Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Konieczność odwagi i minimalnej odporności emocjonalnej

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Filozofia
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 14883
Przeczytał: 91 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 22:03, 17 Lis 2019    Temat postu: Konieczność odwagi i minimalnej odporności emocjonalnej

Nie oglądam prawie filmów obyczajowych. Z paru powodów. Ale przed chwilą w jednym z nich uderzyła mnie pewna dłuższa wypowiedź kobiety, która oskarża kogoś tam, o to, że ów ktoś złamał jej życie. Bo w pewnym momencie ocenił ją negatywnie, a to spowodowało u niej depresję i dalej różne złe zdarzenia w życiu.
Z jednej strony pewnie można przyznać jej rację. Mogło rzeczywiście być tak, że owa negatywna ocena stała się zapalnikiem jakichś tam złych zmian w życiu owej osoby. Jest jednak i druga strona medalu: jak żyć ze świadomością, że oto inne osoby są tak bardzo delikatne, tak nieporadne emocjonalnie, że załamią się z powodu jakiejś negatywnej oceny?...
Pewne rzeczy są negatywne z natury rzeczy, takie są. Typowy konflikt dziecka z rodzicami polega na tym, że dziecko chciałoby wyciągnąć od rodziców więcej pieniędzy na przyjemności - np. na modny ciuch, gadżet. Ale akurat często jest tak, że pewne względnie obiektywne okoliczności sprawiają, iż tych pieniędzy nie ma, a rodzic musi to dziecku zakomunikować. A może się zdarzyć, że dziecko z tego powodu "przeżyje traumę". Ano może tak być... Rodzic będzie winny. Czyż nie?...
Ale wyobraźmy sobie, że rodzic tak się przejął potencjalną traumą swojego dziecka, że oto bierze kredyt, nadgodziny w pracy, słowem "wypruwa sobie żyły", aby tylko swojemu dziecku zapewnić najlepsze ciuchy i gadżety, bo akurat takie są wymagane w grupie rówieśniczej tego dziecka. Dziecko ma jeszcze za mało zrozumienia, aby to docenić. Pewnie po zaspokojeniu jednych roszczeń, pojawią się nowe. Ostatecznie prawdopodobnym scenariuszem będzie tu sytuacja, w której rodzic dorobi się przedwczesnego zawału z powodu przepracowania. I np. umrze. Dziecko też będzie miało z tego tytułu pretensję i traumę. Rodzic będzie winny. A jeszcze większa będzie trauma tego dziecka, gdy kiedyś uświadomi sobie, że śmierć rodzica nastąpiła w dużym stopniu właśnie z powodu tej roszczeniowości, pogoni za ciuchami i gadżetami. To dopiero będzie trauma....
Tylko co taki biedny rodzic miał zrobić? Jeśli miał takie wrażliwe dziecko, które nie jest w stanie przyjąć prawdy o tym, jakie są akurat okoliczności życia w tej rodzinie?...

Z ludźmi, którzy nie umieją przyjąć niewygodnych okoliczności życia, trudno jest być razem. Z kilku powodów:
- bo trzeba bardzo uważać na słówka, aby nie trafić w ich czuły punkt.
- bo jest kłopot jak w ogóle informować o okolicznościach trudnych, choć nieuniknionych.
- bo, nawet nic nie robiąc, bądź postępując z taką osobą "jak z jajkiem", też można się narazić na zarzut "co mnie tak nienormalnie traktujesz, to mnie upokarza".
- bo nieraz można nie wytrzymać samemu i rzeczywiście zawinić - np. jakimś ostrym słowem. Ale kto jest doskonały?...
Są ludzie, którzy swoją nadmierną wrażliwością w istocie stają się ogromnym ciężarem dla otoczenia. Szczególnie dla otoczenia, które samo jest wrażliwe, stara się nikogo nie krzywdzić.
Tu jakoś przychodzi na myśl chrześcijańska zasada przebaczania. Wydaje mi się, że oprócz tego, iż jest ona takim nakazem moralnym odgórnie uznanym, to ma ona swoje głębsze znaczenie bardziej praktyczne, dotyczące codziennego życia. Osoby, które nie umieją się pogodzić z pewnymi "zadrami" w kontaktach międzyludzkich, nie przebaczające, albo nawet...
tylko nie potrafiące sobie radzić z szorstkością tego świata - takie osoby mogą zwrotnie uczynić gehenną życie najbliższych sobie osób. Bycie w jakimś sposób wytrwałym, niewydelikaconym, racjonalnym bez popadania w skrajne emocje jest też formą daru dla najbliższych nam osób. Nad tym warto pracować, jeśli się chce być rzeczywiście dobrym człowiekiem - dobrym w znaczeniu "sprawiającym jak najmniej problemów, cierpienia".
Oczywiście nikt sam siebie nie przeskoczy. Czasem z własną wrażliwością trudno jest sobie poradzić. Ale chyba pewną ważną wskazówką jest, że TRZEBA SIĘ UCZYĆ HARTU WEWNĘTRZNEGO. Trzeba, aby nie stać się ciężarem dla innych.

Są osoby czyniące ze swojego wydelikacenia swoistą strategię życiową. Jest taki motyw osoby - bluszcza (częściej chyba jest to kobieta, ale bywają przypadki i mężczyzn tego rodzaju). Bluszcze owijają się wokół swoich partnerów swoją bezradnością, potrzebą zajmowania się nimi, wołaniem o emocjonalne wsparcie. Im nie wolno jest mówić szczerze prawdy, nie wolno denerwować, bo przecież one "nie mogą", "nie są w stanie". Jest to jakaś forma psychicznego pasożytnictwa, bo ktoś nie tylko musi za taką bezradną osobę pewne prace wykonać, trud podjąć, ale dodatkowo musi się zająć biednym bluszczem.
Bluszcz z resztą najczęściej nie wie, że jest bluszczem. Po prostu funkcjonuje mentalnie po linii najmniejszego oporu - próbuje wymościć sobie jak najwięcej komfortu w układach z innymi ludźmi.
Czy sami (np. ja - Michał) nie jesteśmy takimi bluszczami?
Uważam, że warto sobie jest postawić roboczą hipotezę, że (przynajmniej czasami) takimi bluszczami jesteśmy. I należałoby rozpoznać kiedy tak jest. A dalej trzeba by chyba wziąć się w garść, po męsku "ze sobą pogadać", aby jakoś zmniejszyć otoczeniu problem z sobą. Ale tu trzeba chyba niemałej dawki uczciwości i samokrytycznego spojrzenia. To dla wielu może okazać się za trudne. I pozostaną bluszczami.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 28 Wrz 2015
Posty: 9475
Przeczytał: 70 tematów

Skąd: USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 23:02, 17 Lis 2019    Temat postu: Re: Konieczność odwagi i minimalnej odporności emocjonalnej

Michał Dyszyński napisał:
Nie oglądam prawie filmów obyczajowych. Z paru powodów. Ale przed chwilą w jednym z nich uderzyła mnie pewna dłuższa wypowiedź kobiety, która oskarża kogoś tam, o to, że ów ktoś złamał jej życie. Bo w pewnym momencie ocenił ją negatywnie, a to spowodowało u niej depresję i dalej różne złe zdarzenia w życiu.
Z jednej strony pewnie można przyznać jej rację. Mogło rzeczywiście być tak, że owa negatywna ocena stała się zapalnikiem jakichś tam złych zmian w życiu owej osoby. Jest jednak i druga strona medalu: jak żyć ze świadomością, że oto inne osoby są tak bardzo delikatne, tak nieporadne emocjonalnie, że załamią się z powodu jakiejś negatywnej oceny?...
Pewne rzeczy są negatywne z natury rzeczy, takie są. Typowy konflikt dziecka z rodzicami polega na tym, że dziecko chciałoby wyciągnąć od rodziców więcej pieniędzy na przyjemności - np. na modny ciuch, gadżet. Ale akurat często jest tak, że pewne względnie obiektywne okoliczności sprawiają, iż tych pieniędzy nie ma, a rodzic musi to dziecku zakomunikować. A może się zdarzyć, że dziecko z tego powodu "przeżyje traumę". Ano może tak być... Rodzic będzie winny. Czyż nie?...
Ale wyobraźmy sobie, że rodzic tak się przejął potencjalną traumą swojego dziecka, że oto bierze kredyt, nadgodziny w pracy, słowem "wypruwa sobie żyły", aby tylko swojemu dziecku zapewnić najlepsze ciuchy i gadżety, bo akurat takie są wymagane w grupie rówieśniczej tego dziecka. Dziecko ma jeszcze za mało zrozumienia, aby to docenić. Pewnie po zaspokojeniu jednych roszczeń, pojawią się nowe. Ostatecznie prawdopodobnym scenariuszem będzie tu sytuacja, w której rodzic dorobi się przedwczesnego zawału z powodu przepracowania. I np. umrze. Dziecko też będzie miało z tego tytułu pretensję i traumę. Rodzic będzie winny. A jeszcze większa będzie trauma tego dziecka, gdy kiedyś uświadomi sobie, że śmierć rodzica nastąpiła w dużym stopniu właśnie z powodu tej roszczeniowości, pogoni za ciuchami i gadżetami. To dopiero będzie trauma....
Tylko co taki biedny rodzic miał zrobić? Jeśli miał takie wrażliwe dziecko, które nie jest w stanie przyjąć prawdy o tym, jakie są akurat okoliczności życia w tej rodzinie?...

Z ludźmi, którzy nie umieją przyjąć niewygodnych okoliczności życia, trudno jest być razem. Z kilku powodów:
- bo trzeba bardzo uważać na słówka, aby nie trafić w ich czuły punkt.
- bo jest kłopot jak w ogóle informować o okolicznościach trudnych, choć nieuniknionych.
- bo, nawet nic nie robiąc, bądź postępując z taką osobą "jak z jajkiem", też można się narazić na zarzut "co mnie tak nienormalnie traktujesz, to mnie upokarza".
- bo nieraz można nie wytrzymać samemu i rzeczywiście zawinić - np. jakimś ostrym słowem. Ale kto jest doskonały?...
Są ludzie, którzy swoją nadmierną wrażliwością w istocie stają się ogromnym ciężarem dla otoczenia. Szczególnie dla otoczenia, które samo jest wrażliwe, stara się nikogo nie krzywdzić.
Tu jakoś przychodzi na myśl chrześcijańska zasada przebaczania. Wydaje mi się, że oprócz tego, iż jest ona takim nakazem moralnym odgórnie uznanym, to ma ona swoje głębsze znaczenie bardziej praktyczne, dotyczące codziennego życia. Osoby, które nie umieją się pogodzić z pewnymi "zadrami" w kontaktach międzyludzkich, nie przebaczające, albo nawet...
tylko nie potrafiące sobie radzić z szorstkością tego świata - takie osoby mogą zwrotnie uczynić gehenną życie najbliższych sobie osób. Bycie w jakimś sposób wytrwałym, niewydelikaconym, racjonalnym bez popadania w skrajne emocje jest też formą daru dla najbliższych nam osób. Nad tym warto pracować, jeśli się chce być rzeczywiście dobrym człowiekiem - dobrym w znaczeniu "sprawiającym jak najmniej problemów, cierpienia".
Oczywiście nikt sam siebie nie przeskoczy. Czasem z własną wrażliwością trudno jest sobie poradzić. Ale chyba pewną ważną wskazówką jest, że TRZEBA SIĘ UCZYĆ HARTU WEWNĘTRZNEGO. Trzeba, aby nie stać się ciężarem dla innych.

Są osoby czyniące ze swojego wydelikacenia swoistą strategię życiową. Jest taki motyw osoby - bluszcza (częściej chyba jest to kobieta, ale bywają przypadki i mężczyzn tego rodzaju). Bluszcze owijają się wokół swoich partnerów swoją bezradnością, potrzebą zajmowania się nimi, wołaniem o emocjonalne wsparcie. Im nie wolno jest mówić szczerze prawdy, nie wolno denerwować, bo przecież one "nie mogą", "nie są w stanie". Jest to jakaś forma psychicznego pasożytnictwa, bo ktoś nie tylko musi za taką bezradną osobę pewne prace wykonać, trud podjąć, ale dodatkowo musi się zająć biednym bluszczem.
Bluszcz z resztą najczęściej nie wie, że jest bluszczem. Po prostu funkcjonuje mentalnie po linii najmniejszego oporu - próbuje wymościć sobie jak najwięcej komfortu w układach z innymi ludźmi.
Czy sami (np. ja - Michał) nie jesteśmy takimi bluszczami?
Uważam, że warto sobie jest postawić roboczą hipotezę, że (przynajmniej czasami) takimi bluszczami jesteśmy. I należałoby rozpoznać kiedy tak jest. A dalej trzeba by chyba wziąć się w garść, po męsku "ze sobą pogadać", aby jakoś zmniejszyć otoczeniu problem z sobą. Ale tu trzeba chyba niemałej dawki uczciwości i samokrytycznego spojrzenia. To dla wielu może okazać się za trudne. I pozostaną bluszczami.
Ludzie wrażliwi emocjonalnie to spora praca dla ich partnerów. Wiele takich związków nie wytrzymuje próby czasu, bo kiedy fascynacja seksualna się skończy [koło 45+] i nie zmieni się w przyjaźń, kiedy dzieci pójdą na studia to zostaje puste gniazdo pełne pretensji.

Jestem osobą suwerenną emocjonalnie i takimi osobami był mąż i są synowie. Nie wiem jak w praktyce wygląda życie z osobą niesuwerenną emocjonalnie, bo w Internecie zawsze jest opcja wyloguj. Pamiętam w latach 90-tych przed nastaniem Internetu poszłam raz na randkę z mężczyzną w Bostonie. Zaprosił mnie do swojego sklepu muzycznego i pokazał księgi/the books. Od razu odczułam "handel" i byłam w trakcie spotkania ostrożna. W indyjskiej restauracji miło się nam rozmawiało, ale czułam się skrępowana. Gdy wróciliśmy do sklepu zrozumiałam dlaczego, bo facet właśnie przez pokazanie mi ksiąg biznesu chciał moją uwagę i afekcje kupić. Zarabiałam więcej od niego [w korporacji]. Podziękowałam mu za posiłek i spędzony czas oświadczając, że mojej uwagi i affection nie sposób kupić. Albo "magia" jest albo jej nie ma. I dałam sobie spokój do czasu aż nie spotkałam męża w marcu 2003 r. ale w tym przypadku "magia" była od początku jak w filmie "Sleepless in Seattle" i również do końca, mimo przeciwnosci. Czego nie zapomnę do śmierci to jak umyłam go wieczorem w przednien jego odejscia i szepnęłam do uszka, że kochmy go bardziej niż jest sobie w stanie wyobrazić.

Odczuwam intuicją osoby wrażliwe/niestabilne emocjonalnie jako niekompatybilne ze mną.Suwerenność emocjonalna pozwala nam doświadczać osób niekompatybilnych z nami i się ewoluować przez kontrast ale bez konieczności utraty suwerenności emocjonalnej a dodam jeszcze z możliwością wrostu potęgi współczucia dla tych osób.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 14883
Przeczytał: 91 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 13:33, 18 Lis 2019    Temat postu: Re: Konieczność odwagi i minimalnej odporności emocjonalnej

Dyskurs napisał:
Odczuwam intuicją osoby wrażliwe/niestabilne emocjonalnie jako niekompatybilne ze mną.Suwerenność emocjonalna pozwala nam doświadczać osób niekompatybilnych z nami i się ewoluować przez kontrast ale bez konieczności utraty suwerenności emocjonalnej a dodam jeszcze z możliwością wzrostu potęgi współczucia dla tych osób.

To pojęcie suwerenności emocjonalnej jest nośne. W pewnym sensie można je nawet widzieć w kontekście duchowej przemiany, przebudzenia, oświecenia. Ale chyba dopiero wtedy, gdy zyska ono głęboką, niesprzeczną formę.
Jest pewna postać suwerenności emocjonalnej fałszywej. Przejawiają ją tzw. silne osobowości, osobnicy, którzy idą przez życie zawsze stawiając na swoim. Ta ich suwerenność jest więc z reguły kosztem innym (czasem trafia się ktoś silniejszy, jeszcze bardziej apodyktyczny, to muszą trochę ustąpić). Tu pojawia się kluczowe pytanie: jak być z jednej strony suwerennym na maksa, a jednocześnie nie stać się despotą?
- Moją odpowiedzią jest tutaj: suwerenność bez despotyzmu WYMAGA ZROZUMIENIA.
Wszelki despotyzm jest formą absolutyzowania jakiejś czyjejś konkretnej woli w danym momencie. Despoci to osobnicy, którzy na "mentalnej mapie, wbijają kołki", o które reszta ludzi będzie się potykała, będzie musiała je omijać, respektować niezależnie od własnych potrzeb, ocen, punktu widzenia. Despota jest nieustępliwy, bo postawienie na swoim jest dla niego celem głównym. Merytoryczna strona - np. cel formalny - schodzi na plan dalszy. Despota musi bowiem najpierw zaspokoić swoją emocję: ja tu rządzę! Ja żądam okazania się innych przede mną, ze to ja rzeczywiście rządzę!
Z punktu widzenia osobowości jakoś tam wyzwolonej, nie mającej takich absolutnych potrzeb w rodzaju udowadniania sobie co chwila, że się rządzi, postawa despoty jest właściwie śmieszna i żałosna. Despota co prawda rządzi innymi, ale nie jest w stanie rządzić sobą, nawet nie jest w stanie zrozumieć siebie, bo nie ma na to rezerw myślowych, jako że cały czas jest zajęty tym, aby udowadniać sobie i innym, że rządzi.
Despoci są śmieszni i żałośni, bo z szerszej perspektywy widać, że mają mentalność dzieci, które krzyczą w histerii na cały supermarket, rzucają się na posadzkę, z racji tego, że mama nie kupiła im wypatrzonej zabawki.
Suwerenność prawdziwa tym się różni od suwerenności pozornej, że...
wie kiedy nie musi być okazywana!

Suwerenność prawdziwa ma tę wewnętrzną wolność poczekania na reakcje otoczenia, cierpliwość w daniu innym ich szansy na zrozumienie. Ona nie musi niczego udowadniać, bo JUŻ JEST. Ona jest i nic tego nie zmieni. Ona może się wycofać na samo dno, może dać się zepchnąć w pozorny niebyt, a i tak wróci. Tylko dlatego że NAPRAWDĘ JEST.
W pewnym sensie mamy tu odpowiednik tej idei, którą w chrześcijaństwie reprezentuje śmierć i zmartwychwstanie Jezusa. Co jest największym objawem/dowodem mocy?...
- Czy nieustanne "panoszenie się" z ową mocą, bieganie od jednego do drugiego, aby mu udowodnić, że nic nie jest w stanie wystawić przeciw?...
- Taka moc nieustannego udowadniania sobie przed każdą możliwą istotą własnej siły raczej wzbudza podejrzenia jakiegoś kompleksu, niż mocy prawdziwej. Ktoś naprawdę silny nie obawia się bowiem zagrożenia właśnie dlatego, że jest silny. Psy szczekają, karawana idzie...
Moc prawdziwa objawia się wtedy, gdy mocny powiada wszystkim: a teraz zwiążcie mi ręce, zakneblujcie usta, wsadźcie do zamkniętej skrzyni, wrzućcie do najgłębszego dołu, przykryjcie tonami ziemi. A ja I TAK POWSTANĘ!
To jest dopiero moc i suwerenność - nie bać się żadnej formy poniżenia! Nie chodzi o to, aby uprzedzać możliwy atak, aby pracowicie dopilnować każdego potencjalnego zagrożenia. Taka postawa blokowania zagrożeń na etapie, gdy powstają, sugeruję, że z dużym zagrożeniem ktoś nie potrafiłby sobie poradzić. Czyli że jednak jest słaby.
Moc bezdyskusyjna, moc której zaprzeczyć już się po prostu nie da, to właśnie taka moc, jaką widzimy w obrazie ofiary Jezusa - gdy zabrano mu wszystko, co zabrać się dało (aż do nagości), poniżono najbardziej, jak tylko się dało, odebrano cześć, zaprzeczono wszelkim prawdom głoszonym, a na koniec unicestwiono samo życie. Tak, aby było jasne, że agresor ZROBIŁ ABSOLUTNIE WSZYSTKO CO MÓGŁ. Więcej zgnębienia praktycznie nie da się wymyślić. I oto, gdy już agresor został do końca usatysfakcjonowany, okazuje się, że...
... i tak przegrał!
Teraz agresor wie, że wygrać nie ma szans. Bo cóż może zrobić, skoro poprzednio zrobił WSZYSTKO, a nie podziałało?...
Agresor może tylko stać i trawić własną klęskę. Co prawda może powtórzyć jeszcze raz taki atak, ale już wie, że - dokładne tak jak poprzednio - ten atak będzie nieskuteczny. Agresorowi odebrano nadzieję na zwycięstwo. Może jeszcze szarpać, może dokuczać, ale wygrać nie ma szans.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Filozofia Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin