Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Z ewangelicznego na uniwersalne i ogólnoludzkie

 
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Kretowisko / Blog: Michał Dyszyński
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 18619
Przeczytał: 84 tematy

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 16:55, 14 Lis 2020    Temat postu: Z ewangelicznego na uniwersalne i ogólnoludzkie

Wydaje się, że jednym z problemów nauczania w katolickim stylu (przynajmniej tym, które ja otrzymałem, bo nie zamierzam wypowiadać się za wszystkich i wszystko w tym względzie) jest podawanie objawienia Ewangelii w sosie: to jest coś od Boga, nie do mędrkowania i zadawania pytań, a do zastosowania i posłuszeństwa, bo kto się nie posłucha, jest grzesznikiem i grozi mu piekło.
W swoim czasie odrzuciłem tak zarysowaną sugestię. A wręcz skłaniam się ku sugestii właściwie przeciwnej - dla mnie Ewangelia służy właśnie do mędrkowania i pytań, kwestie są tu otwarte, absolutnej interpretacji nie należy oczekiwać, choć oczywiście będą interpretacje lepsze i gorsze, trafione bardziej i mniej. W szczególności od lat pasjonuje mnie CZYSTO OGÓLNOLUDZKI charakter nauk ewangelicznych. Zamierzam w tym wątku wskazywać właśnie takie interpretacje słów z Biblii, które nie zakładają nawet na początek teizmu. One będą zachowywały swoją moc, gdy o Bogu nie wspomnimy słowem, gdy założenie o Jego istnieniu nie będzie nawet rozpatrywane. Po prostu w Biblii widzę ogólnoludzką mądrość, słuszną pod każdą szerokością geograficzną, w każdej ludzkiej społeczności, a nawet w samotności poza społecznościami.
Zastrzegam, że interpretacje, które tu zamierzam przedstawić będą czasem mocno moje, osobiste, nie wiem na ile zgodne np. z główną linią nauczania kościoła katolickiego. Może zgodne, może i niezgodne. Jeśli ktoś mi zarzuci, iż niezgodność jakaś występuje, to ja na to odpowiadam: może i tak. Jak się nie upieram przy swojej interpretacji jako czymś objawionym, czy podawanym do wierzenia masom. Niech jej status będzie "luźna artystyczna wizja jakiegoś tam Michała, któremu spodobało się mieć z Biblii tego rodzaju inspirację". Może ta wizja w ogóle być od czapy, może należy ją odrzucić. Każdy sam, kto to przeczyta, może sobie w zaciszu własnego umysłu odpowiedzieć, na ile mu taka interpretacja pasuje. Jeśli nie pasuje, to nie upieram się, że to moja racja musi być tą obowiązującą. Ale czasem taka racja uzupełniająca, a nie ta obowiązkowa i główna ma też jakiś walor. Przymusu jej przyjmowania nie ma.

Na początek chciałem wziąć na tapetę swojej refleksji wypowiedź Jezusa raczej z tych "ciężkiego kalibru". To wypowiedź, która jaka sądzę, niejednego w ogóle odepchnęła od wiary, spowodowała, że powiedział sobie coś w stylu: tak radykalne podejście kłóci się z moim zdrowym rozsądkiem, z poczuciem uczciwości względem samego siebie i tego jak rozumiem świat. Jeśli ktoś coś takiego mówi, to znaczy, że chciałby skrajnie spętać moją wolę jakimś absolutny, a nawet bezsensownym posłuszeństwem i ja nie mogę uczynić nic innego, tylko ten przekaz w całości odrzucić.
O jaką wypowiedź Jezusa chodzi?...
Ewangelia Marka 8 napisał:
34) Potem przywołał do siebie tłum razem ze swoimi uczniami i rzekł im: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! (35) Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je. (36) Cóż bowiem za korzyść stanowi dla człowieka zyskać świat cały, a swoją duszę utracić?

"Strać swoje życie" - czy to nie jest straszne i bez sensu?
Przecież jak stracę swoje życie, to stracę wszystko...
W interpretacji jaką ja kiedyś (za chwilę przedstawię dla niej alternatywę) uznawałem, ten cytat jawił mi się jako postulat jakiegoś cierpiętnictwa, bezsensownego odrzucenia wszystkiego, a w zamian właściwie nie wiadomo co...
No bo odrzucamy ten "cały świat" i co potem?
- Włączamy Radio Maryja i całym godzinami odmawiamy różaniec? A może w ogóle należałoby rzucić wszystko, co mamy i pojechać misjonarzować gdzieś daleko? A może należałoby założyć włosiennicę, wziąć bicz w rękę i taki ból sobie zadać, żeby cierpieć aż do granic wytrzymałości?... Bo
inaczej nie będzie "zaparcia się samego siebie", człowiek "zyskuje świat", a więc "traci duszę". To może w ogóle nigdy nie należy smacznie zjeść, pójść na piwo z kolegami, kochać kogoś tak bardziej egoistycznie (a nie tylko z czystego poświęcania się)?... Może po prostu Bóg jest takim zachłanny na nasze poświęcenie i posłuszeństwo, że będzie surowo karał za każdą przyjemność, jaką sobie na tym świecie zachowamy?... To może w ogóle zasadą jest, że im gorzej, tym lepiej?
Przyznam, że w tym kierunku kiedyś dość wyraźnie zmierzała moja interpretacja tej wypowiedzi Jezusa.
A dzisiaj?...
Dzisiaj jestem przekonany, że chodzi o coś o wiele głębszego, właściwie to wręcz innego, niż ta wcześniejsza interpretacja by sugerowała. Dziś interpretuję tę wypowiedź nie tylko w duchu podporządkowania i posłuszeństwa, co ŚWIADOMOŚCI WYZWANIA, jakie stawia nam życie. Dziś interpretuję też tę wypowiedź jako wezwanie do pewnej POSTAWY UNIWERSALNEJ, niezależnej od teizmu, niezależnej od rodzaju religii (czy braku religii) jaką mielibyśmy wyznawać.
No to przedstawię w końcu tę moją interpretację. Zacznę od jakiegoś krótkiego podsumowania, które by oddało główną ideę za pomocą pojedynczej frazy:
Główny cel życia to przebudowa swojego myślenia tak, aby to od czego startujemy - czyli podległości wrodzonym instynktom, kulturowym zależnościom, złudzeniom maści wszelakiej - zastąpić UŚWIADOMIENIEM SOBIE, ZROZUMIENIEM I ZAAKCEPTOWANIEM WŁASNEJ GŁĘBOKIEJ NATURY, a w niej celu istnienia i podstawowych zasad funkcjonowania rzeczywistości.

Inaczej mówiąc, coś trzeba stracić, aby coś zyskać. Wszak nie da się jednocześnie dwom panom służyć. Nie chodzi zatem o jakiś rygoryzm w cierpiętniczym sensie, nie chodzi o rezygnację z wszelkiej przyjemności. Chodzi o NIE MARGINALIZOWANIE GŁÓWNEGO CELU ŻYCIA. Tym celem jest przemiana siebie z postaci dość chaotycznej (patrząc pod kątem zintegrowanej duchowości i umysłowości) do postaci świadomej, pozbawionej sprzeczności, a więc tez i pozbawionej najbardziej niszczącej formy cierpienia.
W życiu praktycznie zawsze jest COŚ ZA COŚ. Decydując się na małżeństwo, życie z ukochaną osobą, tracimy często dużą cześć kontaktu z rodziną, tracimy swobodę robienia co nam się podoba, możliwość romansowania bez końca z coraz to nowymi osobami (myślę o kimś, kto uczciwie do małżeństwa podchodzi). Decydując się na zakup domu w celu mieszkania w nim na stałe, bierzemy na siebie problem dbania o niego, tracimy swobodę zmiany lokum, bo nam się tak spodobało. Praktycznie zawsze gdy na cos się decydujemy, to będą też tego jakieś negatywne strony. Nawet największe przyjemności - pyszne jedzenie, wielkie uznanie ludzi, rozkosze bycia i współżycia z kimś bardzo atrakcyjnym - przyniosą coś negatywnego: może ryzyko uzależnienia, lęk przed utratą tych niezwykłych darów, wejście w określone środowiska ludzkie z koniecznością dostosowania się do nich w jakiejś tam postaci. Na tym świecie nie ma nic darmo. Możemy tylko nie chcieć na negatywne strony spoglądać, ale prędzej czy później one dadzą o sobie znać.
Ktoś kto tych naprawdę ważnych celów życia nie postawi sobie radykalnie, kto będzie chciał trzymać wszystkie sroki za ogon, nie osiągnie sukcesu, polegnie z kretesem, a więc straci swoje życie rozumiane jako zbudowanie poprawnej swojej osobowości.
Według mnie owa wypowiedź Jezusa o konieczności zaparcia się siebie dotyczy zaparcie się tego "starego siebie", tego kapryśnego dzieciaka naszej natury, tego zastraszonego, posłusznego tyranom wykonawcy złych rozkazów, tego egoisty, lenia, zakłamanego hipokryty. Zaprzeć się trzeba nie siebie w całości, lecz tej części siebie, która nie da się zintegrować z ostatecznym sensem, rozsądkiem, dobrem, a na koniec też i szczęściem.
Kto tego starego, kapryśnego, egoistycznego siebie straci, ten z kolei zyska nowego siebie - rozumiejącego i niezakłamanego wewnętrznie, pogodzonego ze swoimi uczuciami, nie posiadającego niszczących wolę i uczucia rozterek wewnętrznych. Powinniśmy samego siebie PRZEKONSTRUOWAĆ. To jest ŻYCIOWA MISJA. Ta misja ma priorytet ponad
- wygodę
- przyjemność
- pragnienie uznania i akceptacji u ludzi
- pragnienie posiadania "swoich"
- przekonanie, że się jest wspaniałym, nieomylnym, lepszym od innych
- ponad możliwość zdobycia bogactw
- ponad szansę na uwicie sobie bardzo fajnego życiowego gniazdka
- a nawet ponad potrzebę bezpieczeństwa, czasem aż do ryzyka utraty życia.
Tworzenie tego nowego siebie ma priorytet ponad to wszystko.
Ta interpretacja nie zakłada, że jesteśmy teistami. Zakłada, że jesteśmy ludźmi poszukującymi lepszej postaci siebie. I to poszukiwanie ma priorytet ponad wszystko to, co incydentalnie miłe i akceptowane.
To jest INWESTYCJA DUCHOWA.
Tak jak w ekonomii czasem trzeba zacisnąć pasa, nawet wziąć kredyt, drastycznie ograniczyć konsumpcję, aby jakoś wskoczyć na nowy poziom biznesowej skuteczności, tak i życie można postrzegać jako nieustanne inwestowanie w naszą duchowość.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Kretowisko / Blog: Michał Dyszyński Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin