Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Rozliczenie ego w sobie

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Filozofia
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16727
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 12:25, 17 Kwi 2019    Temat postu: Rozliczenie ego w sobie

Ego jest dziwną koncepcją, albo może trudno uchwytnym fenomenem. Religie, mędrcy - filozofowie wskazują często na ego jako źródło błędów myśli i cierpienia. Z drugiej strony tak całkiem bez ego, nie da się żyć.
Ja stoję na stanowisku, że ego w sobie trzeba poznać, zrozumieć, rozliczyć sie z nim. To, aby poznać, czym ono jest, będzie w tym zadaniu szczególnie ważne.

Geneza ego
Ego można wyprowadzić ewolucyjnie, wskazując na biologiczne dziedzictwo, z jakim się rodzimy. Zwierzęta też dysponują czymś w rodzaju ego - np. pewne psy są dominujące, maja twardy charakter, inne zaś są spolegliwe, posłuszne. Kto miał jakieś zwierzę domowe - psa, kota - ten zapewne zaobserwował reakcje zwierząt całkiem podobne do tych ludzkich. I spora część z tych reakcji funkcjonuje wskazując na coś w rodzaju ego.
Patrząc na sprawę od strony mechanizmów psychologicznych i dodając do tego optymalizację pod katem przetrwania, można stworzyć model, w którym ego rodzi się jako pewna konieczność wynikająca z potrzeby gromadzenia informacji o tym, kim/czym jest dana jednostka. Pies, antylopa, czy gepard lepiej opanowują środowisko, jeśli dysponują wiedzą o swoich możliwościch - jak szybko biegają, jak daleko skaczą, czy (i w jakiej formie) są akceptowane przez członków grupy - stada. Musiał zatem wytworzyć się mechanizm psychologiczny, który skłania osobniki do diagnozowania własnego stanu, do analizy swoich umiejętności, aktualnego zdrowia, zdolności do ucieczki, czy ataku. Od tego często zależała strategia, która ratowała życie. Jeśli osobnik czuł się słaby, to wybierał sobie miejsca, gdzie do potencjalnych drapieżników było na tyle daleko, aby udało się gdzieś skryć przed ich atakiem. Osobnik zdrowy i silny mógł sobie pozwolić na eksplorację obszarów bardziej niebezpiecznych - w razie czego miał bowiem wystarczające zdolności, aby uciec przed atakiem. Wszystko zależało od tego CO O SOBIE WIEMY.
Dlatego naturalnym jest, że zaczęły się tworzyć mechanizm myślenia bazujące na samoodniesieniu, autodiagnozie. Można powiedzieć, że biologia powinna jakoś nam stawiać pytania: jak silny jestem? Jak szybko mogę się poruszać? Czy w razie czego poradzę sobie z wejściem na drzewo? Ale też: czy się podobam płci przeciwnej? Czy mam szansę na zostanie liderem grupy? Czy pokonałbym danego konkurenta w walce o samicę, o przywództwo stada?
Osobnik, który się mylnie diagnozował, podejmował nieracjonalne decyzje, a więc z większym prawdopodobieństwem mógł wpaść w tarapaty - np. zostać skutecznie zaatakowanym, albo rzucić wyzwanie znacznie silniejszemu konkurentowi, a potem w walce zostać tak poranionym, że jego życie bardzo by się skróciło, zaś nasze geny nie zostałyby przekazane.
Genezą ego wg mnie jest ZDOBYWANIE WIEDZY O SOBIE. Osobnik, który więcej informacji o sobie zebrał, działa skuteczniej. Zatem powinien utworzyć się mechanizm psychologiczny, budowania różnych form owej wiedzy, oceniania siebie pod różnymi kątami, analizowania wielu aspektów owej wiedzy.
Warto tu dodać, że w ramach owego diagnozowania jest też SPRAWCZOŚĆ. Stan własnych możliwości można ocenić, można tez starać się o jego zmianę - zapewne w stronę zwiększania kontroli nad otoczeniem, dominowaniem innych osobników, poddawanie świata swojej woli. Stąd bierze się - naturalnie wyprowadzony - mechanizm tyranii, krzywdzenia innych. Chcąc opanować (co jest naturalne) świat, będziemy tłamsić wolę innych. W końcu ktoś musi być lepszy, ktoś stanie wyżej...

Wiedza o sobie, a testowanie
Obserwuję u wielu ludzi jakąś tam formę zadziorności, agresywności. Inni są bardziej łagodni. Są ludzie, którzy często szukają okazji do wykazania się, nawet zwady. W dużym stopniu jest to spowodowane logiką zdobywania wiedzy o sobie i zdobywania pozycji w grupie. Osobnik, który wciąż walczy o wyższe miejsce w drabince społecznej, będzie zaczepiał innych - jednych, aby się przetestować, na ile potrafi rzucić wyzwanie poważnemu konkurentowi, innych już właśnie jako to wyzwanie.
Bez spróbowania się z problemami, nie zdobędziemy wiedzy o naszych możliwościach. A próbować często trzeba wbrew zagrożeniom, czy oczekiwaniom innych. Ewolucja stara się nagradzać taką ekspansywną postawę, budując psychologiczny mechanizm radości ze zwycięstwa. Większość ludzi odczuwa naturalną radość z pokonania rywali, zwyciężania, osiągania różnych celów. To nie jest wyrozumowane, to działa na poziomie instynktowym. Nikt nie tworzy konstrukcji intelektualnych w rodzaju: teraz, racjonalnie sprawę ujmując, powinienem się ucieszyć, bo pokonałem rywala. Nie - to działa samo z siebie. Ego jest siłą pierwotną, instynktowną.

Tu pojawia się dość podstawowe pytanie: czy ego to JA?
Czy możemy utożsamiać siebie, naszą całą świadomość z tym dążeniem do wypromowania siebie względem innych osobników.
Tu by należało zmierzyć się z pytaniami:
czy ta moja świadomość, która przegrała, to już może nie ja?
czy ta wiedza o sobie, powiązana z historie sukcesów i porażek na różnych polach, to ja?

Wydaje mi się, że są ludzie ambitni, nakierowani na zdobywanie, sukces, którzy w ogóle nie wyobrażają sobie obrazu siebie innego, niz obrazu zwycięzcy. W ogóle nie widzą tu alternatywy.
Ale ja uważam, że alternatywa jest. Gdy patrzę na góry, albo las, nie zastanawiam się, czy wygrałem, czy przegrałem, albo "kto jest w tym patrzeniu bardziej". Gdy kontempluję piękno majowej, ukwieconej łąki, czuję się sobą, żyję, nawet akceptuję ten stan, niezależnie od tego, kto jest ode mnie wyżej, a kto niżej, kto wygrał, a kto przegrał.
Ten ewolucyjny nakaz wspinania się po drabince hierarchii w grupie równe dobrze można sobie zlekceważyć. Przegrani, ci którzy odpuścili rywalizację też żyją. Może nawet często żyją w większym poczuciu szczęścia, niż zestresowani zagrożeniem upadku ze szczytu liderzy.

To jest oczywiście tylko pewien wstępniak, zarysowanie problemu. Bo ego to nie tylko rywalizacja, ale cały kompleks zjawisk świadomościowych, które jednak wokół jakiejś formy rywalizacji się kręcą. Patrząc na sprawę filozoficznie (a nie instynktownie, jak to czyni większość), można stawiać pytanie: czy na pewno w ogóle potrzebuję tak bardzo dbać o to swoje ego?
- Nie chcę jeszcze na to pytanie odpowiedzi dawać. Bo uważam, że nie jest ona oczywista. Ego daje też impuls, energię, może jakąś formą woli życia. Nieostrożne pozbycie się wszystkich mechanizmów/impulsów ego mogłoby coś ważnego w naszej tkance uczuciowej zniszczyć. Ale chyba też czuję, że z kolei bezrefleksyjne oddawanie się presji ego (przynajmniej tak pojętego, jak to wyżej zarysowałem) ostatecznie będzie budowało świadomość o niskim stopniu rozumienia siebie, świadomość ograniczoną, często spalającą się w niezdiagnozowanych wewnętrznych konfliktach, nieszczęśliwą...


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Śro 12:27, 17 Kwi 2019, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16727
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 12:51, 17 Kwi 2019    Temat postu: Re: Rozliczenie ego w sobie

Ego, a myślowe checkpointy
Zdiagnozowanie, a dalej rozliczenie ego w sobie jest o tyle trudne, że dzięki ego zdobywamy pewne myślowe checkpointy - coś tam sobie zaliczamy jako zrobione, jako stan właściwy. Niektórzy mieliby w ogóle problem z myśleniem, zdiagnozowaniem kierunku, w którym zmierza rozumowanie, gdyby gdzieś tam w tle nie majaczył cel: zwycięstwo.
Z mojej osobistej perspektywy cel "zwycięstwo" jest jednym z wielu. Właściwie to nie jest ani lepszy, ani gorszy od celów: poznanie, doznanie, zdobycie konkretnego doświadczenia, wsparcie czegoś, bądź kogoś. To czy zwycięstwo mnie ucieszy, wcale nie jest oczywiste. Wiele moich zwycięstw mnie zmartwiło, gotów byłbym je oddać, bo sam nie ma na nie szczególnego parcia, zaś kogoś innego porażka przybija.
Ale rozumiem też, że uwolnienie rozumowania od tego mechanizmu oceny: dobrze jest wtedy jak zwyciężę, a źle jest wtedy gdy przegram - to dla wielu może być trudne. Bo jak ocenić w ogóle działanie, które żadnemu zwycięstwu nie służy?...
Choć można tę myśl ocenić jeszcze w innej konwencji językowej - rozszerzając znaczenie pojęcia "zwycięstwo". Można za zwycięstwo uznać sam fakt dowiedzenia się czegoś, przeżycia. Niekoniecznie trzeba zaraz mieć rywala, czy laury, bądź aplauz ze strony widzów. Rozszerzając koncepcję zwycięstwa po prostu na każdy cel, który udało nam się osiągnąć, możemy osłabić ewolucyjny przymus rywalizacyjny. Czy warto ten przymus osłabiać?
- To pewnie też zależy. Bo u niektórych ludzi brak tych naturalnych, instynktowych mechanizmów budowania satysfakcji z działania i życia, może dać efekt zagubienia emocjonalnego, ostatecznie nihilistycznego negowania wszystkiego - życia, własnej egzystencji.

Ciekawym w tym kontekście jest aspekt religijny. W Biblii "roi się" od obrazów nawiązujących do zwycięstwa - są tam liczne postacie królów, mamy "Królestwo Niebieskie", mamy "zwycięstwo nad szatanem" itp. Na obrazach religijnych Michał Archanioł występuje z mieczem, którym pokonuje jakby fizycznie diabła. Ja dzisiaj uważam, ze właściwie to wszystko są alegorie. Czyli w tej prawdziwej religii NIE O TAKIE - STANDARDOWO ROZUMIANE - ZWYCIĘSTWO CHODZI.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16727
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 14:29, 17 Kwi 2019    Temat postu: Re: Rozliczenie ego w sobie

Przedefiniowanie idei zwycięstwa
Ja w pewnym momencie mojego życia zorientowałem się, że opierając swoje szczęście, spełnienie o domyślnie daną mi ideę zwycięstwa, obstawiam "przegranego konia". Tzn. z góry mogę stwierdzić, że zwycięstwo na zwykły sposób ostatecznie nie będzie mi dane w sposób trwały. Mogę zwyciężać małe bitwy po drodze, ale wojnę mam przegraną. Jak w banku...

Dlaczego obstawiając standardową wizję zwycięstwa nie mogę wygrać?
Wyobraźmy sobie stan osiągnięcia celu - czyli gdy zwyciężyłem już wszystkich. Jestem na szczycie, tryumfuję. Już nie ma nikogo do pokonania. Moje, rozbudzone poprzednimi zwycięstwami, pragnienia zwyciężania wciąż trwają... Ale już nie ma kogo pokonywać, jest pustka, brak celu.
Ale jest inny, kto wie, czy nie ważniejszy powód, dla którego standardowo rozumiane zwycięstwa są wątpliwym sukcesem życiowym. Weźmy sytuację, gdy zwyciężyłem w kategorii wzrost - jestem najwyższy na świecie. Ale jednocześnie...
przegrałem w kategorii bycia najmniejszym na świecie. :cry:
Chwila refleksji: kto/co decyduje, która kategoria zwyciężania jest tą właściwą?
- Ktoś odpowie: to się wie! Wiadomo, że zwycięża ten, kto wystąpi przeciw innym i ich w tym pokona. Ktoś pokonał innych w pluciu na odległość, inny w mówieniu słów jak najszybciej, jeszcze inny w wydzieraniu się, jeszcze inny w głośnym puszczaniu bąków...
Ilość kategorii jest nieskończona.
Jest księga rekordów Guinnessa - coraz grubsza, z coraz bardziej absurdalnymi zwycięstwami w najdziwniejszych konkurencjach. Czy ten "prawdziwy życiowy zwycięzca" ma obstawiać wszystkie te konkurencje?...
To on nie ma nic innego do roboty, tylko "ganiać" każdą możliwą konkurencję świata, aby w niej zwyciężyć?...
Jak powstanie konkurencja "być najlepszym w cmokaniu", to powinienem teraz najlepiej cmokać; a jak ktoś sobie wyduma konkurencję w najlepszym chodzeniu tyłem po bagnach, to ja też powinienem pakować się na jakieś bagna i chodzić po nich tyłem?... :shock:
Muszę się ścigać w tych (nieskończonych) konkurencjach, jakie tylko są możliwe?...
Ktoś powie: oczywiście że są debilne konkurencje, ale są i te sensowne. Tylko pytanie: które są te sensowne? Kto o tym decyduje?...
- Oddamy decyzję o tym, która konkurencja jest tą właściwą w czyje ręce?
- A moze sami o tym zadecydujemy?...
Ale skoro sami sobie przyznamy to prawo o decydowania o tym, co jest tym prawdziwym zwycięstwem, to przecież możemy pójść o kroczek dalej i...
ZADEKRETOWAĆ NP. ŻE MOIM ZWYCIĘSTWEM JEST ZWYKŁE POGRĄŻENIE SIĘ W JESTESTWIE, KONTEMPLACJA ŚWIADOMOŚCI, BEZ UDOWADNIANIA KOMUKOLWIEK CZEGOKOLWIEK...

Skoro i tak to ja decyduję, to po co mam sobie wymyślać jako te właściwe jakieś niewygodne konkurencje, to po co mam sobie utrudniać sprawę, kierując się w stronę, gdzie mam jakichś groźnych konkurentów?...
Ale może powinienem zdecydować się na cudzy wybór - ktoś mi wyznaczy konkurencję, a ja posłusznie się zgodzę z tym, że mam w niej osiągać zwycięstwa?...
Ale niby dlaczego KTOŚ MA MI WYZNACZAĆ, co ja uważam za wartościowe?...
Samo to - zdanie się na cudzy osąd wartości i sensu - jawi mi się właśnie jako porażka. W końcu to ja chyba na tym gruncie- posiadania świadomości i rozumienia - jednak powinienem być dobry, może najlepszy. A tutaj dobrowolnie uznaję swoją podległość?...

Tych pytań większość ludzi chyba sobie nie zadała. Konkurują w różnych dziedzinach, bo tak to im życie zleca, godząc się na podrzędny status swoich wyborów i swojego rozumu. A jak wygrają, w tych zleconych siłami wyższymi konkurencjach, to się cieszą.
Czyli chyba dobrze, że się cieszą?... - mają radość, satysfakcję z osiągniętego celu.
Niby mają, ale - jeśli jednak poważnie by potraktować własną świadomość, moce decyzyjne - to dlaczego ja nie miałbym:
- sam wyznaczyć sobie celu, do którego zmierzam
- osiągnąć ten cel i się cieszyć nim.
Dlaczego to ktoś miałby nad tym panować?...
Ale...
Ale może jednak ktoś nie umie się cieszyć tym, co sam sobie wytyczy jako cel?... Wtedy musi się zdawać na cudze wybory przedmiotu swojej życiowej satysfakcji...
Jest pytanie: czy umiemy żyć bez tego zewnętrznego nadzorcy - twórcy celów?...
- Może ktoś umie?
A może w ogóle DA SIĘ TEGO NAUCZYĆ?... :think: :szacunek:
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
towarzyski.pelikan




Dołączył: 19 Sie 2018
Posty: 2101
Przeczytał: 131 tematów


Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 20:01, 17 Kwi 2019    Temat postu:

Ego w wymiarze ewolucyjnym wiąże się z dążeniem do przetrwania. Jeśli nie stawiamy na swoim, to wykluczamy się z gry.
Z drugiej strony, jeśli tak bardzo nam zależy na tym, żeby wygrać, że jesteśmy gotowi posunąć się nawet do oszustwa, matactwa, to wówczas choć możemy osiągnąć krótkotrwałą satysfakcję, to na dłuższą metę na tym tracimy, ponieważ kiedy inni się zorientują, że oszukujemy, stracą zainteresowanie nami jako partnerami w grze.
Tak więc ideałem byłoby połączenie ego z wewnętrzną uczciwością, która w perspektywie długofalowej sprzyja egoistycznemu interesowi przetrwania.

W wymiarze życia jednostkowego ego to narzędzie rozwoju osobowościowego. Kiedy decydujemy się na grę z innymi ludźmi, dowiadujemy się czegoś o sobie. Poznajemy swoje mocne i słabe strony. Z każdą kolejną grą, w którą wkraczamy, jesteśmy coraz lepsi (uczymy się na błędach, doświadczeniach). Silna motywacja do wygranej dodatkowo skłania nas do podjęcia ryzykownych działań. Pójścia na całość. W wyniku tego możemy osiągnąć coś, czego w życiu się po sobie nie spodziewaliśmy (taki wewnętrzny awans, zyskanie nowego levelu) albo możemy ponieść sromotną klęskę (co z kolei pozwoli nam uświadomić sobie swoje ograniczenia, taka lekcja pokory).

Ponieważ interesy naszego ego są tak naprawdę ściśle związane z celem przetrwania nie jednostki, ale grupy (gatunku), to jeśli będziemy sobie stawiać indywidualne cele, oderwane od tych społecznych gier, wówczas tak naprawdę samo ego straci rację bytu. Będzie nam jak kula u nogi. Ani nie będzie nam zależeć na takim zewnętrznym sukcesie (wspinanie się na szczyt hierarchii społecznej), ani na sukcesie wewnętrznym związanym z rozwojem cech korzystnych ze społecznego punktu widzenia, które też de facto wynoszą nas w hierarchii społecznej, ale w niepisany sposób (ludzie nam ufają, traktują jak autorytet, szanują).

Wydaje mi się wobec tego, że ew. rozwój wewnętrzny oparty na celach czysto indywidualnych może polegać tylko i wyłącznie na negowaniu tego co społeczne, czyli jako wygraną zaczynam postrzegać wszystko to, co mnie uniezależnia od tych społecznych gier, od tego pościgu o sukces, od tej walki o przetrwanie. Zaczynam czerpać z tego dumę, im bardzie jestem outsiderem, tym lepiej się sam ze sobą czuję. Jednak koniec końców mój wewnętrzny sukces jest uzależniony od celów społecznych na zasadzie negacji. Moim sukcesem jest to, co nie jest sukcesem dla innych. Gdyby nie ci inni, gdyby nie ten pościg o sukces, ta walka o przetrwanie, to i ja stałbym się przegrywem :) Świętym można być tylko wśród nieświętych, światłem można być tylko w ciemności.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16727
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 20:39, 17 Kwi 2019    Temat postu:

towarzyski.pelikan napisał:
Wydaje mi się wobec tego, że ew. rozwój wewnętrzny oparty na celach czysto indywidualnych może polegać tylko i wyłącznie na negowaniu tego co społeczne, czyli jako wygraną zaczynam postrzegać wszystko to, co mnie uniezależnia od tych społecznych gier, od tego pościgu o sukces, od tej walki o przetrwanie. Zaczynam czerpać z tego dumę, im bardzie jestem outsiderem, tym lepiej się sam ze sobą czuję. Jednak koniec końców mój wewnętrzny sukces jest uzależniony od celów społecznych na zasadzie negacji. Moim sukcesem jest to, co nie jest sukcesem dla innych. Gdyby nie ci inni, gdyby nie ten pościg o sukces, ta walka o przetrwanie, to i ja stałbym się przegrywem :) Świętym można być tylko wśród nieświętych, światłem można być tylko w ciemności.

A ja szukam w tym wszystkim nadziei.
Wierzę w to, że będziemy żyli wiecznie w społeczności ludzi/dusz wolnych i spełnionych, szczęśliwych. Czy jest to możliwe w oderwaniu od rywalizacji?...
Jeśliby było wyłącznie tak jak piszesz, że święty musi być wśród nieświętych, to konkluzja jest pesymistyczna - społeczność ludzi spełnionych wszystkich bez wyjątku nie jest możliwa, bo muszą gdzieś być ci źli, którzy coś popsują.

Poza tym ja widzę więcej obszarów szczęścia, niż tylko aspekt społeczny, niż rywalizacja. Rozumieją to dobrze np. ci, którzy czują się spełnieni w swojej rodzinie - np. kochając współmałżonka, dzieci, nawet jakoś swoje zwierzęta domowe. Tam często rywalizacji nie ma wcale, albo jest w szczątkowej formie, a mimo to (może właśnie dlatego) ludzie potrafią czuć się spełnieni, szczęśliwi. Cieszy ich sam kontakt z bliskimi, to że się doskonalą, że są.
Widzę też szczęście w formie kontemplacji piękna - muzyki, krajobrazu, kwiatów, dzieł ludzkich rąk. Słucham nieraz muzyki i mi się podoba. Nie zastanawiam się, czy artysta wygrał jakiś konkurs, czy został uhonorowany jako lepszy od innych - po prostu jak mi się to wykonanie podoba, to go słucham.

Uniezależnienie od społecznych gier wydaje mi się sensowne. Ale czy od wszystkich?
Czy w Raju można sobie zagrać w szachy?...
- Kiedyś stawiałem sobie to pytanie. Dzisiaj odpowiedziałbym: jak najbardziej! I to mimo, że w tej grze jest rywalizacja, starcie, jakaś forma agresywnych zachowań. Ale jest ona pod kontrolą, zawiera element przyjaźni, jest ŚWIADOMOŚĆ REGUŁ.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
towarzyski.pelikan




Dołączył: 19 Sie 2018
Posty: 2101
Przeczytał: 131 tematów


Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 21:18, 17 Kwi 2019    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:

A ja szukam w tym wszystkim nadziei.
Wierzę w to, że będziemy żyli wiecznie w społeczności ludzi/dusz wolnych i spełnionych, szczęśliwych. Czy jest to możliwe w oderwaniu od rywalizacji?...
Jeśliby było wyłącznie tak jak piszesz, że święty musi być wśród nieświętych, to konkluzja jest pesymistyczna - społeczność ludzi spełnionych wszystkich bez wyjątku nie jest możliwa, bo muszą gdzieś być ci źli, którzy coś popsują.

Poza tym ja widzę więcej obszarów szczęścia, niż tylko aspekt społeczny, niż rywalizacja. Rozumieją to dobrze np. ci, którzy czują się spełnieni w swojej rodzinie - np. kochając współmałżonka, dzieci, nawet jakoś swoje zwierzęta domowe. Tam często rywalizacji nie ma wcale, albo jest w szczątkowej formie, a mimo to (może właśnie dlatego) ludzie potrafią czuć się spełnieni, szczęśliwi. Cieszy ich sam kontakt z bliskimi, to że się doskonalą, że są.
Widzę też szczęście w formie kontemplacji piękna - muzyki, krajobrazu, kwiatów, dzieł ludzkich rąk. Słucham nieraz muzyki i mi się podoba. Nie zastanawiam się, czy artysta wygrał jakiś konkurs, czy został uhonorowany jako lepszy od innych - po prostu jak mi się to wykonanie podoba, to go słucham.

Na poziomie świadomym możemy jak najbardziej się odciąć od tej rywalizacji, w ogóle o tym nie myśleć, skupić się na swoim ogródku, swoich pasjach etc., ale my sami w ten sposób obiektywnie wcale nie jesteśmy wykluczeni z tej społecznej gry. Np. zakładając rodzinę, na którą nie decydujemy się przecież po to, żeby przekazać dalej geny, tylko dlatego, że po prostu fajnie jest mieć rodzinę. Człowiek zostawia po sobie potomka (wkład społeczny), dodatkowo wychowuje go na porządnego człowieka, przekazuje mu się pozytywny obraz rodziny, zwiększając prawdopodobieństwo, ze sam też założy rodzinę. I gra będzie się toczyć dalej. Taki spełniony szczęśliwy człowiek sprzyja podtrzymaniu życia. Uzasadnia w ogóle to życie.
Tak samo kontemplując naturę, sztukę, czujemy się szczęśliwi, doceniamy dodatkowo czyjąś pracę, tym samym motywując innych do tego, by tę sztukę tworzyć. Rozwijać się. Artysta malujący obraz nie musi wcale myśleć o rywalizacji, ale chce czy nie chce, jeśli swoją pracę puszcza w społeczny obieg, wchodzi w grę. Za x lat jego obraz może zdobić ściany ludzi wrażliwych na sztukę. Czyli wygra grę, o której mógł nie mieć pojęcia.
Cytat:

Uniezależnienie od społecznych gier wydaje mi się sensowne. Ale czy od wszystkich?
Czy w Raju można sobie zagrać w szachy?...
- Kiedyś stawiałem sobie to pytanie. Dzisiaj odpowiedziałbym: jak najbardziej! I to mimo, że w tej grze jest rywalizacja, starcie, jakaś forma agresywnych zachowań. Ale jest ona pod kontrolą, zawiera element przyjaźni, jest ŚWIADOMOŚĆ REGUŁ.

A czy celem takiej uczciwej gry społecznej nie jest aby dobro społeczne (przetrwanie gry jako takiej)? Czy nie dlatego rezygnujemy z tego egoistycznego postawienia na swoim, żeby ugrać coś bardziej wartościowego – sam sens grania (a gra się zawsze we wspólnocie, z innymi)? Gdyby nie to, że większość z nas mimo wszystko utrzymuje jakiś poziom uczciwości, nie potrafilibyśmy w ogóle utworzyć społeczeństwa. Każdy by żył sam dla siebie, wedle własnych reguł. Aż w końcu byśmy się nawzajem pozabijali, bo nasze indywidualne reguły wchodziłyby ze sobą w konflikt. Zdaje się, że właśnie dlatego jesteśmy stadni. Interes społeczny leży w naszym interesie. [/quote]
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16727
Przeczytał: 65 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 21:48, 20 Kwi 2019    Temat postu:

towarzyski.pelikan napisał:
A czy celem takiej uczciwej gry społecznej nie jest aby dobro społeczne (przetrwanie gry jako takiej)? Czy nie dlatego rezygnujemy z tego egoistycznego postawienia na swoim, żeby ugrać coś bardziej wartościowego – sam sens grania (a gra się zawsze we wspólnocie, z innymi)? Gdyby nie to, że większość z nas mimo wszystko utrzymuje jakiś poziom uczciwości, nie potrafilibyśmy w ogóle utworzyć społeczeństwa. Każdy by żył sam dla siebie, wedle własnych reguł. Aż w końcu byśmy się nawzajem pozabijali, bo nasze indywidualne reguły wchodziłyby ze sobą w konflikt. Zdaje się, że właśnie dlatego jesteśmy stadni. Interes społeczny leży w naszym interesie.

Chyba tak właśnie jest, że reguły uczciwej gry społecznej mogą dać efekt dobra społecznego, a jednocześnie...
indywidualnego.
Niektórzy przeciwstawiają sobie dobro indywidualne i społeczne. Są tacy indywidualiści, którzy dobrze się czują tylko wtedy, gdy sami są na szczycie, a inni są podrzędni.
Uczciwa gra społeczna polega na tym, że nie ma władzy - przynajmniej rozumianej jako władza przemocy. Ewentualnie może być autorytet oparty na wiedzy i zaufaniu. Ale taki autorytet się nie wynosi, nie żąda dla siebie jakichś szczególnych praw, a raczej...
sam służy. Służy w większym stopniu, niż inni. Choć w tej służbie też się SPEŁNIA. Ma satysfakcję i szczęście, bo MOŻE BYĆ NAPRAWDĘ POMOCNY.

Jest taki rodzaj gry społecznej, który nikogo nie czyni przegranym. Ale do uczestnictwa w tej grze nie wszyscy się nadają. Pycha, brak poszanowania innych są bezwzględnym przeciwwskazaniem.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Filozofia Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin