby nic nie zmieniać, nawet nie za bardzo poprawiać (bo przecież MOŻNA zepsuć!...), jak ktoś się napatrzy na postawę ludzi, którzy zabranianie (co się da) uważają za cnotę samą w sobie (czyli w myśl zasady: lepiej jest zawsze coś zabronić, niż nie zabraniać - tak "na wszelki wypadek"), to jak taki ktoś odkryje, że przez lata był psychicznie robiony w bambuko, to dość naturalną reakcją będzie: oj, mądrzy to wy - namolni moralizatorzy - chyba jednak nie jesteście. Spadajcie z mojej przestrzeni z mentalnej z całą tą swoją wiarą i innymi koncepcjami...
- Cóż reakcja dość naturalna. Szkoda tylko, że w ten sposób jednak trochę "wylewa się dziecko z kąpielą", bo sam fakt niewłaściwego użycia religii nie powinien odwracać od tego, co w religii słuszne.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16283
Przeczytał: 95 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 14:30, 31 Sie 2017    Temat postu: Re: Moje - teisty - krytyki teizmu

Jedną z najbardziej niefajnych rzeczy w teizmach (chrześcijańskich, ale nie tylko, bo to jest przypadłość chyba wszystkich religii) jest UDAWANIE, ŻE SŁOWA COŚ ZNACZĄ, W SYTUACJI, GDY OSOBA NIE MA ZIELONEGO POJĘCIA CO.

Przypomina mi się tu stary dowcip o szefie, który wezwał swojego zaufanego informatora i wypytuje, co tam załoga mówi na jego (szefa) temat:
- Co tam mówią, Panie Malinowski?...
- A dobrze mówią, nikt nie krytykuje - odpowiada donosiciel.
- Nie ma tak, że tylko dobrze mówią. Na pewno ktoś coś do mnie tam ma. - upiera się szef.
- Noo właściwie to tylko ten Kowalski coś tam ostatnio krytycznie się o Panu wyraził - donosiciel sobie przypomniał.
No właśnie! Znowu on. - mówi szef - No i co powiedział?
- Eeee nic takiego, tylko to, że używa Pan różnych trudnych słów, których znaczenia sam Pan nie rozumie. - w końcu donosiciel wyjaśnia sprawę.
Tak?!!! - wkurza się szef - Tak mówi?! To w takim razie powiedz mu, żeby mnie pocałował w dupę. I vice versa!

Jeśli w czymś podobają mi się pewne idee ateizmu, to (przynajmniej w pewnych jego nurtach, bo niestety i niejeden ateizm dopadła maniera mówienia o tym, czego się nie kompletnie zna) jakieś takie ograniczanie pustosłowia, jakieś skupienie się na tym, co znane, bez bajdurzenia o tym, co niezrozumiałe.
Już samo słowo "wiara" w kontekście np. religii jest bardzo rozmyte - raz używane jest w kontekście "umrzeć za wiarę", czyli chyba jako poświęcenie się w obronie GRUPY religijnej, ludzi, jakichś deklaracji przynależności, a nie o stanie umysłu, bo ten stan jest, jaki jest i nie bardzo nawet jest jak za niego umrzeć. Za chwilę jednak ktoś powie o zbawieniu przez wiarę, czyli w tym wypadku mowa chyba jest o stanie umysłu.
Albo też co to znaczy: wierzyć w Boga?
- wierzyć, ŻE ISTNIEJE?
- wierzyć, ze MA OKREŚLONE CECHY (jest osobowy, miłosierny, wszechmocny)
- a może wierzyć w to, że BÓG ZBAWIA świat (tak jak to napisano w Biblii)?
A może pod słowem "wiara" kryje się ogólna taka tendencja przynależności do pewnej duchowej wizji świata?

Inne słowo niewyjaśnione - grzech.
Czym jest właściwie grzech?
- samym uczynkiem złym?
- a może intencją złą?
- może jakąś właściwością uczynku, która powoduje, że pewne konsekwencje uczynku trwają, obciążając "właściciela"?...

Pewna osoba w mojej rodzinie nie raz skarżyła się, że wiele kazań, które usłyszała używa słów i znaczeń, które są kompletnie niejasne, nikt ich nie tłumaczy, choć wątpliwości co do ich znaczenia są ogromne. I w zależności od tego jakie to znaczenie jest, za pewnymi stwierdzeniami w Biblii kryłaby się znacząco inna treść.
Odnoszę wrażenie, że w teologii znaczenia często jakby "pływają" - tu wszystko może być wszystkim, nie ma twardych reguł znaczeniowych. W ten sposób można lud ogólnie umoralniać, a jednocześnie nie trzeba wykazywać się samodzielnie rozumieniem. I nawet to rozumienie jakby się stawiało nieco w cieniu, mówiąc nieraz " i tak najważniejsze jest wiara". Ale nawet przyjmując tę tezę, że wiara jest najważniejsza, to chyba to co najważniejsze warto znać, aby się nie pomylić, nie wziąć atrapy za to co właściwe. Skoro wiara jest tak najważniejsza, to powinno być dokładnie wyjaśnione W CO WŁAŚCIWIE WIERZYMY.

Jak dla mnie fakt, że taki brak wyjaśnienia PRZECHODZI, JEST TOLEROWANY przez teologię kościelną jest symptomem pewnej słabości intelektualnej Kościoła, a także chyba pewnym lekceważeniu samej materii myślowej, samej wiary przy położeniu nacisku na czystą praktykę. Mielibyśmy tu zasadę: ważne, aby ludzie do kościoła chodzili, na tacę dawali, a co tam im powiemy, czy co tam sobie myślą, to już sprawa drugorzędna...
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16283
Przeczytał: 95 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 1:26, 08 Wrz 2017    Temat postu: Re: Moje - teisty - krytyki teizmu

W moim kościele - katolickim przeszkadza mi najbardziej chyba ten aspekt narodowy i kulturowy. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu ludzi jest on wręcz wizytówką kościoła, część osób właśnie dlatego do kościoła należy, że tam jest naszość i rytuały. Ja chyba sensowną religię postrzegam jako coś DOKŁADNIE ODWROTNEGO.
Dla mnie religia jest właśnie PRZEKRACZANIEM TEGO CO BIEŻĄCE, ZIEMSKIE, DOCZESNE, RUTYNOWE.
Tymczasem dla sporej części ludzi, to co ja widzę jako zaprzeczenie religii, wydaje się być wręcz tejże religii istotą. Oni celebrują nie tyle ideały, nie tyle wiecznego Boga, nie tyle Miłość, czy Prawdę, ale Wielką Naszość. Części ludzi najwyraźniej nie interesuje to, że trzeba każdego dnia przebaczać, szukać miłości, walczyć ze słabościami, szukać doskonałości duchowej, lecz chcieliby najpierw popierać swoich, dawać w kość "tamtym" (np. wieszając im symbole religijne tam, gdzie by nie chcieli), obnosić sie z tym, jacy to jesteśmy zawsze razem, zawsze w kupie, od lat swojacy, i tacy inni od tamtych "onych", którzy przecież gorsi są.
A dla mnie nie ma gorszych, wszyscy jedziemy na jednym wózku, wszyscy pochodzimy od jednego Boga, który nie ogłosił wcale naszej lepszości, a nawet zakazał wywyższania się. Kto się wywyższa, będzie poniżony - tak mnie uczono i jak tak wierzę. Nie rozumiem więc dlaczego z wywyższania co niektórzy chrześcijanie (podobno chrześcijanie...) uczynili cnotę. Nie rozumiem. :shock:
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16283
Przeczytał: 95 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 0:31, 18 Paź 2017    Temat postu: Re: Moje - teisty - krytyki teizmu

Mam pretensję do "obiegowego teizmu" o promocję naiwności.
Oczywiście zarzut nie jest globalny, bo nie każdy teizm promuje naiwność. Jednak problem jest i występuje dość powszechnie. Polega on na wyobrażeniu (niejeden raz promowanym), że ten właściwy wyznawca teizmu separuje się od pytań, wątpliwości, wyzwań świata, porzucając to wszystko dla studiowania jednej księgi i rygorystycznego kultywowania jakiejś starej tradycji ubierania się, kontaktów rodzinnych, społecznych. W wielu kręgach teistycznych złem wydaje się oglądanie telewizji, szukanie szerszej prawdy w dostępnych źródłach, zadawanie pytań dotyczących problemów wiary. Dominuje przekonanie, że gorliwy wyznawca pytań na temat swojej religii nie zadaje.
Ja uważam coś dokładnie przeciwnego - gorliwy wyznawca właśnie zadaje najwięcej pytań, chce rozwiązać jak najwięcej problemów, aby jak najlepiej poznać wolę Boga. Wyznawca prawdziwy stara się prześwietlić każdą niespójność swojej religii, bo tylko wiedząc "co i jak" w tej religii działa, będzie mógł poprawnie rozwiązywać problemy życia, czy właściwie ustawiać swój kontakt z Bogiem.
Tymczasem tak wielu władców religijnych najbardziej ceni sobie u swoich wiernych nie aktywność, zainteresowanie, pytania, a potulność i posłuszeństwo bez gadania. W ten sposób wychowują wyznawców bezradnych wobec ataków zła, krytyków samej religii, wreszcie nie umiejących rozwiązywać konfliktów interpretacyjnych na styku religia i jej moralność - życie.
Ci co są wychowawcami i mają moc autorytetu, a zachęcają do biernego posłuszeństwa w istocie biorą na siebie winę i odpowiedzialność za to, że oto kiedyś ich wychowankowie ulegną jakiejś formie zła, bo byli nieprzygotowani, bo nie starali się zawczasu zdobyć wiedzy potrzebnej do wzrostu duchowej mocy.
Prawdziwy wyznawca religii SZUKA MOCY ROZUMIENIA. Taki wyznawca zadał sobie znacznie więcej pytań, opracował znacznie więcej hipotez, znalazł więcej odpowiedzi, niż ludzie wokół niego. Prawdziwy wyznawca pragnie mądrości, bo tylko tak może zbliżać się do Boga, tylko tak może przejrzeć podstępy zła i wprowadzać dobro. Bierni i leniwi zostaną pokonani w chwili próby. To życie jest treningiem mocy osobowej, siły woli, sprawności umysłu.
Optymalnie by było, aby w swoim życiu wyznawca zapoznał się ze wszystkimi możliwymi zagrożeniami dotyczącymi jego świadomości i znalazł środki zaradcze na każde z nich. Bycie szarą myszką, która boi się wyzwań, która separuje się od problemów świata, chowając w ortodoksję oznacza de facto zakopanie talentu, jaki dostaliśmy od Boga, jest niezgodne z Jego wolą.

Ewangelia Tomasza, 98 napisał:
Rzekł Jezus: "Królestwo Ojca podobne jest do człowieka pragnącego zabić możnego pana. Wydobył miecz w swym domu i wbił go w ścianę, aby poznać, czy jego ręka będzie silna. Wówczas zabił możnego pana".
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16283
Przeczytał: 95 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 4:03, 15 Sty 2018    Temat postu: Re: Moje - teisty - krytyki teizmu

W biblii jest powiedziane, że nie da się dwom panom służyć - Bogu i mamonie.

Ale myślę, że można by rozszerzyć to stwierdzenie na inne rzeczy, niż sama tylko mamona. Nie da się służyć Bogu i obsesyjnej promocji swojego narodu (nacjonalizm). Nie da się chyba też służyć Bogu w duchu, przy zwracaniu największej uwagi na rytuały i tradycję. To tradycyjnie myślący, nakierowani na drobiazgowe prawa Żydzi byli tymi, którzy ostatecznie zabili Jezusa. Tradycja oderwana od ducha religii, czyli od miłości, przebaczenia pragnienia pomocy potrzebującym jest tylko trucizną dla umysłu i serca.
Dzisiaj mamy w Polsce wielu jakichś takich dziwnych tych chrześcijan - traktujących swoją religię bardziej jak szalik klubowy, jako wskazanie swoich i wrogów, a nie w celu kultywowania najważniejszych cnót chrześcijaństwa. Miłość tych ludzi mierzi - mimo że jest pierwszym przykazaniem. Przebaczenie jest dla nich obce i niezrozumiałe, jeśliby to oni mieli przebaczać (bo im przebaczać by należało, choć wielu pewnie nawet nie uważa, że trzeba im cokolwiek wybaczać, dopóki są silni, dopóki uważają, że są na tyle górą, iż krytykom da się przymusem zamknąć usta). Wrogość, nieprzyjaźń jest właściwie celem tych dziwnych "chrześcijan".
Skąd się wzięło w Polsce tylu rasistów?
Skąd w tym narodzie tak wiele nieżyczliwości?....

Jak czytałem kiedyś ludobójstwie w Rwandzie, to dostrzegam podobieństwa w opisach tych zabójców (głównie z plemienia Hutu) i naszych polskich rasistów, dbających o "białą krew" itp. Taka sama jest w nich zadziwiająca nienawiść do tego, co nie z ich plemienia, co dla nich obce, taki sam jest tu brak wrażliwości, zwykłego ludzkiego serca.
Skąd się to wzięło?...
W końcu w tym kraju chrześcijańskim, jednak wciąż mówi się o religii miłości, o pomocy bliźnim, przebaczaniu, poświęceniu. A tu tak wielu otwarcie głosi zaprzeczenie owych wartości. Z całej nauki chrześcijańskiej zostało żałosne my - oni, plemienność, pragnienie dominacji.
Jak Bóg ma zbawić takich ludzi?... :cry:


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Pon 4:04, 15 Sty 2018, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16283
Przeczytał: 95 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 13:18, 19 Kwi 2018    Temat postu: Re: Moje - teisty - krytyki teizmu

Sprzeczne wymagania w religiach
Kto wie, czy nie najbardziej odstręczającym od religii aspektem jest sprzeczność wielu wymagań, jakie religie stawiają, ewentualnie rozjeżdżanie się owych wymagań ze zdrowym rozsądkiem.
Na szczycie owych sprzeczności jest chyba jakieś własne rozumienie dobra vs ścisłe wymogi moralne religii. Do tego często dokłada się nieprecyzyjny język, w którym wymagania są formułowane.
Człowiek ma pewną wizję dobra, przekonanie co jest racjonalne, właściwe, co da się wykonać. Z kolei przepisy religijne są formułowane w mocno kategorycznej postaci - np. "czcij ojca i matkę swoją", a za chwilę "nie kradnij". A jeśli ktoś ma ojca złodzieja, który wymaga, aby z nim iść "na włam", to co ma wybrać?
W życiu mnóstwo rzeczy robimy, bo mamy wizję tego, jak jest dobrze, właściwie. Czasem na kogoś trzeba krzyknąć, użyć jakiejś formy nacisku, może w skrajnych przypadkach przemocy, bo jest zagrożone coś ważniejszego. Nie wiemy potem jak sobie poradzić z tym, co formalnie może byłoby winą, grzechem. W życiu rodzinnym ludzie planują sobie potomstwo stosownie do wizji racjonalnego funkcjonowania. To nieraz koliduje z wymaganiami kościelnymi względem antykoncepcji.

Ale chyba największym rodzajem sprzeczności i niejasności jest element zaufania Bogu. Nie wiadomo właściwie jak go stosować - czy zaufanie Bogu polega na tym, aby gdy przychodzi problem, poczekać aż nas Bóg z tego wybawi, czy raczej działać tak, jakby żadnej pomocy miało nie być?... Bo decyzje, jakie wynikają z owego wyboru mogą być skrajnie różne. A nie wiadomo, jakie należy podjąć, zaś podjęcie niewłaściwej (w każdą stronę) ostatecznie może ściągnąć na nas winę - grzech. Bo działanie z maksymalną możliwą skutecznością (doczesną, doraźną) jest jakoś w sprzeczności z postawą oczekiwania na pomoc Boga.


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Sob 12:11, 21 Kwi 2018, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16283
Przeczytał: 95 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 15:15, 06 Maj 2018    Temat postu: Re: Moje - teisty - krytyki teizmu

Religia a stosunek do prawdy
Odnoszę wrażenie, że wielu - na pewno ateistów, ale kto wie nawet czy nie większość teistów - uważa, że na polu czystego starcia z prawdą, obiektywizmem, niezależnym, całkowicie dociekliwym myśleniem teizm by sobie "nie poradził", a stąd, że jednak trzeba religii pomagać różnym "drobnymi" naciągnięciami, pustymi deklaracjami, przekonaniami tworzonymi mocno na wyrost. Chyba wielu (także teistów) do pewnego stopnia poddało się tej narracji ateistów, która maluje teizm jako przyjmowanie twierdzeń bez pokrycia - ot tak, bo powiedziano i "trzeba wierzyć". A skoro tak miałoby być, skoro owa wiara bez argumentów i powodów (niektórzy tak właśnie sądzą) jest wręcz cnotą religijną (według mnie nie jest, ale opisuję stan myślenie co niektórych), to oczywistym jest dalej, że należy wszystko co teistyczne wybielać, a co teizmowi przeciwne pogrążać, potępiać mentalnie i intelektualnie. Oczywiście podobną strategie stosują też ateiści względem religii, co dodatkowo potwierdzać miałoby być pogląd, że trzeba się bronić, podkreślając własne zalety (nawet gbyby były one dyskusyjne), teistyczne tezy (nawet gdyby były mocno wątpliwe, a często po prostu nie zrozumiałe, pachnące pustosłowiem bez realnych znaczeń). Tak wielu uważa, czym według mnie...
daje świadectwo swojej NIEWIARY w teizm całkowicie zgodny z prawdą.

Ja tutaj stoję jakoś po przeciwnej stronie - tzn. mam przekonanie, że ABSOLUTNIE NICZEGO NIE NAGINAJĄC NA STRONĘ TEIZMU, nawet nieraz "podkładając się", nawet przyznając ateistom rację w licznych zarzutach, ostatecznie i tak INTELEKTUALNIE (!) okaże się, że teizm jest poglądem lepiej uzasadnionym. Powtórzę: teizm jest lepiej uzasadniony INTELEKTUALNIE. Czyli nie chodzi mi o to, że trzeba po prostu w niego bardziej wierzyć wbrew wszystkiemu, nawet wbrew rozumowi.
Ten pogląd - takie przekonanie o wyższości intelektualnej teizmu - zawdzięczam w dużym stopniu Wujowi, który od dłuższego czasu go głosi, choć teraz już, czyli po ułożeniu sobie jakoś tej całej epistemologicznej układanki w rodzaj całości, mam to potwierdzone osobiście, własnym rozumowaniem. I nawet wręcz irytują mnie co niektóre sposoby "obrony" teizmu polegające na podjęciu narracji "a u was murzynów biją" (młodzi nie znają tego dowcipu z czasów komuny, ale jak ktoś młodszy to czyta, to pewnie sobie treść bez problemu wygoogluje). Nie, każdorazowa obrona przez atak, czy inne chwyty mające na celu odsunięcie uczciwego rozważenia zarzutu wobec teizmu, jest w moim odczuciu rejteradą, a dalej potwierdzeniem swojej niewiary w to, że religia (ta sensowna, bo oczywiście nie każda) jest rzeczywiście czystą, niezakłóconą, nienaciąganą żadnymi nieuczciwymi intelektualnie technikami prawdą.

Skąd się taki pogląd bierze?
- Ma na pewno poważne podłoże historyczne. W końcu parę wieków temu, gdy walczono z herezjami, karanie śmiercią za poglądy (w tym za poglądy odbiegające od oficjalnej postaci wspieranej przez autorytety religijne) było swego rodzaju standardem. A że historii jednak w szkołach uczą, a co niektórzy tę wiedzę pogłębiają osobiście, to powstaje stąd przekonanie, że np. kościół katolicki po prostu by sobie nie poradził w debacie, starciu intelektualnym na temat prawd wiary i dlatego musiał posłużyć się metodami siłowymi. Oczywiście oskarżanie tu tylko KRK jest nadużyciem - w tamtych czasach "tak myślano" i "tak zarządzano ideami", zaś karanie fizyczne za poglądy "było w standardzie" wszystkich stron sporu.
Ale historykiem nie jestem, więc ten aspekt sprawy porzucę, bo nawet nie o jakiś sąd nad religią (tą, czy inną) mi chodzi, tylko o prześwietlenie powodów, dla których tak wielu dzisiaj jest przekonanych o konieczności "wspomagania się" przez religię argumentami pozaintelektualnymi. To zostało, trochę jako pokłosie historii, trochę jako efekt ucieczkowych reakcji w dyskusjach co niektórych teistów, trochę też chyba w związku (w moim przekonaniu jakby niefortunną) praktyką nauczania religii, gdzie aspekt intelektualny jest jakby zaniedbany. W młodszych klasach nauczanie skupia się na kolorowankach, nauce piosenek i ogólnym podkreślaniu aspektu kulturowego. W starszych aspekt kulturowy nie maleje, ale nie za częste są na lekcjach religii takie prawdziwe szczere dyskusje. Potem na kazaniach też trudniejsze pytania religijne i egzystencjalne rzadko wykraczają poza bezpieczne, politpoprawne wersje. Efektem końcowym jest ukształtowanie sie przekonanie o słabości intelektualnej religii. Ale to nie jest słabość samej religii, to nie wynika z niepoprawności religijnych idei, tylko raczej z braku przygotowania, przemyślenia, głębszej refleksji tych, którzy religię propagują.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16283
Przeczytał: 95 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 9:55, 12 Cze 2018    Temat postu: Re: Moje - teisty - krytyki teizmu

Drażni mnie w typowym przekazie religijnym, także katolickim, traktowanie grzechów człowieka na podobieństwo przedmiotów, które Bóg po prostu musi od człowieka zabrać. Buduje się obraz, w którym człowiek jest właściwie takim wrednym winowajcą, stającym przez arbitralnie oceniającym go Sędzią, by ostatecznie tenże człowiek dowiedział się, co mu się za jego czyny życia należy. W moim przekonaniu takie mechanistyczne traktowanie kwestii winy i grzechu gubi sens i istotę zarówno życia ludzkiego, związku człowieka z Bogiem, odkupienia.
W ogóle odbieram wiele z tego nauczania religijnego, jakie zdarza mi się słyszeć, jako dziwnie fragmentaryczne, przedmiotowe, oderwane od całości pojmowania natury człowieka. Bo łącząc to wszystko z koncepcją wszechmocy Boga otrzymujemy ewidentną sprzeczność w całym nauczaniu. Sprawa bowiem wygląda tak, że Bóg - będąc wciąż wszechmogącym - nie może człowieka zbawić tak po prostu aktem swojej woli. To powstaje pytanie: co z tą wszechmocą?
Po co w ogóle życie człowieka?
Po co jego zmagania, cierpienie na tym łez padole?...

Aby pojęcia religijne sobie nie przeczyły, aby razem nie budowały komunikatu, którego nie sposób skleić w spójną całość, trzeba wyplątać się z pewnych pojęciowych mielizn i min. Wprost trzeba np. odpowiedzieć na pytania:
Jeśli coś się zdarzyło, miało miejsce, to czy Bóg swoją wszechmocą może to zmienić, anulować, sprawić aby się "odzdarzyło"?
Co właściwie człowiek ma na tym świecie osiągać, skoro i tak ostatecznie zbawienie dostaje dzięki łasce Boga? - Jaka jest rola tego człowieka i dlaczego właśnie taka rola?

W szczególności to ostatnie pytanie jest nurtujące, bo uwikłane w sprzeczne komunikaty nauczania religii. Czy człowiek powinien coś robić sam? Bo może jednak powinien zawsze zdać się na Boga? Ale jednak za chwilę człowiek i tak będzie musiał sam coś zadecydować, więc gdzie tu jest zawierzenie się Bogu, a gdzie własna sprawczość?
Nauczanie religijne, jakie znam przechodzi do porządku dziennego nad sprzecznością owych wymagań - oddanie swojego życia w ręce Boga (jak tego nie rozumieć inaczej, niż postulat bierności, wycofania?...) vs bycia powołanym do świętości, działania dla Boga.
Widać to szczególnie dobrze, gdy w życiu pojawia nam się jakiś nierozwiązywalny problem, coś czego nie potrafimy w prosty sposób doprowadzić na właściwe tory. Czy teraz powinniśmy "zaufać Bogu" i po prostu czekać, aż On sprawę rozwiąże, czy samemu wciąż uparcie atakować problem?...
- Tak czy siak można zgrzeszyć - albo biernością, zaniedbaniem, lenistwem (zbytnim zaufaniem, że sprawa się sama rozwiąże), albo okazaniem braku zaufania - bo działa się przecież tak, jakby byśmy Bogu nie dawali szansy na działanie.

Myślę, że nie rozwiązanie tego dylematu niejedną myślącą osobę ostatecznie skłoniło do odrzucenia religii chrześcijańskiej. Widząc sprzeczność owych wymagań, a przy tym udawanie ze strony nauczania kościelnego, że owej sprzeczności wcale nie ma, pojawia się podejrzenie, że religia chce człowieka oszukać, wcisnąć mu ewidentny kit. Więc, w obronie własnego rozumu, prawa do sensu widzenia świata, odrzuca się religię w całości.

Czy ja tu widzę rozwiązanie, czy potrafię skleić jakoś w całość koncepcję przebaczenia, winy, odkupienia?...
Wydaje mi się, że mam taką wizję jak to niesprzecznie ze sobą funkcjonuje. Ale do tego trzeba parę rzeczy przedefiniować, spojrzeć na sprawę bardziej od strony NIENARUSZALNOŚCI PRAWDY, czyli trochę odjąć Bogu z paradoksalnych koncepcji Jego wszechmocy. Jasno trzeba postawić sprawę, że Bóg nie jest w stanie zmienić faktów, które nastąpiły. Może jednak zmienić INTERPRETACJĘ owych faktów, może ubrać zdarzenia w nowy kontekst. I to ostatnie Bóg może zrealizować z niesłychaną precyzją i twórczością.
A jaka jest w tym wszystkim rola człowieka?
- Krótko mówiąc: nie upieranie się na zabój przy pewnych swoich głupotach, interpretacjach, które są w istocie arbitralne i bezproduktywne, a utrzymywane przez umysł, jakby były jedyną możliwą prawdą świata. Po prostu człowiek powinien na wiele rzeczy SPOJRZEĆ Z NOWEJ PERSPEKTYWY, najczęściej szerszej, zreinterpretować to, co sobie wymyślił, nawet mu się jakoś to częściowo zgadza, ale jednak nie jest jedyną możliwą opcją widzenia sprawy.

To nauczanie religijne, jakie przyszło mi odbierać cierpi na problem swoistej "winocentryczności". Wiele z tego, co w kościele słyszę kręci się wokół uznawania przez człowieka swojej winy. Oczywiście winy i grzechy posiadamy, tego nie neguję. Jednak nadawanie samooskarżaniu się waloru jakiejś szczególnej cnoty, wartości jest juz mocno dyskusyjne. Tymczasem w kościele widzę coś w rodzaju apoteozy poczucia winy dla niego samego. Im więcej winy ktoś w sobie miałby czuć, tym lepiej. W średniowieczu wręcz powstawały grupy tzw. biczowników - ludzi smagających się boleśnie biczami, aby cierpieniem przebłagać Boga z winy. Takie samoudręczanie się było traktowane jako cnota. I chyba wciąż coś tamtego myślenia mamy w nauczaniu. Tak to przynajmniej odbieram.
Jak kwestia winy miałaby być rozwiązana sensownie?
- Według mnie przede wszystkim BEZ PRZESADY. Winy mamy DOKŁADNIE TYLE, ILE MAMY, a do tego, chodzi o to, aby owych win było jak najmniej. W związku z tym nie obarczajmy się winami - zarówno innych ludzi starajmy się nie obwiniać, jak i nawet siebie obwiniać należy tylko w takim stopniu, jak rzeczywiście to miało miejsce. Nie warto się obwiniać z przesadą, czy "na zapas", nie warto jest z ciągłego rozważania swoich win czynić jakiejś wartości, zasługi. Zamiast się zadręczać winami, lepiej jest zrobić coś dobrego, odnaleźć moc do pozytywnego działania w świecie.
Poczucie winy nie jest jakąś specjalną cnotą. Tzn. nie twierdzę też, że należy się uznawać za kogoś, kto żadnych win nie ma, lekceważyć swoje złe postępki. Nie o to chodzi. Po prostu najważniejszym tu słowem byłoby słowo ADEKWATNOŚĆ. Nic z przesadą.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16283
Przeczytał: 95 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 11:34, 09 Maj 2019    Temat postu: Re: Moje - teisty - krytyki teizmu

Jest taki aspekt religii katolickiej (takiej, jaką wyznaję), który mnie wkurza na maksa. Wkurza mnie do tego stopnia, że nie gwarantuję, iż zakończę moje świadome życie na pewno jako katolik. Im bardziej ten aspekt w życiu mi się pojawia, tym bardziej mam ochotę "rzucić legitymację partyjną" (katolicką przynależność) i powiedzieć wszystkim: nie róbcie sobie jaj, ja z takim gadaniem wymiękam...

O co chodzi?...
Wcale no o to, że potrzebuję dowód na istnienie Boga
Wcale nie o to, że wśród księży są pedo... cośtam
Wcale nie dlatego, że kler się miesza do polityki
Albo, że zabrania pozamałżeńskiego seksu
itp. itd.

Największą zadrą mojej katolickiej przynależności, jest ustawianie sobie mnie, moich wyborów w następującej narracji: człowiek wie, co robi źle, ale że chce się zbuntować Bogu, to się buntuje, więc grzeszy.
Nie twierdzę wcale, że nie grzeszę. Nie twierdzę, iż nie ma we mnie pierwiastka buntu (na pewno jakiś jest, a osobnym i naprawdę zasadnym jest pytanie czy lepiej, aby tego pierwiastka w ogóle nie było...). Natomiast absolutnie nie zgodzę się z twierdzeniem, że oto ŚWIADOMIE CHCĘ POSTAWIĆ SWOJĄ WOLĘ PONAD WOLĘ BOGA.
Sorry, ale co to, to nie. Ja po prostu najczęściej nie wiem, co wybrać, jak dzialać!
I każde wmawianie mi na zasadzie "ty wiesz..., buntujesz się, czyli grzeszysz" wywołuje u mnie irytację i chęć powiedzenia: co, siedzisz w mojej głowie? Skąd ta pewność?
Bo ja w bardzo wielu sytuacjach, gdy jest wybór, z absolutnym przekonaniem gotów byłbym Bogu powiedzieć coś takiego: chcę oczywiście zrobić, JAK NALEŻY, Ty Boże wybierz, ja się zastosuję!
Problem w tym, że odpowiedź na pytanie "jak robić, co wybrać?" nie przychodzi!
Wbrew mniemaniom mądrali kościelnych, ja już wcale nie chcę niczego swojego wypromować, nie chcę przy niczym się upierać, nie chce aby było "po mojemu". Niech będzie nie po mojemu! Moje chcenia mogę schować głęboko, mam je "gdzieś"! Ale chcę WIEDZIEĆ CO ROBIĆ!

Mam mnóstwo takich sytuacji życiowych, że po prostu nie wiem, co mam robić! Naprawdę nie wiem. Najchętniej wtedy bym sam się unicestwił, oddałbym wtedy swoje życie jakiejś mądrej istocie, która by to życie dokończyła we WŁAŚCIWY SPOSÓB. Niech by było bogobojnie, bezgrzesznie, jak tam dobre siły wyższe uważają. Jak chce Bóg.
Problem w tym, że ja naprawdę nie wiem, co należałoby zrobić w bardzo wielu sytuacjach, a nie ma jak scedować decyzji, które mam podejmować. Jest takie mnóstwo sytuacji, w których co bym nie wybrał, będzie źle - bo nie ma sił, nie ma środków, wszystko się wali, nie widzę właściwego rozwiązania. Co bym nie zrobił, wychodzi źle, a ja mam tego pełną świadomość. A tu za chwilę przyjdzie mi jakiś religijny mądrala i powie: no tak, buntujesz się, chcesz coś po swojemu i tym właśnie zgrzeszyłeś (w domyśle: bo przecież masz obowiązek mówić, jak wszyscy, a nie od siebie). Ja takiemu mądrali powiem: każdy kto mówi, mówi od siebie, uczciwość polega na tym, że głos człowieka, jest głosem tegoż człowieka, a nie bliżej nieokreślonych "wszystkich", czy może "naszych". Tak więc spadaj na bambus, palancie!


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Czw 20:17, 09 Maj 2019, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16283
Przeczytał: 95 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 12:30, 09 Maj 2019    Temat postu: Re: Moje - teisty - krytyki teizmu

W związku z poprzednim jeszcze dopiszę dodatkowy komentarz.
Choć jestem katolikiem, który wiele ważnych rzeczy z katolicyzmu zyskał, to jedno mnie z tym nurtem chrześcijaństwa zdecydowanie dzieli. Jest nim pewna postać mojego religijnego AGNOSTYCYZMU.
Jestem religijnym agnostykiem. Aby nie było porozumień - w Boga wierzę, nie wątpię. Mój agnostycyzm dotyczy czegoś innego, niż samych podstaw chrześcijaństwa - dotyczy KWALIFIKACJI MNIE SAMEGO. Otóż ja WCIĄŻ POSZUKUJĘ, wciąż stawiam pytania.
Tymczasem w Kościele Katolickim żąda się od wyznawców, aby UZNALI, ŻE JUŻ WIEDZĄ. W szczególności np. mają wiedzieć jakie mają grzechy (aby się wyspowiadać), mają wiedzieć to, co jest jest w dogmatach (w jakiej postaci właściwie?).
Ale czym jest wiedza - samym stwierdzeniem "ja wiem"?
A jeśli w umyśle ktoś nie odczuwa stanu, który uczciwie byłby w stanie określić "wiem to"?... Jeśli cały czas w jego umyśle nie ma jasnego obrazu danego problemu, a wyłącznie pytania i wątpliwości?
To wtedy co ma robić?...
- Jedyne chyba co może zrobić w tej sytuacji, to po prostu...
...OSZUKAĆ, że wie.
Czy porządny katolik musi zatem zacząć się (i innych) oszukiwać?

Tak wiem, może mój agnostycyzm jest zbyt skrajny...
Innych to pewnie nie dotyczy. Oni "wiedzą". Ściślej, powiedziałbym: "wierzą, że wiedzą", bądź "są przekonani, że wiedzą". Ale jak się spytamy takich ludzi w szczegółach o różne aspekty owej "wiedzy", to w zdecydowanej większości przypadków nie dadzą żadnej sensownej odpowiedzi. Tylko co najwyżej zmienia temat, zaczną się denerwować, atakować personalnie. I to będzie ich "odpowiedź".
A za chwilę będą się upierać, że przecież "wiedzą".

Nie wiem, czemu tak jest, ale moja intelektualna i duchowa natura jakoś nie potrafi zrezygnować z narzucenia jakiegoś zdecydowanie wyższego, niż ten potoczny, standardu dla określenia "wiedza". Ale dotyczy to nie tylko wiedzy, lecz także wiary. Jeśli w coś "wierzę", to przynajmniej powinienem umieć określić W CO wierzę, JAK wierzę, powinienem zdiagnozować ten stan myśli i uczuć, jaki pod "wierzę w ..." podstawiam. Jeśli tego nie robię, to uprawiam pustosłowie, właściwie jestem oszustem.

Wiara też domaga się pewnego minimum konkretności. Stwierdzenie "wierzę w ju35nio" nie ma znaczenia, nie wyraża żadnej treści, bo jego desygnat nie jest określony. Aby w coś wierzyć, też trzeba mieć minimum zrozumienia dla tego, co jest obiektem wiary. Nie potrafię się zgodzić na uprawianie pustosłowia. Sorry, ale naprawdę nie potrafię... :cry:

Jeśli grzech przeciwko Duchowi Świętemu jest tym jedynym, którego nie sposób odpuścić. Zaś Duch Święty jest duchem prawdy, to zgrzeszenie przeciw prawdzie przekonań jest właśnie tym czymś, na co nie wolno się jest zgodzić. Bez prawdy wszystko się sypie, słowa przestają cokolwiek znaczyć, rozpoznania robią się nieokreślone, nie wiemy co wiemy, w co wierzymy, jest chaos.


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Czw 12:38, 09 Maj 2019, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16283
Przeczytał: 95 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 13:18, 09 Maj 2019    Temat postu: Re: Moje - teisty - krytyki teizmu

Sytuacja, gdy umysł widzi niemal wyłącznie pytania, wyłacznie problemy nierozwiązane, setki konfiguracji wzajemnych, które MOGĄ wystąpić, ale nie wiadomo, które wystąpią - czy da się rozwiązać po prostu postanowieniem: teraz muszę je rozwiązać?...
To przypomina rzucanie monetą dla ustalenia prawdy - jak wypadnie orzeł, to będzie opcja A, a jak reszka to opcja B.
Tylko wtedy wciąż będzie dźgało PYTANIE O UCZCIWOŚĆ takiego "ustalenia prawdy". Jak można skierować swoje życie (czasem ważne życiowe wybory) w jakąś stronę, tylko dlatego, że wypadł orzeł?...
Jak w ogóle można żądać od kogoś "zdecyduj się", jeśli on jeszcze nie dojrzał do tej decyzji?...
Jak dla mnie takie żądanie jest tożsame z żądaniem "teraz masz oszukać, że uznajesz to za prawdziwe, choć w istocie jest inaczej". To jest oszukiwanie. I nie widać z tego wyjścia, to nie ma rozwiązania.
:cry: :think:

Dlatego moja odpowiedź na pytanie: czym jest poprawna wiara? byłaby
- Poprawna wiara jest jak ziarnko gorczycy - na starcie mała, czyli nie wymagająca wielu założeń, nie wymagająca takich czy innych słów, które rzekomo miałoby znaczyć to, albo tamto, ale których umysł i tak nie jest w stanie (przynajmniej na tym etapie) przełożyć na zrozumiałe sobie znaczenia.
Poprawna wiara nie żąda wiele na początek, ale jest. Jest taka twarda w zaufaniu, że to co ważne, w końcu się wyjaśni. Może jeszcze nie teraz, może jeszcze nie mamy tych słów ostatecznych, które muszą być. Mamy to przekonanie, że skoro Bóg jest i jest DUCHEM, istotą wyrastająca ponad sformułowania, ponad incydentalne mniemania, to w to małe ziarenko warto się wpatrywać.
Nie trzeba wcale wielu nazw, nie trzeba ludzi zmuszać, aby używali słów "po naszemu", jeśli w ich głowach znaczenia do owych słów jeszcze się nie pojawiły. Trzeba skupić się na tym ziarenku, na tym małym - wielkim "Pan jest z nami".
Walka o nazwy nie zawsze ma sens. Warto ją przemyśleć, bo walka - samą swoją agresywnością - wprowadza dodatkowy zamęt w uczuciach i myślach. Ludzie, gdy już emocja walki w nich się zagotuje, zaczynają tę walkę traktować jako cel sam w sobie, zapominając o sensie tego, co było istotą sporu. A czasem po prostu ktoś chciał użyć nieco innego słowa, myśląc nawet coś podobnego...


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Czw 21:47, 09 Maj 2019, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16283
Przeczytał: 95 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 12:08, 29 Cze 2019    Temat postu: Re: Moje - teisty - krytyki teizmu

Religijne upupianie
Jedną z najgorszych rzeczy realnego teizmu jest to, że próbuje on upupić swoich swoich wiernych. Rozumiem, że cele są szczytne - aby był porządek, bogobojność, uczciwość, pobożność itp. Problem w tym, że umysł ludzki nie bardzo radzi sobie z wytyczeniem granicy pomiędzy ideą, a konkretnym jej zastosowaniem. W pewnym momencie, dla wielu ludzi środek do celu staje się celem samym w sobie. Dla wielu kapłanów celem bardziej jest liturgia jako taka, niż to czemu ma ona służyć - wywołaniu u wiernych stanu ułatwiającego kontakt z Bogiem. Kościelne autorytety nieraz jakby się pogubiły, bo różne liturgiczne, kościelne zakazy urosły u nich do jakiejś niebotycznej rangi, obrosły w rygory, kary, obowiązki, przymusy mentalne. I nikt już nie pyta, czy religijność w takim sosie podana spełnia swoją główną rolę - przybliżania ludzi do Boga. Ważniejsze jest, aby działo się wedle uzgodnionych standardów, aby było przewidywalne i zaspokajało potrzebę panowania przez autorytety nad tłumem wiernych.
I ludzie oczywiście najczęściej się temu poddają - zamieniają swoje życie religijne w rutynę, w ramach której zalicza się nabożeństwa, zdrowaśki, adoracje. To wydaje się takie namacalne, policzalne - że ktoś na nabożeństwo poszedł, a ktoś inny nie.
Upupieni katolicy to w dużym stopniu norma. Wierzą kulturowo, wykonują religijne obowiązki. O swoje emocje, pragnienia przy tym się nie pytają - w końcu przecież "nie o to chodzi", w końcu sam akt pytania niesie w sobie wątpliwość, co można uznać za formę zachwiania się w "wierze".
Ale w wierze, czy w "wierze"?
Czy samo chodzenie do kościoła można uznać za wiarę?
Może jest to TYLKO CHODZENIE do kościoła?...

Gdy już religia upupi swoich wyznawców tak kompletnie, jeśli uczyni z nich posłuszny tłum, nie pytających o istotę, o świadomość o porywy serca zombiaków, wtedy Bóg musi zesłać:
- ateizm
- obce religie
- konwertytów,
- masonów
- wszelkiej maści odstępców, czy innych "złośliwców" wobec samej religii.
Ale to ostatecznie religii głębiej pojętej wychodzi na zdrowie.


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Sob 12:11, 29 Cze 2019, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16283
Przeczytał: 95 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 18:22, 02 Cze 2020    Temat postu: Re: Moje - teisty - krytyki teizmu

Czasem mam wrażenie, że te środowiska religijne, które bardzo mocno agituję za posłuszeństwem, arbitralnością, ścisłym podporządkowaniem autorytetom religijnym, jakby nie zdawały sobie sprawy z OGROMU ODPOWIEDZIALNOŚCI, którą ściągają na swoją głowę. W teologii jest pojecie grzechów cudzych, czyli win, jakie ściąga na siebie człowiek wtedy, gdy inna osoba - w jakiś sposób skłoniona, nauczona, podlegające sugestii winowajcy dodatkowego, pełniącego rolę autorytetu - robi coś złego. W Biblii jest znamienna wypowiedź Jezusa:
Biblia Tysiąclecia, Ewangelia Mateusza 18:5-7 napisał:
(6) Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza. (7) Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie.

Ktoś uczony posłuszeństwa, przestrzegany przed "samowolnym własnym decydowaniem", przejmuje postawę uległości nie tylko w kontekście rzeczy złych, niebezpiecznych, lecz ogólnie - po prostu staje się mentalnie zalęknioną osobą, unikającą samodzielnych ocen, a zdających się na oceny cudze. Ci nauczeni intelektualnej i duchowej bierności niejednokrotnie ustąpią w sytuacji, gdy powinni się postawić, gdy powinni okazać moc zażądania od reszty społeczeństwa postąpienia słusznie. Bo nie zawsze ten autorytet, który (przynajmniej teoretycznie) wie, co jest dobre, będzie w pobliżu. Z resztą przecież wychowuje się ludzi do samodzielności, do świadomości, a nie do bierności i ciągłego spuszczania uszu po sobie. A czy owe autorytety, tak oczekujące posłuszeństwa od innych, tak absolutnie mogą być przekonane o tym swoim prawie do zajęcia uprzywilejowanej pozycji w społeczeństwie?...
W końcu Jezus też napisał:
Bblia Tysiąclecia, Ewangelia Mateusza napisał:
(11) Największy z was niech będzie waszym sługą. (12) Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony.

A jeśli nawet komuś owa pozycja by się należała, to na ile może być jej pewny? Czy nie powinien - nawet wtedy - wciąż szukać potencjalnych błędów i słabości w sobie?...
Jeśli zaś na swoich uczniach wymusi taki ktoś bezwzględne posłuszeństwo, brak skłonności do krytycyzmu, do analizowania rzeczywistości pod wieloma kątami, stawiania - czasem trudnych - pytań, a potem ów ktoś popełni z tego powodu nie zadania takich pytań błąd, to na kogo spadnie wina z tego tytułu?
- Czy nie właśnie na tego, który wyrobił w swoim uczniu brak krytycyzmu?...
A jeśli ktoś ma wielu takich uczniów, z których każdy popełnia tego rodzaju błędy, to ilość win, jakie obciążą konto nauczyciela może być trudna do udźwignięcia. Może nawet niemożliwa do udźwignięcia.
Dla mnie ci autorytarni, to w istocie nieodpowiedzialni, to Ci co na swoje głowy ściągają ogrom win wynikających z cudzej wyuczonej słabości intelektualnej, naiwności, braku krytycyzmu, a więc osłabieniu ich ochrony przed podstępnym złem.
Autorytarni = nieodpowiedzialni
Kamienie młyńskie czekają...


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Wto 18:24, 02 Cze 2020, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Kretowisko / Blog: Michał Dyszyński Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin