Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Michał o sobie
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3
 
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Kretowisko / Blog: Michał Dyszyński
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 17407
Przeczytał: 111 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 23:22, 30 Wrz 2020    Temat postu: Re: Michał o sobie

Nie pisuję na sfinii po to, aby mnie lubiano. Nie pisuję jednak też, aby mnie nie lubiano. Kwestia lubienia mnie jest przeze mnie PROGRAMOWO IGNOROWANA.
Pisuję tutaj Z ZACIEKAWIENIA KONTAKTEM Z TYMI LUDŹMI, KTÓRZY MAJĄ COŚ INTERESUJĄCEGO DO POWIEDZENIA. Nie oznacza to jednak wcale, że oczekuję w tym kontekście u moich rozmówców jakiejś genialności. Tzn. genialność oczywiście fajna by była, ale nie jest wymagana. Ostatecznie wystarczające jest dla mnie, że mój współdyskutant jest szczery, kulturalny i poszukujący prawdy, a nie tego, że mu ktoś będzie kadził, chwalił, dowartościowywał za wszelką cenę. Tacy, co chcą się dowartościowywać jako główny cel ich dyskusji dla mnie zwykle są nudziarzami. Bo nudziarz to właśnie ktoś taki, kto w kółko musi gadać o sobie (narcyz przy okazji), promować siebie, wymuszać skupienie uwagi na swojej osobie.
A może ja sam jestem nudziarzem?...
- Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że dla jakiejś części osób właśnie nim jestem. To jednak też nie jest dramat. Mi wystarczy, że dla przynajmniej kilku ludzi nudziarzem nie będę; dla nich będę coś pisał. Pozostali, jeśli uważają mnie za nudziarza, niech zwyczajnie omijają moje posty.
Jednego bym sobie jednak nie darował - bycie nudziarzem tokującym, czyli właśnie obsesyjnie skoncentrowanym na promowaniu siebie. To od wielkiej biedy mogę tolerować u innych (choć będę uznawał taką postawę za słabość), ale u siebie...
nie! To byłaby moja osobista wielka porażka! :shock:
Choć nie wiem, czy kiedyś nie upadnę na tyle nisko mentalnie, że właśnie kimś takim się stanę. To też biorę od uwagę. :(
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 17407
Przeczytał: 111 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 21:10, 20 Paź 2020    Temat postu: Re: Michał o sobie

Od jakiegoś czasu obserwuję u siebie jakiś nowy rodzaj niechęci do kontaktów społecznych. Raczej wolę się gdzieś skryć, niż dać się ludziom zobaczyć, skontaktować. Niechętnie raczej coś mówię o sobie, nie mam ochoty dawać ludziom pretekstu do zainteresowania moją osobą. Czasem sobie myślę, że najchętniej zamknąłbym się w jakiejś wieży na końcu świata i od tego świata odseparował.
Widzę wokół siebie ludzi o dość przeciwstawnych pragnieniach - takich, co pisując coś o sobie, próbują zagadywać, poszerzać kontakty, rozwijać je. Pewnie tych ludzi cieszy kontakt z ludźmi, potrzebują go.
Ja (aktualnie, czyli w drugiej połowie października) do kontaktów coraz częściej muszę się zmuszać, są dla mnie obowiązkiem, wymagają dyscypliny wewnętrznej, pójścia na przekór naturalnym impulsom, a nie niosą radości. Może to trochę efekt przystosowania się do tych ograniczeń związanych z epidemią?
A może pogodzenie się z faktem, że rzadko kiedy ludzie "nadają na moich falach", a ja już jestem zmęczony nieustannym dostosowywaniem się?...
Ale chyba najbardziej mi to się łączy z jakimś ogólnym przemęczeniem psychicznym i fizycznym. Jak się ma deficyty energii, to nawet oczu się nie chce otworzyć, aby na coś popatrzeć, ust, aby cokolwiek powiedzieć. :( A może to przez ten sezon jesienny, który naturalnie drenuje energię. :think:
Może mi to przejdzie, może ta energia wróci... :think:


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Wto 21:12, 20 Paź 2020, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 17407
Przeczytał: 111 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 0:28, 05 Lis 2020    Temat postu: Re: Michał o sobie

Był czas, gdy zależało mi bardzo aby wykazać światu, jak to ja sam sobie ze wszystkim radzę, jak to ja dochodzę do wszystkich wniosków i w ogóle jak to wielki mądrala ze mnie jest. Od jakiegoś czasu najbardziej cieszy mnie, gdy widzę, że inni ludzie okazują się mądrzy, kompetentni, jakoś tam wspaniali. Nie oznacza to, że sam się chcę całkiem wycofać, ale gdy mam wybór, aby to od kogoś pochodziło jakieś odkrycie, a nie ode mnie, to nawet chętnie zostawiam pole temu komuś. Mniej zależy mi na tym, aby zatryumfować, niż na tym, aby dana rzecz ujrzała światło dzienne, a do tego miała swojego obrońcę, zwalniając mnie przy tym z dodatkowej roboty bronienia tego czegoś.
Bo niestety jak się coś ogłosi, to potem trzeba jeszcze tego najczęściej bronić, wyjaśniać, czasem propagować. Kupa roboty z tym jest. A ja do tej roboty nie koniecznie się nadaję. A tak, gdy ktoś inny coś weźmie na swoje barki, to ja z boku cieszę się, że słuszna sprawa ujrzała światło dzienne, a do tego jest obsłużona cała ta dodatkowa, związana z tym wszystkim, robota.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 17407
Przeczytał: 111 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 18:23, 05 Lis 2020    Temat postu: Re: Michał o sobie

Czasami z rozbawieniem obserwuję, że niektórzy dyskutujący ze mną ludzie zdają się mieć przekonanie, iż jak mnie zaatakują celnie w dyskusji, to mi zrobią przykrość, że się poczuję przegrany, zdominowany. Bardzo by się zdziwili jak bardzo się mylą...
Ja jestem bowiem osobą, która POLUJE NA WIEDZĘ O SWOICH BŁĘDACH I PROBLEMACH. Ktoś, kto mi celnie i skutecznie wykaże jakiejś moje braki, niewłaściwe rozumowanie jest dla mnie (w moim odczuciu) dobroczyńcą i kimś godnym nagrody, uhonorowania, dziękczynienia. To jest ktoś na wagę złota, mój przyjaciel. :*

Nie jest jednak przyjacielem ktoś, kto mnie krytykuje BEZ PODANIA ARGUMENTÓW, czyli NIEZROZUMIALE, emocjonalnie, kłamliwie, w oparciu o totalnie błędne załozenia. Bo ja z takiej krytyki nie mogę wyciągać wniosków, muszę taką krytykę uznać za bezużyteczną, marnotrawiącą mój czas. Ale jeśli argumenty są, a do tego są jakieś nowe, celne, to takiego krytykanta tylko ozłocić... :brawo:


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Czw 18:24, 05 Lis 2020, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 17407
Przeczytał: 111 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 19:30, 09 Lis 2020    Temat postu: Re: Michał o sobie

Dzisiaj uświadomiłem sobie, że cecha, którą przypisuję jako coś znamionującego mnie od niedawna, właściwie jest ze mną od dzieciństwa. Chodzi o to, że LEKCEWAŻĘ SWOJE ZWYCIĘSTWA.
Już w dzieciństwie podkładałem się w grach osobom, które - jak uznałem - miałyby sporo przykrości, gdyby przegrały, odstępowałem od wygranych w różny sposób. Kiedyś oddałem partię turniejową szachów, bo mnie o to proszono (specjalnie grałem w głupi sposób, aby przeciwnik, znacznie ode mnie słabszy, mógł wygrać). Dzisiaj bym się na tamtą prośbę nie zgodził, bo to była właściwie forma przestępstwa "ustawienie meczu". Ale wtedy, jako dzieciak, nie miałem tego świadomości.
W życiu sporo mi przyszło być z osobami, które koniecznie chciały ze mną wygrywać. Najczęściej prowokowały o coś spór, a potem tak się złościły, tak upierały przy swoim, że odpuszczałem. Te osoby czuły się zwycięzcami, a mnie to specjalnie nie bolało, bo
1. wiedziałem, że to nie były zwycięstwa prawdziwe, uczciwe, tylko wymęczenie mnie upierdliwością.
2. gdy ustępuję komuś z powodu jego złości, czy upierdliwości, traktuję swoją osobę, jako funkcjonującą W TRYBIE TERAPEUTY. Terapeuta, psychiatra, psycholog nie walczy ze swoim pacjentem wymuszając na nim rezygnację, ustąpienie, lecz chroni go przed emocjami, z którymi pacjent sobie nie radzi. Tak samo widzę sprawę ja, gdy ktoś trafia u mnie do kategorii "pacjent". Żaden psychiatra nie będzie brał na serio "porażki" polegającej na tym, że od razu nie wymusił na pacjencie z urojeniami przyznania się do błędu w traktowaniu rzeczy. Psychiatra wie, że jego pacjent jest za słaby mentalnie, aby sobie z problemem poradzić, a droga poprzez wymusy, złość, straszenie jest w tym wypadku przeciwskuteczna.

Gdy zatem spotykam osobę, która w kontakcie ze mną "pozwala sobie" na użycie aspekty złości, niemerytorycznej presji, szantażu itp., to u mnie ląduje w kategorii: pacjent.
Dla pacjentów obowiązują znacząco inne reguły, niż dla ludzi równych mi umysłem
- opinie pacjentów uznaje się za mało wiarygodne, niezbyt rozumne
- z pacjentami, jeśli jakieś spory się w ogóle prowadzi, to na zasadzie ścisłego dawkowania argumentów. Zbyt mocne argumenty mogłyby bowiem pacjenta zbytnio przybić, co nie jest celem "terapii" (w tym trybie rozmowa/dyskusja staje się bowiem terapią z mojej strony, czyli innym trybem komunikacji)
- pacjentowi nie trzeba w ogóle mówić prawdy (jest to możliwe, może nawet pożądane, o ile nie ma osobnych przeciwwskazań, ale nie jest to wymóg), bo istnieje poważne zagrożenie, że prawda pacjenta mogłaby mentalnie uszkodzić. Na tym polega ogólnie istota słabości umysłu, że umysł nie radzi sobie z przyjęciem świata w prawdzie, tworząc sobie iluzje, które osładzają mu ból przyjęcia tego, co do niego dociera. Akceptując ten stan rzeczy, czuję się zwolniony od wymogu prawdomówności, jasnego wyrażania myśli. Robię to dla dobra pacjenta, a nie aby z nim walczyć.
- Ogólnie pacjent w dyskusji jest dyskutantem "szczególnej troski", kimś na podobieństwo małego, niedojrzałego dziecka, osoby niepełnosprawnej intelektualnie, czy mentalnie, osoba, o której się nie myśli, jak o kimś równym w dyskusji (czym innym jest jakaś ogólna równość w człowieczeństwie, która oczywiście jest niezbywalna).

Pacjentom ze mną jest dobrze, bo otaczam ich mentalną ochroną. Ale też, tu nie będę ukrywał, bycie pacjentem u mnie jest formą poniżenia czyjegoś umysłu. Powtórzę: umysłu, a nie człowieczeństwa!
Jak najprościej trafić na listę moich pacjentów?
- Denerwować się, gdy stawiam niewygodne pytania i problemy, atakować bezradnie, reagować emocjami, porzucając rozumienie na rzecz (różnie okazywanej) histerii, że coś idzie nie po myśli osoby.
Co jest po przeciwnej stronie mojego osobistego uznania dla umysłu?
- Status mocarza umysłu.
Jakie cechy wg mnie ma mocarz umysłu?
- To ktoś, kogo emocje nie wyprowadzają z równowagi, kto ma rozliczony aspekt błędu i porażki (nie boi się porażki, umie porażkę godnie przyjąć), potrafi uznać swój błąd, nawet szuka okazji do przekonania się, w czym mógłby błąd popełnić, będąc wdzięczny tym osobom, które mu błąd wskażą i pomogą w doskonaleniu się. Uzupełnieniem wizerunku mocarza umysłu jest oczywiście także wiedza i inteligencja, choć te cechy ogólnomentalne, związane z pewną postacią pokory intelektualnej są wg mnie ważniejsze. Mocarz umysłu zdobywa DOŚWIADCZENIE, budując tak bazę interpretacji, wzorców, schematów reagowania, których potem może używać, aby nie jak najmniej uronić z prawdy, aby to co jest było odbierane jak najbliżej tego jakie owo coś jest, a nie jakimi chciałyby owo coś widzieć nieuporządkowane emocje.

Mam jeden problem wciąż nie rozwiązany - czy dalej powinienem unikać zwyciężania?
Właściwie to zwyciężanie "wisi mi kalafiorem", jestem (prawie, bo bywają wyjątki od tej reguły) ponad tę emocję. Ale też zdaję sobie sprawę, że w odczycie społecznym wielu to myli. Gdy oddaję zwycięstwo walkowerem, mimo że mam świadomość, iż przeciwnika bez trudu "bym rozniósł", zastanawiam się, czy czasem nie staję się oszustem... Bo ukazuję otoczeniu nieprawdziwą postać odpowiedzi na pytanie o to, kto jest górą w danej dziedzinie.
Z drugiej strony jednak wokół siebie widzę tylu pacjentów... Z nimi zwycięstwo ani nie miałoby smaku (co to za satysfakcja pokonać ewidentnego słabeusza?...), ani też zapewne nie zostałoby zrozumiane.
Chyba nie ma w tym reguły. Może czasem powinienem zrobić wyjątek i gdzieś tam zwyciężyć. Tylko, że problem dodatkowy jest taki, iż ja nie w każdej konkurencji - rywalizacji w ogóle mam ochotę startować. Szczerze walczę wtedy, gdy widzę jakoś uczciwe reguły, gdy to, o co toczy się gra, jest przeze mnie akceptowane. A niestety, nie jest łatwo znaleźć godnego przeciwnika. Godnego czyli takiego, który stosuje reguły podobne do moich, a nie odleci w histeryczne emocje, czy oszukańcze iluzje przy pierwszym spotkaniu się z poważnym argumentem z mojej strony. Walka na której mi nie zależy, sama w sobie nie byłaby bowiem uczciwa. Uczciwy pojedynek wymaga bowiem z obu stron szczerego zaangażowania, a nie udawania, owego zaangażowania.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 17407
Przeczytał: 111 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 13:26, 17 Lis 2020    Temat postu: Re: Michał o sobie

Jestem dziwakiem pod jednym względem - zadaję sobie często pytanie: o co żebrzą moje emocje?
Domyślnym trybem funkcjonowania większości ludzi jest akceptacja dla emocji - jak leci. Tak w pełni każdej emocji jednak zaakceptować się nie da, kultura, wychowanie, normy społeczne wymuszają na nas przeciwstawienie się różnym emocjom, w szczególności nieopanowanej złości, pragnieniu spełnienia każdej zachcianki. Dlatego, może z pewnymi oporami i niezadowoleniem, ludzie godzą się na ograniczenie jakiejś tam grupy emocji. Inne emocje jednak wciąż mają zielone światło, wręcz staramy się im dogodzić.
Ja próbuję obserwować nawet te emocje, które nie są wzbronione kulturowo. Czy aby na pewno przynoszą mi one W OSTATECZNYM ROZRACHUNKU radość, korzyść, spełnienie?
Nawet emocje uznane, dozwolone, nawet nie ograniczone restrykcjami kulturowymi, religijnymi, związanymi z wykonywaniem jakiejś pracy, będą jakoś wpływały na moje myśli i uczucia, dadzą jakieś konsekwencje. Czasem te akceptowane emocje mogą wyglądać na niewinne, na dające tylko szczęście, ale może to tylko pozór?
Tu jest pytanie o TRWAŁE SZCZĘŚCIE. Emocje dają jakąś postać radości, spełnienia. Ale czy aby na pewno nie zabierają mi szczęścia, spełnienia innego rodzaju?
- Dopóki ich nie poznam, nie zrozumiem, to nie będę w stanie zasadnie odpowiedzieć na to pytanie. Więc pytam.
Tu jestem niezrozumiały dla większości ludzi, którzy mają paradygmat ochrony swoich emocji w postaci, w jakiej przyszły.
Tu mi się trochę znowu kojarzy chrześcijaństwo i wypowiedź Jezusa, że kto chce zyskać swoje życie w świecie, ten je straci. Może to tak jest, że akceptując bezkrytycznie ten strumień przyjemności i satysfakcji, który do nas dociera, nigdy nie zrozumiemy siebie?
Może trzeba te emocje, te radości jakoś zanegować, spojrzeć na nie z innej strony?...
Nie myślę tu wcale o jakimś cierpiętnictwie, nie zamierzam do końca życia chodzić we włosiennicy. Ale warto jest wychodzić poza swoje strefy komfortu, bo inaczej będziemy niewolnikami tych stref komfortu. A to z kolei spowoduje, że gdy coś zewnętrznego aktywnie wkroczy i nam owe strefy komfortu zdewastuje, to my będziemy bezbronni, kompletnie nieprzygotowani.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 17407
Przeczytał: 111 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 12:44, 18 Lis 2020    Temat postu: Re: Michał o sobie

Moją, chyba dość znaczącą, cechą jest to, że nie lubię się narzucać.
Są ludzie, którzy wypchnięci drzwiami, wracają oknem, albo którzy po odmowie na ich prośbę, proszą drugi raz, trzeci, piąty, setny...
Ale to nie ja. Moim domyślnym, mentalnie natywnym trybem reakcji na odrzucenie przez kogoś jest: nie chcesz, nie podobam się? - no problem... jest nie tak mało miejsca na świecie, jak mogę się usunąć, a z twojej ścieżki życia chętnie się usunę.
Nie żebrzę o akceptację. Właściwie to więcej - najczęściej nawet nie specjalnie o tę akceptację pytam. Jestem bardziej zatopiony we własnym światku myśli i uczuć.
Do kontaktów z ludźmi często bardziej zmuszam się, niż ich potrzebuję. Często, choć oczywiście nie zawsze. Nie chciałbym zostać całkiem sam na świecie. Ale w zupełności wystarczyłyby mi nieliczne osoby do towarzystwa, a zapoznawanie osób nowych, postrzegam często (nie zawsze) mimowolnie jako rodzaj wyrzeczenia, pracy nad sobą, przymusu, niż coś, co mnie emocjonalnie pociąga (choć zdarzają mi się napady potrzeb towarzyskich, ale nie są one jakoś szczególnie częste).
Czasem więc wręcz cieszę się, gdy ktoś zachowuje się wobec mnie grubiańsko, odrzucająco. Bo takie czyjeś zachowanie w jakimś stopniu zwalnia mnie z tego narzucania sobie obowiązku życzliwości względem owej osoby. Mogę wtedy sobie powiedzieć: on/ona sam/a nie chce mojego towarzystwa, więc nie muszę już się katować forsowaniem w sobie życzliwości do tej osoby, czy nawiązywania z nią kontaktu. Tak jest mi wygodniej, mam więcej czasu i energii na swoje sprawy.
Z drugiej strony chyba nie jestem jakimś sobkiem, staram się być pomocny, życzliwy. I w ogóle chyba lubię ludzi. Ale też lubię ich bardziej, gdy...
są na pewien dystans. Cieszę się, że gdzieś są, tworzą w tle jakąś społeczność, jednak bardziej komfortowo się czuję, gdy za bardzo mi dupy nie zawracają.
Dlatego mam sporą łatwość godzenia się z różnymi formami odrzucenia mnie. Chcesz mnie, lubisz mnie? - fajnie. Nie chcesz?... - drugie dobrze, mam cię z głowy, mam więcej czasu dla siebie, też fajnie. :)


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Śro 12:46, 18 Lis 2020, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 17407
Przeczytał: 111 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 18:01, 28 Lis 2020    Temat postu: Re: Michał o sobie

Michał Dyszyński napisał:
Moją, chyba dość znaczącą, cechą jest to, że nie lubię się narzucać.
Są ludzie, którzy wypchnięci drzwiami, wracają oknem, albo którzy po odmowie na ich prośbę, proszą drugi raz, trzeci, piąty, setny...
Ale to nie ja. Moim domyślnym, mentalnie natywnym trybem reakcji na odrzucenie przez kogoś jest: nie chcesz, nie podobam się? - no problem... jest nie tak mało miejsca na świecie, jak mogę się usunąć, a z twojej ścieżki życia chętnie się usunę.


Mam też zasadę, że NIE MUSZĘ MIEĆ OSTATNIEGO SŁOWA. Narzucam ją sobie czasem pewną formą dyscypliny, bo jakby tak iść na żywioł, to bym pewnie ciągnął niektóre spory i ciągnął, wciąż odpowiadając na kolejne odpowiedzi na moje odpowiedzi. Człowiek ulega często złudzeniu, ze to co teraz powie drugiej stronie, jest tak dobitne, tak przekonywujące, że ostatecznie przeważy szalę, wyłoni to stanowisko, którego się broni jako to słuszne. Ale doświadczenie uczy, iż jest to złudne odczucie w zdecydowanej większości przypadków. Ludzie mają instynkt obrony swojego stanowiska ponad wszystko, więc nawet jeśli się ma naprawdę dobry argument, to i tak raczej nie zostanie on zaakceptowany. Prędzej będzie odrzucony tym bardziej, im bardziej gdy wygląda na dobry.
Jest i drugi powód, dla którego uważam, że nie bardzo warto jest dorzucać coraz to kolejnych epizodów wsparcia dla poprzednich argumentów. To bowiem sugeruje, że poprzednie argumenty były niewystarczające. Tymczasem najczęściej jest tak, że już poprzedni argument, który podałem - gdyby został uczciwie rozpatrzony - to powinien zostać uznany, albo przynajmniej wymagane byłoby dobre uzasadnienie jego odrzucenia. W dyskusji jednak najczęściej spotykam się z ignorowaniem argumentów, a nie ich obalaniem na drodze argumentacji przeciwnej. Czyli, skoro i tak ktoś poprzednim naszym argumentem się nie zajął (choć powinien), to znikoma jest szansa, że tym nowym się zajmie.
Moje stanowisko jest takie, że już poprzedni mój argument jest na tyle mocny, że bez jego dobrego odrzucenia (zasadnego!) właściwie nie ma dyskusji. Tamten argument WCIĄŻ LEŻY NA STOLE! A dodawanie argumentów nowych sugerowałoby, że faktycznie tamten argument był jakiś słaby.


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Sob 19:30, 28 Lis 2020, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Kretowisko / Blog: Michał Dyszyński Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3
Strona 3 z 3

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin