Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Ocena osobowości i samoocena

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Filozofia
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16346
Przeczytał: 106 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 13:03, 22 Sie 2017    Temat postu: Ocena osobowości i samoocena

Podstawowym problemem życia i jestestwa, szczególnie w ujęciu religijnym, jest ocena osoby, a w szczególności samoocena. Człowiek patrzy na to co zrobił, jakie przyjął postawy, wybory, a potem stwierdza: "zrobiłem dobrze", albo "zrobiłem źle" (czasem może też NIE WIEM jak się ocenić).
Pytanie jest tu dość podstawowe: czy takie ocenianie się w ogóle ma sens?
Przeciw sensowności oceniania się mamy sporo przesłanek:
- w końcu Z CZEGOŚ nasze wybory wynikły, więc to może te przesłanki są "winne", a nie my, więc po co się w ogóle oceniać?
- jeśli coś kiedyś zadecydowałem, to już teraz nie wiem jak to było, większość rzeczy zapomniałem, więc ocena po jakimś czasie i tak będzie mało precyzyjna
- nawet jeśli coś zadecydowałem źle, to przecież to w jakimś stopniu WYNIKŁO Z MOJEJ NATURY. A tej natury sobie nie wybierałem. Więc niby dlaczego miałbym być czemuś winny?...
- dobro i zło, to dość arbitralne kategorie. Dla jednego dobrym jest ukraść krowę wrogowi, a złe przyjacielowi; podczas gdy w innych kulturach/systemach etycznych ludzi traktuje się równo. Nie mamy absolutnych, niepodważalnych kryteriów moralności.
- a w ogóle po co się "męczyć" tymi ocenami?... Może po prostu warto sobie żyć, cieszyć się chwilą, robić to, co się jakoś wydaje i chce, a nie zaprzątać sobie głowę czymś, co nie daje nam przyjemności...

Z drugiej jednak strony sprawa nie jest taka prosta. Bo są jednak istotne powody, aby uznać ocenę osoby za coś cennego, nawet niezbywalnego.
- ewolucyjnie przewagę mają chyba te osobniki, które ZNAJĄ SIEBIE, czyli wiedzą np. na ile są silne, poprawnie działające w różnych warunkach. Ktoś, kto źle oceni swoją siłę, czy umiejętność ucieczki z większym prawdopodobieństwem zostanie pożarty przez drapieżnika, albo zginie w jakimś przedsięwzięciu (bądź też zginie z głodu, bo się zbytnio będzie bał aktywności). Więc z czysto praktycznego powodu warto jest znać siebie, warto widzieć siebie jako określony element układanki w przetrwanie. A to wymaga analizy tego, co nam się udało, jaka jest relacja naszych pragnień, celów względem tego, co udaje nam się osiągnąć.
- robimy rzeczy PO COŚ. Postulat "róbmy to co nam przyjemne, ale nie analizujmy siebie w tym kontekście" jest w sporej części przypadków po prostu wewnętrznie sprzeczny. Przyjemność bowiem np. wynika z tego, że się w czymś sprawdziliśmy, coś osiągnęliśmy. Dzieci, którym się wszystkiego zabrania "dla ich bezpieczeństwa" czują się nie spełnione, nieszczęśliwe, bo naturalnym źródłem satysfakcji i radości jest wykazanie się, przełamanie barier, osiągnięcie czegoś. Tak robienie czegoś, przy założeniu, że nie porównamy tego do własnych dokonań, do tego co było możliwe, albo cenne, takie robienie "byle czego" stawia w ogóle sens życia, a dalej przyjemność, spełnienie, szczęście pod znakiem zapytania. Trudno byłoby człowiekowi żyć na poziomie emocjonalnym ameby - aby tylko przetrwać i nic więcej. Nie bez powodu tak wielu ludzi uprawia sport, gra w gry (m.in. komputerowe), których głównym celem jest sprawdzanie siebie, porównywanie, ocenianie. Zabrać to człowiekowi w imię "nie oceniaj się, bo to może być nieprzyjemne", to jak zabrać sens życia i działania, to sprawić przykrość, spowodować cierpienie.
- trochę NIE MA INNEGO WYJŚCIA (dopóki się żyje), jak oceniać siebie. Ocena jest po prostu mechanizmem pracy umysłu - oceniamy odległość od przedmiotu, gdy chcemy go unieść, oceniamy zagrożenie, oceniamy szanse, oceniamy, czyli myślimy. W tym, oczywiście, oceniamy siebie, bo oceniamy wszystko. I nie ma jak się z tego wymiksować. A skoro w tym trybie umysł po prostu trwa i funkcjonuje, to naturalnym jest, że będzie w taki sposób postrzegał samego siebie.
- Religia "straszy", że Bóg ukarze złych, ale też mówi o nagrodzie za dobro. Można to odrzucić, ale można tez postawić pytanie: czy ludzie, którzy od tysięcy lat są przekonani o słuszności takich ocen, przekonani o istnieniu Boga jednak nie mieli racji. W końcu tak całkiem bez przesłanek ludzie raczej nie działają. Więc może po prostu tamci ludzie coś wiedzieli na ten temat i warto byłoby im zaufać w tym względzie. Czy rzeczywiście zaufać?... - To kwestia osobistego wyboru, ale problem jest do rozważenia.
- można by ocenę siebie uznać za formą DOWODU JESTESTWA UMYSŁU (to taki mój filozoficzny, prywatnie bardzo ważny powód). Umysł, który działa chaotycznie nie odróżnia się od dowolnego innego procesu stochastycznego. Czyli jako umysł, nie działa. Istotą indywidualności, osobowości dla bytu typu umysł jest JAKAŚ SPÓJNOŚĆ WSKAZAŃ, PRZETWARZANIA. Ta spójność jakoś musi być oceniona, aby była stwierdzona. Czyli umysł - jeśli miałby "być" - musi oceniać sam siebie.

Ale zestawiając powyższe za i przeciw, jesteśmy jakoś "w kropce" - tzn. można by uznać ocenianie siebie (czy zewnętrznie inne umysły, przez nas, czy przez kogoś innego, aż do oceny przez Boga) albo za zasadne, albo i nie.
Co by nie wybrać w tym dylemacie, mamy pytanie o KRYTERIA TEGO WYBORU. W oparciu o co przyjęlibyśmy za sensowne rozstrzygnięcie w kwestii, czy w ogóle oceniać osobowość?
- w oparciu o zasadę dążenia do szczęścia (ale też mamy tu pytanie: czy pojętego doraźnie, czy na dłuższą metę).
- w oparciu o jakoś "logikę systemu"? - Jaką logikę?...

Osobiście uważam, że kluczem do oceny osobowości w ogóle jest samoocena tejże osobowości. Bo co z tego, że ktoś mnie oceni jakoś tam, jeśli ja sam ocenię się inaczej?
A jeśli tym oceniającym jest Bóg?...
- Czy tak prywatnie MUSZĘ przyjąć Jego werdykt?...
Niby dlaczego muszę?...
- Bo odpowiedź w stylu: musisz, bo jak nie to będziesz cierpiał, nie uważam za odpowiedź intelektualną, logiczną, tylko odpowiedzią na modłę tyrana - wszystko przyjmij, kłam wobec wszystkiego (nawet siebie), bo cierpienie, które mogę ci zadać jest tu argumentem głównym. W takim układzie jednak prawda przestaje być tym głównym argumentem. A chyba Boga jednak uznajemy za depozytariusza prawdy - on chyba takiego argumentu by wobec świadomości nie użył (choć "jego" religie mogą go sobie używać, ale to już inna kwestia).

I na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie - OCENA, a kwestia wina vs zasługa, to coś nieco odrębnego. Mogę pewne rzeczy oceniać, dystansując się od aspektu winy/zasługi (tak jak właśnie oceniam odległość od przedmiotu, zaś wina nie ma tu nic do rzeczy). Na ile ocena osobowości musi być koniecznie realizowana na gruncie etycznym?
A nawet jeśli jest realizowana na gruncie etycznym, to jaką etykę przyjmujemy i dlaczego tę, a nie inną etykę?...


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Wto 18:56, 22 Sie 2017, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16346
Przeczytał: 106 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 12:14, 25 Sie 2017    Temat postu: Re: Ocena osobowości i samoocena

Kluczowym pytaniem jest tu POD JAKIM KĄTEM oceniać świadomość?

Ludzie oceniają swoje działania przyjmując różne kryteria:
1. przyjemności - im więcej przyjemności osiągnę, tym lepiej decydowałem
2. zdobytych zasobów, bogactwa - im więcej posiadam, zdobywam, tym lepiej
3. uznanie ludzi - im więcej mnie poważają, tym lepiej oceniam siebie
4. wzrostu samoświadomości - nakierowanie na rozwój duchowy, intelektualny, emocjonalny.
5. mieszane, inne...

Punkt 4. - rozwój świadomości - jest trudny do sprecyzowania. Nie do końca wiadomo co zawiera. Jednak chyba jest też w jakiś sposób kluczowy. Wynika to z problemów, jakie występują przy skupieniu się na konkurencyjnych kryteriach.

Problem z szukaniem przyjemności, bogactwa, czy uznania ludzi - z szukaniem przyjemności mamy ten problem, że wiele przyjemności jest sprzecznych ze sobą, a do tego realizacja jednych przyjemności likwiduje inne przyjemności, bądź wręcz generuje cierpienia. Przykładowo prosta droga do przyjemności opartych o środki odurzające, ostatecznie najczęściej kończy się przykrością, powiązaną z utratą "sterowania" swoim życiem. Z bogactwem jako celem, też związanych jest kilka problemów, a których chyba największym jest ten, że od pewnego poziomu większe bogactwo nie daje już realnych korzyści w postaci zwiększenia komfortu życia, stając się czystą grą. A w grę trzeba CHCIEĆ grać - czyli i tak satysfakcja z bogactwa de facto opiera się na czystym wyborze, na wdrożeniu się umysłu do schematu "posiadam więcej, więc jest lepiej". Ten schemat trzeba utrzymywać świadomością, ale w konsekwencji też jak się w niego zwątpi, to czar pryska i wątpliwości ostatecznie mogą zawalić to kryterium czyniąc je po prostu absurdalnie arbitralnym, właściwie idiotycznym, bo skoro i tak wszystko oparło się o CHCENIE, to już na początku można było zachcieć coś bardziej konstruktywnego, niż poświęcanie życia na zdobywanie walorów, których realne znaczenie dla danej osoby jest znikome.
Z kryterium zdobywania uznania mamy ten główny problem, że oddaje ono uczucia spełnienia i sens życia "w obce ręce". Oto czyjeś kapryśne "uznaję cię", albo "nie uznaję cię" sprawia, że albo wszystko jest OK, albo świat się wali w gruzy. To stawia pod znakiem zapytania takie kryterium, bo powstaje dość podstawowe pytanie: dlaczego ja mam się podporządkowywać z ocena mojej osoby, ocenom osób postronnych?... Dlaczego to oni decydują, są ważniejsi, a nie ja, którego ostatecznie to wszystko dotyczy?...
Dlatego prędzej czy później staje na tym, że bez ruszenia sprawy od strony duchowości, rozwoju intelektualnego i uczuciowego się po prostu nie obędzie. Bo każdy pojedynczy powód, każde kryterium samo wymaga jakiegoś uzasadnienia, zaś przyjęcie arbitralne, wyróżnienie jednego z tych kryteriów będzie "testowane życiem" pod kątem: czy właściwie naprawdę jest sens skupiać się na zdobywaniu tej konkretnej rzeczy?...

Jednak chyba... duchowość
Ostatecznie więc o duchowość, o samoświadomość, zrozumienie swoich uczuć, natury wszystko się oprze.
Tu pesymiści mogą powiedzieć, ze może nie da się skonfigurować owych uczuć i rozumienia tak, abyśmy ostatecznie uznali swoje jestestwo za spełnione. Taką hipotezę można postawić. Ale optymiści mogą tę hipotezę odrzucić. I nie bardzo jest jak przechylić szalę tego sporu. Może być z resztą po prostu tak, że ów spór jest swego rodzaju samosprawdzającą się przepowiednią - więc ci, co odpowiednio mocno i skutecznie uwierzą, że mogą mieć spełnione życie będą to życie spełnione mieli, a ci co w to zwątpią, utracą swoją szansę.
Według innego wariantu jednak może być tak, że uczucia da się jednak poprawnie skonfigurować. Być może w tym układzie sama wiara w sukces nie jest tym jedynym czynnikiem, może jest potrzebna, ale też nie wystarczająca. Może poznają siebie, będąc przy tym dobrym obserwatorem i myślicielem znajdziemy w końcu KLUCZ DO SAMEGO SIEBIE?
- Wtedy ocena nas samych ostatecznie dałaby trwały pozytyw i spełnienie jestestwa.
Religie próbują znaleźć tu swoją odpowiedź na pytanie "co jest owym kluczem?". Nie ma wśród nich zgody, ale też jest pewien wspólny rdzeń myślowy. To budzi pewną nadzieję, że ktoś tę ścieżkę już przeszedł, a efekt okazał się pozytywny. Ale też nie wiadomo, czy będzie pozytywny w naszym konkretnym przypadku. Ani też nie wiadomo na ile (jeśli w ten pozytyw w ogóle uwierzymy) efekt jest trwały.


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Pią 12:17, 25 Sie 2017, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Banjankri




Dołączył: 17 Kwi 2012
Posty: 3601
Przeczytał: 58 tematów


PostWysłany: Pią 13:37, 25 Sie 2017    Temat postu:

Pamiętaj o habituacji.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16346
Przeczytał: 106 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 13:56, 25 Sie 2017    Temat postu:

Banjankri napisał:
Pamiętaj o habituacji.

Staram się pamiętać. Choć wprost tego nie pisałem, to też o niej myślałem.
To jest rzeczywiście kluczowa kwestia w tym kontekście.


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Pią 14:59, 25 Sie 2017, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Banjankri




Dołączył: 17 Kwi 2012
Posty: 3601
Przeczytał: 58 tematów


PostWysłany: Pią 15:16, 25 Sie 2017    Temat postu:

Idealnym zdaje się scenariusz, w którym człowiek rozwiązuje praktycznie nierozwiązywalny problem i sprawia mu to przyjemność, dając równocześnie dochód. Problemem może być oczywiście dowolne wyzwanie.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16346
Przeczytał: 106 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 16:57, 25 Sie 2017    Temat postu:

Banjankri napisał:
Idealnym zdaje się scenariusz, w którym człowiek rozwiązuje praktycznie nierozwiązywalny problem i sprawia mu to przyjemność, dając równocześnie dochód. Problemem może być oczywiście dowolne wyzwanie.

Tego chyba nasza człowiecza natura powinna się nauczyć - CENIĆ rzeczy, które z jednej strony są realizowalne, a z drugiej nie są banalne, albo zbyt podobne do czegoś tam. "Zbawieniem" dla człowieka jest stan, w którym pozytywne przeżycia, trwała emocjonalna satysfakcja są osiągane innymi metodami jak zabicie wroga, kontrolowanie agresywne cudzej woli (dominacja), bycie na szczycie jakichś tam drabinek ludzkiej próżności. Tzn. same drabinki jeszcze nie muszą być złe, bo problemem jest nie samo rywalizowanie w jakiejś dziedzinie (to dość ciekawy mechanizm "produkcji" znaczenia i wartości), lecz to jaki status owo rywalizowanie przyjmuje w ludzkich emocjach - np. czy nie zawłaszcza jestestwa, nie przykrywa innych (szczególnie tych ważniejszych) wartości.
W każdym razie trwałe szczęście da się osiągnąć tylko przy założeniu, iż nasza natura nie będzie generowała ciągłej inflacji wszystkiego, co daje nam spełnienie. To nie jest łatwe, bo historia ludzkości pokazuje, iż ludzie, nawet mając zaspokojone swoje życiowe potrzeby, zaczynają wymyślać sobie cele, które ostatecznie okazują się być w sprzeczności z życiem, dobrobytem innych ludzi. Dla niektórych wręcz właśnie to szkodzenie innym, satysfakcja z bycia ważnym, bo zauważanym w tym negatywnym sensie (jak się zadaje ból, to trudno być przez swoją ofiarę nie zauważonym) staje się celem samym w sobie. Co świetnie widać po wszechobecności w internecie troli.... :rotfl:
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 28 Wrz 2015
Posty: 10057
Przeczytał: 36 tematów

Skąd: USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 21:21, 25 Sie 2017    Temat postu:

Banjankri napisał:
Idealnym zdaje się scenariusz, w którym człowiek rozwiązuje praktycznie nierozwiązywalny problem i sprawia mu to przyjemność, dając równocześnie dochód. Problemem może być oczywiście dowolne wyzwanie.
Niekoniecznie. Na tej ścieżce może zdarzyć się wiele skrzywien, wzlotów I upadkow, bo nie każdy ma osobowość Bill Gates. Dodatkowo, nie znam Bill Gates osobiście I nie wiem jaki jest w codziennym pożyciu. Rozwiązywanie praktycznie nierozwiązywalnych problemów może prowadzić do konkurencyjności z samym sobą kiedy wyeliminowało się już wszystkich przeciwników. Jest takich ludzi na świecie multum. Nie wszyscy na czas otrzymują pomoc psychiatryczną.Leczenie uzależnień "wszelkiej maści" to pandemia światowa XXI wieku.

Ostatnio zmieniony przez Dyskurs dnia Pią 22:34, 25 Sie 2017, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 28 Wrz 2015
Posty: 10057
Przeczytał: 36 tematów

Skąd: USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 22:32, 25 Sie 2017    Temat postu: Re: Ocena osobowości i samoocena

Michał Dyszyński napisał:
Kluczowym pytaniem jest tu POD JAKIM KĄTEM oceniać świadomość?

Ludzie oceniają swoje działania przyjmując różne kryteria:
1. przyjemności - im więcej przyjemności osiągnę, tym lepiej decydowałem
2. zdobytych zasobów, bogactwa - im więcej posiadam, zdobywam, tym lepiej
3. uznanie ludzi - im więcej mnie poważają, tym lepiej oceniam siebie
4. wzrostu samoświadomości - nakierowanie na rozwój duchowy, intelektualny, emocjonalny.
5. mieszane, inne...

Punkt 4. - rozwój świadomości - jest trudny do sprecyzowania. Nie do końca wiadomo co zawiera. Jednak chyba jest też w jakiś sposób kluczowy. Wynika to z problemów, jakie występują przy skupieniu się na konkurencyjnych kryteriach.

Problem z szukaniem przyjemności, bogactwa, czy uznania ludzi - z szukaniem przyjemności mamy ten problem, że wiele przyjemności jest sprzecznych ze sobą, a do tego realizacja jednych przyjemności likwiduje inne przyjemności, bądź wręcz generuje cierpienia. Przykładowo prosta droga do przyjemności opartych o środki odurzające, ostatecznie najczęściej kończy się przykrością, powiązaną z utratą "sterowania" swoim życiem. Z bogactwem jako celem, też związanych jest kilka problemów, a których chyba największym jest ten, że od pewnego poziomu większe bogactwo nie daje już realnych korzyści w postaci zwiększenia komfortu życia, stając się czystą grą. A w grę trzeba CHCIEĆ grać - czyli i tak satysfakcja z bogactwa de facto opiera się na czystym wyborze, na wdrożeniu się umysłu do schematu "posiadam więcej, więc jest lepiej". Ten schemat trzeba utrzymywać świadomością, ale w konsekwencji też jak się w niego zwątpi, to czar pryska i wątpliwości ostatecznie mogą zawalić to kryterium czyniąc je po prostu absurdalnie arbitralnym, właściwie idiotycznym, bo skoro i tak wszystko oparło się o CHCENIE, to już na początku można było zachcieć coś bardziej konstruktywnego, niż poświęcanie życia na zdobywanie walorów, których realne znaczenie dla danej osoby jest znikome.
Z kryterium zdobywania uznania mamy ten główny problem, że oddaje ono uczucia spełnienia i sens życia "w obce ręce". Oto czyjeś kapryśne "uznaję cię", albo "nie uznaję cię" sprawia, że albo wszystko jest OK, albo świat się wali w gruzy. To stawia pod znakiem zapytania takie kryterium, bo powstaje dość podstawowe pytanie: dlaczego ja mam się podporządkowywać z ocena mojej osoby, ocenom osób postronnych?... Dlaczego to oni decydują, są ważniejsi, a nie ja, którego ostatecznie to wszystko dotyczy?...
Dlatego prędzej czy później staje na tym, że bez ruszenia sprawy od strony duchowości, rozwoju intelektualnego i uczuciowego się po prostu nie obędzie. Bo każdy pojedynczy powód, każde kryterium samo wymaga jakiegoś uzasadnienia, zaś przyjęcie arbitralne, wyróżnienie jednego z tych kryteriów będzie "testowane życiem" pod kątem: czy właściwie naprawdę jest sens skupiać się na zdobywaniu tej konkretnej rzeczy?...

Jednak chyba... duchowość
Ostatecznie więc o duchowość, o samoświadomość, zrozumienie swoich uczuć, natury wszystko się oprze.
Tu pesymiści mogą powiedzieć, ze może nie da się skonfigurować owych uczuć i rozumienia tak, abyśmy ostatecznie uznali swoje jestestwo za spełnione. Taką hipotezę można postawić. Ale optymiści mogą tę hipotezę odrzucić. I nie bardzo jest jak przechylić szalę tego sporu. Może być z resztą po prostu tak, że ów spór jest swego rodzaju samosprawdzającą się przepowiednią - więc ci, co odpowiednio mocno i skutecznie uwierzą, że mogą mieć spełnione życie będą to życie spełnione mieli, a ci co w to zwątpią, utracą swoją szansę.
Według innego wariantu jednak może być tak, że uczucia da się jednak poprawnie skonfigurować. Być może w tym układzie sama wiara w sukces nie jest tym jedynym czynnikiem, może jest potrzebna, ale też nie wystarczająca. Może poznają siebie, będąc przy tym dobrym obserwatorem i myślicielem znajdziemy w końcu KLUCZ DO SAMEGO SIEBIE?
- Wtedy ocena nas samych ostatecznie dałaby trwały pozytyw i spełnienie jestestwa.
Religie próbują znaleźć tu swoją odpowiedź na pytanie "co jest owym kluczem?". Nie ma wśród nich zgody, ale też jest pewien wspólny rdzeń myślowy. To budzi pewną nadzieję, że ktoś tę ścieżkę już przeszedł, a efekt okazał się pozytywny. Ale też nie wiadomo, czy będzie pozytywny w naszym konkretnym przypadku. Ani też nie wiadomo na ile (jeśli w ten pozytyw w ogóle uwierzymy) efekt jest trwały.
To raczej ludzkiemu ego wydaje się, że jest stanem posiadania, wykonywanym zawodem, opinią innych, odseperowanym of innych, tym co brak (iluzorycznie), I odseperowanym od Boga (u osób ateistycznych od nieskonczonego system otwartego subtelnych zależności).

Abraham Maslow zilustrował Piramidę Potrzeb. Ale nie wyjaśnił, jak Swami Paramananda, że samorealizacja/samoaktualizacja (szczyt Piramidy Maslowa) znaczy, że jesteśmy cały czas integralną częścią otwartego systemu (dla osób z wyznania katolickiego to Bóg). Potrzeba tylko aby człowiek był tego świadomy. Człowiek nie jest w stanie tej łączności być świadomym przez swojego ego. Może to tylko uczynić przez pokorę. W języku angielskim 2 kluczoowe terminy ilustrują te fenomeny. Selfish to egocentryzm I niestety wiekoszosc ludzi na świecie. Selfless to człowiek, który pomyśli o pomocy drugiemu zanim pomyśli o sobie, bo selfless nie znaczy thinking less of oneself, but thinking of oneself less.

Cytat:
Tego chyba nasza człowiecza natura powinna się nauczyć - CENIĆ rzeczy, które z jednej strony są realizowalne, a z drugiej nie są banalne, albo zbyt podobne do czegoś tam. "Zbawieniem" dla człowieka jest stan, w którym pozytywne przeżycia, trwała emocjonalna satysfakcja są osiągane innymi metodami jak zabicie wroga, kontrolowanie agresywne cudzej woli (dominacja), bycie na szczycie jakichś tam drabinek ludzkiej próżności. Tzn. same drabinki jeszcze nie muszą być złe, bo problemem jest nie samo rywalizowanie w jakiejś dziedzinie (to dość ciekawy mechanizm "produkcji" znaczenia i wartości), lecz to jaki status owo rywalizowanie przyjmuje w ludzkich emocjach - np. czy nie zawłaszcza jestestwa, nie przykrywa innych (szczególnie tych ważniejszych) wartości.
W każdym razie trwałe szczęście da się osiągnąć tylko przy założeniu, iż nasza natura nie będzie generowała ciągłej inflacji wszystkiego, co daje nam spełnienie. To nie jest łatwe, bo historia ludzkości pokazuje, iż ludzie, nawet mając zaspokojone swoje życiowe potrzeby, zaczynają wymyślać sobie cele, które ostatecznie okazują się być w sprzeczności z życiem, dobrobytem innych ludzi. Dla niektórych wręcz właśnie to szkodzenie innym, satysfakcja z bycia ważnym, bo zauważanym w tym negatywnym sensie (jak się zadaje ból, to trudno być przez swoją ofiarę nie zauważonym) staje się celem samym w sobie. Co świetnie widać po wszechobecności w internecie troli....
Tak jak dobrostan (odczuwanie szczęścia) nie jest fenomenem statycznym I stałym, podobnie miłość warunkowa sa jak chorągiewki na wietrze w samoocenie jak domek z kart. Tyko miłość moralna, która Grecy określają mianem agapao czyli przytulanie siebie jednym ramieniem (kochanie I szanowanie siebie z pokora) a drugim stawianie sobie poprzeczek I dotrzymywanie ich w pomocy innym aby zbawić siebie jest kroczeniem droga poznania z godnością. Wszelkie inne sposoby to uzależnienia wszelkiej maści.

Ostatnio zmieniony przez Dyskurs dnia Pią 22:41, 25 Sie 2017, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16346
Przeczytał: 106 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 13:23, 05 Wrz 2017    Temat postu:

Chyba relatywnie najbardziej jednoznacznym aspektem sprawy oceny człowieka byłaby kwestia samooceny. Szczególnie takiej, gdy to my stawiamy sobie cele, a potem my sami stwierdzamy, czy je zrealizowaliśmy, albo na ile je zrealizowaliśmy. Od tego zacząć by należało ścisłe ujęcie opisu osobowości, mocy woli, oceny świadomości.
Religia tutaj nieco "mota", bo startuje od moralności narzuconej - dowiadujemy się, że Bóg czegoś od nas chce i będzie nas z tego rozliczał. Ja nie neguję słuszności oceny człowieka przez Boga, jednak zwracam uwagę na to, że do analizy myślowej jest to punkt wyjścia bardzo słabo poddający się rozumowym argumentom. Bo normy boskie są arbitralne w stopniu dość skrajnym - nikt nie pyta się "dlaczego?" mam robić, czy nie robić czegoś, skoro to sam Bóg nakazał. Mamy się słuchać i tyle. Sprawa robi się już na starcie zamknięta, zniechęcając do rozważań, których zaczęcie może być nawet przez niektórych odczytane jako forma buntu przeciw Bogu. Bo dlaczego "zamiast wykonywać, mędrkujemy"?.
Lepszym więc od strony punktem wyjścia dla rozważań o ocenie świadomości jest chyba perspektywa ateistyczna, albo przynajmniej naturalistyczna. Powtórzę lepszym, ale jako PUNKT WYJŚCIA, nie zaś docelowy stan!

Dzięki ateistycznemu postawieniu sprawy na plan pierwszy wyłoni się pytanie DLACZEGO? mamy oceniać się w taki, a nie inny sposób. Załóżmy więc, że ocena osobowości przez Boga, z jakichś powodów w ogóle nie jest istotna, za to człowiek zamierza oceniać sam siebie. Ocenia sam siebie na starcie po to, aby zorientować się na ile jego działania w środowisku i społeczności mogą być skuteczne. Bo trzeba zdiagnozować swoją zdolność do przetrzymania czasu głodu, aby dobrze zaplanować wyprawę przez pustynię, albo wiedzieć az grubsza jak jesteśmy postrzegani przez społeczność, aby wziąć pod uwagę, ze ta społeczność nam pomoże w jakimś przedsięwzięciu, albo w kłopotach. Człowiek, który wie, że może liczyć tylko na siebie wypracuje sobie inną strategię życiową, niż ktoś kto ma przekonanie, że zawsze ktoś go wesprze. Musimy więc oceniać swoje możliwości i umiejętności, aby nasze wybory i działania życiowe były zbliżone do optymalnych, aby nasze zamierzenia miały szansę powodzenia.
Z tego wynika przynajmniej POTRZEBA ZNAJOMOŚCI SIEBIE. Dalszą kwestia jest to JAKIE EMOCJE ZWIĄŻEMY ZE SWOJĄ OCENĄ. Bo to jest następny "stopień swobody" w układzie. Czym innym jest stwierdzenie "słabo dogaduję się z ludźmi", a czym innym zadręczanie się z powodu tego, ze słabo się dogadujemy z ludźmi. Mając ten sam fakt - tę samą ocenę od strony sprawności - możemy go skrajnie różnie ulokować w emocjach - od akceptacji, albo zlekceważenia owej oceny, do zadręczania się, albo silnych prób zmiany stanu.
W każdym razie dyskusję o ocenach świadomości musimy zacząć od tego, JAK SAMI SIĘ POSTRZEGAMY. Jeśli czegoś w sobie nie widzimy, to i tak tego nie ocenimy. A nawet zewnętrzna ocena osoby, która nie ma świadomości czegoś będzie w jakiś sposób kulawa - bo trudno np. robić zarzut komuś z czegoś, czego on po prostu nie zauważył, czego jego świadomość nie doświadcza.
Ten problem dość mocno sięga w religię i etykę. Na ile możemy w ogóle oceniać kogoś, jeśli ten ktoś ma pewien system postrzegania rzeczywistości JEMU ZADANY. Nie wybieramy sobie tego jak będziemy postrzegać rzeczywistość, więc jak możemy oceniać - jako dobre, albo złe - takie, a nie inne postrzeganie owej rzeczywistości, a następnie dokonując wyborów stosownych do owego postrzegania?...
Możemy się jednak oceniać WEWNĘTRZNIE - czyli w ramach tego co do nas dotarło, co wiemy, uświadomiliśmy sobie. Czyli właściwie tą pierwotną oceną jest zawsze SAMOOCENA. Ktoś ocenia się czy sprawnie wykonał zadanie, szczyci się tym, iż pomaga innym ludziom, ale też tym, że skutecznie zabija...
Jeśli ktoś w ramach swojego systemu wartości, uznającego sprawność w zabijaniu za wielką wartość (żołnierz zabijaka), to dla niego wewnętrznym "dobrem" jest właśnie skuteczne uśmiercanie. I tak człowiek będzie miał satysfakcję i zadowolenie, gdy zabił, a dyskomfort, czy niejako wewnętrzne "wyrzuty sumienia", ze ofiara mu się wymknęła.
Tak patrząc na sprawę oczywiście nikt nie jest niczemu winny, jak też i nikt nie ma żadnej zasługi - w końcu zawsze działał tak, jak mu wskazał "wektor jego systemu rozeznania rzeczywistości i samego siebie".
A jednak się oceniamy, jednak mamy problem z tym, że zrobiliśmy coś inaczej, niż to uznajemy za słuszne. Czy to atawizm?...
- Ten trop uznawania oceny, sumienia za atawizm jest chyba dość ciekawy. Można powiedzieć, że wyrzuty sumienia są ewolucyjnym nabytkiem powstałym po to, aby jednostka była skłonna do rozważania wielu okoliczności, aby budowała sobie bardziej złożone modele oceny świata. Małpolud, który robi coś "bo robi", bo tak go przymuszają instynkty nie będzie raczej tworzył sobie skomplikowanych modeli otoczenia i siebie, bo nie ma po co. On realizuje program zapisany mu w genach i nie posiada celu poznawczego. Zupełnie inaczej będzie działał małpolud, który w głowie posiada "wewnętrznego gnębiciela" w postaci funkcjonalności poddającej działania i oceny świata w wątpliwość. Taki małpolud będzie skłonny w wolnych chwilach rozejrzeć się jakoś dodatkowo po okolicy, wypróbować jakąś nową opcję oddziaływania na otoczenie, zastanowić się nad przyczynami porażki w ostatnim zamierzeniu, a dalej, ewentualnie, SKORYGOWAĆ SWOJE BŁĘDY.
Tylko mając tę funkcję oceniania - WMUSZONĄ jakoś umysłowi (może przez ewolucję) małpolud będzie miał motywację do dodatkowego zdobywania wiedzy o świecie i swoim związku z tym światem, a w konsekwencji do tworzenia modeli i ostatecznie wypracowania sobie sprawniejszego działania. Zatem może sumienie jest po prostu nabytkiem ewolucyjnym?


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Wto 13:23, 05 Wrz 2017, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Filozofia Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin