Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Męskie i kobiece postrzeganie arogancji

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Nauki społeczne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13550
Przeczytał: 87 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 13:25, 18 Cze 2019    Temat postu: Męskie i kobiece postrzeganie arogancji

W wielu filmach występuje pewien charakterystyczny typ osobowości - jakiś arogancki gość, który pakuje się w różne kłopoty, robi wokół bałagan, uważając się przy tym za wielkiego mądralę, jest przekonany, że nikt mu nie podskoczy.

Zauważyłem, że w filmowych arogantach są jakby dwie wersje - bardziej dla kobiet i bardziej dla mężczyzn.
Arogant, którego postać "zapuka" do kobiecych emocji, to najczęściej chmurny nastolatek (wersja dla dziewcząt), ale też skłócony z życiem dojrzały mężczyzna (ta bardziej przemówi do dojrzałych kobiet). To co tych arogantów łączy, to nie zważanie na otoczenie, robienie wszystkiego po swojemu, akcentowanie silne swojego ego.
Kiedyś tego nie rozumiałem, ale dzisiaj dostrzegam, że kobiety biologicznie wbudowany mają pewien szczególny rodzaj atencji, zainteresowania mężczyznami aroganckimi. Jawi się oni im, jako silni, atrakcyjni, wyrastający ponad przeciętność. Biologicznie rzecz ujmując, płci przeciwnej jakoś trzeba się przedstawić, zaprezentować. Jedną z możliwych form jest zrobienie rozróby...
I wiele (nie wszystkie jednakowo, a nawet nie wszystkie w ogóle) kobiet odczyta taki aroganckie (czasem wręcz prostackie, chamskie) zachowania jako objaw męskiej siły i atrakcyjności. Coś tam w emocjach szepnie takiej kobietce: oto samiec, który jest na tyle silny, że nie dba o opinię innych, czyli pewnie jest lepszy od reszty, pewnie ma dobre geny, byłby niezłym partnerem do spłodzenia potomstwa..

Co ciekawe, także mężczyźni są wrażliwi na arogancję innych mężczyzn. Ale tutaj podstawowy mechanizm psychologiczny jest inny. Mężczyźni maja w genach tworzenie grupy zadaniowej - łowieckiej, związanej z ochroną plemienia, także do rywalizacji, zabawy, sportu. W cenie jest DOBRY LIDER - osobnik, który nie ulega naciskom, który potrafi zaprowadzić porządek w grupie. Dlatego w genach męskich postrzegania innych mężczyzn też tkwi poszukiwanie twardego gościa, który MOCĄ SWOJEGO EGO jakoś uporządkuje bałagan, który się tworzy na tym chaotycznym świecie. Dobry lider zapewnia przetrwanie grupie, dając też większe szanse na przekazanie genów (bo grupa, która przetrwała, wychowała też potomstwo).

Te odczucia, jakie pojawiają się w ludzkich emocjach w kontakcie z silnym, zachowującym się czasem arogancko, wyzywająco mężczyzną przychodzą bezwiednie. Zdecydowana większość ludzi nie ma o nich pojęcia, nie jest w stanie ocenić skąd się wzięły, dokąd prowadzą ich wybory. Wiele kobiet, które poszły za tym "głosem serca" i związały się ze swoim "twardym facetem" trafiło na psychopatę, który wcale nie jest silny, tylko dobrze się jako silny zaprezentował. W istocie jest to (w głębi duszy) zakompleksiały palant, który zrobi wszystko aby się zaprezentować jako ten superfacet, zaś wewnętrznie jest przestraszony i pusty jak wydmuszka jajka. Ale owe kobiety - ofiary wbudowanej im biologicznie emocji - tego nie wiedzą, reagują pozytywnie na owe "oznaki siły", jakie im daje ich pan i tyran, kocha tych mężczyzn, ulega im, podkłada się na każdym kroku. A tyran jeszcze bardziej się nadyma, jeszcze bardziej wyszukuje sobie powody, aby udowodnić sobie, jaki to on jest silny - np. na sposób damskiego boksera.
Mężczyźni też ulegają biologicznym iluzjom w związku z prezentowaniem siły - ulegają patologicznym liderom. Przykładów na to jest bezliku w całej - NAZNACZONEJ WOJNAMI, wynikającymi w większości z rozbuchanego ego przywódców - historii świata.
Można by zadać dość proste pytanie: jak miliony osób mogły się dać omamić nawiedzonym przemowom kaprala - niedouczonego malarza, który zbudował system terroru III Rzeszy Niemieckiej?...
- Przecież Hitlera poparli nie tylko prości ludzie, ale naukowcy, filozofowie...
Prostackie nawoływania do mocy, dominacji nad innymi narodami padły na podatny grunt u ludzi, którzy posiadali czasem naprawdę wybitny intelekt (jak np. filozof Heidegger). Myślę, że główny udział w tym, miało właśnie biologiczne dziedzictwo naszych instynktowych reakcji na osobę lidera. Bo tak już jest naturalnie, że liderom się więcej wybacza, że się jakoś ucisza wątpliwości, łączy się z nimi, popiera.
I jakby tak spojrzeć na polityków, których wybrały społeczeństwa w legalnym głosowaniu, to znajdziemy w tej grupie zaskakująco dużo ludzi o bardzo prostackim programie, wcale nie urodziwych, wcale nie mówiących niczego mądrego. Ludzie lgną instynktownie do liderów wyrazistych, przemawiających z przekonaniem, akcentujących swoje ego. Ludzie bardzo często nie są w stanie dokonać analizy treści tego, co ktoś mówi, sugerując się bardziej postawą, emocjami, przekazem niewerbalnym.
Można powiedzieć "boję się!" z taką wewnętrzną siłą, poczuciem godności i mocą przekonania, że wszyscy wokół odbiorą ten tekst wyrażający słabość, jako objaw mocy. I odwrotnie - fraza "ja zawsze zwyciężam!", wypowiedziana nieśmiałym, zalęknionym głosem raczej wywoła śmiech i litość, niż skłoni kogokolwiek do uznania owej osoby za silną.

Na koniec dodam pewne wyznanie osobiste: ja sam do tyranii czuję jakiś, trudny do opanowania, instynktowny wstręt. Dlatego to co opisałem wyżej, związanego z reakcjami ludzi, z ich pragnieniem podporządkowywania się, odkryłem relatywnie niedawno. Wcześniej po prostu nie mogłem zrozumieć, jak ktoś w ogóle może ulegać dobrowolnie tyranom i prostakom. Tzn. jeszcze rozumiem sytuacje, gdy tyran ma w ręku ewidentną władzę i coś aktywnie wymusza. Jednak są i tacy, którzy z własnej nieprzymuszonej woli na tyranów głosują, popierają ich słownie, adorują ich. Ja przez wiele lat w ogóle nie umiałem sobie tego w głowie ułożyć - cóż to za dziwna, jakoś tam samobójcza cecha ludzkiej natury?...
Dziś próbuję z tym moim wstrętem do tyranii (także do arogantów, czy innych osobników w nadmiarze okazujących siłę, albo i "siłę") walczyć. Dostrzegłem, że sprawa jest bardziej skomplikowana, że to bezwaruniowe poparcie dla tyranów ma też pewien swój przewrotny sens. Bo najwięcej cierpienia i wojen jest wcale nie wtedy, gdy jeden tyran rządzi. Zwykle jest tak, że nawet zła władza, ale jakoś trzymająca w szachu pretendentów do tronu, powoduje mniej krzywdy wśród ludności cywilnej, niż wyniszczające wojny pomiędzy tymi, co chcieliby osiągać dominację. Tak więc instynktownie ludzie wolą poprzeć po prostu tego, kto ma największe szanse na zwycięstwo, bo jak on w końcu zapanuje, to wtedy skończy się okres chaosu i bezprawia wynikający z walk o tron. Z resztą, niechęć do innych ludzi - a więc i do arogantów - nie jest chrześcijańska, nie jest ty, z czym się świadomie powinienem identyfikować. Więc na różne sposoby próbuję wzbudzić w sobie akceptację także dla tyranów i durniów u władzy. Niestety, na razie skutek tych moich starań jest jedynie połowiczny. :cry:
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
towarzyski.pelikan




Dołączył: 19 Sie 2018
Posty: 693
Przeczytał: 76 tematów


PostWysłany: Wto 19:29, 18 Cze 2019    Temat postu:

Jeśli chodzi o ten pociąg do arogantów czy osób pewnych siebie, stanowczych (bo to wcale nie musi się wiązać z arogancją), to jest to kwintesencja instynktu przetrwania. Dla dobra jednostki/grupy lepiej jest, żeby rządziły osobniki silne, jednak czasem (tak ja zauważyłeś) prowadzi to do fatalnego wyboru jakiegoś psychopaty, sadysty, kata.

Dobry lider musi być zdolny do agresji, żeby móc obronić grupę/jednostkę, zapewnić jej bezpieczeństwo, walczyć o jej interesy i musi być zdecydowany.
Z mojego doświadczenia zawodowego powiem, że miękka osoba na stanowisku kierowniczym jest klęską i nie ma szans na zdobycie autorytetu wśród swoich podwładnych. Może być człowiekiem przyzwoitym, życzliwym, sumiennym, ale jako lider nie zostanie zaakceptowana, ponieważ na takim stanowisku oczekuje się, że taka osoba będzie jakimś punktem oparcia i kimś, na kogo się patrzy z uznaniem. Osoba miękka sama potrzebuje, żeby ktoś się nią zaopiekował i poprowadził, co zwykle się kończy tym, że to podwładni narzucają swoją wolę kierownikowi (wchodzą mu na głowę), co prowadzi do chaosu, albo kierownik staje się popychadłem sterowanym przez silniejsze osoby w jego otoczeniu, a wówczas nie reprezentuje interesów grupy, na której czele się znajduje, co prowadzi do buntu.

Myślę, że to samo można powiedzieć o oczekiwaniu większości kobiet w stosunku do mężczyzn. Kobiety nie znoszą na ogół mężczyzn niezdecydowanych, niepewnych siebie, z tej prostej przyczyny że same są niedecydowane. Osoba ambiwalentna, która ma problem z podejmowaniem decyzji, potrzebuje kogoś, kto ten jej chaos uładzi. Wyjątkiem są w jakimś zakresie kobiety silne, które wiedzą czego chcą, takim nawet taki mężczyzna może w pewnym sensie bardziej odpowiadać, bo będzie się ich słuchał, ale jak znam takie związku silnych kobiet ze słabymi mężczyznami, to jednak mam wrażenie, że te kobiety "pantoflarzy" nie do końca tych swoich partnerów szanują i nie są przy nich spełnione, na co pewnie wpływu większego nie mają, bo to biologia.

A osobiście mam słabość do osób pewnych siebie, zdecydowanych, bo sama do takich nie należę i dzięki temu, że w życiu miałam obok siebie takie osoby, udało mi się wyjść z cało z różnych życiowych zakrętów. Życie jest skomplikowane, ale żeby się w nim sprawnie poruszać, trzeba sobie je skutecznie upraszczać, skupić się na tym co istotne i działać. I tego można sie nauczyć od tych "arogantów", tej praktycznej wiedzy o życiu, jak przetrwać w tej dżungli.
Cytat:
Z resztą, niechęć do innych ludzi - a więc i do arogantów - nie jest chrześcijańska, nie jest ty, z czym się świadomie powinienem identyfikować. Więc na różne sposoby próbuję wzbudzić w sobie akceptację także dla tyranów i durniów u władzy. Niestety, na razie skutek tych moich starań jest jedynie połowiczny. :cry:

Zwykle jest tak, że u innych ludzi nie akceptujemy tych cech, których nie akceptujemy u samych siebie, za które (można powiedzieć) siebie samych nienawidzimy i im większy jest ten wstręt, tym większe wyparcie i bardziej zwalczamy te cechy u innych.

Jedynym sposobem na wzbudzenie u siebie sympatii do tych "tyranów" jest zintegrowanie swojego własnego cienia, czyli polubienie tego małego tyrana, który siedzi w nas samych, trzeba go dopuścić do głosu i oswoić, pozwolić sobie na te zachowania, które nas irytują.

Ja w ten sposób właśnie zdołałam pokonać u siebie awersję do przemocowców, ludzi mało empatycznych, wręcz prostackich w typie Janusza Korwin Mikkego. Tak daleko poprowadziłam ten eksperyment, że stałam się na parę miesięcy takim przemocowym kucem, zintegrowałam w sobie tyrana i poza tym, że zniosłam tę nienawiść/wstręt, to jeszcze wzmocniłam swój charakter, bo ten tyran (jeśli trzymany w ryzach) to po prostu przydatny zasób.


Ostatnio zmieniony przez towarzyski.pelikan dnia Wto 19:32, 18 Cze 2019, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13550
Przeczytał: 87 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 19:58, 18 Cze 2019    Temat postu:

towarzyski.pelikan napisał:
Ja w ten sposób właśnie zdołałam pokonać u siebie awersję do przemocowców, ludzi mało empatycznych, wręcz prostackich w typie Janusza Korwin Mikkego. Tak daleko poprowadziłam ten eksperyment, że stałam się na parę miesięcy takim przemocowym kucem, zintegrowałam w sobie tyrana i poza tym, że zniosłam tę nienawiść/wstręt, to jeszcze wzmocniłam swój charakter, bo ten tyran (jeśli trzymany w ryzach) to po prostu przydatny zasób.

Ja obawiam się, że takie praktyczne podejście do sprawy, uczyni ze mnie oportunistę, który zacznie usprawiedliwiać każdy rodzaj działania, byle był skuteczny.
Moje aktualne rozumienie chrześcijaństwa, ale też chyba ogólnie duchowości i człowieczeństwa, jest raczej przeciwne usprawiedliwianiu (zbytniemu) przemocy. Co prawda umiem sobie ludzi posługujących się przemocą jakoś tam "wytłumaczyć", ale to jest tłumaczenie na zasadzie: oni są jak zwierzęta nieświadome swojej natury. Takie tłumaczenie powoduje, że mimowolnie przemocowców widzę...
no właśnie jest zwierzęta, a nie jak ludzi. Potem nie potrafię ich darzyć szacunkiem.
Moje rozumienie chrześcijaństwa polega na konieczności narodzenia się z ducha, czyli pokonania w sobie wszystkiego co niższe - biologiczne, (zbyt) kulturowe, instynktowne.
Choć właściwie słowo "pokonania" użyłem nieprecyzyjnie, bo nie chodzi o jakieś całkowite unicestwienie biologii w nas, ale POSIADANIU ŚWIADOMOŚCI I WŁADZY PONAD TO WSZYSTKO. Bycie takim biologicznym i kulturowym zwierzątkiem, jest zakopaniem talentu (z przypowieści o talentach), czyli ostatecznie skazuje danego człowieka na jakąś formę potępienia.
Tak ogólnie to właściwie każdy GRZECH JEST SŁABOŚCIĄ. Słabości są jednak różne, zaś panowie, którzy słabymi władają też różni:
- jeden ma pana w postaci ulegania władzy
- inny jest niewolnikiem seksu
- jeszcze inny niewolnikiem własnego strachu, skłonności do bycia podporządkowanym
- ktoś inny - odwrotnie - jest niewolnikiem zapewniania sobie kontroli nad wszystkim i wszystkimi
- ktoś tam odda wszystko dla popularności, sławy
- itp. itd.
Wszystkie te grzechy/słabości są jednocześnie postawieniem jakiejś wyrywkowej SKUTECZNOŚCI ponad całością rozeznania.
Powołaniem chrześcijańskim człowieka jest nie dać się zniewolić, nie pozwoliić na bycie skrycie manipulowanym przez żadną z niższych władz. Lepiej więc jest być nieskutecznym, wzgardzonym, poniżonym, niż oddać prawdę swojego jestestwa dla zwycięstw, w którejkolwiek z ludzkich konkurencji. Kto zwycięża w jednostkowych sprawach, poświęcając swoją duchowość i prawdę, ten przegrywa jako człowiek, jako rozum. Przegrywa, bo okazał się uległy światu - on nie obronił siebie.
Dlatego "pierwsi będą ostatnimi, a ostatni pierwszymi".
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
towarzyski.pelikan




Dołączył: 19 Sie 2018
Posty: 693
Przeczytał: 76 tematów


PostWysłany: Wto 20:14, 18 Cze 2019    Temat postu:

Zgadzam się, że człowiek, który nie ma żadnej kontroli, tylko bezwiednie ulega tym instynktom, jest takim "zwierzątkiem", istotą zniewoloną swoją naturą, ale to pokonanie, bycie ponad te uwarunkowania, o którym piszesz, wymaga w pierwszej kolejności zaakceptowania tego zwierzątka, które (czy nam to się podoba, czy nie) w każdym z nas siedzi. Dopiero jak już obnażymy tę bestię, tego grzesznika, mamy możliwość zapanowania nad tą zwierzęcą naturą.
Natomiast pałanie wstrętem do czegoś, co jest częścią nas, jest przeciwskuteczne, ponieważ treści wyparte w nieświadomość (niezaakceptowane) w największym stopniu kontrolują nasze zachowania, a więc zniewalają. Można to porównać do człowieka, który ma taki charakter, że zamiast przysłowiowo dać po mordzie osobie, która go zdenerwowała, tłumi w sobie agresję, trzyma dla siebie, a po jakimś czasie, jak mu się tam tej agresji zgromadzi odpowiednio dużo, wybucha nieadekwatnie do sytuacji. Wszystko dlatego, że ta stał się niewolnikiem tej tłumionej agresji.

Po przepracowaniu tego przychodzi również większa wyrozumiałość, bo zdajemy sobie sprawę, że my też jesteśmy zwierzętami (grzesznikami). "Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem".
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13550
Przeczytał: 87 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 22:10, 18 Cze 2019    Temat postu:

towarzyski.pelikan napisał:
Zgadzam się, że człowiek, który nie ma żadnej kontroli, tylko bezwiednie ulega tym instynktom, jest takim "zwierzątkiem", istotą zniewoloną swoją naturą, ale to pokonanie, bycie ponad te uwarunkowania, o którym piszesz, wymaga w pierwszej kolejności zaakceptowania tego zwierzątka, które (czy nam to się podoba, czy nie) w każdym z nas siedzi. Dopiero jak już obnażymy tę bestię, tego grzesznika, mamy możliwość zapanowania nad tą zwierzęcą naturą.

Zadałbym pytanie: w jakim znaczeniu użyłaś słowa "zaakceptowanie"?
Bo termin rozciąga się dość szeroko - aż do odczucia "podoba mi się, akceptuję to jakim jestem, więc wszystko jest ok."


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Wto 22:11, 18 Cze 2019, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
towarzyski.pelikan




Dołączył: 19 Sie 2018
Posty: 693
Przeczytał: 76 tematów


PostWysłany: Wto 22:47, 18 Cze 2019    Temat postu:

Zaakceptować - pogodzić się z czymś, przyznać się do czegoś, dopuścić coś do siebie, np.

W drodze samoobserwacji łapię się na tym, że mam nienawistne myśli w stosunku do drugiej osoby i zamiast wypierać ten fakt, żeby bronić swojej wyidealizowanej wersji JA (która wzdryga się przed nienawistnymi myślami), przyznaję się do tego, że mam takie myśli. W konsekwencji modyfikuję swój obraz JA, dodając kolejną warstwę siebie, której nie byłam świadoma. Wyrażam zgodę na to, że to jestem JA, nienawiść też jest moja. Skutkiem takiej pracy ze sobą jest zapanowanie nad tymi wszystkimi siłami, które w nas drzemią i zniewalają, kiedy pozostają ukryte przed naszą świadomością. Innymi słowy, nie możemy się zmienić na lepsze, jeśli sobie najpierw nie uświadomimy swoich wad.


Ostatnio zmieniony przez towarzyski.pelikan dnia Wto 22:50, 18 Cze 2019, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13550
Przeczytał: 87 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 22:52, 18 Cze 2019    Temat postu:

towarzyski.pelikan napisał:
Zaakceptować - pogodzić się z czymś, przyznać się do czegoś, dopuścić coś do siebie, np.

W drodze samoobserwacji łapię się na tym, że mam nienawistne myśli w stosunku do drugiej osoby i zamiast wypierać ten fakt, żeby bronić swojej wyidealizowanej wersji JA (która wzdryga się przed nienawistnymi myślami), przyznaję się do tego, że mam takie myśli. W konsekwencji modyfikuję swój obraz JA, dodając kolejną warstwę siebie, której nie byłam świadoma. Wyrażam zgodę na to, że to jestem JA, nienawiść też jest moja. Skutkiem takiej pracy ze sobą jest zapanowanie nad tymi wszystkimi siłami, które w nas drzemią i zniewalają, kiedy pozostają ukryte przed naszą świadomością. Innymi słowy, nie możemy się zmienić na lepsze, jeśli sobie najpierw nie uświadomimy swoich wad.

Przy takim rozumieniu słowa akceptacja chyba bylibyśmy podobni. Choć ja bym tu chętniej użył słów "uświadomienie", "przepracowanie", niż właśnie "akceptacja".
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Nauki społeczne Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin