Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

zdarzyło się

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Seriale - utwory w odcinkach
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
JanelleL.




Dołączył: 16 Paź 2014
Posty: 1219
Przeczytał: 23 tematy

Pomógł: 83 razy

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 14:37, 27 Kwi 2018    Temat postu: zdarzyło się

Janka wyszła jak prawie co dzień do sąsiadki po mleko, jednak tuż za bramą zatrzymał ją zaraz śpiew ptaka. Siedział na przydrożnej gałęzi, szpakowatej wielkości, z jasnobeżowym nakrapianym brzuszkiem. Wyjęła aparat, który zazwyczaj nosi ze sobą. Zdjęcia wyszły ładne, ptak nie był zbyt płochliwy, przysiadał na dłuższą chwilę, odwracał się to w prawo, to w lewo, później odlatywał na sąsiednie drzewo, dużo przy tym ćwierkając. Kiedy odwróciła się, żeby podnieść z ziemi torbę z butelkami i pójść dalej, jej wzrok napotkał po drodze coś niebieskiego, wyróżniającego się pośród gąszczu. Podeszła bliżej. Trochę ponad metr nad ziemią zwisała gałąź, która zapewne się oderwała i spadła z wysoka ubiegłego wieczoru. Zapowiadano na ten dzień burze z gradem i porywisty wiatr. Wyszła z tych zapowiedzi jedna ulewa trwająca nieco ponad 20 minut - akurat tyle, ile zajęła jej droga do miasteczka i z powrotem. Wiało i lało, a nawet rzeczywiście sypnęło gradem, wycieraczki ledwo nadążały ze zbieraniem wody....Mogła odebrać przesyłkę przez jeszcze całą następną dobę, ale zachciała mieć ją właśnie "dziś".
Wtedy to pewnie owa gałąź, upadając, jakimś cudem zakleszczyła się między drzewami i dzięki temu gniazdo ocalało. Przechylone co prawda i niestabilne, jednak trzymało się.. a w nim cztery małe, niebieskie nakrapiane ciemnobrązowymi plamkami jajka, które niemal wypadały przez "burtę". Bardzo ostrożnie zbliżyła się i zrobiła zdjęcia nie dotykając gniazda, ani nawet najbliższych mu gałązek...a potem jeszcze z daleka całej tej chwiejnej konstrukcji. Myślała jaki to ptak znosi takie jajka, a zaraz potem czy gniazdo utrzyma się, czy spadnie przy kolejnym silniejszym podmuchu wiatru. U sąsiadki zaraz wywiązała się ptasia rozmowa. Było o dudkach, żurawiach, kosach..itd...ale stanęło na tym, że nie wiadomo, które znoszą się na modro i że cóż poradzimy, tak bywa..gniazdo spadnie i nic z tego nie będzie.
W drodze powrotnej, kiedy spojrzała w jego stronę okazało sie, ku jej radości, że na jajkach siedzi samiczka. Ta właśnie, którą miała na zdjęciach...odpowiedź na pytanie znalazła się więc sama, a ptaka zidentyfikowała w necie i się okazał drozdem śpiewakiem. Radość z odkrycia i zdobyczy z działu przyrodniczych zaraz jednak zaczęła zatruwać troska o los gniazda. Choć coś jej ciągle przypominało, by zostawiła je w spokoju, samo sobie, cokolwiek by się miało z nim stać...Czyż Ten, którego ręka strąciła je z wysoka nie wiedział co robi i ileż to razy życie wiszące na cienkim włosku zwycięża podparte jedynie wiarą i nadzieją. Ale.... czy byłoby słuszne wystawiać boskie ręce na próbę, samemu będąc biernym obserwatorem, bez wykazania się wolą, inicjatywą...choćby niewielką...i czy można zignorować płacz matki nad zagożonym życiem jej dziecka? Ale, że miała sporo pracy i złapała w niej "dryg", to kwestię ewentualnych poczynań zostawiła na później.
Pod wieczór znów odbierała przesyłkę, dwie książki nie nowe, choć dla niej jak najbardziej nowości. Przyszły szybciej niż myślała. W drodze powrotnej, niedaleko domu, zatrzymała się na poboczu, na chwilę..Słońce ładnie zachodziło poniżej ciemnych chmur i rozświetłało całą okolicę na pomarańczowo... Przeszła na drugą stronę drogi i trochę na przełaj przez jeszcze nie zaorane pole, na swoją stałą miejscówkę widokową. Jakiś czarny samochód kombi szybko przejechał, zwalniając jednak w miejscu jej zaparkowania, ale ruszył, a chwilę potem zawrócił. Jadąc z powrotem kierowca zatrzymał się niedaleko i wysiadł. Energicznym krokiem zmierzał do jej pustego auta. Z daleka zawołała o co chodzi i ruszyła w jego stronę. Pytał zdenerwowanym tonem co ona robi, że niby fotografuje ich dom, że zauważyli, iż zatrzymuje się tu często i oni się czują śledzeni, że żona go wysłała, aby to wyjaśnił...Mówił, że mają jakieś nieprzyjemne sprawy rodzinne i podejrzewają, że ona może mieć coś z tym wspólnego... Jaki znowu dom? - zapytała.. widzi pan, że jest zachód słońca- kościół fotografuję, chmury..o niech pan spojrzy! ... mieszkam tu, zaraz za lasem od dawna, niech pan spyta sąsiadów...a ten pański dom, o którym mowa, to który to niby? Przychodzę tu często, bo jest tu ładny widok..i tyle. Przepraszał i mówił, że głupio wyszło, ale żeby i ona zrozumiała ich sytuację..że czuli się niepewnie....a teraz jest już okej... no to ok, choć i zdenerwowała się nieco....Co to za pieskie czasy!!!!
Zaraz wróciła do domu i pomyślała, że zanim się zrobi ciemno jednak podłoży coś pod to gniazdo, jakąś gałąź, by je podeprzeć. Bez trudu znalazła w lesie dwie dobre na wielkość. Gdy podeszła ptak odfrunął, ale był blisko, podobnie jak rano ćwierkając przelatywał z gałęzi na gałąź. Kiedy skończyła i oddaliła się dostatecznie daleko, znów usiadł na jajkach...i tak by mogło zostać. Ale drugi koniec gałęzi był ledwo oparty o inne drzewo i pomyślała, że przydałoby się związać je czymś. Skoro raz się udało, tam gdzie było trudniej, to czemu by się nie miało udać i z tego łatwiejszego końca? Znalazła odpowiednie wiązadło i poszła jeszcze raz. Ptak znów opuścił gniazdo. To była tylko jedna prosta operacja...ale zaraz w ciemności usłyszała jakiś głuchy dźwięk, jakby coś uderzyło w ściółkę ..pomyślała od razu, że tak na pewno by brzmiał dźwięk spadającego jajka.. Ptak pisnął dwa razy i odleciał. Czekała chyba z pół godziny, ale nie wrócił już.
Noc była zimna. O świcie na próżno próbowała wychwycić z porannej ptasiej ćwierkaniny ten znajomy od wczoraj dźwięk...ale... może ptak siedzi spokojnie i cicho...
Wyjęła książkę, po którą pojechała wczoraj. Pierwsza strona podpisana na zielono... przejrzała wzrokiem kilka kolejnych, z których wyłowiła jakieś pojedyncze słowa..potem wróciła na stronę tytułową. Nie znała nikogo, kto by się podpisywał zielonym atramentem. Do siódmej było jeszcze ponad dwie godziny snu, przytuliła książkę do piersi i tak zasnęła nim jeszcze wstało słońce.

Nad ranem zdarzają się takie sny, których się nie da zapomnieć... wyfruwają z gniazda niczym spłoszony ptak .....przybywają jak niespodzianka dla serca, jak pierwszy pocałunek dla ust...


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez JanelleL. dnia Nie 9:53, 29 Kwi 2018, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
JanelleL.




Dołączył: 16 Paź 2014
Posty: 1219
Przeczytał: 23 tematy

Pomógł: 83 razy

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 3:26, 18 Cze 2018    Temat postu:

Miała tego indora gdzieś na zdjęciach. Pięknie ubarwiony, jak wielbłąd na paczce papierosów Camel, jeszcze wiosną dumnie dreptał po sąsiedzkim obejściu w towarzystwie innego, czarnego i kilku niepozornych indyczek. Przeżył niejedną sobotę w swoim życiu, a nawet darowano mu kilka więcej niż było w planach i tym sposobem przetrwał ostatni śnieżny atak zimy, Święta Wielkiej Nocy i już prawie się witał z wiosną, kiedy pani Krysia zapytała:
-Chcesz indyka? Jeden idzie na ubój.
-Jak ma iść, to pewnie, że chcę. A który to?
-Jeden, czy drugi...się zobaczy. To przyjdź po południu, koło drugiej. Zadzwonię jeszcze.
-To tak będę, a ile będzie do zapłaty?
-Tak jak poprzednio, 70 złotych.
-Dobrze będzie, na pewno?
-dobrze, dobrze...
Porozmawiały jeszcze chwilę, indyki przechadzały się tuż obok pod płotem...przez moment przeszła jej myśl taka, że mogłaby jeszcze porobić im zdjęć, chciała zapytać czy można, ale zaraz ten pomysł wydał się jej idiotyczny, a wręcz niemoralny... jak później jeść takiego? Nie zapytała więc. Zerknęła jeszcze raz na oba samce i już wiedziała, który z nich pójdzie pod nóż.
Wszystko odbyło się nawet szybciej, około południa zadzwonił telefon.
Wzięła tym razem misę i podjechała pod bramę. Czarny indor dreptał spokojnie, już sam w otoczeniu samic, jakby nieświadom niczego.
-To jednak tamten?
-Ano, tak wypadło.
-A taki ładny był...
-Indyk jak indyk...i na czarnego przyjdzie czas. Przytrzymam dla was, jak będziesz chciała.
-A pewnie pani Krysiu..z takiego rosół jest, że palce lizać..gdzie tam sklepowy drób, do niczego...chociaż nie powiem, indyka szkoda.
-E tam..szkoda, toć po to się chowa, żeby spożytkować.
W domu podzieliła mięso na porcje, odłożyła kilka obiecanych dla mamy, a resztę ledwo upchnęła w zamrażarce. Zajmował ją w sporej części dotąd samotnie znajomy kogut z podwórka. Leżeli teraz razem rozczłonkowani, przymarzając do siebie.

O 12-ej w niedzielę jeszcze nie myślała co będzie na obiad. Niedawno wróciła z dworca, odwoziła mamę na autobus, ta jechała w gości. Przez zawieruszone kluczyki do auta nie zdążyły na pierwszy ... a prosiła wieczorem, aby odłożyć na stół.. tylko nerwy...w sumie były zbędne, bo zaraz podjechał drugi....chociaż przy tej okazji matka wspomniała ojca..ale z uśmiechem, nazwała ją zdrobniale jego imieniem i próbowała uspokoić. Potem, jak to matka, wcisnęła jej 50 zł na benzynę, nie dała sobie przetłumaczyć, że nie potrzeba. Cóż, pojechała więc na stację benzynową, wzięła dwa pisma, których tym razem nie przywieźli do nich na wieś. Zajrzała na swoją ulubioną stronę i przeczytała przed odjazdem. O czymś zaraz pomyślała..chociaż nie... to chyba myśl sama przyszła, rześka jak łyk schłodzonego "Tymbarka ..jabłko z miętą".
Dopiero pytanie o obiad, poderwało ją sprzed komputera. Z zamrażarki wyjęła jakieś medaliony drobiowe i od razu włożyła do wody, potem poszukała dobrej porcji na rosół. Trochę zdziwiona, że ta jeszcze jest, wybrała foliową torebkę, przez którą wyglądało zamrożone indycze serce. Podjechała jeszcze po świeżą nać z selera, pora i pietruszki. Rosół zapowiadał się pysznie.
Zastanawiała się w międzyczasie, czy udać się do kościoła, czy nie. Takie rozterki niedzielne. Czuła się dziś jednak, w pewien sposób zobowiązana, a nawet zachęcona. Wstawiła makaron do gotowania, rozmrożone mięso do piekarnika, odstawiła rosół na mały gaz i poszła się ubrać. Na mszy nie mogła się jednak dostatecznie skupić, bo powracały wciąż te nowe myśli i przywodziły za sobą kolejne.. dwie ławki dalej siedział mężczyzna, który co jakiś czas wzdrygał głową, jakby od czegoś się opędzał ..pomyślała, że może też coś go rozprasza jak ją, albo to jakieś tiki nerwowe. Opuściła głowę i zamykając oczy próbowała uważnie słuchać. Niewiele jednak docierało do niej, jakby z powodu tych słów, których użyła przed wyjazdem, nie były dobre, a dziś powinny chyba takie być...ale dobrze, nie ta niedziela, to będzie inna...Nie miała drobnych i tak to niemal reszta matczynych pieniędzy poszła na tacę, zbierali na remont Seminarium.
Msza dobiegła końca, proboszcz odchodząc od ołtarza jeszcze się cofnął do mikrofonu, czego nie ma w zwyczaju i powiedział donośnym głosem, jakby do organisty "zaśpiewajmy Pobłogosław Jezu drogi".
https://www.youtube.com/watch?v=HEIBRqFLjk8
Obiad był rzeczywiście pyszny.
W domu nikt oprócz niej nie jada serc w rosole.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez JanelleL. dnia Wto 11:16, 19 Cze 2018, w całości zmieniany 8 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
JanelleL.




Dołączył: 16 Paź 2014
Posty: 1219
Przeczytał: 23 tematy

Pomógł: 83 razy

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 20:44, 24 Cze 2018    Temat postu:

Jakoś tak wyszło do rymu z tą panią Krysią, bo przecież dużo gorzej by jej leżało takie imię, dajmy na to Małgośka..Tych sporo znam, ale do wszystkich, z może jednym wyjątkiem zwracam się skrótowo, zdrobniale lub zgrubiale..Gosia, Gosieńka, Gośka, jakby to "Mał" w ogóle było zbędne. Z innych imion, to do niedawna byłam w posiadaniu kilkunastoletniej Fabii, dostałam ją na próbę i tak na niby jakby ....ale w pakiecie z radiem załadowanym płytą Maryli Rodowicz. Do radia nie było instrukcji, a ja nie obyta z tego typu sprzętami nie wiedziałam jak się obchodzić z takim mam. Przy każdym odpaleniu auta, radio ustawione na odtwarzanie CD startowało znanym szlagierem ..sierpień to był, czy listopad, jedanakowo wszystkie podróże małe i duże zaczynały się od frazy "To był maj"..i maj ... maj, maj.....Po kilku miesiącach wyboru między radiową sieczką, a majem i wobec braku woli pomocy w tej biedzie, atakowana już przez nagły szlag, postanowiłam się sama zabrać za to. Wyjęcie odtwarzacza nie było takie trudne, nawet udało mi się wysunąć płytę oraz ponownie włożyć, jednak ta coś się wówczas zablokowała i powtórzyć operacji pomyślnie już się nie dało. Na domiar złego radio wypadło mi z rąk na podłogę i kabelek łączący pod jego ciężarem wysunał się z portu, a nieumiejętna próba jego ponownego włożenia mogła skutkować pogięciem lub nawet połamaniem cienkich przewodów na taśmie. Miał się tym zająć bliżej nieznany ktoś, kto sie na tym znał, ale finał był taki, że radio utknęło w schowku i tak już pozostało. Odtąd Fabia startowała w piskliwym miarowym głosem czujnika wykrywającego jakiś błąd portu, sygnał po chwili sam się wyłączał....no i nawet nie raz mi było żal tamtego nachalnego maja, Saskiej Kępy pachnącej szalonym, zielonym bzem....dalej leciało, że sukienka Kryśki była już gotowa, a narzeczony jak się patrzy i miastowy chłopak nie to, co wsiowe chłystki. Koleżanki czerwieniały z zazdrości, a ona na to tyle, że co dzień piękniejsza była i niejednemu było szkoda. Wesele prawie gotowe, ustrojone kolorową bibułą i serpentynami czekało na gości. Stoły zastawiano już suto jadłem, wódka stygła, a orkiestra pogrywała nie do taktu, próbując instrumenty i odliczając tym ostatnie nierówne chwile przed. Włosy Kryśka miała długie, słomiane, pokręcone w loki, a do ślubu upięte górą i przybrane kwiatami, spod których wypływał wodospadem biały welon sięgając ziemi, jakby go kto zamroził w tym spadaniu w dół. Narzeczony pojechał po obrączki i spóźniał się..najpierw pięć minut, potem dziesięć..a w końcu godzin tyle, że nikt nie zliczy ...aż słuch po nim wszelki zaginął. O niej na wsi pamiętają do dziś..mówią, że dziwna jakaś jest, że to pewnie jej zostało po tamtym.
Ojcowie Witka i Ryśka gospodarzyli po sąsiedzku. Witek był niepozorny chłopak, chudzina i z metra cięty, Rysiek też niewysoki, ale chwacki i zgrywał się na chojraka. Chłopaki po robocie latali razem, tu wypić, tam zapalić, poszukać zaczepki albo dziewczynę poderwać jaką.. Cała okolica dudniła echem tego wesela niedoszłego, to i chłopaki między sobą gadali...
-A ty wiesz...- powiedział raz Witek do Ryśka - ja to, cholera... ciekawy jestem, jaka ona jest..
Tak to się Witek z tej ciekawości swojej nie wiedzieć kiedy odważył i z oną Kryśką wziął i przywitał ... a już rok później, po sąsiedzku białe pieluchy na sznurach schły. Małgośkę śpiewano po wszystkich weselach...i jak to na wsi spokojnie było do czasu kiedy coś znów nie zawrzało, zadudniło, zaklekotało.... Któregoś razu to nawet i na wieść o tym, że Maryla z ekipą filmową przyjechała, ażeby w kuźni na górce nagrywać sceny do piosenki niejakiej....ale już chyba tylko diabeł wie jakiej, bo śladu po tym na próżno dzisiaj komu szukać.

Ale tamta Małgośka, a jakże, jest :)
https://www.youtube.com/watch?v=eBjoccGhuj4


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez JanelleL. dnia Nie 21:47, 24 Cze 2018, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
JanelleL.




Dołączył: 16 Paź 2014
Posty: 1219
Przeczytał: 23 tematy

Pomógł: 83 razy

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 19:04, 08 Lip 2018    Temat postu:

Dziewczyna w krótkich jasnodżinsowych spodenkach stała w sklepie przy półce ze słodyczami, czegoś szukała pośród nich dłużej. Zatrzymałam się obok i wzięłam z górnej półki 2 małe chałwy o smaku waniliowym. Wtedy odwróciłam się mimowolnie w jej stronę i zobaczyłam twarz ...wypisz wymaluj Nadzia. Tak.... mogła mieć ze 21 lat. Blondynka jak inne, we włosach przeciwsłoneczne okulary, ale z buzi do innych niepodobna. Coś było w jej rysach twarzy...takiego ..drobnego. Przy półce z kawą spojrzałam jeszcze raz w jej stronę...i z tej pozycji patrzenia spodenki się okazały jednak o niebo za krótkie..choć może o tylko skrawek tego nieba, odsłoniętego białym wzgórkiem przez zbyt głębokie wycięcie nogawki...i nawet, o dziwo, nie dostrzegłam w tym nic niestosownego... a raczej słodycz samą, do której wzrok się dolepił w tej krótkiej chwili jak do miodu, dziewczęcą, drobną słodycz. Chodziła jeszcze między półkami, robiąc zakupy i zaraz potem stanęła za mną w kolejce do kasy. Pakowałam swoje, kiedy kasjerka już nabijała jej... karmę dla psa w dużej puszce, dwa ciastka francuskie z owocami leśnymi, puszkę red bulla, oreo - jakby takie większe ciasteczko i lód świderek z zieloną polewą. Wyszłam na parking, do samochodu. Jakiś młody chłopak stał przy aucie zaparkowanym z tyłu. Z głośników płynęło głośne, rytmiczne disco polo. Otworzyłam drzwi, aby przewietrzyć auto...w lusterku widziałam jak dziewczyna wychodzi ze sklepu, na te dźwięki tanecznym od razu krokiem. Chłopak zaraz ruszył w jej kierunku, też rozbujany jakby w ten głośny rytm. Coś zagadał, ona odpowiedziała i zaraz się śmiali oboje. Każde wyjęło z torebki na zakupy swoją słodycz, on oparty o murek sklepowy jadł loda z zieloną polewą i ona swoje oreo opierając się o boczne drzwi auta. Przestawiłam lusterko górne, aby na nich popatrzeć. Odjechałam po chwili. Potem myślałam o jej butach, że nie zwróciłam na nie uwagi...skoro tak, to znaczy pewnie, że były dobrane jak w sam raz.
Nie robię zdjęć, aby zabijać chwile, one dużo szybciej umierają w naszej pamięci niż na zdjęciu. Na tym obrazie żyje dziewczyna, ma na imię Nadzia, włosy do ramion blond, okulary nad czołem, krótką szarą koszulkę z arbuzowym nadrukiem o wrednym, wyszczerbionym uśmieszku, jasnoniebieskie spodenki, nie widać, że o skrawek nieba za krótkie.. buty tenisówki w kolorze nadruku koszulki z białą, nieco grubszą podeszwą. Na tylnej masce auta postawiona puszka z karmą dla psa, a w torebce foliowej red bull i dwa francuskie ciastka... Krowa w to nawet nie uwierzy.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez JanelleL. dnia Nie 19:07, 08 Lip 2018, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
JanelleL.




Dołączył: 16 Paź 2014
Posty: 1219
Przeczytał: 23 tematy

Pomógł: 83 razy

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 6:39, 21 Sie 2018    Temat postu:

Dzień był dobry, piasek był ciepły, a woda w rzece chłodna. Dzieci bawiły się wesoło na płyciźnie, dorośli spokojnie plażowali kilka kroków od brzegu. Tylko odpływająca z warkotem motorówka ratownicza wzburzyła na kilka chwil ten łagodny nurt późnego popołudnia. Po drugiej stronie drogi, w niedużym, sztucznym zalewie tonęło powoli soczyste, pomarańczowe słońce. Łabędzie i kaczki przypłynęły z oddali licząc na żer, biało-czarny kot przysiadł na betonowym schodku u nadbrzeża i lizał łapy. W kadrze ruch ptactwa co chwilę zamierał, by zaraz znów płynnie ruszyć z miejsca. Przyszła jakaś rodzina z trójką małych dzieci i dużą siatką pełną suchego chleba, na wodzie zrobiło się tłoczno. Ptaki rzucały się łapczywie na łatwą zdobycz, wyławiały okruchy z wody, spomiędzy pływających na jej powierzchni liści lilii wodnych, podgryzając się od czasu do czasu między sobą. Kaczory przeganiały jeden drugiego, a łabędzie kąsały się dziobami osadzonymi na wijących się ponad białym puchem smukłych, wężowych szyjach. Po skończonym posiłku ptaki już bez waśni odpłynęły na środek stawu. Rodzina, oganiając się od komarów odeszła do miasteczka. Jakaś kobieta z dwiema małymi dziewczynkami przechodziła po pasach na drugą stronę drogi, młodszą z nich niosąc na rękach. Skręciła zaraz na chodnik prowadzący na parking, zsadziła ją na ziemię i szły teraz we trzy trzymając się za ręce. Postawny, łysy mężczyzna w średnim wieku szedł za nimi dość szybkim krokiem, jakby się gdzieś śpieszył. Chodnik był wąski, ogrodzony dodatkowo po obu stronach barierkami. Zwolnił, chcąc w jakiś sposób je wyprzedzić lecz zrezygnował z tego zamiaru i dopiero za zakrętem wyminął. Ale zaraz po tym odwrócił się w ich stronę i z uśmiechem pochwalił dziecko, że tak wytrwale maszeruje na bosaka. Powiedział, że kiedyś, jak był mały też tak chodził, ale teraz nie ma okazji, ani nawet wypada. Kobieta odpowiedziała, że mała otarła stopkę od buta i bez obuwia iść jest jej dużo lepiej.. dodała jeszcze po chwili, że niedaleko, po prawo jest plaża i piasek jest jeszcze pewnie ciepły.. i że tam może pochodzić sobie boso, że wszyscy tam tak chodzą. Poszedł przed siebie, wyminął kolejnych przechodniów. Ktoś idący za nim zwrócił może uwagę na jego jasnoniebieską koszulę z rękawami wywiniętymi pod łokieć. Kobieta odjechała z parkingu, skręciła w stronę miasteczka. Zaraz jakiś inny samochód nadjechał z naprzeciwka i zajął zwolnione przez nią miejsce.

Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez JanelleL. dnia Wto 13:17, 21 Sie 2018, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Seriale - utwory w odcinkach Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin