Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Realizm metodologiczny i perspektywy mentalne

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Filozofia
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 17414
Przeczytał: 113 tematy

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 13:56, 11 Wrz 2020    Temat postu: Realizm metodologiczny i perspektywy mentalne

Jestem idealistą. Ściślej, może nie spełniam wymogów każdego możliwego do pomyślenia idealizmu, jednak jestem idealistą w tym znaczeniu, że "świat sam w sobie" traktuję jako niedostępny bezpośrednio, zaś moje poznanie tego świata jest zawsze pośrednie, zawsze przez umysł. I ten umysł najwięcej o kształcie tego, co traktuję za wiedzę, zadecydował.
Z drugiej strony jednak uważam, że coś zewnętrznego wobec umysłu musi być. Nie jestem solipsystą, nie uważam, abym w całości ja sam generował te bodźce, doznania, jakie odczuwam. Myśli o tych doznaniach generuję mocą swojej woli i cechami umysłu, jednak sam impuls do generowania tych myśli przychodzi mi jakoś z zewnątrz. Zatem twierdzę, że ISTNIEJE ZEWNĘTRZE w stosunku do umysłu.
Realiści na tym etapie, na nieznanej mi zasadzie, uznają, iż poznają owo zewnętrze jako takie - samo w sobie, a do tego, że rzeczy, które im się jawią (wyodrębnienia bytów z magmy doznań) są już tymi docelowymi rzeczami samym w sobie. Ja uważam takie mniemania za nieuzasadnione. Droga od doznań do rzeczy samych sobie, do świata samego w sobie, do istnień samych w sobie jest wg mnie wieloetapowa, kręta, najeżona pułapkami, błędami, zmianami w konstatacjach co tak naprawdę jest tym, co istnieje. I wcale nie zakładam, że na końcu owej drogi znajdę coś, do czego będzie pasowało określenie "rzecz". Może to nie będzie żadna rzecz, tylko jakaś forma procedury matematycznej, może to będzie efekt działania jakiegoś generatora, działającego na podobieństwo komputera wyświetlającego świat gry wideo. Może tak będzie, a może nie. Teraz tego nie zamierzam przesądzać, ani nic twierdzić w tym względzie.
Przyjmuję jednak, że moje poznanie w sposób naturalny zmierza do WYODRĘBNIANIA OBIEKTÓW. Staram się ROZGRANICZAĆ aspekty doznań tak, tworzyć z nich swego rodzaju "klocki", nadawać im indywidualność, odrębność od innych klocków - składników rzeczywistości. Tak działa - właściwie mimowolnie - moje percepcja, działa KURSEM NA WYODRĘBNIANIE.
Zdaję sobie jednak sprawę, że ów kurs na wyodrębnianie, obiektowanie rzeczywistości jest przede wszystkim METODOLOGIĄ mojego przetwarzania informacji. Świat nie jest zbiorem absolutnie niezależnych, odizolowanych bytów, lecz jakimś przelewaniem się wzajemnych tych dwóch przeciwnych aspektów
- jedności
- indywidualności.
Patrząc z jednej strony, świat jest bardziej jednością. Patrząc z innej strony, jest bardziej zbiorem indywiduów. W sumie jest i tak, i taki jednocześnie.

Realizm jest w moim przekonaniu poglądem, który ucieleśnia ową wrodzoną intuicję poznawczą - intuicję zamykania sobie rozumienia tego świata w obiekty, "klocki", odrębności. Umysł nie jest w stanie poradzić sobie ze światem jako całością. Nie radzi sobie z tym, bo nie ma do całości ani dostępu, ani też mocy przerobowych, aby całością (potencjalnie nieskończoną ilością informacji) zarządzać. Musi więc DOKONAĆ REDUKCJI, czyli coś zaniedbać, a coś uznać za pewne i wyodrębnione, nawet jeśli wcale do końca pewne nie jest, ani nawet jeśli owo wyodrębnienie z tła nie jest wcale precyzyjne. Ale umysł nie ma wyjścia, bo jest za słaby, zbyt niedoskonały, aby zarządzać wszystkim, aby pojmować rzeczywistość samą w sobie w całości jej aspektów. Dlatego umysł zakreśla granice dla bytów, POSZUKUJE ODRĘBNOŚCI I ROZGRANICZEŃ, próbuje zamknąć te przytłaczające swoją złożonością emanacje świata, w dające się zarządzać jednostki. Potem próbuje temu zamknięciu rzeczy w jednostki przypisać atrybut realności, jest przekonany, że taki świat postrzegany w jednostkowości, pokawałkowany jest tym właściwym światem.
Ja uważam jednak, że owa tendencja do kawałkowania, wyodrębniania, obiektowania jest bardziej potrzebą i funkcją samego umysłu, niż natywną cechą rzeczywistości. Rzeczywistość oczywiście nie jest całkowicie płaska, ona ma swoje "zgęszczenia i rozrzedzenia", coś zaostrza, a coś wypłaszcza. Więc od rzeczywistość jakiś impuls do owego obiektowania jej obrazów przez umysł dostarcza, sugeruje wyodrębniać coś bardziej, a nie wyodrębniać w innym przypadku.
Gdy idziemy plażą, albo jeszcze lepiej przez piaszczystą pustynię płaską w tym miejscu (bez wydm), to mamy wrażenie, że w ogóle "jest płasko", mamy wrażenie, że oto "rzeczywistość sama okazuje się płaska". Jednak tak naprawdę płaskość jest EFEKTEM WYBORU PERSPEKTYWY. Bo gdybyśmy się schylili, wyciągnęli szkło powiększające, to ujrzelibyśmy niezliczoną ilość ziarenek piasku. Każde ziarenko piasku jest małym obiektem, jest indywidualnością. W tej perspektywie patrzenia przez lupę będziemy więc mieli dokładnie przeciwną, niż płaska, percepcję owej pustyni - będziemy mieli percepcję jako wielość malutkich obiektów, osobnych indywidualności.
Zatem TO UMYSŁ ZADECYDOWAŁ, która perspektywa go aktualnie interesuje. Pustynia nie jest "w swojej istocie" ani płaska, jednolita, ani istotowo pokawałkowana, lecz jawi się nam albo taką, albo taką, w zależności od tego, jaką perspektywę wybierzemy.
Nasz umysł funkcjonuje w trybie poszukiwania indywidualności, kawałkowania i zamykania sobie w obiekty aspektów doznawanego świata. Ta metodologia oglądu rzeczywistości może być określona mianem "realizmu metodologicznego". Dlatego "realizmu", że właśnie taką intuicję posiada metafizyka realizmu - intuicję "posiadania rzeczy". Więc nasz umysł, kierując się tą intuicją, będzie próbował "posiadać rzeczy w swojej przestrzeni", będzie kawałkował, wyodrębniał byty. Jednak naiwnością jest przekonanie, że ta właściwość umysłu jest efektem jakiejś absolutnej natury rzeczywistości.
Jaka jest rzeczywistość?
- Oczywiście nie jest zaprzeczeniem tej tendencji wyodrębniania. Uważam, że NIE jest płaska, jednolita. Ale nie jest też jakoś idealnie pokawałkowana w odrębne byty. Jest ZŁOŻONA.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
towarzyski.pelikan




Dołączył: 19 Sie 2018
Posty: 2396
Przeczytał: 148 tematów


Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 14:32, 11 Wrz 2020    Temat postu:

Wielość perspektyw wskazuje na realne istnienie indywiduuów. A ta jedność, o której piszesz, przebija przez te indywidua, jest to jedność w wielości, nie znosi, nie neguje istnienia indywiduów.

Jedność to Miłość. A czym jest miłość bez osób, pomiędzy którymi zachodzi?

Kto neguje istnienie indywiduów, neguje istnienie jedności, kto uznaje istnienie indywiduów, uznaje istnienie jedności.

W chrześcijaństwie nawet sama jedność jest indywiduum, jest osobą.

A miłość pomiędzy Bogiem i człowiekiem to relacja pomiędzy jednością a jednostką.


Ostatnio zmieniony przez towarzyski.pelikan dnia Pią 14:32, 11 Wrz 2020, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 28 Wrz 2015
Posty: 10159
Przeczytał: 26 tematów

Skąd: USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 15:06, 11 Wrz 2020    Temat postu:

towarzyski.pelikan napisał:
Wielość perspektyw wskazuje na realne istnienie indywiduuów. A ta jedność, o której piszesz, przebija przez te indywidua, jest to jedność w wielości, nie znosi, nie neguje istnienia indywiduów.

Jedność to Miłość. A czym jest miłość bez osób, pomiędzy którymi zachodzi?

Kto neguje istnienie indywiduów, neguje istnienie jedności, kto uznaje istnienie indywiduów, uznaje istnienie jedności.

W chrześcijaństwie nawet sama jedność jest indywiduum, jest osobą.

A miłość pomiędzy Bogiem i człowiekiem to relacja pomiędzy jednością a jednostką.
Miłość to w dalszym ciągu koncept człowieka. Można ten koncept różnie "ubierać". Jedni kochają za rozmiar piersi [miłość romantyczna] dotąd jak jędrne, potem juz nie "kochaja". Drudzy kochają bliźniego kosztem siebie samego [miłość agape]. Inni kochają debatować o życiu [miłość filozoficzna]. Jeszcze inni kochają łagodnie i stanowczo zarazem wymagając niezawisłego stosowania się do subiektywnie ustalonych przez naród zasad/norm zachowania w celu odróżniania dobra i zła [miłość moralna]. Kto kocha moralnie, jest w stanie kochać filozoficznie ale nie jest w stanie poświęcać swojego dobrostanu dla innego, który ma moralny obowiązek pielęgnować własny i nie jest w stanie "kochać" za "c*cki" :)
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 17414
Przeczytał: 113 tematy

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 17:07, 11 Wrz 2020    Temat postu:

Dyskurs napisał:
towarzyski.pelikan napisał:
Wielość perspektyw wskazuje na realne istnienie indywiduuów. A ta jedność, o której piszesz, przebija przez te indywidua, jest to jedność w wielości, nie znosi, nie neguje istnienia indywiduów.

Jedność to Miłość. A czym jest miłość bez osób, pomiędzy którymi zachodzi?

Kto neguje istnienie indywiduów, neguje istnienie jedności, kto uznaje istnienie indywiduów, uznaje istnienie jedności.

W chrześcijaństwie nawet sama jedność jest indywiduum, jest osobą.

A miłość pomiędzy Bogiem i człowiekiem to relacja pomiędzy jednością a jednostką.
Miłość to w dalszym ciągu koncept człowieka. Można ten koncept różnie "ubierać". Jedni kochają za rozmiar piersi [miłość romantyczna] dotąd jak jędrne, potem juz nie "kochaja". Drudzy kochają bliźniego kosztem siebie samego [miłość agape]. Inni kochają debatować o życiu [miłość filozoficzna]. Jeszcze inni kochają łagodnie i stanowczo zarazem wymagając niezawisłego stosowania się do subiektywnie ustalonych przez naród zasad/norm zachowania w celu odróżniania dobra i zła [miłość moralna]. Kto kocha moralnie, jest w stanie kochać filozoficznie ale nie jest w stanie poświęcać swojego dobrostanu dla innego, który ma moralny obowiązek pielęgnować własny i nie jest w stanie "kochać" za "c*cki" :)

Zeszło trochę z tematu, bo na miłość. Ale zeszło dość ciekawie, więc może nie ma co tym razem żałować takich offtopów.
Miłość faktycznie jest takim pomostem pomiędzy jednostkowością, a wielością. Być może tego rodzaju miłość jest - w ogólniejszym ujęciu - modelem istnienia w ogóle. Jeśli istnienie wiąże się z postrzeganiem, zaś postrzeganie jest przez kogoś, to istnienie byłoby związane z zdolnością do postrzegania przez obserwującego. Postrzeganie może być jednak prawidłowe - jakoś celujące w zgodność z tym, co postrzegane, bądź nieprawidłowe, wykrzywiające obiekt postrzegany. Miłość jest formą akceptacji tego, co postrzegane. Aby postrzegać coś (także kogoś) w sposób poprawny, trzeba mieć tę INTENCJĘ POSTRZEGANIA W ZGODZIE Z OBIEKTEM - TAKIM, JAKI JEST. Jest tu chyba aspekt podobny, jak w miłości.
Pomiędzy emocjami, intencjami, a postrzeganiem jest dość ciekawy związek. Widać to dobrze, gdy popatrzymy jak postrzegamy osoby, które lubimy, nawet kochamy vs te przez nas nielubiane. Zakochani dostrzegają w obiektach swojej miłości prawie same zalety, a wady - jesli nawet jakieś występują i zakochany to musi przyznać - okazują się dla niego być "cechami", o których nie myślą negatywnie, lecz czasem nawet z czułością i akceptacją. Odwrotnie jest z tymi, których nie lubimy - u takich ludzi, nawet ewidentne zalety potrafią być jedynie denerwujące, pogarszające obraz całościowy oceny człowieka.

Aby postrzegać względnie poprawnie, trzeba mieć w sobie odpowiednią intencję. Określiłbym tę intencję, jako mieszaninę szacunku i akceptacji dla tego, co rzeczywiście jest, co obiekt postrzegany samoistnie przejawia, w tym akceptację dla tego co trudne, choć i nie przecenianie tego, co nam wygodne i potwierdzające. Jest tu też intencja pewnej ciekawości, a nawet pragnienie aktywności poznawczej, jednak nie przytłaczające, jakoś kontrolowane. Ta kontrola jest potrzebna, aby poznania nie zakłócała jakaś forma wymuszenia z naszej strony, aby nie poganiać czegoś, co powinno objawić się spontanicznie - właśnie ze strony postrzeganego obiektu, a nie z naszej silnej intencji.

Są ludzie, którym miłość myli się z zawładnięciem obiektem ich uczuć, rozumieją miłość jako posiadanie kogoś, bądź czegoś. Takie osoby tworzą toksyczne związki, krzywdzące tych, którym przyszło żyć z tego rodzaju posesywnymi osobowościami. Te posesywne osobowości także zwykle nie chcą postrzegać obiektów swoich uczuć (piszę świadomie "uczuć", bo nie do końca miałbym ochotę użyć słowa "miłości") takimi, jacy oni są, lecz takimi, jakie chcieliby je widzieć. Można by zadać pytanie, czy te osoby bardziej postrzegają te zewnętrzne obiekty, czy własne wobec tych obiektów oczekiwania. Te osoby też są swoistymi kłamcami - kłamią wobec siebie i świata, że to co sobie na temat tego, co postrzegają wymyślili, w istocie jest tym, co dana osoba, czy rzecz samoistnie przejawia.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Filozofia Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin