Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Lekcja dobrej ekonomii - Potęga Wolnego Rynku cz. I

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Nauki społeczne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Oless




Dołączył: 05 Sty 2006
Posty: 2139
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: Łódź
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 22:19, 21 Lut 2009    Temat postu: Lekcja dobrej ekonomii - Potęga Wolnego Rynku cz. I

Dzisiejsze motto: Krzysztof Dzierżawski napisał:
"Gospodarka jest fenomenem społecznym, nie fizycznym. Gdyby politycy i ekonomiści przyjęli to do wiadomości, musieliby porzucić marzenia o możliwości pozytywnego wpływu na zjawiska gospodarcze."

Pewne rzeczy uważamy za oczywiste. Tak bardzo, że nie zastanawiamy się jak to w ogóle funkcjonuje.
Jestem Ołówek - przedstawia się bohater opowieści E.Reada – i chociaż jestem znany wszystkim chłopcom i dziewczętom oraz dorosłym umiejącym czytać i pisać to twierdzę, że nie ma takiej osoby na świecie, która wie jak mnie zrobić.
„Podnieś mnie i obejrzyj. Co dostrzegłeś? Tylko to co masz przed oczyma: trochę drewna, lakieru, wydrukowany napis, grafit, kawałek metalu i gumkę. „
Następnie Pan Ołówek przystępuje do opisu tych wszystkich rzeczy, które biorą udział w jego produkcji. :-)
Po pierwsze, z lasu przychodzi drewno, „wysmukły cedr rosnący w północnej Kalifornii i Oregonie”. W tartaku kłody cedru są cięte na małe listewki długości ołówka, cieńsze niż ćwierć cala. Są suszone w piecu aby zmienić odcień. Listewki są woskowane i suszone ponownie. Ile potrzeba umiejętności, aby wyprodukować barwniki i piece, dostarczyć ciepło, światło i energię, pasy i silniki, oraz inne rzeczy potrzebne w tartaku – duma Ołówek.

W fabryce ołówków (4 miliony dolarów w maszynach i budynkach, cały ten kapitał zakumulowany dzięki oszczędności moich rodziców), w każdej listewce skomplikowana maszyna wycina osiem rowków. Po czym inna maszyna wkłada grafit, dodaje kleju i nakłada następną listewkę, tworząc „kanapkę”. Siedmiu moich braci i ja jesteśmy mechanicznie wycinani z tej drewnianej „kanapki”. Mój grafit jest również skomplikowany. Grafit jest wydobywany na Cejlonie, następnie mieszany z gliną z Missisipi, a w procesie oczyszczania używa się wodorotlenku amonu. Następnie dodawane są składniki takie jak siarkowany tłuszcz zwierzęcy. Po przejściu przez wiele maszyn „mikstura” wychodzi i jest cięta, suszona i wypalana przez kilka godzin w temperaturze 1000 stopni Celcjusza! Grafit w celu wzmocnienia jest traktowany gorącą mieszaniną wosku meksykańskiego, parafiny i tłuszczów naturalnych. Mój cedrowy korpus otrzymuje sześć warstw lakieru. Czy znasz wszystkie składniki lakieru?

Na zakończenie tego długiego procesu nakładany jest nadruk ( cienka warstwa utworzona przez nałożenie gorącej sadzy zmieszanej z żywicami) oraz metalowa skuwka, z mosiądzu. Aha i zapomniałem o klasycznej „gumce” do ścierania popełnionych błędów. Składnik zwany faktysą, jest tym, który wyciera błędy. To podobny do gumy produkt, który jest wytwarzany z reakcji oleju rzepakowego z Holenderskich Indii Wschodnich z chlorkiem siarki. Do gumy są również dodawane inne składniki chemiczne. Pumeks sprowadzany jest z Włoch, a pigmentem nadającym "gumce" kolor jest siarczek kadmu.

Współpraca poprzez swobodną wymianę.

Co może być najbardziej zdumiewające w tym procesie powstawania najzwyklejszego ołówka? Że absolutnie nikt tym centralnie nie steruje, ani nie wysyła nakazów co kto ma robić. Wydaje się, że obecność odpowiedniej ilości i jakości towarów i usług wynika z obecności „niewidzialnej ręki” tak dokładnie jednak jest to niezamierzony skutek racjonalnych decyzji jednostek dążących do zaspokajania swoich własnych potrzeb. Wszyscy pojedynczy przedsiębiorcy i grupy ludzi dobrowolnie wymieniają się półproduktami w całym łańcuchu kolejnych etapów produkcji ołówka wykonując swoją pracę, aby otrzymać potrzebne im dobra i usługi, w zamian za dostarczenie dóbr i usług potrzebnych innym.
Swobodna gra interesów poszczególnych ludzi prowadzi do samoistnego ładu, gdzie na końcu konsument otrzymuje to czego chce, czyli ołówek. Ludzie biorący udział w tak szerokim procesie wytwórczym nie muszą się znać, ani nawet lubić, to wzajemne korzyści wynikające z podziału pracy skłaniają ich do pokojowej i dobrowolnej współpracy. Czyż wolny rynek nie jest najskuteczniejszym sposobem na ład społeczny?
Podkreślić trzeba, że swobodna rynkowa wymiana jest przede wszystkim kooperacją, a nie konkurencją. Konkurencja jest korzystna, ale firma konkuruje na rynku zazwyczaj z kilkoma podmiotami, zaś współpraca dotyczy setek dostawców, partnerów, pracowników etc.

Warto zwrócić uwagę, że w wyniku dobrowolnej wymiany korzyści osiągają obie strony transakcji. Jeżeli wymiana między stronami jest oparta na zasadzie dobrowolności, to nie nastąpi dopóty, dopóki każda ze stron nie uzna jej korzystną dla siebie. Jeżeli piekarz wymienia chleb za 2 zł to w danej chwili owa niewielka kwota pieniędzy jest dla niego ważniejsza niż bochenek. Odwrotnie kupujący jest bardziej zainteresowany posiadaniem bochenku chleba niż 2 złotych. Jak widać wartość dobra jest zawsze odczytywana subiektywnie, a do wymiany dochodzi tylko w sytuacji gdy obie strony cenią dobro drugiej strony bardziej od tego co same posiadają. Gdyby wartość tych dóbr była jednakowa to w ogóle nie doszłoby do wymiany. Z tego wynika, że dobrowolna wymiana rynkowa jest najlepszą metodą zaspokajania potrzeb i oczekiwań ludzi, przyczyniającą się do wzrostu ich zamożności

Ceny i rachunek ekonomiczny - przyczyna efektywności rynku.

Mechanizmem dzięki któremu alokacja dóbr i usług jest tak skuteczna, że nie wymaga aby wszyscy ludzie biorący udział w danym procesie kontaktowali się ze sobą lub lubili nawzajem, ani tym bardziej nie wymaga centralnego zarządzania, jest mechanizm kształtowania się cen, które wyłaniają się ze swobodnych transakcji kupna-sprzedaży.

Cena określa zapotrzebowanie na dany surowiec, towar, usługę wśród tysięcy zastosowań do jakich można ich użyć. Rachunek ekonomiczny, czyli bilans zysków i strat wyliczany na podstawie cen pieniężnych umożliwia wybór najbardziej zyskownych dróg produkcji, które najlepiej spełniają oczekiwania konsumentów chcących zapłacić za produkt.

Ceny niosą informację rynkową na podstawie której producenci i konsumenci podejmują decyzje. Czy producent pralek musi wiedzieć o katastrofie w zakładach produkujących stal na południu sąsiadującego państwa? Zupełnie nie, wystarczy, że wzrośnie cena stali importowanej, która skłoni go albo do podwyższenia własnych cen albo do poszukiwania alternatywnych materiałów zastępujących elementy stalowe. Załóżmy, że w wyniku wzrostu dobrobytu społeczeństwa wzrasta popyt na pralki. Kurczące się zapasy pralek skłonią sprzedawców do sprzedaży pralek po jak najlepszych cenach oraz złożenia zamówienia na nowe do hurtowników. Hurtownicy zachęceni wzrastającym popytem i zyskiem zaoferują dostawcom wyższe ceny, aby zachęcić ich do dostarczenia większej ilości pralek. W ten sposób nastąpi rozprzestrzenienie się informacji o wyższym popycie na pralki, przy czym powody tego wzrostu nie muszą być znane. Wystarczy, że producenci będą reagować zwiększaniem produkcji i zatrudnienia przy wzrastających cenach oraz ograniczaniem produkcji i cięciem kosztów przy malejących cenach.

Podsumowanie.

Dochodząc do tego etapu rozumiemy już dlaczego nie da się „kontrolować” wolnego rynku, ani skutecznie „ centralnie zarządzać” rynkiem. Rynek jest skomplikowaną strukturą powiązań w gospodarce, gdzie informacje o wciąż zmieniających się preferencjach konsumentów są rozproszone w systemie cen, opartym na prywatnej własności. Rynek jest procesem społecznym, którego Plan wyłania się z milionów planów poszczególnych działających jednostek dążących do swoich celów przy pomocy dostępnych środków – rzecz nie do ogarnięcia przez żadną grupę wybrańców i mędrców.
Politykom i tzw. yntelektualistom wykształciuchom może wydawać się, że oni wiedzą lepiej niż rynek, jednakże wynika to zawsze z ich niezrozumienia czym jest swobodny rynek, a skutki ich poczynań są przeważnie opłakane (niech Pambuk im wybaczy) i tym zajmiemy się w kolejnym poście, biorąc pod uwagę fakt, że post osiągnie za chwilę wielkość, przy której nikt normalny go nie przeczyta
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 17944
Przeczytał: 101 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 0:16, 12 Lis 2010    Temat postu: Re: Lekcja dobrej ekonomii - Potęga Wolnego Rynku cz. I

Oless napisał:
rozumiemy już dlaczego nie da się „kontrolować” wolnego rynku, ani skutecznie „ centralnie zarządzać” rynkiem.

Są obszary, które nie powinny się rozwijać zbyt samodzielnie, rynkowo.
Kiedyś rynek opium byl czymś normalnym. Aktualnie handel narkotykami jest zakazany. Można zadać pytanie: czy tak być powinno?
Otóż tak - powinno. Są wartości większe niż czyjś zarobek, są takie towary i usługi, których rynkowy rozwój powinien być nadzorowany, często regulowany, nawet redukowany. Jest to w miarę oczywiste w odniesieniu do handlu bronią (staramy się nie sprzedawac jej szaleńcom, terrorystom itp. niezależnie od tego jak dużymi pieniędzmi dysponują), towarami decydującymi o przetrwaniu społeczeństwa.

Dlatego np. cały świat ma problem z rynkiem żywności. W normalnych warunkach można obliczyć ile żywności jest potrzebnej np. dla 37 milionowego kraju. Problem w tym, że nie da się tego przewidzieć w pełni, nie można żywności produkować "na styk". Nie da się też dowolnie długo żywności przechowywać. A zdarzają się lata, gdy urodzaj jest kiepski i zaczyna brakować żywności. Czym to grozi? - upadkiem rządu, nędzą obywateli, głodem, tragedią porównywalną z małą wojną. Oczywiście można się ratować importem, ale w czasach gdy nieurodzaj jest w miarę rozległy, wszyscy - także zagraniczni dostawcy - zaczynają bardzo się drożyć. Do tego dojdzie nieuchronna spekulacja, bo tym co mają pieniądze, opłaca się zachwiać cenami rynkowymi (kupując dużo więcej w pewnym momencie i licząc na znaczące wzrosty cen). Dlatego standardem jest, że planuje się zasiewy z nadwyżką - tak żeby nie dopuścić do gigantycznych perturbacji na rynku żywnościowym. Problem zaczyna się wtedy, gdy się urodzi więcej, niż nam potrzeba (albo nawet tyle co zakładamy średnio, bo margines tutaj staramy się rozciągnąć w stronę nadwyżki, a nie braku żywności). I jeśli jest ta nadwyżka powstała na dużym obszarze, to wszyscy mają problem nadprodukcji (wszystkie władze rozumuję w podobnie asekuracyjny sposób). A tu za pasem są już nowe żniwa z przewidywanymi zbiorami nie gorszymi niż poprzednio... Trzeba stare zapasy gdzieś wypchnąć, bo się tylko zmarnują. Właściwie każda cena powyżej kosztów transportu jest już zyskiem, bo inaczej trzeba będzie starą żywność utylizować (też koszt). Teraz mamy problem - powstaje sztuczny dołek cenowy. Producenci, skonfrontowani z pojawieniem się na rynku starych zapasów sprzedawanych znacznie poniżej kosztów, nie są w stanie sfinansować swojej bieżącej działalności - nie mają pieniędzy na zasiewy, na nawozy. Jeśli teraz wszystko zostawimy rynkowi, to nam producenci żywności zwyczajnie zbankrutują. Jeśli zareagują "prawidłowo" w sensie rynkowym, to rolnicy zamienią się nam w szewców, informatyków, czy bankowców (zakładając prawidłową rynkową reakcję), czy kogo tam jeszcze. W każdym razie z rolnictwa odejdzie zdecydowana większość ekonomicznie myślących ludzi (a warto zauważyć, że problem nadprodukcji żywności jest raczej regułą).
Teraz - jako rozwiązanie - można sobie zafundować stałą zależność od importu. Niektórzy mówią - fajnie - po co nam nasi, właśni producenci, skoro zagraniczni sprzedają tak tanio swoje nadwyżki. To wykorzystajmy to! Opłaci się! Nie musimy mieć własnego rolnictwa.
I mają swoją rację, bo to się pewnie sprawdzi przez jakieś 5 lat względnych urodzajów, gdy wszyscy będą mieli nadwyżki.
To się sprawdzi do...
... pierwszego poważniejszego globalnego nieurodzaju (np. po 6, czy 7-mym roku, gdy wszystko szło dobrze). Wtedy nasi dostawcy postawią dodatkowe warunki (wysokie ceny, żądania polityczne). I będą wiedzieli, że mamy nóż na gardle, że zapłacimy praktycznie każdą cenę, żeby przetrwać biologicznie. Będziemy ugotowani.... Być może na dużą skalę. Nagle nasi konsumenci staną przed podwyżką cen żywności np. o 100, czy 200% (bo nawet jak nieurodzaj nie będzie tak tragiczni, to wielkie spekulacyjne fundusze wyczują kasę na kilometr... - zgodnie z - akceptowaną przecież - rynkową regułą: zarabiaj kiedy możesz). Powstanie gigantyczny problem z brakiem żywności, cenami niszczącymi konsumentów. Dla dużego kraju, który wymaga solidnego wolumenu dostaw, to ekonomiczno - bytowa apokalipsa. I pewny upadek rządu. I zapewne trybunał konstytucyjny dla rynkowego ortodoksa, który uznał, że w opierając się na samych cyferkach z prawej i lewej strony bardziej "opłaca się" być zależnym od łaski świata w tak kluczowej dla życia kwestii.


Oczywiście, można być w kwestii rynku fundamentalistą. Można sobie powiedzieć: nigdy pod żadnym pozorem nie będziemy wpływać na kształtowanie się cen. Jeśli na rynku ktoś jest niewystarczająco mądry, zaradny, przewidujący, to powinien upaść, a na jego miejsce znajdzie się ktoś lepszy.
Rynkowi ortodoksi mają jeden supersilny punkt obrony - każdy, nawet najgorszy stan jaki zaistnieje, mogą zaliczyć na poczet ekonomicznego "doboru naturalnego". Dlatego nawet w obliczu głodu i wielkich zawirowań kraju, który zlekceważył bezpieczeństwo dostaw żywności będzie można powiedzieć: No i o to nam właśnie chodzi! Słabsi odpadną!! Silniejsi przetrwają!!! Kraj się pozbędzie słabego elementu i od tej pory będzie silniejszy, bardziej odporny na ciosy. W końcu co ten kraj nie zabije, to go wzmocni...
Z tym, że taki argument w stylu Nietsche jest dobry dla osoby, która sama się decyduje na jakąś życiową próbę. Gorzej brzmi ten argument wypowiedziany przed obliczem tysięcy matek, których dzieci chodzą głodne, ojców rodziny, którzy wypruwają sobie żyły, żeby cokolwiek zdobyć dla swoich najbliższych, bo o zdobyciu pieniędzy np. na leki, czy potrzeby inne, niż absolutnie podstawowe nawet nie ma co marzyć. Jak ktoś lubi filozofię Darwina, czy Nietschego i chce naturalnie "odsiewać" społeczeństwo za pomocą głodu i nędzy, niech zacznie od siebie. I niech np. wyjdzie przed taki tłum ludzi, którzy w większości "zawinili" tym, że urodzili się w biednych rodzinach i powie: słuchajcie ludzie! Wiem, że cierpicie. Ale taka jest filozofia. Zawsze ktoś jest górą, a ktoś cierpi. I to jest dobre i fajne, bo w ten sposób doskonalą się geny i podmioty gospodarcze. Nic do was nie mam, ludzie. To po prostu system tak działa. Naprawdę. Fajnie, że część z was umrze, bo to będzie oznaczało, że ci co zostali, byli silniejsi. I o to właśnie chodzi. Naprawdę nikomu źle nie życzę. Pozdrawiam Was wszystkich!!!
Niech to powie i poczeka na reakcję owych genów do negatywnego odsiewu...

Ale myślę, jednak, że - już może nierynkowo -ekonomiczna, ale czysto ludzko - naturalna wściekłość skrupi się na ortodoksach rynku, którzy efektywność odsiewania słabych od silnych postawią ponad biologiczny byt obywateli państwa.
Po jakimś czasie pewnie odbuduje się własne rolnictwo takiego kraju.
- po jakim czasie?
- jakie będą tego koszty?
To już kolejny problem, jaki wyniknie z przedkładania ideologii (tym razem nie komunistycznej, a naiwnowolnorynkowej) nad wyższe wartości.

Dlatego chyba już teraz warto postawić pewne pytania:
Czy rozwiązanie przez upadek, a potem zmaganie się z problemem miesięcy (może lat), kiedy moce produkcyjne są odbudowywane, jest na pewno dobrym rozwiązaniem?...
I w imię czego - rynkowej ortodoksji?...

W rolnictwie od lat występował problem "świńskiego dołka". Polegał on na tym, że rolnicy hodujący świnie cyklicznie wpadali w obszary raz cen opłacalnych, raz nieopłacalnych, poniżej kosztów produkcji. Mechanizm był prosty - w pewnym momencie hodowla się opłacała. Powstawało dużo chlewni. Ponieważ wyprodukowanie świniaka trwa ileś tam miesięcy, to za powiedzmy pół roku od tamtego momentu zaczynała się nadprodukcja świń. Wtedy ceny spadały. Zwykle poniżej poziomu opłacalności. Wtedy hodowcy likwidowali stada. Za niedługi czas okazywało się, że jest mało wieprzowiny na rynku. Ceny wzrastały. Wtedy rolnicy (ci którzy zostali po owej czystce nadprodukcji) na potęgę powiększali stada. Itd....
Na logikę, powinien prędzej czy później, pojawić się cwaniak, który będzie działał wbrew cyklowi - kupowałby małe prosięta w okresie nadprodukcji i miał gotowy towar w czasie świńskiego dołka. Korzyść byłaby podwójna - prosiaki kupowałby relatywnie tanio (wszyscy się pozbywają mało opłacalnej hodowli), zaś sprzedawał drogo. Teoretycznie, gdyby takich cwaniaków było więcej, rynek by się wyrównał - tzn. po jakimś czasie nie byłoby wahań cen. Problem w tym, że od wielu lat cykl świńskiego dołka się powtarzał. Cwaniacy nie powstawali. Dlaczego? Nie wiadomo do końca.
Chyba jest tak, ze ludzie działają stadnie. Można się zżymać, można ubolewać, można nawet przeklinać. Ale tak jest. I teraz są dwa wyjścia dla kogoś zarządzającego państwem.
1. postawa fundamentalizmu rynkowego - jeśli są takie świńskie górki i dołki, to ludzie sami są sobie winni, niech ciągle upadają ci co mają upaść, niech te dołki się dzieją. Nie interweniujemy, nie zmieniamy nic od siebie, rynek ma się sam regulować.
2. Postawa pragmatyczna - ludzie są jacy są. Widać kupę szkodliwych stron aktualnej sytuacji - są dramaty ludzi, którzy (fakt, myśląc mało perspektywicznie) ciągle marnują swój wysiłek i pieniądze, a za swoją pracę nie uzyskują wynagrodzenia, jest niezadowolenie konsumentów. Prostym rozwiązaniem byłby skup interwencyjny - będziemy skupowali świnie w górce (gdy ceny są wysokie, a zatem pewnie na tym zarobimy, a ceny nie spadną aż tak bardzo jak poprzednio), a sprzedawali w dołku (wtedy ceny nie wzrosną dramatycznie z powodu niskiej podaży). Ostatecznie rynek się ustabilizuje i wszystkim się poprawi.

Ktoś powie: ale przecież tym nie powinno zajmować się państwo. Ten skup interwencyjny mogą realizować prywatni przedsiębiorcy. Cóż, mogą, ale do tej pory tego nie robili, więc nie można w nieskończoność na nich czekać. Poza tym nie wiemy, czy z chęci zarobienia nie pojawią się u nich jakieś inne pomysły na destabilizację rynku (na tym się też świetnie zarabia). Dlatego sensowna jest ingerencja państwa, która skupi się nie tyle na zarobku z tytułu skupu interwencyjnego (on też wystąpi, ale będzie jednym z wielu ważnych efektów), co na samym stabilizowaniu.

Przykład kolejny - monopolista energetyczny.
Ten przykład pokazuje sytuację z dobrem, które jest w jakiś sposób kluczowe dla gospodarki całego państwa. Wyobraźmy sobie, że mamy sytuację wielkiej dominacji rynkowej (monopolu) w energetyce - jakiś podmiot ma 3/4 rynku energii, a nie ma łączy z zagranicznymi dostawcami prądu (właśnie w Polsce ich nie ma od lat...). Załóżmy, że dostawca dobrze sobie zarabia (np. ma marżę na poziomie 10% stałą). Podobnie "przędą" jego konkurenci, też mają 10%. Załóżmy dodatkowo, że nasz monopolista dowiedział się, że konkurenci, w celu zabezpieczenia się zawarli długoterminowe umowy na dostawę prądu - na 5 lat ze stałymi cenami. I te umowy pochłoną 80% wykorzystania mocy elektrowni konkurentów. Załóżmy, że monopolista nie ma jakichś zobowiązań stałymi umowami. W tej sytuacji "wolnej" energii na rynku pochodzącej od konkurentów jest 0,2 * 0,25 (procent wolnych mocy razy udział konkurentów w rynku), czyli 0,05. Tylko 5% procent rynkowego zasobu jest do negocjacji, do wykorzystania w razie zmian. Teraz monopolista wpada na genialny (biznesowo) pomysl - zwiększa ceny o 30%. Oznacza to, że zysk z każdej sprzedanej kilowatogodziny wzrasta mu 4 krotnie (z 10% do 40%). Oczywiście konkurenci też na tym zyskają. Ale co zyskają - te marne 5% mocy przerobowych, które mogą rzucić na rynek nie da im wielkich korzyści. Za to my, mając 75% rynku liczymy tylko wielką masę kasy do nas płynącej. Oczywiście nie będzie to może pełne 75%, bo część odbiorców się wykruszy. Ale jaka część? Pewnie rzędu 10%. Pozostali będą płakali i płacili.
Ktos powie, ale przecież wtedy konkurenci mogą wybudować nowe elektrownie. Owszem mogą. Ale ile lat trwa najpierw zbieranie pieniędzy? Ile lat trwa proces inwestycyjny?... Elektrownie nie powstają z dnia na dzień. Banki może i skredytują nową elektrownię, ale te same banki wiedzą, że na rynku jest monopolista, który teraz co prawda cenę podniósł, ale za parę lat może ją drastycznie obniżyć. Więc banki nie muszą tak bardzo palić się do kredytowania inwestycji. A zyski z owych 5% udziału w rynku nie tak szybko się uzbierają...
Ktoś powie: a co na to konsumenci? A cóż oni zrobią?... obrażą się?... Energia jest im potrzebna. Być może zaczną racjonalizować zużycie, być może będą się burzyć, ale przez kilka lat dla monopolisty energetycznego jest eldorado. Później, gdy już konkurencja się wzmocni, nasz monopolista będzie mógł się pokajać, że źle zrobił, że jest "mu przykro" i teraz obniży ceny. Pewnie straci trochę udziałów rynkowych, ale z zarobionych pieniędzy szybko to sobie odbije, bo np. wprowadzi nowe rozwiązania technologiczne, które dadzą mu znowu przewagę.
Pytanie jest znowu dość podstawowe: czy ktoś zarządzający państwem, widząc taką sytuację powinien powiedzieć - cóż, sytuacja jest rynkowa, niech rynek to rozwiąże (oczywiście wg scenariusza monopolisty, bo innej możliwości tu raczej nie widać). W tym czasie gdy monopolista będzie świetnie sobie zarabiał cała gospodarka kraju będzie cierpieć z powodu nienaturalnie wysokich cen energii. Wszyscy w kraju stracą, tylko jeden podmiot zyska. Czy nie należałoby tego przeciąć METODAMI NIERYNKOWYMI? Czy nie należałoby np. nakazać obniżenie cen monopoliście - a to w imię jakiejś tam sprawiedliwości, a to w pod jakimś innym pozorem?... Czy choćby to grożąc uruchomieniem szybkich środków na połączenie z zagranicznymi sieciami energetycznymi, nakładając kary z pomocą urzędu antymonopolowego?...
Co jest ważniejsze: rynkowa ortodoksja, czy interes ogółu i pragmatyka?...
Ja przynajmniej, choć uważam że w zwykłych sytuacjach rynek powinien dyktować ceny, nie skłaniam się do fundamentalizmu w tej kwestii. Rynkowy mechanizm jest fajny, ale działa dobre w określonych sytuacjach:
- gdy jest wiele niezależnych podmiotów rynkowych
- gdy nie ma dodatkowych mechanizmów blokujących wybór konsumentów
- gdy jest CZAS na to, aby reakcja rynkowa zaszła skutecznie.
Ten ostatni czynnik, to kolejny element układanki, co już wskazał przykład z monopolistą energetycznym. Jest wiele sytuacji, gdy reakcja rynku, z jakichś powodów nie może być natychmiastowa, czy ogólnie szybka. A często czas rekacji jest z jakichś powodów kluczowy - np. gdy chodzi o zaspokojenie absolutnie życiowych potrzeb ludzi, czy funkcjonowanie kluczowych zakładów w gospodarce. Wtedy nie możemy czekać aż (np. prze kolejne 3 lata) rynek wszystko naprawi.

Podsumowując:
Rynek jest fajnym mechanizmem i warto, aby działał i rozwijał się. Ale nie należy łudzić się, że sprawdzi się zawsze, w każdej sytuacji. W wielu sytuacjach tego rynku trzeba bronić metodami nierynkowymi (!), w innych można z mechanizmów rynkowych w ogóle zrezygnować, bo widać z góry, że nie dadzą one żadnych korzyści.
Świat, na którym żyjemy jest mocno skomplikowany.


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Pon 23:35, 15 Lis 2010, w całości zmieniany 10 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Nauki społeczne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin