Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Problem z pojęciami zysk i strata w ekonomii społeczeństw

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Nauki społeczne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 10939
Przeczytał: 73 tematy

Pomógł: 774 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 13:11, 20 Maj 2014    Temat postu: Problem z pojęciami zysk i strata w ekonomii społeczeństw

Gdy czytam dużą część publikacji ekonomicznych, to odnoszę wrażenie, że ich autorzy mają duży problem z wyjściem poza pewne płycizny myślenia. Mamy takie oto stwierdzenia: przez zwiększenie ilości dni wolnych gospodarka STRACIŁA xxxx miliardów. Albo: wskutek obniżenia ceny akcji na giełdzie gospodarka kraju straciła yyy milionów.
W szczególności problem dotyczy pojęcia zysku i straty. Z drugiej jednak strony chyba trzeba przyznać, zę problem jest nie wcale taki prosty do rozważania, jako że ma swoje dość filozoficzne umocowanie. Bo co jest właściwie zyskiem i stratą w ekonomii społeczeństw?...
Aby to rozważyć, trzeba najpierw wyjść od sytuacji prostszej - zysku i straty konkretnego podmiotu/osoby. Tutaj tak wielkich problemów nie ma - wiadomo, że jak komuś ukradli samochód, to on (ten człowiek!) stracił. Ten sam człowiek, jeśli wygrał w totolotka, albo okazyjnie kupił potrzebny mu towar, w sposób oczywisty zyskał.
Problem zaczyna się przy przejściu od poszczególnych osób, od paradygmatu egoizmu do oceny globalnej. Właściwie to można by powiedzieć, że wolnorynkowa filozofia, skupiająca "prawidłowość" ekonomiczną na konkurencji i walce o zysk, tutaj wręcz się wywala. Wolnorynkowy paradygmat, że należy dążyć do zysku staje się wtedy obcym myślowo elementem. Bo jeśli były dwa podmioty i, np. w wyniku negocjacji między nimi jeden bardzo zyskał finansowo, a drugi stracił, to ja rozliczyć ten zysk i stratę ogólnie, "globalnie"?... Przecież sumarycznie - licząc oba te podmioty - nie mamy ani zysku, ani straty, jako że co jeden stracił, to dokładnie tyle drugi zyskał!
Jeśli w gospodarce jest dodatkowy dzień wolny, to z jednej strony tracą firmy produkcyjne, bo fabryki nie będą działały w tym czasie. Ale jednocześnie ludzie, mając ten dzień wolny, pojadą na urlopy, dadzą zarobić restauratorom, hotelarzom. Do pewnego stopnia nawet wspomogą produkcję, bo niejeden kupuje samochód po to, aby nim jeździć w celach turystycznych - czyli popyt na dobra produkcyjne powstaje dopiero wtedy, gdy się ujmie te dni z czasu produkcji, gdy zostanie wygenerowana potrzeba użycia samochodu...
Co jest zyskiem i stratą "ogólnie" w gospodarce?...
Weźmy kataklizm - powódź. Z jednej strony jest to strata dla ludzi, ale przecież z drugiej, jak trzeba odbudowywać domy, to zarabiają budowlańcy, jak trzeba kupować nowe meble w miejsce starych zalanych, to zysk mają producenci mebli. Czyli powódź generuje zysk, czy stratę?... Tak ogólnie?...
W moim przekonaniu pojęcia zysku i straty na poziomie globalnym w ogóle nie mają zastosowania, albo należałoby je gruntownie przedefiniować, wbudować w bardziej skomplikowany model, który skupia się na czymś więcej, niż przeliczenie jakiegoś wpływu pieniężnego na czyjeś konto.

Problem dodatkowy mamy w tym, że np. w ramach ideologii wolnorynkowej, w ogóle nie ma jak ugryźć tej kwestii. Próbując w ogóle ją rozważyć natrafimy na obszar myślowo wolnorynkowo "zabroniony". Tak zabroniony - bo wolnorynkowy paradygmat zabrania pytania o jakąś ogólną "lepszość", czy "gorszość" (która, być może - o zgrozo! - mogłaby sprowokować myślenie w stylu interwencjonizmu odchodzącego od swobodnej gry podmiotów). Nie można zatem nic zapostulować w kwestii np.
- liczmy zysk ogólny jako pochodzący od czynnika krajowego bezrobocia (bo wolnorynkowo mamy tutaj grę podmiotów i bezrobocie jest dokładnie takie jak powinno być na danym etapie jak to wynika z naturalnego stanu)
- liczmy zysk ogólny od mediany stanu posiadania ludzi w danym kraju
itp.
Wolnorynkowo myśląc nie ma więc możliwości rozpatrzenia (w sposób niesprzeczny wewnętrznie) procesów na szczeblu globalnym, czy nawet krajowym.
Bo w istocie faktycznie, problem zysku i straty ogólnego jest w zdecydowanej większości filozoficzny. Mamy tu bardzo skomplikowane przenikające się sprzeczności i różne jang-yin procesów i motywacji. Nie wiemy nawet, czy postęp technologiczny jest właściwie "dobry, czy zły". Jeśliby nagle wynaleziono doskonałe źródło energii, które zastąpi konieczność używania elektrowni, to tysiące ludzi z sektora energetycznego stracą pracę. Pozostali bedą mieli to, co poprzednio, ale czy będą szczęśliwsi? A czy w ogóle szczęśliwość byłaby tu (uzgodnionym przez dyskutujące strony) miernikiem?...
Ale co tym miernikiem miałoby być?

Wolnorynkowo jako całość gospodarka "się dzieje", nie ma w niej zysków i strat (ogólnie), nie liczy się szczęście, cierpienie ludzi, nie ma pytań o piękno, degradację środowiska - bo skoro (w ramach wolnej gry podmiotów) coś się stało, to znaczy, że tak jest dobrze, tak miało być.

Zysk i strata społeczeństw jest więc do ugryzienia dopiero po odrzuceniu paradygmatów wolnego rynku. W celu oceny procesów globalnych musimy ZAPOSTULOWAĆ KRYTERIUM. Nie jest to proste, bo narzucające się pomysły mają zarówno za, jak i przeciw. Oto przykłady:
- poziom bezrobocia - gdyby uzależnić jakoś ogólnie "sterowanie" gospodarką głównie od tego wskaźnika, to zapewne szybko wyszedłby nam jakiś absurd w rodzaju tworzenia miejsc pracy kompletnie zbędnych, ale zaspakajających ustaloną zasadę walki z bezrobociem. Czyli jak by stworzono mechanizm, w którym jedna ekipa kopie doły, a druga je za chwilę zasypuje, to mielibyśmy - zgodnie z przyjętą zasadą "rozwiązanie problemu bezrobocia". Rozsądek zżyma się na takie podejście, które marnotrawi ludzką pracę i zasoby naszej planety dla wypełnienia jakiegoś odgórnego kryterium.
- to może ilość wyprodukowanych (i kupionych przez konsumentów...) towarów miałaby być miernikiem zyskowności (poprawiania się) gospodarki? Ale taki miernik, gdyby był głównym i jedynym, też nieuchronnie kierowałby gospodarkę w stronę marnotrawstwa, bo wynikałoby z niego, że trzeba produkować jak najwięcej towarów, a zatem nawet te niepotrzebne, bezsensownie (z punktu widzenia potrzeb ludzi) wyprodukowane, miałyby świadczyć o globalnym zysku. Produkowanie gigantycznej ilości śmieci stałoby się nagle miernikiem poprawności gospodarczej.
Podobne wątpliwości można postawić w przypadku innych wskaźników, które miałyby jakoś ustalać "ogólny zysk" dla całej gospodarki. PKB?... jak mierzone? Czy w ogóle przepływy finansowe są dobrym miernikiem, skoro spekulacyjne wahnięcie na rynkach walutowych jest w stanie "wygenerować" tu "dochód", albo "stratę" większą, niż związaną z wybudowaniem w kraju sieci dróg? - poza tym mamy ten sam problem, co bezrobociem jako miernikiem, czyli to, zę "zapracowana niepotrzebnie" gospodarka robi się lepsza od efektywnej, oszczędnej. A przecież nie o to chodzi, aby wskaźnik wymuszał politykę kierowaną w celu działalności dla samej działalności, oderwanej od odczuć i jakości życia ludzi. Z resztą nawet szczęście ludzi nie jest dobrym miernikiem dla gospodarki, bo po pierwsze nie wiadomo jako go mierzyć, a po drugie większość badań wskazuje, że szczęście jest w bardzo dużym stopniu niezależne od procesów ekonomicznych - jego poziom jest wyższy w wielu relatywnie biednych krajach, niż w tych bogatych.

Oczywiście w dzisiejszej ekonomii dopracowano się pewnych mierników, które starają się jakoś omijać wspomniane problemy - tworzy się rankingi krajów pod względem dość rozbudowanej bazy dostępu do usług, towarów itp. Ale te rankingi też są kwestionowane, bo rzeczywiście dobór kryteriów jest (z konieczności) w nich uznaniowy, więc nie wiadomo, czy za lepszy poziom gospodarki jest stopień średniego posiadania ipada, czy wielbłąda. Poza tym jakoś na razie nikt nie próbuje tymi rankingami jakoś mierzyć ogólnie gospodarki (co najwyżej poziom życia), a już na pewno raczej nie próbuje się pod te rankingi tworzyć prawa, sterować gospodarką.

Podsumowując - pojęcie zysku w moim przekonaniu nie ma właściwie zastosowania do gospodarki w ujęciu globalnym. Należałoby chyba jakoś zastąpić pojęciem rozwoju, przyjazności, efektywności. Trzeba byłoby jakoś wyważyć sprzeczne mechanizmy i tendencje. Złym podejściem byłoby skupienie się na pojedynczych prostych wskaźnikach, bo wyrywając je z kontekstu, tracilibyśmy ogólny cel jakiemu chyba jednak ekonomia powinna służyć, a jest nim budowanie bardziej szczęśliwego, rozwiniętego intelektualnie i duchowo, pozbawionego dużych niebezpieczeństw społeczeństwa. Jednocześnie gdzieś trzeba wpisać tu postulat wolności (w jakichś granicach). Tak więc pisanie przez publicystów o tym, że "gospodarka straciła", albo "zyskała" coś w kontekście takiego, czy innego zdarzenia należ włożyć raczej pomiędzy próby manipulacji i lobbingu różnych zainteresowanych grup interesów, którzy chcą się podpiąć (w sposób oszukańczy) pod ludzkie wyobrażenia i emocje, tak aby coś ugrać w sensie biznesowym.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Czw 10:15, 22 Maj 2014, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Nauki społeczne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin