Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Jak szanować samego siebie i być szczęśliwym?

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Filozofia
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 11137
Przeczytał: 59 tematów

Pomógł: 787 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 15:35, 27 Paź 2018    Temat postu: Jak szanować samego siebie i być szczęśliwym?

Podstawowym problemem, właściwie to fundamentem mentalnym życia jest stosunek do samego siebie. Można tu mówić o akceptacji siebie, zaufaniu sobie, a z drugiej strony o narcyzmie, egoizmie.
Podręczniki na temat życia i szczęścia masowo wydawane na całym świecie doradzają ludziom, aby siebie akceptowali, przebaczali sobie, byli pogodni i nie stresowali się. Jednocześnie jednak po lekturze owych podręczników bardzo niewielu jest w stanie wykonać, to co tam się proponuje. Jak ktoś jest nieszczęśliwy, to powiedzenie mu: "powinieneś być wyluzowany i radosny", prędzej wywoła stan irytacji i pogłębienie stanu dyskomfortu, niż uszczęśliwienie.
Dlaczego tak jest?
- Dlaczego, mimo że pragniemy być szczęśliwi, mimo że nam się wskazuje do tego (teoretycznie poprawną) drogę, to najczęściej jesteśmy bezradni w owego szczęścia osiąganiu?...

Ktoś może powiedzieć, że taki wątek w ogóle nie powinien pojawić się w dziale Filozofia, lecz Psychologia (bądź podobny; na sfinii w ogóle nie ma tak zatytułowanego działu, tylko "świat ożywiony", w którym psychologia jest jako jeden z tematów). Ja jednak tutaj pragnę się skierować właśnie w stronę filozoficznych aspektów szczęścia. Uważam, że takie są. Właściwie samo umieszczenie tutaj owego wątku niejawnie stawia pewną tezę, którą można sformułować jako: są pewne światopoglądowe aspekty, których rozwiązanie jest niezbędne, aby uzyskać stan trwałego szczęścia.
Inaczej mówiąc, ową tezę można też sformułować w postaci: wszystkie postacie szczęścia, jakie spotykamy w życiu są z natury nietrwałe, ale jednocześnie jest taki postulowany stan zarządzania świadomością, który pokona ową nietrwałość, zapewniając szczęście nie dewaluujące się.

Czy mam rację?...
- Zdaję sobie sprawę, że ten post ma też pewne moje SUBIEKTYWNE podstawy. Pisuje na forum filozoficznym, gnębią mnie pytania światopoglądowe. To samo w sobie wskazuje, że akurat ja jakoś nie potrafię być szczęśliwy w sposób taki bezpośredni. Więc może to po prostu jakiś taki "robak filozofii" mnie gryzie?...
Nie wykluczam, że inni ludzie mogą jakoś zadowolić się życiowo tym, że coś zjedli, wypili, są szczęśliwi bo komuś dali w mordę, albo zdobyli grant na swoje badania. I może takie szcześcię będzie u nich trwałe. Ale właściwie jednak ja w to wątpię. Uważam, że każde szczęście świata jakie znamy, ostatecznie kiedyś się znudzi, wypali, uczyni nas bezradnymi wobec prostego pytania: a właściwie to po co mi to wszystko?
Oczywiście trącamy tu pytanie o sens życia. Niektórzy negują w ogóle potrzebę stawiania owego pytania. Życie - wg nich - polega po prostu na robieniu tego... co się robi, co przychodzi nam do głowy. Ale przecież to co przychodzi do głowy też z czegoś wynika - z jakiejś analizy zdarzeń i ich interpretacji. A postawy do owej analizy ostatecznie mogą być poprawne, albo i nie, więc trzeba grzebnąć w myślach, dlaczego przyjmujemy takie, a nie inne paradygmaty, czyli znowu dochodzimy na koniec do jakiejś głębszej autorefleksji.
A może da się jakoś siłą zatrzymać owa potrzebę refleksji?...
Po prostu zakazać sobie, powiedzieć: wolno mi pytać się o sprawy praktyczne, np. o to jak uruchomić samochód, ale pytanie "dokąd i po co owym samochodem jechać?" już jest zakazane...
Ale to chyba tak nie zadziała. Jeśli pytam o to, jak uruchomić samochód, to owo pytanie z czegoś wynika - z tego, że jest cel, np. z kimś się spotkać, coś osiągnąć. A to, co będziemy osiągać, jakoś trzeba wyłonić z niebytu. Tzn. można się zdać na łaskę cudzego wyboru, pytać się autorytetów, ale wtedy stawiamy się w pozycji kogoś zależnego, zaś życie pokazuje, iż tego rodzaju zależność, brak autonomii bywa okrutnie wykorzystywane przez wrogie nam siły. Więc jednak minimum samodzielności osiągać musimy, a dalej też wynika z tego konieczność posiadania jakichś podstaw do decyzji o celach życiowych. Bo inaczej zostaniemy wykorzystani, a potem pozostawieni z konsekwencjami problemów, które narobiliśmy działając w imię cudzych interesów, przeczących naszym potrzebom i dobru.
Gdzieś z tego wynika też chyba jakiś postulat ochrony swojej mentalnej integralności. Można sobie mówić, że chce się być pokornym, posłusznym, nie stawiającym własnych potrzeb ponad cudze. Taka postawa, choć nieraz uznawana za chwalebną i słuszną, jeśli jednak zbytnio usunie w cień nasze ja, rozumowanie, wybory może nas zaprowadzić do sytuacji podobnej do tych z czasów II wojny światowej - hitlerowców, którzy "tylko wykonywali rozkazy". Może niejeden z nich chciał być dobrym człowiekiem - dobrym w znaczeniu nie stawiania własnej woli nad wolę innych ludzi. Ale oto podstawiono tym ludziom wolę tyrana, kogoś kto wyimaginował sobie potrzebę masowych mordów. W ogóle II wojna światowa stawia (w moim przekonaniu) dość podstawowe pytanie filozoficzne względem natury człowieka i idei dobra. Ona niejako anulowała naiwnie rozumianą "cnotę posłuszeństwa". Z tych strasznych zdarzeń, jakie przeżyła ludzkość wynika fundamentalny wniosek dotyczący pytania: jak być dobrym, sensownym człowiekiem?
- Trzeba zdobyć się na pewien minimalny poziom decyzyjności, samodzielności, a gdy przyjdzie taki moment także buntu i heroizmu. Po prostu inaczej nie da rady. Kto się z tym nie pogodzi, ten w pewnym momencie albo przyłoży rękę do zła (może jakiegoś wielkiego zła), albo stanie w obliczu strasznej niekonsekwencji własnych myśli, cierpienia mentalnego, związanego z wytworzeniem się sytuacji, w której po prostu nie ma rozwiązania - jest koszmar zagubienia i rozpaczy, bo to co ważne dla trwania umysłu, okazuje się być sprzeczne.


Post został pochwalony 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs




Dołączył: 28 Wrz 2015
Posty: 6514
Przeczytał: 49 tematów

Pomógł: 149 razy
Skąd: Little Rhody, USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 17:56, 27 Paź 2018    Temat postu: Re: Jak szanować samego siebie i być szczęśliwym?

Michał Dyszyński napisał:
Podstawowym problemem, właściwie to fundamentem mentalnym życia jest stosunek do samego siebie.
Nie tylko mentalnym.

Cytat:
Można tu mówić o akceptacji siebie, zaufaniu sobie, a z drugiej strony o narcyzmie, egoizmie.
Podręczniki na temat życia i szczęścia masowo wydawane na całym świecie doradzają ludziom, aby siebie akceptowali, przebaczali sobie, byli pogodni i nie stresowali się. Jednocześnie jednak po lekturze owych podręczników bardzo niewielu jest w stanie wykonać, to co tam się proponuje. Jak ktoś jest nieszczęśliwy, to powiedzenie mu: "powinieneś być wyluzowany i radosny", prędzej wywoła stan irytacji i pogłębienie stanu dyskomfortu, niż uszczęśliwienie.
Dlaczego tak jest?
- Dlaczego, mimo że pragniemy być szczęśliwi, mimo że nam się wskazuje do tego (teoretycznie poprawną) drogę, to najczęściej jesteśmy bezradni w owego szczęścia osiąganiu?...

Ktoś może powiedzieć, że taki wątek w ogóle nie powinien pojawić się w dziale Filozofia, lecz Psychologia (bądź podobny; na sfinii w ogóle nie ma tak zatytułowanego działu, tylko "świat ożywiony", w którym psychologia jest jako jeden z tematów). Ja jednak tutaj pragnę się skierować właśnie w stronę filozoficznych aspektów szczęścia. Uważam, że takie są. Właściwie samo umieszczenie tutaj owego wątku niejawnie stawia pewną tezę, którą można sformułować jako: są pewne światopoglądowe aspekty, których rozwiązanie jest niezbędne, aby uzyskać stan trwałego szczęścia.
Nie ma takiego stanu. Juz jego zakladanie sprawi stres mentalny a tym samym fizjologiczny.

Cytat:
Inaczej mówiąc, ową tezę można też sformułować w postaci: wszystkie postacie szczęścia, jakie spotykamy w życiu są z natury nietrwałe, ale jednocześnie jest taki postulowany stan zarządzania świadomością, który pokona ową nietrwałość, zapewniając szczęście nie dewaluujące się.
Swiadomoscia sie nie zarzadza, bo jest rezultatem funkcji (termin otwarty) calego organizmu ludzkiego we wspolpracy z otoczeniem, ktorym jest wszystko. Jesli sie nie wyspie przynajmniej 7 godzin, to myslenie o "zarzadzaniu swaidomosci" nie zniweluje konsekwencji braku regenerujacych aspektow snu. Szczegolnie myslenie bedzie zaklocone metaboliza nadmiaru kortyzolu.

Cytat:
Czy mam rację?...
A niby po co to zalozenie? Fenomen zainteresowania omawia sie wieloaspektowo zeby wiedze o nim zglebic a nie umiescic w "mentalnym bunkrze" (metafora).

Cytat:
- Zdaję sobie sprawę, że ten post ma też pewne moje SUBIEKTYWNE podstawy. Pisuje na forum filozoficznym, gnębią mnie pytania światopoglądowe. To samo w sobie wskazuje, że akurat ja jakoś nie potrafię być szczęśliwy w sposób taki bezpośredni. Więc może to po prostu jakiś taki "robak filozofii" mnie gryzie?...
Nie wykluczam, że inni ludzie mogą jakoś zadowolić się życiowo tym, że coś zjedli, wypili, są szczęśliwi bo komuś dali w mordę, albo zdobyli grant na swoje badania. I może takie szcześcię będzie u nich trwałe. Ale właściwie jednak ja w to wątpię. Uważam, że każde szczęście świata jakie znamy, ostatecznie kiedyś się znudzi, wypali, uczyni nas bezradnymi wobec prostego pytania: a właściwie to po co mi to wszystko?
Oczywiście trącamy tu pytanie o sens życia. Niektórzy negują w ogóle potrzebę stawiania owego pytania. Życie - wg nich - polega po prostu na robieniu tego... co się robi, co przychodzi nam do głowy. Ale przecież to co przychodzi do głowy też z czegoś wynika - z jakiejś analizy zdarzeń i ich interpretacji. A postawy do owej analizy ostatecznie mogą być poprawne, albo i nie, więc trzeba grzebnąć w myślach, dlaczego przyjmujemy takie, a nie inne paradygmaty, czyli znowu dochodzimy na koniec do jakiejś głębszej autorefleksji.
Podchodzisz do fenomenu, ktory nie jest statycznym w percepcji ludzkiej jako statyczny. Wez pod uwage 3 archetypy zycia ludzkiego jak:

atleta - koncentracja na ciele fizycznym (wiek nastoletni do mniej wiecej wieku 30 lat) - "szczesciem" bedzie ladnie sie ubrac, wygladac, etc.;

wojownik - koncentracja na osiagnieciach zyciowych (wiek od mniej wiecej 30 do 40 lat);

osoba stanu - kontentracja na zrozumieniu i odczuciu, ze wszystko jest przemijajace i trzeba sie cieszy z chwili bo druga moze nie zaistniec (wiek mniej wiecej od 40 lat do zgonu)

Tragedia zycia wielu ludzi stworzona na wlasne zyczenie jest fakt, ze nie przechodza przez archetypy zycia (nie dojrzewaja zyciowo) i dlatego swoja rzeczywistosc tworza jako strumien roszczen i wydaje im sie, ze inni czynia to samo. Sa to osoby toksyczne, ktore potrzeba omijac aby tworzy swoj dobrostan w kazdej chwili czyli (1) pozwolic negatywnym emocjom odejsc zamiast podsycac je mysleniem, (2) okreslic sens wlasnego zycia w kontekscie (3) konstruktywnych relicji z innymi, (4) osiagac cele na miare mozliwosci danych etapow zycia, i (5) byc zaangazowanym w siebie i srodowisko, ktorym jest wszysko w granicach zdrowego rozsadku jak go okreslasz szacunek do siebie.

Cytat:
A może da się jakoś siłą zatrzymać owa potrzebę refleksji?...
Jest to niewskazane. Problemy socjalne w Polsce sa wlasnie powodem braku samorefleksji.

Cytat:
Po prostu zakazać sobie, powiedzieć: wolno mi pytać się o sprawy praktyczne, np. o to jak uruchomić samochód, ale pytanie "dokąd i po co owym samochodem jechać?" już jest zakazane...
Ale to chyba tak nie zadziała. Jeśli pytam o to, jak uruchomić samochód, to owo pytanie z czegoś wynika - z tego, że jest cel, np. z kimś się spotkać, coś osiągnąć. A to, co będziemy osiągać, jakoś trzeba wyłonić z niebytu. Tzn. można się zdać na łaskę cudzego wyboru, pytać się autorytetów, ale wtedy stawiamy się w pozycji kogoś zależnego, zaś życie pokazuje, iż tego rodzaju zależność, brak autonomii bywa okrutnie wykorzystywane przez wrogie nam siły. Więc jednak minimum samodzielności osiągać musimy, a dalej też wynika z tego konieczność posiadania jakichś podstaw do decyzji o celach życiowych. Bo inaczej zostaniemy wykorzystani, a potem pozostawieni z konsekwencjami problemów, które narobiliśmy działając w imię cudzych interesów, przeczących naszym potrzebom i dobru.
Gdzieś z tego wynika też chyba jakiś postulat ochrony swojej mentalnej integralności. Można sobie mówić, że chce się być pokornym, posłusznym, nie stawiającym własnych potrzeb ponad cudze. Taka postawa, choć nieraz uznawana za chwalebną i słuszną, jeśli jednak zbytnio usunie w cień nasze ja, rozumowanie, wybory może nas zaprowadzić do sytuacji podobnej do tych z czasów II wojny światowej - hitlerowców, którzy "tylko wykonywali rozkazy". Może niejeden z nich chciał być dobrym człowiekiem - dobrym w znaczeniu nie stawiania własnej woli nad wolę innych ludzi. Ale oto podstawiono tym ludziom wolę tyrana, kogoś kto wyimaginował sobie potrzebę masowych mordów. W ogóle II wojna światowa stawia (w moim przekonaniu) dość podstawowe pytanie filozoficzne względem natury człowieka i idei dobra. Ona niejako anulowała naiwnie rozumianą "cnotę posłuszeństwa". Z tych strasznych zdarzeń, jakie przeżyła ludzkość wynika fundamentalny wniosek dotyczący pytania: jak być dobrym, sensownym człowiekiem?
- Trzeba zdobyć się na pewien minimalny poziom decyzyjności, samodzielności, a gdy przyjdzie taki moment także buntu i heroizmu. Po prostu inaczej nie da rady. Kto się z tym nie pogodzi, ten w pewnym momencie albo przyłoży rękę do zła (może jakiegoś wielkiego zła), albo stanie w obliczu strasznej niekonsekwencji własnych myśli, cierpienia mentalnego, związanego z wytworzeniem się sytuacji, w której po prostu nie ma rozwiązania - jest koszmar zagubienia i rozpaczy, bo to co ważne dla trwania umysłu, okazuje się być sprzeczne.


Ruchy jak faszyzm, nazizm, etc. to rezultat ograniczonego myślenia na bazie niskiej samooceny członków grupy i destruktywnych emocji z ktorych dochodzi do czynow w amoku. Taka grupa zindoktrynowana przez charyzmatycznego lidera może dokonać ogromnych szkód innym w kontekście działania pod egidą grupy i uzewnętrzniania najniższych instynktów, które człowiek jako jednostka nie byłby w stanie uzewnętrznić. To Paradoks Abilene, czyli sytuacja gdzie zniszczenie grupowe już się dokonało i nastąpił moment zastanowienis się u pewnych członków grupy w jaki sposób do takiej sytuacji mogło dojść. Nie wszyscy członkowie takiej destruktywnej grupy dokonują takiej refleksji i praktycznie żaden członek nie werbalizuje takiej refleksji nawet gdyby się pojawiła ze strachu przed gniewem całej grupy.

Odpowiedzi na wszelkie pytania i watpliwosci sa w Tobie i wystarczy tylko wyciszyc sie i "posluchac". :)


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Dyskurs dnia Śro 0:26, 31 Paź 2018, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 11137
Przeczytał: 59 tematów

Pomógł: 787 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 23:18, 27 Paź 2018    Temat postu: Re: Jak szanować samego siebie i być szczęśliwym?

Dyskurs napisał:
Tu masz przyklad jak taka grupa funkcjonuje na naszym forum w Kretwisku w sciezce "Mozna pokowboic" a wpisujacy tam sa znani z niskiego poziomu elementarnej wiedzy i czestych wybuchow "glupawki".

Szczerze?...
To, że oni coś tam wypisują w miejscu, gdzie sobie na przeznaczyli, nie jest dla mnie dziwne, chyba jest w porządku.
Ale, że przyklejasz to tutaj, gdzie jest to tekst nie na temat, gdzie może osoby z tamtego wątku nie zaglądają, a osoby, które z kolei tu zaglądają, nie mają zainteresowania tamtymi sprawami - to wszystko jest Twoja "zasługa".

Nie rozumiem jeszcze jednego - skoro Ci coś tam (jak piszesz) nie odpowiada, to czemu się w tamte dyskusje angażujesz?
- Nie masz siły przestać?...
Gdzieś chyba masz ten mentalny problem rozliczenia się z własnymi emocjami, z tym, czego pragniesz. Angażujesz się w coś, co Ci nie odpowiada. Robisz to pod przymusem?...
Kto (!) Cię do tego zmusza?
Sama się do tego zmuszasz?...
Jeśli tak, to stałaś się niewolnicą jakichś swoich impulsów. Może to lubisz, może ta podwójna rola - niewolnicy i tyrana samej siebie Ci odpowiada.
Nie wiem. Mnie taka rola by nie odpowiadała. Lubię sobie samemu wyjaśnić, o co mi chodzi, a potem staram się postępować tak, jak z owego wyjaśnienia mi wynika. Czuję, że inaczej nie będę szczęśliwy.
Ty potrafisz być szczęśliwa angażując się w dyskusje, których nie lubisz, nie akceptujesz ich stylu?...
Ale właściwie to nie moja sprawa. Twój problem.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs




Dołączył: 28 Wrz 2015
Posty: 6514
Przeczytał: 49 tematów

Pomógł: 149 razy
Skąd: Little Rhody, USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 0:54, 28 Paź 2018    Temat postu: Re: Jak szanować samego siebie i być szczęśliwym?

Michał Dyszyński napisał:
Dyskurs napisał:
Tu masz przyklad jak taka grupa funkcjonuje na naszym forum w Kretwisku w sciezce "Mozna pokowboic" a wpisujacy tam sa znani z niskiego poziomu elementarnej wiedzy i czestych wybuchow "glupawki".

Szczerze?...
To, że oni coś tam wypisują w miejscu, gdzie sobie na przeznaczyli, nie jest dla mnie dziwne, chyba jest w porządku.
Tego nie kwestionowalam.

Cytat:
Ale, że przyklejasz to tutaj, gdzie jest to tekst nie na temat, gdzie może osoby z tamtego wątku nie zaglądają, a osoby, które z kolei tu zaglądają, nie mają zainteresowania tamtymi sprawami - to wszystko jest Twoja "zasługa".
Raczej przyklad zachowania grupy. Ze Cie drzni, nie moja "zasluga".

Cytat:
Nie rozumiem jeszcze jednego - skoro Ci coś tam (jak piszesz) nie odpowiada, to czemu się w tamte dyskusje angażujesz?
Nie dokonuje tam zapisow. Umiescilam ten wpis na blogu IroBa gdzie moze ktokolwiek skomentowac, ale IroB usunal. Skoro ta osoba miala odwage napisac tak o mnie, to dlaczego przez inna osobe zwraca sie od usuniecie odpowiedzi ode mnie?

Cytat:
- Nie masz siły przestać?...
A dlaczego?

Cytat:
Gdzieś chyba masz ten mentalny problem rozliczenia się z własnymi emocjami, z tym, czego pragniesz. Angażujesz się w coś, co Ci nie odpowiada. Robisz to pod przymusem?...
Nie istnieje fenomen "rozliczania" sie z emocjami. Emocje to my.

Cytat:
Kto (!) Cię do tego zmusza?
Nikt.

Cytat:
Sama się do tego zmuszasz?...
Nie, bo nie zachodzi zaden przymus.

Cytat:
Jeśli tak, to stałaś się niewolnicą jakichś swoich impulsów. Może to lubisz, może ta podwójna rola - niewolnicy i tyrana samej siebie Ci odpowiada.
Nie wiem. Mnie taka rola by nie odpowiadała.
Zbyt duzo slow na omawianie fenomenu, ktory nie istnieje we mnie lecz w Tobie.

Cytat:
Lubię sobie samemu wyjaśnić, o co mi chodzi, a potem staram się postępować tak, jak z owego wyjaśnienia mi wynika. Czuję, że inaczej nie będę szczęśliwy.
Ale to szczescie warunkowe.

Cytat:
Ty potrafisz być szczęśliwa angażując się w dyskusje, których nie lubisz, nie akceptujesz ich stylu?...
Kto powiedzial, ze nie lubie? Bawi mnie elementarny brak wiedzy, bufonada, falsz, i ostracyzm. W moim srodowisku tego nie spotykam.

Cytat:
Ale właściwie to nie moja sprawa. Twój problem.
Zaden problem. Zrodlo humoru. :)

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 11137
Przeczytał: 59 tematów

Pomógł: 787 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 11:38, 28 Paź 2018    Temat postu: Re: Jak szanować samego siebie i być szczęśliwym?

Dyskurs napisał:
Cytat:
Ale właściwie to nie moja sprawa. Twój problem.
Zaden problem. Zrodlo humoru. :)

Sądząc z tego, że w swoim czasie nawet adminów i prokuraturę próbowałaś angażować w rozwiązywanie tych konfliktów na forach, jednak problem jest. Może to wypierasz, może teraz trudno jest Ci do tego się przyznać, ale da się odszukać także na naszym forum dość dramatyczne wpisy z Twojej strony. Nie wyglądały one wtedy, jako objaw dobrego humoru.
Ale daleki jestem od jakiegoś ostatecznego twierdzenia czegoś na temat Twoich uczuć. W końcu to tylko Ty je znasz, więc moje myśli mają co najwyżej status hipotezy.
Schodząc z konkretów w stronę ogólnych wniosków, chciałbym tylko zauważyć, że w wielu przypadkach istnieje KONTROWERSJA DOTYCZĄCA PRAGNIEŃ - na ile pragnienia bieżące są tymi, które dadzą nam trwałe szczęście.
Ja jestem przekonany, ze bez ułożenia sobie w głowie jakiegoś ogólniejszego obrazu siebie, świata, kształtu człowieczeństwa i poszanowania dla świadomości, cierpienia, uczuć w ogóle, człowiek będzie zagubiony, nie będzie umiał zinterpretować tego, co go w życiu spotyka, dlaczego cierpi itp.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Katolikus




Dołączył: 16 Lis 2016
Posty: 460
Przeczytał: 22 tematy

Pomógł: 41 razy

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 21:08, 30 Paź 2018    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:
są pewne światopoglądowe aspekty, których rozwiązanie jest niezbędne, aby uzyskać stan trwałego szczęścia.
Inaczej mówiąc, ową tezę można też sformułować w postaci: wszystkie postacie szczęścia, jakie spotykamy w życiu są z natury nietrwałe, ale jednocześnie jest taki postulowany stan zarządzania świadomością, który pokona ową nietrwałość, zapewniając szczęście nie dewaluujące się.


Napiszesz co masz namyśli? Jakie to aspekty? Rozwiązanie za pomocą czego? Czy każdy jest zdolny do rozwiązania? A jeśli nie, to czyja to wina?

Ostatnio czytałem (przeglądając fejsowe wiadomości) , jak mój były korepetytor od matematyki (który uczył mnie do matury kilka lat temu) zrobił zawrotną karierę. Zrobił doktorat z matematyki i informatyki. Stał się znanym wykładowcą. Szkoli nauczycieli, kształci studentów, maturzystów. Jest zapraszany do szkół, by motywować innych do działania i na swoim przykładzie pokazywać, ze da się osiągnąć szczęście, tylko trzeba walczyć o marzenia i nie przejmować się opinią innych. Ma też spore osiągnięcia w karate, ma fajną dziewczynę i wydaje się, że jest szczęśliwy i z wyglądu przeciętniak w okularach.

Gdy go czytałem zacząłem się zastanawiać, co ja musiałbym zrobić, zacząć robić, aby też osiągnąć jakiś sukces, zostać ekspertem w czymś, budzić się rano i wstawać przepełnionym motywacją do życia i działania, co zrobić, aby taki stan zagościł w moim życiu…

I doszedłem do wniosku, że... co najwyżej mógłbym napróć się jakimiś ziółkami.

To fajnie, jak czyta się, jak ktoś, kogo znamy odnosi sukces i prowadzi szczęśliwe życie i tryska radami dla innych. Jest tylko jeden problem. Trzeba mieć mózg i wiedzieć czego się chce od życia, a potem zdecydować się po to sięgnąć.

Niestety jak się nie ma mózgu (mała inteligencja, powolne myślenie) czyli nie ma się pewnych predyspozycji, które byłby w nas i czekały na rozpakowanie to z pustego Salomon nie naleje. Ja mogę sobie postawić cel, że zostanę wielkim matematykiem, zrobię doktorat itp. (jedna z zasad NLP mówi, aby modelować tych, którzy odnieśli sukces, co oni to robili, krok po kroku i spróbować się na tym wzorować) ale jeżeli nie mam do tego predyspozycji to jest to tak samo jakby ryba chciała zostać najlepszym biegaczem.

Tak więc moja odpowiedź na pytanie:
Cytat:
- Dlaczego, mimo że pragniemy być szczęśliwi, mimo że nam się wskazuje do tego (teoretycznie poprawną) drogę, to najczęściej jesteśmy bezradni w owego szczęścia osiąganiu?...


To brak mózgu i brak rozeznania czego się chce. A nawet jeśli już podejrzewamy czego chcemy to i tak brak mózgu czyli efekt ryby. Ja już nawet wolę sobie nie zadawać takich pytań, bo po co. Nie wszystkie pytania są dla ludzi.

Ten świat jest dziwnie popie**olony. Jedni mają za dużo inteligencji i kończą jako umysłowo chorzy, a drudzy mają za mało i kończą jako zwykłe kozy społeczne.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Katolikus dnia Wto 21:13, 30 Paź 2018, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
O.K.




Dołączył: 05 Maj 2012
Posty: 1809
Przeczytał: 73 tematy

Pomógł: 110 razy

PostWysłany: Wto 22:46, 30 Paź 2018    Temat postu:

Katolikus napisał:
Ostatnio czytałem (przeglądając fejsowe wiadomości) , jak mój były korepetytor od matematyki (który uczył mnie do matury kilka lat temu) zrobił zawrotną karierę. Zrobił doktorat z matematyki i informatyki. Stał się znanym wykładowcą. Szkoli nauczycieli, kształci studentów, maturzystów. Jest zapraszany do szkół, by motywować innych do działania i na swoim przykładzie pokazywać, ze da się osiągnąć szczęście, tylko trzeba walczyć o marzenia i nie przejmować się opinią innych. Ma też spore osiągnięcia w karate, ma fajną dziewczynę i wydaje się, że jest szczęśliwy i z wyglądu przeciętniak w okularach.

Gdy go czytałem zacząłem się zastanawiać, co ja musiałbym zrobić, zacząć robić, aby też osiągnąć jakiś sukces, zostać ekspertem w czymś, budzić się rano i wstawać przepełnionym motywacją do życia i działania, co zrobić, aby taki stan zagościł w moim życiu…


Pierwsza rzecz, radzilbym się nie porównywać do kogoś, kto w naszym mniemaniu odniósł sukces. Wbrew pozorom, życie "człowieka sukcesu" wcale nie musi być jednym ciągłym pasmem sukcesów, oraz idyllą, jak się postronnym osobom wydaje (co widac na przykladzie wielu celebrytów którzy marnie skończyli). 

Dwa: kazdy ma swoje talenty, i nie musi się patrzec na innych. Może odnieśc sukces po sowjemu, nie patrząc się na te mierniki sukcesu, które sa w modzie, kasa, pozycja, kariera, gdy już samemu się do tego dojdzie, to zaraz okazuje się to złudne. Nie trzeba miec doktoratu z czegoś tam, by miec porównywalna wiedzę (na swojej działce), znajomość rzeczy, co utytułowani eksperci. I nie czuć sie wcale gorszym, lecz śmiało dyskutować, czy być traktowanym, jak równy z równymi.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Ircia




Dołączył: 04 Lut 2018
Posty: 1009
Przeczytał: 5 tematów

Pomógł: 112 razy
Skąd: z wyśnionej krainy abstrakcji
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 23:21, 30 Paź 2018    Temat postu:

Dyskurs - skoro uważasz że jesteś swoimi emocjami to ok, ja ich doznaję, doznaję także tego co mój umysł z nimi robi.

Co do szczęścia to stan umysłu i, takie spokojne szczęście albo entuzjastyczne szczęście to na mój gust dwa podstawowe stany w jakich powinniśmy działać, a reszta to tylko znaki informacyjne, które niestety przez zrąbane programy źle interpretujemy, niektórzy się z nimi nawet utożsamiają.

Moim zdaniem podstawa to zrozumieć kim się jest i czym się dysponuje, poznać mocne i słabe strony, szanować siebie, choć nie koniecznie swoje głupie zachowania, akceptować siebie, ale nie to co sabotuje stan szczęścia. Wyznaczyć sobie jakiś rozsądny cel który nada sens, cel który sprawi że ważniejsza będzie droga do niego niż sam cel, aby móc cieszyć się każdym małym kroczkiem, aby żadne wydarzenia zewnętrzne nie miały decydującego wpływu na możliwość osiągnięcia celu.

Dla mnie sensem życia jest doświadczanie, w tym doświadczanie zabaw umysłu modelami rzeczywistości, cele są nieosiągalne w 100%, bo są nimi najwyższe wartości, każda pomyłka, głupota, jest cenną lekcją przybliżającą do celu. Dzięki takim założeniom mogę funkcjonować mimo akcji jakie odwalają moje neurony, ich pokręcone receptory - to po prostu ciekawe doświadczenie, może i czasem piekielnie trudne, ale bardzo wiele uczy o tym kim jestem a co tylko mam, o tym na co ma się wpływ i w jaki sposób, a co po prostu jest. Uważam że zawsze jest coś za coś - wszystko ma swoje plusy i minusy, nadmiary zazwyczaj są równoważone przez specyficzne braki. Masz za dużo inteligencji - masz przerąbane, bo nie pasujesz, bo potrzebujesz dużo więcej niż kanapa i pilot, masz za mało też masz przerąbane, choć przeciętny poziom też ma swoje wady.
Pogodzenie się z tym że wszystko ma swoje plusy i minusy pozwala kombinować jak ograniczać wpływ minusów, bo aby to zrobić trzeba wiedzieć że są, udawanie że ich nie ma to chowanie trupa do szafy...


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs




Dołączył: 28 Wrz 2015
Posty: 6514
Przeczytał: 49 tematów

Pomógł: 149 razy
Skąd: Little Rhody, USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 23:47, 30 Paź 2018    Temat postu: Re: Jak szanować samego siebie i być szczęśliwym?

Michał Dyszyński napisał:
Dyskurs napisał:
Cytat:
Ale właściwie to nie moja sprawa. Twój problem.
Zaden problem. Zrodlo humoru. :)
Sądząc z tego, że w swoim czasie nawet adminów i prokuraturę próbowałaś angażować w rozwiązywanie tych konfliktów na forach, jednak problem jest.
Byl.

Cytat:
Może to wypierasz, może teraz trudno jest Ci do tego się przyznać, ale da się odszukać także na naszym forum dość dramatyczne wpisy z Twojej strony. Nie wyglądały one wtedy, jako objaw dobrego humoru.
Nie zyje przeszloscia.

Cytat:
Ale daleki jestem od jakiegoś ostatecznego twierdzenia czegoś na temat Twoich uczuć. W końcu to tylko Ty je znasz, więc moje myśli mają co najwyżej status hipotezy.
Roboczej.

Cytat:
Schodząc z konkretów w stronę ogólnych wniosków, chciałbym tylko zauważyć, że w wielu przypadkach istnieje KONTROWERSJA DOTYCZĄCA PRAGNIEŃ - na ile pragnienia bieżące są tymi, które dadzą nam trwałe szczęście.
Nie istnieje fenomen trwalego szczescia. Istnieje fenomen dobrostanu, ale ten trzeba codzinnie tworzyc nie zyjac wczoraj ani jutrem, tylko byc obecnym w tu i teraz.

Cytat:
Ja jestem przekonany, ze bez ułożenia sobie w głowie jakiegoś ogólniejszego obrazu siebie, świata, kształtu człowieczeństwa i poszanowania dla świadomości, cierpienia, uczuć w ogóle, człowiek będzie zagubiony, nie będzie umiał zinterpretować tego, co go w życiu spotyka, dlaczego cierpi itp.
Nie potrzebuje niczego "ukladac w glowie", bo umysl konceptualny potrafi wiele znieksztalcic, ja nie wierze lecz wiem kiedy tworze swoje dobrostan a tworze go kazdego ranka.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs




Dołączył: 28 Wrz 2015
Posty: 6514
Przeczytał: 49 tematów

Pomógł: 149 razy
Skąd: Little Rhody, USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 0:23, 31 Paź 2018    Temat postu:

Ircia napisał:
Dyskurs - skoro uważasz że jesteś swoimi emocjami to ok, ja ich doznaję, doznaję także tego co mój umysł z nimi robi.
Emocje to ruch w nas. Każdy jest emocjami. Kwestią jest tylko, czy emocje są zrównoważone czy kontrolują człowieka prowadząc do destruktywnych zachowań.

Moje życie nie jest usłane płatkami róż. Po prostu nie zacinam się na skrajnościach. Dla przykładu, są krótkie chwilę kiedy żal za zmarłym Mężem złapie mnie nieoczekiwanie i nie mogę tego uczucia kontrolować. Na szczęścia zdarza się to coraz rzadziej i nigdy w pracy kiedy koncentruję się na kluczowych danych, bo mój mózg zużywa energię ne myślenie (nie mamy jeszcze programów z algorytmami aby podejmować ludzkie decyzje :) ). Kiedy to się dzieje, pozwolam tym emocjom naturalnie opaść na niższy poziom energii.

Ircia napisał:
Co do szczęścia to stan umysłu i, takie spokojne szczęście albo entuzjastyczne szczęście to na mój gust dwa podstawowe stany w jakich powinniśmy działać, a reszta to tylko znaki informacyjne, które niestety przez zrąbane programy źle interpretujemy, niektórzy się z nimi nawet utożsamiają.
Niekoniecznie. Szczęście najlepiej pozostawić samemu sobie i nie zajmować nim umysł. Bo z chwilą kontemplowania o szczęściu umysł człowieka potrafi znaleźć sporo powodów do nieszczęść. Dla przykładu w pracy w korporacji jestem 100% profesjonalistką. Nie pozwolę sobie na najdrobniejsze nawet uchybienie czy to słowem czy gestem. W domu preferue spokój i nie utrzymuję kontaktów z osobami które w jakikolwiek sposób mogłyby mój spokój zaburzyć.

Ircia napisał:
Moim zdaniem podstawa to zrozumieć kim się jest i czym się dysponuje, poznać mocne i słabe strony, szanować siebie, choć nie koniecznie swoje głupie zachowania, akceptować siebie, ale nie to co sabotuje stan szczęścia. Wyznaczyć sobie jakiś rozsądny cel który nada sens, cel który sprawi że ważniejsza będzie droga do niego niż sam cel, aby móc cieszyć się każdym małym kroczkiem, aby żadne wydarzenia zewnętrzne nie miały decydującego wpływu na możliwość osiągnięcia celu.
Owszem, nazywamy ten proces byciem dojrzałym życiowo.

Ircia napisał:
Dla mnie sensem życia jest doświadczanie, w tym doświadczanie zabaw umysłu modelami rzeczywistości, cele są nieosiągalne w 100%, bo są nimi najwyższe wartości, każda pomyłka, głupota, jest cenną lekcją przybliżającą do celu. Dzięki takim założeniom mogę funkcjonować mimo akcji jakie odwalają moje neurony, ich pokręcone receptory - to po prostu ciekawe doświadczenie, może i czasem piekielnie trudne, ale bardzo wiele uczy o tym kim jestem a co tylko mam, o tym na co ma się wpływ i w jaki sposób, a co po prostu jest. Uważam że zawsze jest coś za coś - wszystko ma swoje plusy i minusy, nadmiary zazwyczaj są równoważone przez specyficzne braki. Masz za dużo inteligencji - masz przerąbane, bo nie pasujesz, bo potrzebujesz dużo więcej niż kanapa i pilot, masz za mało też masz przerąbane, choć przeciętny poziom też ma swoje wady.
Pogodzenie się z tym że wszystko ma swoje plusy i minusy pozwala kombinować jak ograniczać wpływ minusów, bo aby to zrobić trzeba wiedzieć że są, udawanie że ich nie ma to chowanie trupa do szafy...
Jestem w swiatopogladzie zgodna z
Rabindranath Tagore napisał:
Spałem i śniłem, że życie jest radością. Obudziłem się i zauważyłem, że życie jest pomocą. Pomagałem i zauważyłem, że pomoc jest radością.
Ale pomoc nie powinna być w rodzaju miłości agape/konsumującej z powodu nadmiernego poświęcania się i bycia wykorzystywanym przez innych.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Ircia




Dołączył: 04 Lut 2018
Posty: 1009
Przeczytał: 5 tematów

Pomógł: 112 razy
Skąd: z wyśnionej krainy abstrakcji
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 10:41, 31 Paź 2018    Temat postu:

Cytat:
Dyskurs napisał:
Ircia napisał:
Dyskurs - skoro uważasz że jesteś swoimi emocjami to ok, ja ich doznaję, doznaję także tego co mój umysł z nimi robi.
Emocje to ruch w nas. Każdy jest emocjami. Kwestią jest tylko, czy emocje są zrównoważone czy kontrolują człowieka prowadząc do destruktywnych zachowań.

Moje życie nie jest usłane płatkami róż. Po prostu nie zacinam się na skrajnościach. Dla przykładu, są krótkie chwilę kiedy żal za zmarłym Mężem złapie mnie nieoczekiwanie i nie mogę tego uczucia kontrolować. Na szczęścia zdarza się to coraz rzadziej i nigdy w pracy kiedy koncentruję się na kluczowych danych, bo mój mózg zużywa energię ne myślenie (nie mamy jeszcze programów z algorytmami aby podejmować ludzkie decyzje :) ). Kiedy to się dzieje, pozwolam tym emocjom naturalnie opaść na niższy poziom energii.
Zobacz co piszesz - pozwalam emocjom, a równocześnie twierdzisz że nimi jesteś, ok - Twój model. Ja doświadczam emocji za pomocą mojego umysłu. Uznanie że nie jestem emocjami ani moim umysłem czy tym bardziej ciałem, że je posiadam daje mi opcje ich równoważenia, potraktowania jako informacji za pomocą innych elementów umysłu. Samej siebie nie ma sensu kontrolować za pomocą tego czego tylko doświadczam. Elementy umysłu których doświadczam mogą, a nawet powinny kontrolować się wzajemnie, choć kontrola to kiepskie słowo, chodzi raczej o współpracę, taką która prowadzi do równowagi. Moje emocje są skrajne i zmienne, tak samo jak nastroje i bez pełnej współpracy ze strony rozumu nie mogłabym funkcjonować z Chad.

Cytat:
. Nie pozwolę sobie na najdrobniejsze nawet uchybienie czy to słowem czy gestem. W domu preferue spokój i nie utrzymuję kontaktów z osobami które w jakikolwiek sposób mogłyby mój spokój zaburzyć.
Nie utrzymujesz kontaktów, a co się dzieje gdy przez jakiś czas masz kontakt z osobami które mogą zaburzyć twój spokój? Może rozsądniej doprowadzić do takiego stanu gdy nic nie ma takiej możliwości, albo jeśli zaburza to lekko i w sposób akceptowalny tak aby sobie radzić z trudnymi ludźmi, trudnymi sytuacjami? Sądzisz że to ktoś zaburza twój spokój czy to twój umysł pozwala na to aby doszło do takiego zaburzenia?
Cytat:

Ircia napisał:
Moim zdaniem podstawa to zrozumieć kim się jest i czym się dysponuje, poznać mocne i słabe strony, szanować siebie, choć nie koniecznie swoje głupie zachowania, akceptować siebie, ale nie to co sabotuje stan szczęścia. Wyznaczyć sobie jakiś rozsądny cel który nada sens, cel który sprawi że ważniejsza będzie droga do niego niż sam cel, aby móc cieszyć się każdym małym kroczkiem, aby żadne wydarzenia zewnętrzne nie miały decydującego wpływu na możliwość osiągnięcia celu.
Owszem, nazywamy ten proces byciem dojrzałym życiowo.
Tylko od tego jaki cel się obrało zależy czy ktoś cię nazwie dojrzałym czy wiecznym dzieckiem, bo ludzie mają nawyk porównywania i to co uważam za najrozsądniejsze większość uznaje za totalne bujanie w obłokach i dziecinadę, ale jak pisałam uważam że to mój umysł decyduje jaką wagę przywiązuje do tego typu opinii.
Cytat:

Jestem w swiatopogladzie zgodna z
Rabindranath Tagore napisał:
Spałem i śniłem, że życie jest radością. Obudziłem się i zauważyłem, że życie jest pomocą. Pomagałem i zauważyłem, że pomoc jest radością.
Ale pomoc nie powinna być w rodzaju miłości agape/konsumującej z powodu nadmiernego poświęcania się i bycia wykorzystywanym przez innych.

Pomocą komu i jak ? Radością z czego? Z faktu życia czy z tego co przynosi?


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Katolikus




Dołączył: 16 Lis 2016
Posty: 460
Przeczytał: 22 tematy

Pomógł: 41 razy

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 19:56, 31 Paź 2018    Temat postu:

Cytat:
Pierwsza rzecz, radzilbym się nie porównywać do kogoś, kto w naszym mniemaniu odniósł sukces..

Chyba będę musiał przeprowadzić się na pustynię ;-) Czasem takie porównywania wchodzą na dobre, bo mogą komuś dać kopa motywacyjnego albo pozwolić zrozumieć, że trzeba działać. Ale to działa w przypadku ludzi, którzy mają „mózg”.

Mnie najbardziej wkurza to, że nawet jeśli mam jakiś talent (a nie mam) to jest on bezużyteczny w tym świecie. Z tym się nic nie zrobi. Trzeba to zaakceptować.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
O.K.




Dołączył: 05 Maj 2012
Posty: 1809
Przeczytał: 73 tematy

Pomógł: 110 razy

PostWysłany: Czw 0:30, 01 Lis 2018    Temat postu:

Katolikus napisał:
Mnie najbardziej wkurza to, że nawet jeśli mam jakiś talent (a nie mam) to jest on bezużyteczny w tym świecie. Z tym się nic nie zrobi. Trzeba to zaakceptować.


Po pierwsze, nie wierzę w to że żadnego talentu nie masz (sądząc chociażby z tego że udzielasz się tu na forum, widać że inteligentny z Ciebie facet), po drugie, to nie kwestia czy Twój talent jest bezużyteczny, tylko jaki z niego zrobisz użytek. Wiele rzeczy zdawaloby się bezuzytecznych, można by dobrze wykorzystać, jeśli ma się trochę pomysłowości, a wbrew pozorom, analogie między nawet odległymi dziedzinami, moga być bardzo bliskie i pomocne.

Jak już nabierzesz nieco doświadczenia, zaczniesz patrzeć z innej perspektywy, to zobaczysz ile ci wszyscy "ludzie sukcesu" spraw spartolili, ile błędów popełnili, ile rzeczy można byłoby zrobić lepiej. Po prostu też są ludźmi, a nie żadnymi nadludźmi. Nie ma ani co się nad nich wywyższać, ani czuc sie od nich gorszymi.


https://www.youtube.com/watch?v=RAWJHpP3sog


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs




Dołączył: 28 Wrz 2015
Posty: 6514
Przeczytał: 49 tematów

Pomógł: 149 razy
Skąd: Little Rhody, USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 1:25, 01 Lis 2018    Temat postu:

Ircia napisał:
Dyskurs napisał:
Ircia napisał:
Dyskurs - skoro uważasz że jesteś swoimi emocjami to ok, ja ich doznaję, doznaję także tego co mój umysł z nimi robi.
Emocje to ruch w nas. Każdy jest emocjami. Kwestią jest tylko, czy emocje są zrównoważone czy kontrolują człowieka prowadząc do destruktywnych zachowań.

Moje życie nie jest usłane płatkami róż. Po prostu nie zacinam się na skrajnościach. Dla przykładu, są krótkie chwilę kiedy żal za zmarłym Mężem złapie mnie nieoczekiwanie i nie mogę tego uczucia kontrolować. Na szczęścia zdarza się to coraz rzadziej i nigdy w pracy kiedy koncentruję się na kluczowych danych, bo mój mózg zużywa energię ne myślenie (nie mamy jeszcze programów z algorytmami aby podejmować ludzkie decyzje :) ). Kiedy to się dzieje, pozwolam tym emocjom naturalnie opaść na niższy poziom energii.
Zobacz co piszesz - pozwalam emocjom, a równocześnie twierdzisz że nimi jesteś, ok - Twój model. Ja doświadczam emocji za pomocą mojego umysłu. Uznanie że nie jestem emocjami ani moim umysłem czy tym bardziej ciałem, że je posiadam daje mi opcje ich równoważenia, potraktowania jako informacji za pomocą innych elementów umysłu. Samej siebie nie ma sensu kontrolować za pomocą tego czego tylko doświadczam. Elementy umysłu których doświadczam mogą, a nawet powinny kontrolować się wzajemnie, choć kontrola to kiepskie słowo, chodzi raczej o współpracę, taką która prowadzi do równowagi. Moje emocje są skrajne i zmienne, tak samo jak nastroje i bez pełnej współpracy ze strony rozumu nie mogłabym funkcjonować z Chad.
Jestem emocjonalnie zrównoważoną osobą. Specjalnie nie zwracam uwagi na moje emocje. Po prostu w pracy jestem na nie zbyt zajęta, w autobusie przeważnie medytuję jak nie rozmawiam ze znajomymi, a w domu albo tutaj coś napiszę albo w dysertacji albo w rozdziale do wspólnej książki i pomiędzy uściskaniem chłopaków (2) i kotów (3) na myślenie o moich emocjach nie pozostaje czasu, bo zanim się obejrzę to czas na spoczynek o 10:15 w nocy, bo o 6:15 trzeba wstać, bo koty pospać dłużej nią dadzą a i Młodemu (14) pora przyrządzić racuszka z syropem kolonowym, bo na etapie takiego śniadania teraz jest.

Ircia napisał:
Dyskurs napisał:
Nie pozwolę sobie na najdrobniejsze nawet uchybienie czy to słowem czy gestem. W domu preferue spokój i nie utrzymuję kontaktów z osobami które w jakikolwiek sposób mogłyby mój spokój zaburzyć.
Nie utrzymujesz kontaktów, a co się dzieje gdy przez jakiś czas masz kontakt z osobami które mogą zaburzyć twój spokój? Może rozsądniej doprowadzić do takiego stanu gdy nic nie ma takiej możliwości, albo jeśli zaburza to lekko i w sposób akceptowalny tak aby sobie radzić z trudnymi ludźmi, trudnymi sytuacjami? Sądzisz że to ktoś zaburza twój spokój czy to twój umysł pozwala na to aby doszło do takiego zaburzenia?
Drugiego człowieka się wyczuwa, bo jesteśmy energią. Ja czuję kto mi energii nie odbiera a dla tych, którzy usiłowaliby, mam określone granice. Nawet ich nie potrzebuję, bo w jakiś sposób nazwijmy "opatrzność" wkracza i wszystko koryguje.

Ircia napisał:
Dyskurs napisał:
Ircia napisał:
Moim zdaniem podstawa to zrozumieć kim się jest i czym się dysponuje, poznać mocne i słabe strony, szanować siebie, choć nie koniecznie swoje głupie zachowania, akceptować siebie, ale nie to co sabotuje stan szczęścia. Wyznaczyć sobie jakiś rozsądny cel który nada sens, cel który sprawi że ważniejsza będzie droga do niego niż sam cel, aby móc cieszyć się każdym małym kroczkiem, aby żadne wydarzenia zewnętrzne nie miały decydującego wpływu na możliwość osiągnięcia celu.
Owszem, nazywamy ten proces byciem dojrzałym życiowo.
Tylko od tego jaki cel się obrało zależy czy ktoś cię nazwie dojrzałym czy wiecznym dzieckiem, bo ludzie mają nawyk porównywania i to co uważam za najrozsądniejsze większość uznaje za totalne bujanie w obłokach i dziecinadę, ale jak pisałam uważam że to mój umysł decyduje jaką wagę przywiązuje do tego typu opinii.
Naszą wartość nie jest w opiniach drugich. To jest jeden z "mierników" (z braku lepszego określenia) dojrzałości życiowej.

Ircia napisał:
Dyskurs napisał:
Jestem w swiatopogladzie zgodna z
Rabindranath Tagore napisał:
Spałem i śniłem, że życie jest radością. Obudziłem się i zauważyłem, że życie jest pomocą. Pomagałem i zauważyłem, że pomoc jest radością.
Ale pomoc nie powinna być w rodzaju miłości agape/konsumującej z powodu nadmiernego poświęcania się i bycia wykorzystywanym przez innych.

Pomocą komu i jak ? Radością z czego? Z faktu życia czy z tego co przynosi?
Człowiek jest stworzeniem stadnym i łatwiej jest żyć i cieszyć się życiem gdy dla przykładu rano w autobusie kierowca grzecznie odpowie na "dzień dobry". Ktoś inny się uśmiechnie, otworzy i przytrzyma drzwi do budynku. To właśnie takie drobne i z pozoru banalne sytuacje sprawiają, że tworzymy dobrostan nadający naszemu życiu sens przez zaangażowanie się w konstruktywne relacje z innymi.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 11137
Przeczytał: 59 tematów

Pomógł: 787 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 21:40, 03 Lis 2018    Temat postu:

Katolikus napisał:
Michał Dyszyński napisał:
są pewne światopoglądowe aspekty, których rozwiązanie jest niezbędne, aby uzyskać stan trwałego szczęścia.
Inaczej mówiąc, ową tezę można też sformułować w postaci: wszystkie postacie szczęścia, jakie spotykamy w życiu są z natury nietrwałe, ale jednocześnie jest taki postulowany stan zarządzania świadomością, który pokona ową nietrwałość, zapewniając szczęście nie dewaluujące się.


Napiszesz co masz namyśli? Jakie to aspekty? Rozwiązanie za pomocą czego? Czy każdy jest zdolny do rozwiązania? A jeśli nie, to czyja to wina?

Byłem z dala od komputera, więc odpowiadam z opóźnieniem.
Poza tym nie mam tu prostej odpowiedzi na te pytania. Jeśli już to nie tyle gotowy algorytm, co parę wskazówek, albo też zasygnalizowania niektórych ważnych błędów rozumowania.

Pierwszy wielki błąd, odgradzający nas od trwałego szczęścia, to błąd zapatrzenia się w sam intelekt, przepływ informacji, modelowania. .

Drugi wielki błąd, odgradzający nas od trwałego szczęścia, jest dokładną odwrotnością pierwszego, a polega ona na niedocenianiu roli intelektu i zapatrzenia się w same uczucia, emocje, doznania.

Trwałość szczęścia jest możliwa tylko jako swego rodzaju synteza uczuć i "czystej myśli". Emocje można trochę porównać do wystrzeliwanych pocisków - one lecą w stronę, w którą zostały pchnięte gazami strzelniczymi w lufie - same z siebie są, jakże często, zwyczajnie głupie, zaprowadzić mogą człowiek głównie w chaos zdarzeń i kłopoty. Tylko jedno głupie uczucie, ale za to mocno w człowieka wrośnięte, nawet otoczone przez wiele mądrych uczuć, może skutecznie zdezorganizować życie i szczęście człowieka. Jeśli więc na pewnym etapie działań człowieka nie skoryguje rozum, trzeźwa ocena, to gdy pierwszy ogień owych emocji się wypali, górę wezmą te emocje, które wynikną z sytuacji, w jaką się nieopatrznie wpakowaliśmy biorąc rzeczy zbyt wprost, zbyt naiwnie, dziecinnie, przesadnie. Bo emocje są jak apodyktyczni władcy: nie znoszą mówienia im "nie", nie tolerują umiaru - chcą wygrywać i już, mimo że same nawet nie wiedzą, do czego im owo zwycięstwo miało posłużyć.
Myliłby się jednak ten, kto wierzy, że jest w stanie wybudować trwały stan szczęścia jakoś totalnie walcząc z emocjami, jakoś zdając się na "czysty rozum". Czysty rozum jest sam w sobie beznamiętny i zimny, jest bliski nihilistycznemu poczuciu braku sensu, alienacji, samotności, nawet rozpaczy. Nasza ludzka natura nie jest w stanie na dłuższą metę trwać nie "karmiąc" swoich uczuć, stroniąc od emocji w ogóle. Szczęście jednak bardziej pochodzi właśnie od uczuć - samo jest uczuciem, a nie kalkulacją.
Zatem pomiędzy uczuciami i intelektem (także w tym pomiędzy wiarą, nadzieją, zdolnością do kochania) musi nastać symbioza. Uczucia inicjują intelekt. Za chwilę intelekt WYBUDUJE OCENĘ, która wystąpi przeciw jednym uczuciom, a wywyższy inne. Ta ocena nie zawsze da się jakoś zastosować, nie zniszczy emocji samym faktem negatywnej oceny, ani nie stworzy pozytywnych emocji poprzez zaistnienie intelektualnej oceny wspierającej. Tu będzie trochę walki, a trochę współpracy - takie docierania się, jak w dobrym małżeństwie, czy dobrym partnerstwie biznesowym.
Ostatecznie efekt powinien wprowadzić spójność i współdziałanie sfery intelektu ze sferą uczuć. Dzięki niemu działania człowieka z jednej strony będą budowały w nim poczucie spełnienia, radości, podążania ogólnie we właściwą stronę, a z drugiej strony te działania nie będą tworzyły sytuacji, niszczących to co dobre w naszym życiu, ukrócą głupie kaprysy i zachcianki bez szansy na wybudowanie czegoś trwałego i sensownego.
Przy czym nie chodzi tu też o jakieś stworzenie człowieka układnego, totalnie się kontrolującego - właściwie to chodzi o coś przeciwnego, czyli o to, ABYŚMY DOBRZE CHCIELI, A POTEM MIELI WIELKĄ RADOŚĆ Z TEGO, ŻE TO CO CHCIELIŚMY SIĘ SPEŁNIŁO I STWORZYŁO DO DODATKOWO SZANSĘ NA NASTĘPNĄ POSTAĆ DOBRYCH PRAGNIEŃ I DOBRYCH ZDARZEŃ.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Filozofia Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin