Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Przekonywanie argumentami vs uporczywość wyznawania

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Apologia kontra krytyka teizmu
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16072
Przeczytał: 95 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 21:02, 15 Gru 2019    Temat postu: Przekonywanie argumentami vs uporczywość wyznawania

Sprowokowany pewnym postem, jaki dostałem na priva chcę poruszyć temat chyba dość trudny dla sporej części teistów, związany w istocie z pytaniem: czym właściwie wiara w Boga jest?

Ale zacznę od początku. Uważam, że obserwowana najczęściej apologetyka teizmu "odbija się" mentalnie od dwóch "ścian".
Jedną ścianą jest pojmowanie wiary jako po prostu uporczywości w wyznawaniu, w powtarzaniu tego co jest przedmiotem wiary. Związany z tym kierunkiem wyznawca - teista będzie miał tendencję do "rozprawiania się" z argumentami przeciw swoje wierze po prostu twardą negacją, przeniesieniem uwagi, upieraniem się "ja mam rację, a wy nie", powtarzaniem koronnego argumenty w stylu "religia jest prawdziwa, to tak napisano w mojej świętej księdze, a ta księga kłamać nie może". Po prostu uporczywy wyznawca posługuje się ciągłym wyciąganiem na wierzch tego, co świadczy za jego wiarą, a wyrzucaniem gdzieś na bok (często właściwie bez rozpatrzenia, czy nawet zapoznania się) argumentów strony przeciwnej. Zasadą jest tu "wierzę, więc nie słucham wrogów mojej wiary".
Drugą "ścianę" stanowi podjęcie dyskusji z argumentami strony przeciwnej. Czasem bywa ono nieuczciwe, udawane, polegające na tym, że dana osoba co prawda deklaruje rozpatrzenie jakiegoś argumentu, ale gdy zaczyna dostrzegać, ze z argmentem owym nie potrafi sobie poradzić, to - cichaczem - wraca do argumentacji o\uporczywym powtarzaniem swego i ignorowaniem tego, co niewygodne - np. powtarza jakieś tam wersety ze świętej księgi (czasem coraz to inne, jak to bywa np. ze ŚJ). Jednak są też apologeci (np. Wuj Zbój), którzy starają się zachować uczciwość intelektualną możliwie jak najdłużej (na ile im się to udaje) i żadnego argumentu nie zignorują kompletnie, a nawet w razie czego (to już skrajna postawa) gotowi są przyznać rację stronie przeciwnej w jakimś tam rozważaniu.

Nie będę ukrywał, że sam jest zdecydowanie po stronie uczciwości intelektualnej, a większość apologetyki z uporczywości wyznawania uważam za wadliwą (choć pewien aspekt wiary - w dość szczególnej postaci - z tego kierunku może bym i bronił, tyle ze argumenty tutaj miałbym dla większości trudne do zrozumienia, zaakceptowania - zostyłyby pewnie uznane za mętne przez wielu/większość).
Dlaczego strategię apologetyczną z uporczywości wyznawania uznaję za wadliwą?
- Bo zadałem sobie dość podstawowe pytanie: czy jest ona w stanie doprowadzić człowieka do Boga z większym prawdopodobieństwem, niż opisywana alternatywa dla tej strategii?
Weźmy statystycznego człowieka na świecie, który przyjął za słuszną tę strategię, czyli za zasadę główną uważa: to co jest moją wiarą, należy bronić za wszelką cenę, nie wchodzić w wątpliwe dyskusje z przeciwnikami mojej wiary, bo to mi tylko zaszkodzi. Więc bronię tego, uznałem za słuszne.
Teraz zastanwómy się nad populacją świata w kontekście wyzwanych religii. Oto dane z Wikipedii
Chrześcijaństwo 33,43%
Islam 24,35%
Hinduizm 13,78%
Buddyzm 7,13%
Sikhizm 0,36%
Judaizm 0,21%
Bahaizm 0,11%
bezwyznaniowi 9,42%

Chrześcijaństwa mamy tu niemal równo 1/3. To oznacza, że 2/3 ludzi, kierując wspomnianą wyżej zasadą obrony religijnego status quo za wszelką cenę NIGDY NIE POZNAJE PRAWDZIWEJ WIARY (za taką mam chrześcijaństwo). Jeszcze silniej ten argument przemówi, gdy uświadomimy sobie, że na początku swojego istnienia chrześcijaństwo liczyło tylko kilkadziesiąt (może setkę) osób vs miliony wyznawców innych religii. Jeśli zasada "każdy broni zawsze swojej wiary, a alternatyw nie rozpatruje" miałaby być słuszna, to apostolostwo, głoszenie Jezua w ogóle jest sprzeczną albo nieuczciwą koncepcją.
Dzisiaj znani ze strategii po prostu upierania się przy swojej wierze są (szczególnie ortodoksyjni) muzułmanie. Ktoś wyznający taką strategię powinien to docenić, ale też uznać, ze nawracanie z islamu na chrześcijaństwo jest czymś złym w kontekście wyznawanych zasad.
Kolejny argumenty pojawia się, gdy uświadomimy sobie, że jeśli obrona swojego religijnego (czy antyreligijnego) status quo jest priorytetem, to właściwie zbliżamy się do uznania obrony własnej religii także metodami siłowymi - czyli np. nawracanie siłą na wiarę, czy (jak za komunizmu) wierzących na ateizm.
Warto też dodać, że jeśli apostolstwo, szerzenie własnej religii ktoś jednak uznaje za obowiązek i wartość, to chyba należałoby się zapoznać z argumentami strony nawracanej - choćby po to, aby ją skuteczniej nawrócić.
To taki wstęp do tematu; nie chcę go zawłaszczać swoimi esejami, więc zachęcam do komentowania.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kruchy04




Dołączył: 25 Sie 2016
Posty: 1167
Przeczytał: 12 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 23:01, 15 Gru 2019    Temat postu:

Jeśli jesteś Chrześcijaninem to masz OBOWIĄZEK w Boga wierzyć ponad wszelką wątpliwość. Powinieneś oddać się Jezusowi całym swoim umysłem, a wszelkie wątpliwości odsunąć, bo mogą przerodzić się w grzech albo, co gorsze zejdziesz ze ścieżki wiary i zostaniesz ateistą, a wtedy Bóg będzie musiał wysłać cię do piekła, bo jak powiedział "Pan strzeże wszystkich, którzy Go miłują, a wszystkich bezbożnych wytraca", a tego nie chce. Literatura, czasopisma itp. tylko takie, które posiadają imprimatur kościele. Czytanie innych to grzech i świadome schodzenie na złą drogę. Ogólnie nie zalecane jest dla twojej wiary i duchowości czytanie i słuchanie tego, co jest w jawnej sprzeczności z wiarą kościoła.Twoim obowiązkiem jest umacniać wiarę, a nie poddawać ją w wątpliwość. Jeśli coś może sprawić, że stracisz wiarę to nie powinieneś w to się wciągać. Pamiętaj, że niewiara to jeden z grzechów.

Podsumowując: Unikaj po prostu wszystkiego co budzi Twoje wątpliwości (nawiązujące do okultyzmu jak Harry Potter, filozofii wschodnich itp.), a jeśli bardzo ci zależy na przeczytaniu jakiejś książki to zapytaj o konkretny tytuł księdza, lub na jakimś katolickim forum, a najlepiej napisz do biskupa swojej diecezji.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16072
Przeczytał: 95 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 2:23, 16 Gru 2019    Temat postu:

Kruchy04 napisał:
Jeśli jesteś Chrześcijaninem to masz OBOWIĄZEK w Boga wierzyć ponad wszelką wątpliwość. Powinieneś oddać się Jezusowi całym swoim umysłem, a wszelkie wątpliwości odsunąć, bo mogą przerodzić się w grzech albo, co gorsze zejdziesz ze ścieżki wiary i zostaniesz ateistą, a wtedy Bóg będzie musiał wysłać cię do piekła, bo jak powiedział "Pan strzeże wszystkich, którzy Go miłują, a wszystkich bezbożnych wytraca", a tego nie chce. Literatura, czasopisma itp. tylko takie, które posiadają imprimatur kościele. Czytanie innych to grzech i świadome schodzenie na złą drogę. Ogólnie nie zalecane jest dla twojej wiary i duchowości czytanie i słuchanie tego, co jest w jawnej sprzeczności z wiarą kościoła.Twoim obowiązkiem jest umacniać wiarę, a nie poddawać ją w wątpliwość. Jeśli coś może sprawić, że stracisz wiarę to nie powinieneś w to się wciągać. Pamiętaj, że niewiara to jeden z grzechów.

Tu jednak pojawia się pytanie: czy wiara i wyznawanie to to samo?

Wiara bowiem wyłania się jako coś przeciw czemuś, coś przeciwstawione czemuś. Nie sposób jest mowić o wierze w coś, co nie ma alternatywy. Nie mając alternatywy umysł może takie coś jedynie traktować jako oczywistość, jako coś co zawsze jest, więc nie kwalifkuje się do tego termin "wiara". Czy muszę wierzyć, że myślę?
- NIe mogę (!) wierzyć, że myślę, bo jeśli we mnie pojawiło się pytanie o to CZY (np. czy wierzę?) to z automatu już myślę.
Wszyscy ci, którzy w coś wierzą bez przeciwstawienia temu czemuś alternatywy nie wierzą w istocie, bo nie wierzą, czym ich wiara jest. W oczywistość nie sposób jest wierzyć. Bo oczywistość zawsze jest - do niej nie stosuje się pytanie. A wiara, która nie zawiera w sobie aspektu pytania, nie jest wiarą.
Dlatego ciągłe powtarzania "wierzę, wierzę, o niczym innym nie myślę" jest oszukiwaniem się. Tak się nie da wierzyć. Tak można jedynie wyznawać. Wierzyć da się tylko wtedy, gdy pojawia się WYBÓR, czyli gdy mamy REALNĄ ALTERNATYWĘ. Dopiero umysł budujący uczciwą alternatywę w sobie, może dokonać wyboru, który jakąś opcję wywyższył względem jej alternatywy - dopiero wtedy stosuje się temirn "uwierzył W TO COŚ". Ci co "wierzą w Boga" bo im powiedział jakiś autorytet (religijny) wierzą nie w Boga, tylko...
w ten autorytet! To autorytet w takiej sytuacji decyduje, a nie Bóg, czyli wiara w istocie pochodzi od autorytetu, a nie Boga.
Ci co wierzą w Boga, TYLKO dlatego, że napisano to w jakiejś księdze, wierzą w tę księgę, a nie w Boga, bo gdyby mieli księgę, w której Boga przedstawiono by inaczej, to wierzyli by w tego innego Boga.

Tu oczywiście jest dość podstawowe pytanie: jak uwierzyć NAPRAWDĘ W BOGA, a nie w autorytety, które nam Boga przedstawiają?
Dla wielu ludzi to nie jest problem - po prostu domyślnie przyjmują, że wiara autorytetowi jest z automatu wiarą w Boga (czy odwrotnie - jak u ateistów - wiara w autorytety ateistyczne jest niewiarą w Boga). Nie przejmują się, że może Boga prawdziwego zepchnęli tak na dalszy plan.
Ja osobiście się z taką postawą nie zgadzam. Tzn. uważam, że chociaż autorytety mają jakiś wpływ na naszą wiarę, to jednak NIE ONE DECYDUJĄ (przynajmniej w dojrzałej postaci wiary, której należałoby się dopracować). Dlatego wiarę koniecznie trzeba uczynić OSOBISTĄ, czyli jakoś oderwaną od tego jako powstała, a ostatecznie stając się WIĘZIĄ z Bogiem, czymś uniezależnionym od źródła. Jeśli całością wiary w Boga jest posłuszeństwo autorytetom, to nie mamy do czynienia z wiarą sensu stricto tylko właśnie z posłuszeństwem autorytetom. To jednocześnie oznacza, ze aspekt intelektualny w tej układance jest niewystarczający. Bez WIĘZI (religio = więź), bez miłości, bez wyrazistego dodatku emocji i WYBRANIA nie ma prawdziwej wiary.


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Pon 2:39, 16 Gru 2019, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Katolikus




Dołączył: 16 Lis 2016
Posty: 935
Przeczytał: 25 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 17:57, 16 Gru 2019    Temat postu:

To jaki ja dostrzegam problem u sporej części chrześcijan to wmawianie sobie, że lepiej odsunąć od siebie to wszystko, co może stanowić potencjalną przyczynę prowadzącą do zrodzenia się wątpliwości. Może to wynika z jakiegoś głębszego przekonania, że Pan Bóg nie pochwala niedowiarstwa? A swoje przekonania traktują tak serio jakby nie dopuszczali, że mogą się mylić. Może to brak głębszego rozeznania filozoficznego? A może, ktoś jest naprawdę tak bardzo przekonany o istnieniu Boga (może zdobył tak silny powód, że jakiekolwiek pomyślenie, że to może być złudzenie, że to i tak zawiera aspekt jakiegoś rodzaju niepewności jest czymś śmiesznym), że jakakolwiek próba wytłumaczenia, że to tylko jego osobista interpretacja, byłoby jakimś zadufaniem ze strony tego, kto próbuje wytłumaczyć, że każde przekonanie o Bogu jest czymś z sytuacji, gdzie jest mnóstwo niewiadomych i po prostu przyjęciem czegoś, bo ostatecznie „tak mi się wydaje, że to jest prawda”. Niektórym wystarczy do bez wątpliwego przekonania o realności Boga wiadomość o jakimś cudzie, gdzie, ktoś wyzdrowiał w sposób niewytłumaczalny naukowo (nie ważne, że sytuacja może mieć źródło w czym innym) . Może to trzeba po prostu uszanować. Może po prostu każdy wierzy w to, co chce wierzyć. Nie każdy musi posługiwać się filozoficznym krytycyzmem.

Ostatnio zmieniony przez Katolikus dnia Pon 17:59, 16 Gru 2019, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Semele
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 09 Lis 2014
Posty: 8385
Przeczytał: 87 tematów


Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 18:01, 16 Gru 2019    Temat postu:

Katolikus napisał:
To jaki ja dostrzegam problem u sporej części chrześcijan to wmawianie sobie, że lepiej odsunąć od siebie to wszystko, co może stanowić potencjalną przyczynę prowadzącą do zrodzenia się wątpliwości. Może to wynika z jakiegoś głębszego przekonania, że Pan Bóg nie pochwala niedowiarstwa? A swoje przekonania traktują tak serio jakby nie dopuszczali, że mogą się mylić. Może to brak głębszego rozeznania filozoficznego? A może, ktoś jest naprawdę tak bardzo przekonany o istnieniu Boga (może zdobył tak silny powód, że jakiekolwiek pomyślenie, że to może być złudzenie, że to i tak zawiera aspekt jakiegoś rodzaju niepewności jest czymś śmiesznym), że jakakolwiek próba wytłumaczenia, że to tylko jego osobista interpretacja, byłoby jakimś zadufaniem ze strony tego, kto próbuje wytłumaczyć, że każde przekonanie o Bogu jest czymś z sytuacji, gdzie jest mnóstwo niewiadomych i po prostu przyjęciem czegoś, bo ostatecznie „tak mi się wydaje, że jest słusznie”. Niektórym wystarczy do bez wątpliwego przekonania o realności Boga wiadomość o jakimś cudzie, gdzie, ktoś wyzdrowiał w sposób niewytłumaczalny naukowo (nie ważne, że sytuacja może mieć źródło w czym innym) . Może to trzeba po prostu uszanować. Może po prostu każdy wierzy w to, co chce wierzyć. Nie każdy musi posługiwać się filozoficznym krytycyzmem.


Tak. To jest przekonujące. NAWET w te cuda wierzą ateiści tzw. Co nie prowadzi ich do wiary w Boga. :cry:
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16072
Przeczytał: 95 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 21:22, 16 Gru 2019    Temat postu:

Katolikus napisał:
To jaki ja dostrzegam problem u sporej części chrześcijan to wmawianie sobie, że lepiej odsunąć od siebie to wszystko, co może stanowić potencjalną przyczynę prowadzącą do zrodzenia się wątpliwości. Może to wynika z jakiegoś głębszego przekonania, że Pan Bóg nie pochwala niedowiarstwa? A swoje przekonania traktują tak serio jakby nie dopuszczali, że mogą się mylić.


Wyróżniłem ten fragment Twojej wypowiedzi, który uświadomił mi ten argument najbardziej przemawiający w kontekście omawianego zagadnienia.
Stawiam trudne pytanie: co to właściwie znaczy "mylić się"?
Czy ktoś, kto w ogóle nie myśli - a zatem nie ma szansy się mylić - jest mądrzejszy od innej osoby, która wzięła się za - lepszą, albo gorszą, różnie bywa - analizę problemu, a z nią popełniła jakieś pomyłki?
Tak rozumując mędrcem większym od każdego chyba człowieka staje się kamyk leżący na drodze - wszak on nie myśłi, więc się nie myli. Nie daje rzeczywistości żadnej szansy na pomyłkę.
Jest takie przysłowie, że "nie myli się ten, który nic nie robi". Oczywiście brak rozważenia problemu jest jakąś formą zabezpieczenia się przed pomyłką. Tylko czy czasem nie jest tak, że takie lękliwe podejście do zagadnień życia SAMO W SOBIE NIE JEST WIĘKSZĄ POMYŁKĄ?!... :shock:

W Ewangelii jest genialna przypowieść o talentach. Przedstawiony tam jest symbolicznie przypadek osoby - umysłu postawionego przed problemem: wykorzystywać swoje możliwości, narażając się na ryzyko błędu, czy nie robić nic?
Z tych trzech sług, które opisuje ta przypowieść dwóch podjęło ryzyko, zaś Pan ich pochwalił. Ten trzeci, który się bał, który uznał że ryzyko jest za duże i zakopał swój talent - ten akurat został potępiony.
Ja stawiam tezę, że unikanie ryzyka - także intelektualnego - jest postawą obrazowaną przez tego trzeciego sługę, jest błędem samym sobie. Być może jest błędem większym, niż wszystkie te błędy, jakie możemy popełnić ryzykując podczas wykorzystywania swoich zdolności w eksploracji rzeczywistości (także tej rzeczywistości mentalnej, intelektualnej).
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
towarzyski.pelikan




Dołączył: 19 Sie 2018
Posty: 1635
Przeczytał: 113 tematy


PostWysłany: Pon 22:59, 16 Gru 2019    Temat postu:

Jak Michał interpretujesz ten fragment PŚ:
Cytat:

Zmartwychwstały ukazuje się Apostołom9
19 Wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich;Pokój wam! 20 A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. 21 A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. 22 Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego!10 23 Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane11.

Niewierny Tomasz
24 Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. 25 Inni więc uczniowie mówili do niego;Widzieliśmy Pana!; Ale on rzekł do nich;Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę;. 26 A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz [domu] i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł;Pokój wam!; 27 Następnie rzekł do Tomasza;Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż [ją] do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym! 28 Tomasz Mu odpowiedział:Pan mój i Bóg mój!; 29 Powiedział mu Jezus;Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli12.

(J20)

Niewierność Tomasza polegała na tym, że nie uwierzył autorytetowi. Czy to nie jest tak, ze więź z Bogiem jest z konieczności zapośredniczona przez autorytety, stąd wskazany jest brak wątpliwości w autorytet Pisma Świętego czy nauczania Kościoła? Czy Jezus nie wartościuje wyżej "ślepej" fideistycznej wiary niż takiej racjonalnej wiary opartej na dowodach?


Ostatnio zmieniony przez towarzyski.pelikan dnia Pon 23:01, 16 Gru 2019, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16072
Przeczytał: 95 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 0:03, 17 Gru 2019    Temat postu:

towarzyski.pelikan napisał:
Jak Michał interpretujesz ten fragment PŚ:
Cytat:

Zmartwychwstały ukazuje się Apostołom9
19 Wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich;Pokój wam! 20 A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. 21 A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. 22 Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego!10 23 Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane11.

Niewierny Tomasz
24 Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. 25 Inni więc uczniowie mówili do niego;Widzieliśmy Pana!; Ale on rzekł do nich;Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę;. 26 A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz [domu] i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł;Pokój wam!; 27 Następnie rzekł do Tomasza;Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż [ją] do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym! 28 Tomasz Mu odpowiedział:Pan mój i Bóg mój!; 29 Powiedział mu Jezus;Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli12.

(J20)

Niewierność Tomasza polegała na tym, że nie uwierzył autorytetowi. Czy to nie jest tak, ze więź z Bogiem jest z konieczności zapośredniczona przez autorytety, stąd wskazany jest brak wątpliwości w autorytet Pisma Świętego czy nauczania Kościoła? Czy Jezus nie wartościuje wyżej "ślepej" fideistycznej wiary niż takiej racjonalnej wiary opartej na dowodach?

Ja to widzę jako BARDZO ZŁOŻONĄ UKŁADANKĘ.
Właściwie nigdy o tym nie pisałem całościowo, bo do tego, aby sprawa się myślowo "zakliknęła", to niezbędne jest połączenie w całość aspektów, rozumowań rozrzuconych po odległych obszarach filozofii, światopoglądu, myśli. Spróbuję to przedstawić, ale mam raczej małą nadzieję, że uda mi się przekonać kogoś, kto sam wcześniej nie zbliżył się w swoich dociekaniach do tego, o czym tu wspomnę.
Oto fragmenty układanki:
- Człowiek, jako istota obdarzona wolnością i możliwością rozumowania przetwarza umysłem wszystko, co do niego trafia. W pewien sposób łączy dwa aspekty: indywidualny i społeczny. Aspekty te są KOMPLEMENTARNE - jeden nie zadziała bez drugiego (dlaczego tak? - temat na szeroką dyskusję, tutaj tylko piszę o tym, mam nadzieję, że ktoś gdzieś sam na to wpadł i teraz mu się to zakliknie)
- Zatem poznajemy świat i siebie nie w sposób wyizolowany, lecz za pośrednich (między innymi, bo nie tylko tak!) innych ludzi. Sami też się swoim mydleniem decyzjami DOKŁADAMY DO SPOŁECZNOŚCI.
- Mądrość ludzkości jako taka składa się z mądrości jednostek na społeczność się składających. Z drugiej strony mądrość ludzkości "produkuje" mądrych konkretnych ludzi. Relacja jest w obie strony.
- Ufając komuś GODZIMY SIĘ NA PEWIEN RODZAJ GRY Z WŁASNYM UMYSŁEM. Tomasz, słysząc od innych apostołów "widzieliśmy Pana", stanął w obliczu wyboru: czemu dać pierwszeństwo - temu zaufaniu innym, czy własnemu odczuciu jak zachować stabilność myśli i uczuć w tej sytuacji (problem z zawiedzioną nadzieją, że ukochany Mistrz pokona zło tego świata na sposób zrozumiały dla Tomasza w tym akurat momencie jego życia). Tomasz dokonał wyboru, w którym próbował chronić swój umysł przed kolejnym wielkim zawodem życiowym, chciał teraz oprzeć się na czymś niepodważalnym, bo teraz by już następnego zawodu nie zniósł psychicznie. Więc zażądał twardego potwierdzenia dla tej nadziei, jaką miałby uzyskać: zobaczyć i dotknąć Mistrza, jego ran, upewnić się, że nie jest to duch, sobowtór, czy inna forma oszustwa.
Zaufanie Tomasza nie objęło zatem innych apostołów, tego co oni słownie przekazali.

Tu mamy paralelę w Ewangelii - przeniesienie dylematu Tomasza na sytuację całych pokoleń chrześcijan, którzy już ran Jezusa nie będą mieli szansy dotknąć, ani ich zobaczyć. Będą musieli zadowolić się relacją innych osób, zaufać KOMUŚ, a nie własnym zmysłom - choćby zaufać napisanej księdze (Biblii), ogólnie ludziom. Jezus tekstem "Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli" przemawia do niemal wszystkich pokoleń chrześcijan później.

Tu warto jednak zadać pytanie: czy Tomasz miał TYLKO słowa innych apostołów jako podstawę swojej wiary w zmartwychwstanie Jezusa?
- Chyba nie tylko. Przecież miał wcześniejsze zapowiedzi samego Jezusa. Miał też przekonanie o wielkiej mocy Mistrza, o tym, że rzeczywiście jest on synem Boga. Miał jednak podstawy do tego, aby połączyć to w całość skłaniającą do uwierzenia w zmartwychwstanie Z SAMYCH SŁÓW. Ale podjął tę decyzję, jaka podjął. Ja osobiście uważam, że Jezus zrozumiał i zaakceptował postawę Tomasza, nawet to jego wątpienie. Choć POBŁOGOSŁAWIŁ wszystkich tych, którzy w przyszłości uwierzą GŁOWNIE z powodu czyichś słów. W pewnym sensie pośrednio pobłogosławił ZWIĄZEK CZŁOWIEKA ZE SPOŁECZEŃSTWEM. Pobłogosławił tę relację, jaka łączy indywidualne wybory człowieka, z rozwojem społeczności (dalej wręcz całej ludzkości).

Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na z pozoru zupełnie inny tekst ewangeliczny - modlitwę pańską "Ojcze nasz". Jest w niej:
Chleba powszedniego daj nam
Odpuść nam nasze winy.
jaki i my odpuszczamy
NIe wódź nas na pokuszenia
Ale nas zbaw...
Wszędzie jest "nasz", "nam", a nie (wydawałoby się naturalne, skoro modli się konkretny człowiek) "ja", "mi". Człowiek bowiem modli się jako członek ludzkości - w katolickiej teologii pewnie byłoby "kościoła", ale ja wolę tutaj podstawić ludzkość niż kościół, bo to ma szerszy, nie wykluczający (kościoły są różne, niektórzy są poza jakimkolwiek konkretnym kościołem) kontekst.
Mamy prawo do ufności innym ludziom. I dobrze jest zaufać innym ludziom, gdy pojawiają się podstawy. Czy każdemu mamy ufać?...
- Chyba nie. Wszak w innym tekście Jezus mówi o fałszywych prorokach, którym ufać nie należy. Będziemy musieli SPRAWĘ ROZEZNAĆ. Niestety... :(

W Biblii jest mowa nieraz o tym, że Bóg wpływa aktywnie na pewne ludzkie decyzje - np. "zatwardził serce faraona". Ja bym wysunął hipotezę, że w pewnym sensie Bóg też zesłał na Tomasz zwątpienie - ABY MOGŁY SIĘ POJAWIĆ TE SŁOWA BŁOGOSŁAWIEŃSTWA DLA TYCH, KTÓRZY UWIERZYLI. Miał Tomasz swoją rolę - jak żaden z innych apostołów. Z tego go właśnie w Ewangelii znamy, że był "niewierny".
Został przez Jezusa Tomasz potępiony? - Nie!
Został jakoś ukarany? - Nie!
Został... LEKKO SKARCONY. Dalej Jezus już Tomaszowi nie wypomina jego niewierności. Wszystko jest Ok. Zostało zrozumiane, zaakceptowane. Więcej - Tomasz stał się ikoną wątpliwości w wierze, właśnie dzięki temu zdarzeniu go wspominamy, pamiętamy, nieraz identyfikujemy się z nim. Tomasz nie ma krzywdy. Został zrozumiany.

A to, że fałszywi prorocy się pojawią, też jest zapowiedziane. Głupoty Jezus nie pochwala.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16072
Przeczytał: 95 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 10:09, 17 Gru 2019    Temat postu:

Jeszcze jedno w tym temacie na temat tego, czym jest wiara silna i słaba, albo wręcz wiara w ogóle. Wymyśliłem oto taką powiastkę:

Były sobie dwie rodziny mające zdolnych matematycznie uczniów. Ojcowie obu dzieci (Adam i Bernard) szczycili się tym, że ich pociechy są naprawdę dobrymi matematykami, mają świetne wyniki w szkole, sprawnie rozwiązują nawet bardzo trudne zadania. Jednym słowem WIERZĄ w ich zdolności.
Zdarzyło się jednak, że szkoła do której chodzą owi uczniowie zaproponowała obu rodzicom zapisanie ich dzieci do uczestnictwa w konkursie matematycznym. W tym konkursie młodzi matematycy mogą się sprawdzić, rozwiązując naprawdę wymagające dużej wiedzy i zdolności zadania. Reakcja jednak obu ojców była tu odmienna, bo Adam powiedział: oczywiście, jeśli tylko moje dziecko zechce, to proszę zapisać je do konkursu, na pewno zajmie w nim pierwsze miejsce!
Bernard z kolei miał odmienne zdanie na temat tej sytuacji: mojego dziecka w żadnym wypadku proszę nie angażować w ten konkurs! Mógłby się zestresować, mogłoby mu coś się złego przytrafić!
Patrząc na to z zewnątrz na tę sytuację, który z ojców BARDZIEJ WIERZY w możliwości matematyczne swoje dziecka - Adam, czy Bernard?

To ja teraz odniosę tę sytuację do dwóch hipotetycznych apologetów teizmu. Jeden z nich jest przekonany, że każdy problem dotyczący jego wiary jest wart rozpatrzenia, uczciwego wgryzienia się w jego treść, bo przecież Bóg istnieje, jest poprawny, niesprzeczny w swej istocie, zatem nie ma takiej siły, aby jakieś rozumowanie mogło mu skutecznie zaprzeczyć. Drugi apologeta, gdy tylko pojawia się jakiś problem wiary, który wygląda na nie znany, jakoś tam niebezpiecznie podważający religię, odmawia w ogóle zapoznania się z owym problemem, rozważenia go w jakikolwiek sposób, motywując to, że on ma silną wiarę i nie chce jej stracić przez wątpienie.
O którym z tych apologetów powiemy, że jego wiara w Boga jest naprawdę silna?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
towarzyski.pelikan




Dołączył: 19 Sie 2018
Posty: 1635
Przeczytał: 113 tematy


PostWysłany: Wto 13:19, 17 Gru 2019    Temat postu:

Bardzo ciekawa zagwozdka, która naświetla problem: czy wierzy się dlatego, że czy pomimo?

Przypuśćmy, że w tym przypadku z rodzicami, jednak dochodzi do konkursu. I okazuje się, że żaden z uczeń nie jest uzdolniony, na co są obiektywne dowody.
Jaka będzie reakcja Adama i Bernarda. Czy zachowają wiarę w zdolności swoich synów, czy ją stracą?

Czy Adam, który silnie wierzył w zdolności syna przed konkursem, będzie w nie tak samo wierzył po nieudanym konkursie? Skąd wynika ta jego silna wiara w syna? Jest bezpodstawna/irracjonalna czy opiera się na racjonalnych przesłankach? Jeśli to drugie, to Adam powinien utracić wiarę w zdolności syna na podstawie racjonalnych przesłanek.

Z kolei Bernard, który nie chce, żeby syn brał udział w konkursie, najpewniej przekonania o jego zdolnościach nabrał w sposób bezpodstawny/irracjonalny, stąd w ogóle nie widzi potrzeby tej konfrontacji, ponieważ ona i tak nic nie zmieni. Czy Bernard utraci wiarę w zdolności syna na podstawie nieudanego konkursu, skoro samą wiarę przyjął w sposób irracjonalny?

To samo dotyczy apologetów. Ten pierwszy jest przekonany, że Bóg istnieje na podstawie racjonalnych przesłanek, w pewnym sensie ma dowód na istnienie Boga, więc jeśli np. w dyskusji, debacie ktoś te przesłanki podważy, jeśli jest uczciwy intelektualnie, powinien utracić wiarę w Boga. Pytanie: czy osoba, która silnie wierzy w Boga może brać pod uwagę, że są takie argumenty, które mogą istnienie Boga podważyć? Czy może być gotowa wiarę w Boga porzucić? Ten drugi apologeta wierzy w Boga pomimo, czyli niezależnie od tego, czy ma na to jakiekolwiek dowody. Niezależnie od tego, co by się miało dziać jak bardzo istnienie Boga miałoby zostać podważone, on jest zobowiązany mocą swojej wiary w niej trwać. Irracjonalnej wiary nie da się zbić racjonalnymi argumentami, wiec w tym sensie jest bardziej pewna? Natomiast z uwagi na świadomość grzesznej natury, swiadomość, jak łatwo jest popaść w grzech zwątpienia, taki apologeta może w ogóle unikać nawet sytuacji w której Boga będzie wystawiał na próbę, np. poprzez udział w filozoficznych dyskusjach.

Ja bym proponowała takie pytanie: czy silą wiary jest pewność siebie wierzącego, czy siłą wiary jest jej trwałość?
Czy z doświadczenia nie wynika, że wielokrotnie pewność siebie popchnęła nas do konfrontacji swoich przekonań i ostatecznie, zmieniliśmy zdanie? A więc utraciliśmy wiarę w coś? Czy taką utraconą wiarę można nazwać silną?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16072
Przeczytał: 95 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 17:06, 17 Gru 2019    Temat postu:

towarzyski.pelikan napisał:
Bardzo ciekawa zagwozdka, która naświetla problem: czy wierzy się dlatego, że czy pomimo?

Ja widzę sprawę tak, że ktoś, kto nie jest gotów poddać swoich przekonań testowi WCALE NIE WIERZY, on tylko UDAJE WIARĘ! Co prawda WYZNAJE coś, ale jego stan umysłu nie odpowiada sytuacji: jestem mocno przekonany, że owa okoliczność, w którą - jak deklaruję - wierzę ma miejsce.
To wynika wprost z tego, jak traktuję definicję słowa wiara: to posiadanie przekonania, że dana rzecz jest prawdziwa, zatem każde poprawne (logiczne w słusznej logice) rozumowanie weryfikujące będzie to potwierdzało, nie zaś temu przeczyło.
Osoba podejrzewająca, że poprawnie przeprowadzone rozumowanie może zagrozić przedmiotowi jej wiary nie "wierzy" lecz "wątpi". Bo funkcjonalnie stan, w którym ktoś widzi jakieś niebezpieczeństwo przy weryfikacji przedmiotu swojej wiary, powinno nazywać się tak właśnie: WĄTPIENIEM.
A to, ze ktoś coś tam deklaruje, że się upiera przy czymś tam wobec ludzi - to jest zewnętrzna maska. Jeśli deklarowane jest niezgodne ze stanem umysłu, to taką deklarację należy określić mianem kłamstwa. Znowu - z definicji.
Ludzie dość powszechnie utożsamiają deklarowanie, wyznawanie czegoś z wiarą w to coś. Liczne przykłady innych niż kwestie światopoglądowe zdarzeń pokazują jednak, że da się deklarować coś kompletnie niezgodnego z przekonaniem. Da się wyznawać głośno jedno, a myśleć coś przeciwnego.
Przy czym trochę przyznam, że tak absolutnie jednoznaczna moja ocena nie jest. Bo zdaję sobie sprawę, że rzeczywistość mysli jest praktycznie zawsze areną pewnej GRY. W ramach tej gry symulujemy myślą różne stany, zastanawiając się jakie z nich wynikną skutki. Tak więc zawsze mysłąc o czymś na plus, odnosimy się jakoś do tego, co jest na minus.
Np. wierząc że jakaś osoba jest uczciwa - myślowo dekodujemy tę uczciwość w postaci pewnej klasy potencjalnych TESTÓW NA UCZCIWOŚĆ. Uczciwy odda pożyczone pieniądze, nie oszuka, nie ukradnie (nawet jeśli ma ku temu sposobność i pewność, że rzecz się nie wykryje). Pojęcie uczciwości bez - powiązanych z nim potencjalnych okoliczności podważających, a przez to stanowiących test - zwyczajnie byłoby nie wyłonione, po prostu nie znaczyłoby nic rozpoznawalnego. Podobnie uważam, że pojęcie wiary dekoduje się w rozumieniu do jakiejś tam grupy testów - potencjalnych okoliczności, w których ową osobę stawiamy w sytuacji, gdy coś przedmiotowi jej wiary zagraża, coś to może podważyć. I wierzący zachowa się tak, taki atak odeprze, a nie że "ucieknie z placu boju..."
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16072
Przeczytał: 95 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 18:04, 17 Gru 2019    Temat postu:

Jeszcze w kwestii tego testu.
To, że rzeczywistość dla człowieka, kreślona w Ewangelii jest związana z testem jasno wynika nie tylko z przypowieści o talentach. Mamy też:
Jan Chrzciciel Ew. Mateusza napisał:
Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem. (12) Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym


Ew. Mateusza napisał:
królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. (48) Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. (49) Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych


Ew. Mateusza napisał:
Inną przypowieść im przedłożył: Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swej roli. (25) Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł. (26) A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawił się i chwast. (27) Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc wziął się na niej chwast? (28) Odpowiedział im: Nieprzyjazny człowiek to sprawił. Rzekli mu słudzy: Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go? (29) A on im odrzekł: Nie, byście zbierając chwast nie wyrwali razem z nim i pszenicy. (30) Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza.


Tu oczywiście bardzo ciekawe jest pytanie: czy człowiek nie może się obejść bez tych - bolesnych - a niebezpiecznych w ostatecznym rozrachunku testów?
- Ano nie może. Stało się, że umysł człowieka został skażony:
Genesis napisał:
(4) Wtedy rzekł wąż do niewiasty: Na pewno nie umrzecie! (5) Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło. (6) Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy. Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią: a on zjadł. (7) A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski. (8) Gdy zaś mężczyzna i jego żona usłyszeli kroki Pana Boga przechadzającego się po ogrodzie, w porze kiedy był powiew wiatru, skryli się przed Panem Bogiem wśród drzew ogrodu. (9) Pan Bóg zawołał na mężczyznę i zapytał go: Gdzie jesteś? (10) On odpowiedział: Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się. (11) Rzekł Bóg: Któż ci powiedział, że jesteś nagi? Czy może zjadłeś z drzewa, z którego ci zakazałem jeść?

Człowiek, któremu przecież nic nie brakowało do szczęścia PRZESTRASZYŁ SIĘ. Ogarnął go irracjonalny lęk. Powodem był brak okrycia, a więc chciał się człowiek ukryć. Jest tu BRAK AKCEPTACJI WŁASNEJ NATURY. W gruncie rzeczy UROJONY PROBLEM!
Ta wiedza o sobie, te KRYTERIA OCENY, jakie posiada człowiek - Adam (i Ewa) nie są w stanie wygenerować STANU AKCEPTACJI dla siebie, dla własnej natury. Jak ktoś nie akceptuje siebie - tak bez powodu, tak w ogóle, "bo tak" - to na to nie ma rady. W istocie człowiek nie ma powodu dla tego braku akceptacji! Człowiek ma wszystko, Bóg go kocha, Jednak człowiek tworzy kryteria, których efektem jest odrzucenie własnej natury, odrzucenie siebie.
Powtórzę: tu NIE MA ARGUMENTÓW DAJĄCYCH SZANSĘ NA WYTŁUMACZENIE. Są aspekty, które w rozumowaniu muszą być wzięte arbitralnie, na wiarę - to KRYTERIA OCENY. Jeśli w człowieku zakorzeniły się kryteria oceny z gruntu wadliwe, to nie ma jak temu się przeciwstawić, bo coś co wynika z arbitralności nie jest dotykane rozumowaniem, nie daje się perswadować. To "jest, bo jest".
Dlatego Bóg nie miał innego wyjścia jak wymusić na człowieku swego rodzaju "reset" myślowy, wymusić na człowieku PRZEJŚCIE CAŁEGO PROCESU TWORZENIA KRYTERIÓW SAMODZIELNIE. I dokładnie takie jest nasze - człowiecze - życie: wymuszające po kolei zapoznawanie się z wartościami istnienia, cierpienia.
Potem Bóg mówi kobiecie:
Genesis napisał:
w bólu będziesz rodziła dzieci,

Z pozoru może się wydawać, ze Bóg po prostu chciał kobietę ukarać. W rzeczywistości chodzi o coś innego: ten ból uczy WARTOŚCI ŻYCIA. Ta, która daje życie swoim dzieciom PŁACI za tę możliwość dawania życia bólem. Teraz zrozumie, że to co jest cenne, nie jest darmo, jest WARTOŚCIĄ.
Podobnie jest z Adamem:
Genesis napisał:
Do mężczyzny zaś Bóg rzekł: Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, co do którego dałem ci rozkaz w słowach: Nie będziesz z niego jeść - przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia.

Cierpienie ma nauczyć Adama wartości tego, co robi, wartości życia, dokonań. Mając świadomość, że życie jest wartością, pokój jest wartością, brak bólu jest wartością.
W owych osobach jesteśmy nie tylko osobno płciami. Każdy mężczyzna przeżywa też ból tworzenia - rodzenia, mając przy tym okazję doznać WARTOŚCI BYTU, a na koniec też wartości siebie. I kobieta też przecież pracuje - podobnie jak mężczyzna - doznając trudu. Tak więc bardziej niż o konkretne płcie chodzi o ASPEKTY CZŁOWIECZEŃSTWA, kobiecość i męskość (rozumiana w ten konkretny sposób) w każdym z nas.
Człowiek, mając szansę zapoznać się z wartością swojego istnienia, stykając się bólem i niewiedzą (aspekt poznania dobra i zła wraca) DOJRZEWA. Teraz już jego kryteria oceny przestają być neurotyczne, niczym nie uzasadnione, lecz WYNIKAJĄ Z DOŚWIADCZENIA I ROZUMIENIA.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Apologia kontra krytyka teizmu Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin