Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Raj, stan idealny człowieczeństwa
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Kretowisko / Blog: Michał Dyszyński
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
rafal3006
Opiekun Forum Kubusia



Dołączył: 30 Kwi 2006
Posty: 20111
Przeczytał: 11 tematów

Pomógł: 138 razy
Skąd: z innego Wszechświata
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 13:50, 10 Lip 2015    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:

Czy stan umysłu, w którym tenże umysł nie posiada żadnych wyzwań może w ogóle być uznany za idealny?

To banał Michale, każdy umysł dojdzie koniec końców do takiego stanu IDEALNEGO ... to stan umysłu dwa metry pod Ziemią, tam jest prawdziwy raj - zero zmartwień, zero cierpienia, zero niepewności etc.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 11143
Przeczytał: 58 tematów

Pomógł: 789 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 16:59, 10 Lip 2015    Temat postu:

hushek napisał:
Cytat:
Dlatego jak przyjąłem tryb wg mnie bezpieczny - WYMYŚLAM SOBIE WŁAŚCIWIE MOJĄ RELIGIĘ - biorąc jednak na wzorzec istniejące koncepcje religijne, ale odrzucając co wydaje mi się niespójne, niepotrzebne. Nie upieram się, że jest to jedyna słuszna religia, że wszyscy wokół mają się na nią nawrócić. Z resztą, może nawet zrezygnuję z jakiejś części jej wniosków - np. przekonany w jakiś sposób, że jednak ktoś tu wie lepiej. Ale to nie zmienia postaci sprawy, że będę przyjmował tą zewnętrzną religię MAJĄC JUŻ JAKIEKOLWIEK POJĘCIE o zależnościach występujących w sprawie.
Ułala :(

Przemyśl jeszcze to co co napisałeś. Bo jednak byłeś uprzejmy napisłać cholendarne głupoty... niewiarygodne głupoty nawet.

Każdy w miare kumaty ateista - zniszczy Twoje wymysły - nie przerywając snu nawet :wink:

No to czekam na tego kumatego ateistę... :think:


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
hushek
Proszę oczyść posty w DR



Dołączył: 23 Lut 2011
Posty: 6769
Przeczytał: 12 tematów

Pomógł: 47 razy
Skąd: umiłowany kraj
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 18:18, 10 Lip 2015    Temat postu:

Więc wymyślasz sobie swoją własną religię ?

A poco właściwie ?


Zainteresowany niezmiernie hushek, ateista-niekumaty... nic a nic :mrgreen:


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 11143
Przeczytał: 58 tematów

Pomógł: 789 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 19:17, 10 Lip 2015    Temat postu:

hushek napisał:
Więc wymyślasz sobie swoją własną religię ?

A poco właściwie ?


Zainteresowany niezmiernie hushek, ateista-niekumaty... nic a nic :mrgreen:

Powiem więcej - wymyślam nawet DEFINICJĘ religii. A to właśnie tłumaczy po co. Dla mnie religia to nic innego tylko zadeklarowanie się KIM JESTEM.
Po co miałbym to wiedzieć?
- Przyczyna jest oczywista: wiedząc kim jestem, dowiem się kiedy będzie mi naprawdę przyjemnie, miło, sympatycznie i w ogóle ok. Czyli - żeby to jakoś podsumować - wymyślam swoją religię z egoizmu, z pragnienia przyjemności (może nie każdego typu przyjemności, ale to inna sprawa). Ale też trochę z ciekawości - ciekawości, czy w ogóle uda mi się ją (spójnie) wymyślić, a także czy okaże się zgodna z tym, co wymyślili w tej materii inni.
Od dawna jestem przekonany, że kluczowym pytaniem religii - takim, które się powinno stawiać, aby sensownie uruchomić rozumowanie w tej materii - jest pytanie o samego siebie. Stąd potem (ewentualnie) pojawia się kwestia Boga. Ale właściwie byłbym w stanie jakoś powstrzymać rozważania na etapie ateizmu. Trochę to dziwnie brzmi "religia ateistyczna", ale nawet miałoby swój sens.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
hushek
Proszę oczyść posty w DR



Dołączył: 23 Lut 2011
Posty: 6769
Przeczytał: 12 tematów

Pomógł: 47 razy
Skąd: umiłowany kraj
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 19:28, 10 Lip 2015    Temat postu:

Bełkot,

Wiesz Michale - znajomość religii nie jest mi obca - choć oczywiście nie wszystkich, filozofii - też troszkę liznołem.

Ateizm zaś mam wszyty trwale :wink:

Jednym słowem dla mnie Twoje "tworzenie" czegośtamtam - to bełkot...


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 11143
Przeczytał: 58 tematów

Pomógł: 789 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 20:32, 10 Lip 2015    Temat postu:

hushek napisał:
Bełkot,

Wiesz Michale - znajomość religii nie jest mi obca - choć oczywiście nie wszystkich, filozofii - też troszkę liznołem.

Ateizm zaś mam wszyty trwale :wink:

Jednym słowem dla mnie Twoje "tworzenie" czegośtamtam - to bełkot...

Definicja bełkotu... :think:
Bełkotem nazywamy...
...chyba to, co my nazywamy bełkotem. Bo wszystko da się tak nazwać, jeśli mamy do tego powód - nasz powód.
Na pewno też fajnie jest uważać wszystkich wokoło za bełkoczących, a siebie za tego mądrego. Wtedy jest się "wygranym". Albo właściwie i przegranym (w zależności od tego, co się ustawi jako startowy paradygmat).
Czyli - sprawa subiektywna. Historia zna przypadki, gdy tzw. "środowiska" bełkotem nazywały wszystko to, czego nie rozumiały - teorię ewolucji, względności, kinetyczno-cząsteczkową Boltzmanna. W zasadzie historycznie można prześledzić, że jak ludziska czegoś nie rozumieją, to zwykle to nazywają bełkotem. I w sumie nawet słusznie, bo DLA NICH to jest bełkot, bo nie są w stanie dostrzec treści, które wykraczają poza ich aktualny rozwój wiedzy, intelektu. Jakby człowiek bardzo słabo wykształcony, czy zasklepiony w swojej dziedzinie humanista przyszedł na wykład zaawansowanej matematyki, gdzie jest mnóstwo specjalistycznej terminologii, to też ma szansę uznać, że wykładowca to jakiś nawiedzony, który bełkocze pisząc niedorzeczne znaczki na tablicy.
Jak bezstronnie odróżnić bełkot tak w ogóle, od tego, co mi nie pasi, albo mnie wkurza?...
Ja nie widzę tu jednoznacznej drogi. Właściwie najbardziej to trzeba chcieć wyjść poza to, co akurat do tej pory się poznało, czyli CIEKAWOŚĆ. Przyda się taka odrobinka pokory, że może nie wszystkie rozumy zjadłem. Przy tym WYSIŁEK, czyli próba wyjścia poza to co znam. No i chyba jakaś intuicja, ale tę każdy ma inną, jakże często zawodną. Ale chyba najbardziej to prawdziwa ciekawość...

No dobra, już nie bełkoczę (czy jak tak ktoś zechce po swojemu nazwać - niech mu tam będzie).


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Piotr Rokubungi




Dołączył: 31 Maj 2014
Posty: 5338
Przeczytał: 3 tematy

Pomógł: 228 razy
Skąd: Polska, Pomorze Zachodnie
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 21:56, 10 Lip 2015    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:
Ale jeśli w ogóle o nim mówimy, to chyba zakładamy, że on jest, a służy do zadawalania szczęściem bytów świadomych. Więc jakieś takie daleko posunięte rozpływanie owej świadomości, coś zbliżonego do nieistnienia, traktuję jako ekstremum dla koncepcji Raju. Ale nie odrzucam oczywiście z dyskusji, choć też nie przyjmuję jako głównej opcji.
Raczej mylisz szczęście z przyjemnością. Nie zauważasz różnicy?
Michał Dyszyński napisał:
No i mamy ziemski raj. Ciekaw jestem, czy ktoś ma do niego jakieś uwagi. Czy ktoś się zgadza z taką wizją, że jest ona bliska wyobrażonemu pojęciu raju, czy może ma jakieś dodatkowe warunki, albo coś mu się nie podoba. Ja sam mam dalsze uwagi do tego raju, ale wyłuszczę je w osobnym poście.
Znów piszesz o zaspokajaniu potrzeb, czyli przyjemnościach, a nie o wyzwoleniu się od potrzeb, o ich "samorealizacji".
rafal3006 napisał:
Dlaczego Papież mógł sobie zażyczyć de facto eutanazji, a innym takiego prawa odmawiał?
Bo "wolno wojewodzie, co nie tobie, smrodzie". Zawsze tak było i jest, niestety. Aczkolwiek w sporej mierze szanuję papieży [nie wszystkich] za ich postawy i czyny. Ponadto jednak osoby publiczne obowiązują nico inne kategorie zachowań i postępowań, niż "plebs". I często jest to słuszne...

Kolejna wasza głupota: Wcale nie mamy PRAWA do śmierci, lecz jej "OBOWIĄZEK"! Nie wybieramy śmierci- to ona "wybiera" nas. Chyba wszystko na ten temat. Jeśli tego nie rozumiecie- to..co robicie na tym forum "pół-mózgi"?!

Pewien problem ze śmiercią wynika m. in. z nieodpowiedniej oceny wartości samego życia oraz np. nie rozumienia tego, że śmierć zawsze "przychodzi w porę", choćby to była śmierć dziecka małego- bo, podobnie jak każde inne zjawisko w Naturze, ma ZAWSZE SWOJE miejsce i czas.
Michał Dyszyński napisał:
Choć też pewnie fajnie by było mieć tak mocny umysł, uczucia, żeby bez lęku spojrzeć w oczy każdemu rodzajowi śmierci.
Lęk, obawa przed bólem ale też przed nieznanym jest jednym z pierwotnych instynktów, mającym praktyczne zastosowanie w ziemskim życiu. Chciałbyś być "głupcem", któremu obojętne lub nawet chętnie wyskoczy z kapsuły w przestrzeń międzygwiezdną np.?
Michał Dyszyński napisał:
Czy stan umysłu, w którym tenże umysł nie posiada żadnych wyzwań może w ogóle być uznany za idealny?
Dokładnie tak. Wtenczas umysł nie musi nawet wiedzieć o swoim istnieniu, bo absolutnie nic nie musi. Jednak takie "rozpłynięcie się" w Naturze nie oznacza NIEISTNIENIA. Otóż jak najbardziej wtenczas się istnieje- jako wszystko, jako tożsamość z bezpostaciowym Brahmanem. Zasadniczym złudzeniem jest tutaj to, że wydaje się, że istniejemy, tylko wówczas, gdy mamy tego świadomość; podczas, gdy świadomość jest tylko funkcją specyficznego, konkretnego rodzaju egzystencji.
Nic nie robić, to nie oznacza nie żyć- a na pewno nie oznacza nie istnieć. To kolejne złudzenie świadomości i rozumowego sposobu myślenia [czyli sposobu wykształconego przez biologiczną ewolucję i służącemu przetrwaniu biologicznemu].
Michał Dyszyński napisał:
dlaczego wszechmocny Bóg, po tym co zrobił był kiedyś wredny wąż na początku czasów, nie podpiął wszystkim umysłom jakiegoś takiego "głupiego jasia", czy innego narkotyku, który umysły utrzymywałby w stanie pół letargu, pół uśpienia, fundował im stały dopływ miłych doznań, ale nie pozwalał na samodzielne decyzje?... Dlaczego Bóg zdecydował się przepuszczenie umysłów przez "ścieżkę zdrowia", jaką jest życie na naszym łez padole?...
Jeśli już się odnosisz ściśle do treści biblijnych: bo Bóg nas testuje. W szerszym znaczeniu: czy odkryjemy, że i jak możemy być wolni i tożsami z bogiem, Kosmosem, Brahmanem w warunkach zniewolenia lokalną naturą rzeczy. Dlatego pisałem, że ziemskie życie to prawdopodobnie jest czyściec.
Cytat:
Najwyraźniej świadomość, reakcje tego umysłu uznane zostały za coś cenniejszego, niż zagrożenie cierpieniem.
Nie myl świadomości z umysłem... Cierpienie to tylko odczucie. Jego przyczyny są równie cenne dla prób dotarcia do naszej prawdziwej natury oraz natury Rzeczywistości.
rafal3006 napisał:
To banał Michale, każdy umysł dojdzie koniec końców do takiego stanu IDEALNEGO ... to stan umysłu dwa metry pod Ziemią, tam jest prawdziwy raj - zero zmartwień, zero cierpienia, zero niepewności etc.
Teraz ty popełniasz "banalny" błąd zastępując "odczucia" umysłu- czyli mentalne, w pewnym ujęciu mistyczne- tymi ze sfery funkcjonalnej świadomości czy nawet cielesnymi. Wyzwolenie umysłu, czyli indywidualnej przyczyny, to nie tylko śmierć świadomości a prócz tego nic. To faktyczne bycie "czystą" energią Kosmosu, mogącą istnieć jednocześnie wszędzie i o każdym czasie, bez uwikłań w jakiekolwiek zależności, poza swobodnym oddziaływaniem z pozostałymi "równymi sobie" kwantami. W takim stanie nie istnieje się jako forma [korpuskularna], lecz wyłącznie jako oddziaływanie, siła. Dobra, na tym skończę tą myśl, bo to i tak chyba sporo za dużo dla waszych rozumków. ;-P
Michał Dyszyński napisał:
Powiem więcej - wymyślam nawet DEFINICJĘ religii. A to właśnie tłumaczy po co. Dla mnie religia to nic innego tylko zadeklarowanie się KIM JESTEM.
Po co miałbym to wiedzieć?
- Przyczyna jest oczywista: wiedząc kim jestem, dowiem się kiedy będzie mi naprawdę przyjemnie, miło, sympatycznie i w ogóle ok. Czyli - żeby to jakoś podsumować - wymyślam swoją religię z egoizmu, z pragnienia przyjemności (może nie każdego typu przyjemności, ale to inna sprawa). Ale też trochę z ciekawości - ciekawości, czy w ogóle uda mi się ją (spójnie) wymyślić, a także czy okaże się zgodna z tym, co wymyślili w tej materii inni.
Od dawna jestem przekonany, że kluczowym pytaniem religii - takim, które się powinno stawiać, aby sensownie uruchomić rozumowanie w tej materii - jest pytanie o samego siebie. Stąd potem (ewentualnie) pojawia się kwestia Boga. Ale właściwie byłbym w stanie jakoś powstrzymać rozważania na etapie ateizmu. Trochę to dziwnie brzmi "religia ateistyczna", ale nawet miałoby swój sens.
To ty nie tyle próbujesz tworzyć własną religię, ile pragniesz odniesień i aprobaty innych na temat jak zrobić sobie dobrze!.. :shock: Natomiast z tą ciekawością, a ja bym dodał OTWARTOŚCIĄ, to masz rację! :)

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 11143
Przeczytał: 58 tematów

Pomógł: 789 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 22:37, 10 Lip 2015    Temat postu:

Piotr Rokubungi napisał:
Michał Dyszyński napisał:
Ale jeśli w ogóle o nim mówimy, to chyba zakładamy, że on jest, a służy do zadawalania szczęściem bytów świadomych. Więc jakieś takie daleko posunięte rozpływanie owej świadomości, coś zbliżonego do nieistnienia, traktuję jako ekstremum dla koncepcji Raju. Ale nie odrzucam oczywiście z dyskusji, choć też nie przyjmuję jako głównej opcji.
Raczej mylisz szczęście z przyjemnością. Nie zauważasz różnicy?
Michał Dyszyński napisał:
No i mamy ziemski raj. Ciekaw jestem, czy ktoś ma do niego jakieś uwagi. Czy ktoś się zgadza z taką wizją, że jest ona bliska wyobrażonemu pojęciu raju, czy może ma jakieś dodatkowe warunki, albo coś mu się nie podoba. Ja sam mam dalsze uwagi do tego raju, ale wyłuszczę je w osobnym poście.
Znów piszesz o zaspokajaniu potrzeb, czyli przyjemnościach, a nie o wyzwoleniu się od potrzeb, o ich "samorealizacji".

Ja potrzebę traktuję po prostu jako bardzo szerokie pojęcie - można mówić więc osobno o potrzebie przyjemności, ale też o potrzebie samorealizacji, potrzebach duchowych, nawet potrzebach bycia wyzwolonym od innych potrzeb. Potrzeba u mnie jest po prostu swego rodzaju potencjalną w zamyśle wolą przybliżenia się do jakiegoś stanu, bądź wolą pozbycia się jakiegoś stanu - czy to duchowego, czy cielesnego, czy intelektualnego.

Piotr Rokubungi napisał:
To ty nie tyle próbujesz tworzyć własną religię, ile pragniesz odniesień i aprobaty innych na temat jak zrobić sobie dobrze!.. :shock: Natomiast z tą ciekawością, a ja bym dodał OTWARTOŚCIĄ, to masz rację! :)

Z doszukiwaniem się pragnień u innych ludzi, to lepiej nie przesadzać. Można strzelić jak kulą w płot. W istocie ja nie tyle chcę tworzyć (ostatecznie) własną religię, co chcę stworzyć w przestrzeni myślowej cały wachlarz alternatywnych religii, aby z porównań pomiędzy nimi odnaleźć samego siebie, jako tego, który zna własną istotę, czyli też własne (również te bardzo głębokie, duchowe) pragnienia. Wierzę też, że ostatecznie dzięki temu przybliżę się do kontaktu ze Stwórcą (bo zakładam, że źródło mojego istnienia jest osobowe).

Uważam, że błędem, może grzechem lenistwa dużej części ludzi jest pytanie się JAK JEST? bez jednoczesnego ustalania DLACZEGO COŚ JEST. W efekcie ludziska ustalają jakieś fakty, które im niewiele w życiu pomogą/powiedzą, bo nie ustalili ZNACZENIA jakie owe fakty posiadają dla nich samych. Dlatego warto pytać szerzej, niż tylko o sam stan faktyczny. Czasem coś, co się zdarzyło w istocie jest znacznie mniej ważne, od tego co się nie zdarzyło w to miejsce - np. jeśli ktoś tylko przypadkowo nie zrobił sobie krzywdy przechodząc przez zaminowany teren, powinien raczej wagę dla swojego zdarzenia przyłożyć do tego, co z dużym prawdopodobieństwem mogło się zdarzyć, a co ma szansę zaistnieć przy kolejnej próbie pokonania owego terenu.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Pią 22:44, 10 Lip 2015, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
hushek
Proszę oczyść posty w DR



Dołączył: 23 Lut 2011
Posty: 6769
Przeczytał: 12 tematów

Pomógł: 47 razy
Skąd: umiłowany kraj
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 7:42, 11 Lip 2015    Temat postu:

Cytat:
(...) Na pewno też fajnie jest uważać wszystkich wokoło za bełkoczących, a siebie za tego mądrego. Wtedy jest się "wygranym". Albo właściwie i przegranym (w zależności od tego, co się ustawi jako startowy paradygmat).(...)
Nie Michale Dyszyński,

Niefajnie jest uważać wszystkich za bełkoczących i uważać siebie za jednego mądrego i sprawiedliwego. To nie tak - wiem, że nic nie wiem - jest zdrowszą postawą.

Ale bełkot, to jednak bełkot i tyle :wink:


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 11143
Przeczytał: 58 tematów

Pomógł: 789 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 9:03, 11 Lip 2015    Temat postu:

hushek napisał:
Niefajnie jest uważać wszystkich za bełkoczących i uważać siebie za jednego mądrego i sprawiedliwego. To nie tak - wiem, że nic nie wiem - jest zdrowszą postawą.

Ale bełkot, to jednak bełkot i tyle :wink:

Ci co bełkot u innych widzą, a siebie za mądrych i sprawiedliwych, faktycznie fajni nie są. Przynajmniej z zewnątrz patrząc nie są fajni, bo im sie być może zdaje, że sami są najfajniejsi. Ci faktycznie lepiej, aby uznali, że nic nie wiedzą, niż dalej się wywyższali.
Ale w końcu czym jest ten bełkot?
Czy istnieje dobra metoda na odróżnienie go od tego, czego po prostu ktoś nie jest w stanie (nie ma ochoty) zrozumiewać?...


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
hushek
Proszę oczyść posty w DR



Dołączył: 23 Lut 2011
Posty: 6769
Przeczytał: 12 tematów

Pomógł: 47 razy
Skąd: umiłowany kraj
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 9:49, 11 Lip 2015    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:

Ci co bełkot u innych widzą, a siebie za mądrych i sprawiedliwych, faktycznie fajni nie są. Przynajmniej z zewnątrz patrząc nie są fajni, bo im sie być może zdaje, że sami są najfajniejsi. Ci faktycznie lepiej, aby uznali, że nic nie wiedzą, niż dalej się wywyższali.
Ale w końcu czym jest ten bełkot?
Czy istnieje dobra metoda na odróżnienie go od tego, czego po prostu ktoś nie jest w stanie (nie ma ochoty) zrozumiewać?...
A czy co twierdzą, że bełkot to bełkot się faktycznie wywyższają i uważają, że są jedynie prawi i sprawiedliwi ?

Bełkot...to bełkot i tyle :wink:


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez hushek dnia Sob 9:50, 11 Lip 2015, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
hushek
Proszę oczyść posty w DR



Dołączył: 23 Lut 2011
Posty: 6769
Przeczytał: 12 tematów

Pomógł: 47 razy
Skąd: umiłowany kraj
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 9:51, 11 Lip 2015    Temat postu:

hushek napisał:
Michał Dyszyński napisał:

Ci co bełkot u innych widzą, a siebie za mądrych i sprawiedliwych, faktycznie fajni nie są. Przynajmniej z zewnątrz patrząc nie są fajni, bo im sie być może zdaje, że sami są najfajniejsi. Ci faktycznie lepiej, aby uznali, że nic nie wiedzą, niż dalej się wywyższali.
Ale w końcu czym jest ten bełkot?
Czy istnieje dobra metoda na odróżnienie go od tego, czego po prostu ktoś nie jest w stanie (nie ma ochoty) zrozumiewać?...
A czy ci co twierdzą, że bełkot to bełkot się faktycznie wywyższają i uważają, że są jedynie prawi i sprawiedliwi ? Czasem tak, czasem niekoniecznie...

Bełkot...to bełkot i tyle :wink:


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
hushek
Proszę oczyść posty w DR



Dołączył: 23 Lut 2011
Posty: 6769
Przeczytał: 12 tematów

Pomógł: 47 razy
Skąd: umiłowany kraj
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 9:53, 11 Lip 2015    Temat postu:

Sorki, coś znowu coś popierdoliłem z edycją postu :(

Idę na spacerek - tomczasom :wink:


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 11143
Przeczytał: 58 tematów

Pomógł: 789 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 9:56, 11 Lip 2015    Temat postu:

hushek napisał:
Sorki, coś znowu coś popierdoliłem z edycją postu :(

Mam tu prawa, więc mogę usuwać posty zbędne - proszę tylko o sygnał, co wywalić.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Sob 10:09, 11 Lip 2015, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Piotr Rokubungi




Dołączył: 31 Maj 2014
Posty: 5338
Przeczytał: 3 tematy

Pomógł: 228 razy
Skąd: Polska, Pomorze Zachodnie
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 17:24, 11 Lip 2015    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:
Ja potrzebę traktuję po prostu jako bardzo szerokie pojęcie - można mówić więc osobno o potrzebie przyjemności, ale też o potrzebie samorealizacji, potrzebach duchowych, nawet potrzebach bycia wyzwolonym od innych potrzeb. Potrzeba u mnie jest po prostu swego rodzaju potencjalną w zamyśle wolą przybliżenia się do jakiegoś stanu, bądź wolą pozbycia się jakiegoś stanu - czy to duchowego, czy cielesnego, czy intelektualnego.
Znów potrzeba i ukierunkowana wola... A czy nie sam wcześniej pisałeś, że niemożliwość zaspokojenia potrzeb szczęścia nie daje? Czy nie pisałeś też, że zaspokojenie potrzeb w końcu prowadzi do marazmu i nudy oraz..wytwarzania kolejnych potrzeb? Nie widzisz więc, że nawet z tego, co sam napisałeś wynika, iż źródłem nieszczęścia oraz zniewolenia są m. in. potrzeby??
Michał Dyszyński napisał:
Z doszukiwaniem się pragnień u innych ludzi, to lepiej nie przesadzać. Można strzelić jak kulą w płot. W istocie ja nie tyle chcę tworzyć (ostatecznie) własną religię, co chcę stworzyć w przestrzeni myślowej cały wachlarz alternatywnych religii, aby z porównań pomiędzy nimi odnaleźć samego siebie, jako tego, który zna własną istotę, czyli też własne (również te bardzo głębokie, duchowe) pragnienia. Wierzę też, że ostatecznie dzięki temu przybliżę się do kontaktu ze Stwórcą (bo zakładam, że źródło mojego istnienia jest osobowe).
Znowu coś zakładasz, niezbyt konkretnie wyjaśniając na czym opierasz te założenia. Myślisz, że poznasz swoja prawdziwa naturę próbując dociec, które pragnienia są "lepsze", bardziej "słuszne", które "powinieneś mieć", a które to "nie ty", czyli ci "nie przystoją"?..

"Jak jest" skupia się na subiektywnych odczuciach; "dlaczego jest" skupia się na przyczynach; "znaczenie" to wyłącznie kategoria przydatności...


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 11143
Przeczytał: 58 tematów

Pomógł: 789 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 17:56, 11 Lip 2015    Temat postu:

Piotr Rokubungi napisał:
Michał Dyszyński napisał:
Ja potrzebę traktuję po prostu jako bardzo szerokie pojęcie - można mówić więc osobno o potrzebie przyjemności, ale też o potrzebie samorealizacji, potrzebach duchowych, nawet potrzebach bycia wyzwolonym od innych potrzeb. Potrzeba u mnie jest po prostu swego rodzaju potencjalną w zamyśle wolą przybliżenia się do jakiegoś stanu, bądź wolą pozbycia się jakiegoś stanu - czy to duchowego, czy cielesnego, czy intelektualnego.
Znów potrzeba i ukierunkowana wola... A czy nie sam wcześniej pisałeś, że niemożliwość zaspokojenia potrzeb szczęścia nie daje? Czy nie pisałeś też, że zaspokojenie potrzeb w końcu prowadzi do marazmu i nudy oraz..wytwarzania kolejnych potrzeb? Nie widzisz więc, że nawet z tego, co sam napisałeś wynika, iż źródłem nieszczęścia oraz zniewolenia są m. in. potrzeby??

Znowu coś zakładasz, niezbyt konkretnie wyjaśniając na czym opierasz te założenia. Myślisz, że poznasz swoja prawdziwa naturę próbując dociec, które pragnienia są "lepsze", bardziej "słuszne", które "powinieneś mieć", a które to "nie ty", czyli ci "nie przystoją"?..

Nie wiem (nie przypominam sobie), aby gdzieś pisał, że potrzeby - jako takie - są źródłem nieszczęścia. Musiało nastąpić jakieś przekłamanie. Może pisałem coś w podobnej postaci, ale raczej nie dokładnie tak, jak to wyżej zinterpretowałeś. Stawiałem pytanie o to, czy umysł może być spełniony, jeśli skupi się na potrzebach, uczyni te potrzeby jedynym powodem szczęścia. Ale słowo "potrzeba" w jednym kontekście może znaczyć coś innego, niż w innym kontekście. W szczególności potrzeba w znaczeniu ogólnym (łącząc tu potrzeby duchowe, wyższe), a potrzeba w ujęciu prostych biologicznych odruchów, będą miały inne znaczenia. Z resztą ja nawet nie chcę jakoś biologicznych potrzeb odrzucać - skoro są, to pewnie jakoś muszą mieć swoje znaczenie. Bardziej chodzi tu o pewną hierarchię dla owych potrzeb. Nie należy potrzeb biologicznych awansować do rangi potrzeb egzystencjalnych, duchowych, wręcz ontologicznych. To jest istota błędu, a nie to czy owe potrzeby są, czy ich nie ma. Jeśli wierzysz, że pokonanie przeciwnika w jakiejś grze da Ci stałe szczęście, to się łudzisz. Jak go pokonasz i cel osiągniesz, to szybko będziesz musiał szukać nowego celu. Cel skończony, krótkoterminowy da Ci satysfakcję odpowiednią do niego - krótką i skończoną. Czyli potrzeby, powiedzmy "skończone", "krótkoterminowe", nie zapewnia nikomu trwałego szczęścia. Można je sobie mnożyć, można jeszcze następne sto razy zaspokoić się seksualnie, czy zjeść smaczny deser, ale efektem tego wszystkiego, jeśli nie zajdą dodatkowe okoliczności, będzie tylko przybliżenie się do stanu znudzenia, znużenia emocjonalnego.
Aby osiągnąć trwały stan szczęścia, należałoby jakoś uczynić stan radości z otrzymania daru, z uzyskania satysfakcji, z przyjemności PERMANENTNYM.
Można więc pragnieniami zarządzać w sposób dobry i zły. Pragnienia mogą nas niszczyć, albo budować, w zależności od tego w jakiej konfiguracji wystąpią.
Drogą dokładnie do tego celu, jakim jest trwałe szczęście przeciwną jest DROGA PYCHY. Pycha, to ciągłe oczekiwanie bycia lepszym, uznania, gratyfikacji od innych ludzi, wynoszeniem się ponad nich. Ale jak kogoś może trwale ucieszyć uznanie kogoś, kim gardzi? Tak więc im bardziej uznasz się za wyższego i ważniejszego od innych, tym mniejsza jest szansa na to, że ich uznanie, miłość, oddanie odbierzesz jako autentyczny dar, jako coś cennego. Ktoś pyszny i zadufany - żeby nie wiem co od innych otrzymał, żeby nie wiem jaki skarb dostał - zawsze (subiektywnie, w swoim odbiorze) dostanie śmieć. Zawsze będzie nie spełniony.
I odwrotnie - ten kto obdarzy innych prawdziwym szacunkiem, uznaniem dla ich decyzji, ocen, myśli, gdy otrzyma jakiś dar, będzie szczęśliwy, bo dostanie coś (znowu SUBIEKTYWNIE) cennego.
A obiektywnie?
- A obiektywnie tu NIE MA! Jeśli dostałeś coś od kogoś, to ocena tego co dostałeś dla ciebie jest zawsze subiektywna. Bo to Ty dostajesz, więc głupotą byłoby się pytać innych (choćby nie wiem jak mądrych) jak masz się czuć w tej sytuacji. To Ty się czujesz i Ty masz klucz do nadania owym uczuciom znaczenia.
Porównując trochę do ekonomii, można by powiedzieć, że postawa pychy, to postawa permanentnej inflacji tego co dostajesz, a postawa pokory - odwrotnie - jest mechanizmem stałego nadawania wartości Twoim przeżyciom, jest wzmacnianiem szczęścia, jeśli będziesz umiał je na początku odczuć.

Dlatego, jak pisałem gdzieś wcześniej, któraś tam święta pisze, że w niebie są wszystkie wady z wyjątkiem pychy, a w piekle wszystkie cnoty z wyjątkiem pokory. To nie wynika z niczyjego postanowienia tylko z samej istoty problemu - istotą szczęścia jest czucie tego szczęścia, a nie jakieś "obiektywne" (co by to miało znaczyć?) bycie szczęśliwym. Nie ma szczęścia obiektywnego, ono zawsze jest subiektywne, więc nikt poza Tobą samym nie ma klucza do Raju. Ja wierzę, że taki klucz Bóg każdemu dał do ręki - trzeba jednak włożyć go do dziurki i przekręcić, aby drzwi się otworzyły...


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Sob 18:02, 11 Lip 2015, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Piotr Rokubungi




Dołączył: 31 Maj 2014
Posty: 5338
Przeczytał: 3 tematy

Pomógł: 228 razy
Skąd: Polska, Pomorze Zachodnie
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 4:19, 12 Lip 2015    Temat postu:

Właśnie "czy umysł może być spełniony, jeśli skupi się na potrzebach, uczyni te powody jedynym powodem szczęścia."? I jak to się ma- uznając znaczenie słów "potrzeba" oraz "cel" jako zbliżone, a raczej, iż cele wynikają z potrzeb- do choćby tego: "W życiu robimy wszystko, aby osiągnąć jakiś cel. Szczęście wiążemy właśnie z osiągnięciem celu. Ale jak cel zostanie osiągnięty, to znika jako cel, czyli za chwilę nie będzie powodu coś robić, a nic nie robić, to właściwie nie żyć."? Albo do tego- jak pisałeś jeszcze wcześniej, ale nie sięgnę teraz do dokładnego cytatu- że szczęściem wydaje się być zaspokojenie potrzeb, ale gdy [ewentualnie] to już osiągniemy, wtedy "pojawia się" potrzeba nawet wymyślania sobie nowego celu, nowej potrzeby, aby nie "umrzeć z nudów i nic-nierobienia"; a ponadto wiadomo, że nie da się spełnić wszystkich pragnień, zaspokoić wszystkich potrzeb- bo te są ze swej natury wyobrażeniami, wymysłami i mogą być w sprzeczności ze światem, w którym panują interakcje, oddziaływania, a więc zależność wszystkiego od wszystkiego, czyli gdzie wolność jest ograniczona [choćby prawami fizycznymi], czyli w sprzeczności- a może lepiej "rozłączności"- z "naszym" światem materialnym.? Znów proszę cię, Michale o większą spójność logiczną w treściach twoich tekstów. Bo dla mnie trudne trochę do "przełknięcia" jest, gdy piszesz raz tak, w innym miejscu inaczej, a potem jeszcze sugerujesz łączenie rozłącznych poglądów albo istnienie może jeszcze trzeciej, czwartej, albo i kolejnej opcji. To forma raczej luźnego poglądowo eseju, a nie "skupionych" rozważań.
Piszesz: "Ale słowo "potrzeba" w jednym kontekście może znaczyć coś innego, niż w innym kontekście.". Oczywiście! Wszystko może być względne, zależnie od kontekstu. Ale znów: czy chcesz pisać o czymś-tam albo innym czymś, które jest takie, ale może inne, i może być jeszcze inne? Czy chcesz konkretnej, rzeczowej dyskusji?? W drugim przypadku znaczenie, przynajmniej zasadniczych dla tematu, słów powinno być jak najbardziej jednoznaczne, a kontekst ściśle określony; merytoryczna, (para)naukowa dyskusja musi mieć w miarę dokładnie określone ramy. W przeciwnym wypadku jest to bardziej gdybanie i bełkot właśnie.
Dalej znów piszesz trochę głupot, wedle mego mniemania. I naprawdę nie bardzo mam chęć ani czas, aby to "wyłuszczać". Ale trudno mi też tych, dość oczywistych błędów, nie wytknąć. Stąd nieraz moja irytacja i wulgarny język w stosunku do ciebie, czy wręcz niekiedy wyśmiewanie- bo wkurza mnie taki "bełkot" opisujący nieraz oczywiste oczywistości, lub je odwracający, jak przysłowiowo "kota ogonem". Jak można np. potrzeby BILOGICZNE uważać za DUCHOWE, skoro już samo ich epitetowanie oznacza ich rozróżnienie, separację znaczeniową?! Czy potrzeby ogólne nie zawierają [z definicji] również partykularnych potrzeb, takich jak "biologiczne odruchy"? Uogólnianie polega właśnie zazwyczaj na "wrzucaniu do jednego worka", na odnajdowaniu podobieństw, na poszerzaniu "destynatorów" klasyfikacji.
Cytat:
Jeśli wierzysz, że pokonanie przeciwnika w jakiejś grze da Ci stałe szczęście, to się łudzisz.
Jeśli wierzysz, to się nie łudzisz- przynajmniej we własnym mniemaniu; bo wiara we własne przekonania stanowi o formacie ego, o jego stabilności. A potrzeby biologiczne, czyż nie są egzystencjalne [w znaczeniu biologicznej, fizycznej egzystencji]? Mają one nie "jakieś tam", tylko fundamentalne znaczenie dla funkcjonowania organizmów, działań osobników w danych lokalnych warunkach środowiska, świata.
Cytat:
Jak go pokonasz i cel osiągniesz, to szybko będziesz musiał szukać nowego celu.
Czy na pewno "musiał"?? Ale, jeśli tak, to znów sam sugerujesz, że zaspokojenie konkretnej, może chwilowej potrzeby do szczęścia [trwałego] nie prowadzi. Więc czemu w innych miejscach sugerujesz, że właśnie spełnione potrzeby, "zaspokojony umysł" są istotą szczęścia?! :fuj:
Cytat:
Aby osiągnąć trwały stan szczęścia, należałoby jakoś uczynić stan radości z otrzymania daru, z uzyskania satysfakcji, z przyjemności PERMANENTNYM.
Odczucia- czy to radości, satysfakcji, przyjemności, czy wszelkie inne- są funkcją, zjawiskiem o podłożu ewolucyjnym i z samej swej natury są chwilowe; ich konkretna funkcja polega na dostarczaniu informacji zwrotnej, na ile coś organizmowi służy i jest dla niego przydatne, dobre. Stan permanentny możliwy jest tylko w sytuacji, gdy brak POTRZEBY doznawania tym podobnych chwilowych impulsów, doznań płynących ze zmienności otoczenia, przyrody. Stan permanentnego szczęścia, raju nie polega więc na jak najintensywniejszym, najdłuższym odczuwaniu przyjemnych doznań, lecz na braku odczuwania, a raczej na byciu obojętnym wobec wszelkich doznań, impulsów. To z kolei nie oznacza nieistnienia, tyko dlatego, że nie wiadomo, co się ze mną dzieje- skoro nie czuję, nie rozumuję, nie myślę, nie wiem, nie przeżywam. Bowiem wtedy nie nie-doświadcza się niczego, lecz właśnie wszystko- i to na poziomie "molekularnym", a dokładniej energetycznym, spirytystycznym, duchowym. Wytłumaczę to inaczej na przykładzie świadomości: świadomość działa "za pośrednictwem" sprzężeń zwrotnych- czyli musi nieustannie być "w kontakcie" ze środowiskiem, bo na tym polega jej funkcja, istota jej działania i jej "przeznaczenie"; musi nieustannie dokonywać porównań doznań z receptorów z "obiektami myślowymi", czyli wyobrażeniami. Natomiast w stanie "śmierci świadomości" nie trzeba doświadczać, aby istnieć; samo [nieświadome] istnienie jest potwierdzeniem i "dowodem" na to, że się istnieje- jako energia Kosmosu- per se; a dokładniej jeszcze: doświadcza się wtedy całym swym jestestwem, całą jaźnią, a nie tylko poprzez "zdawanie sobie sprawy" świadomości, że doświadcza pewnych impulsów z otoczenia, które musi porównać z zasobami wyobraźni i zinterpretować poprzez odniesienie się do zawartości pamięci. Właściwie, to w takim stanie nie ustaje doznawanie, lecz intensyfikuje się ono, zwiększa. Nie tylko doznajesz wtedy tego, co rozumiesz, lecz wszystkiego- bo rozumowanie tam nie istnieje. Wszystko jest takie, jakie jest- a nie takie, jak je rozum zinterpretuje. W tym sama jaźń- już nie indywidualna- "zna" samą siebie, bo jest niewyróżnialną cząstką mocy, energii Kosmosu. Nie można nie być tym, czym się jest. A w szczególności nie można nie należeć do Kosmosu, gdy jest się z nim tożsamym- nie poprzez bycie wyróżnionym jego obiektem, lecz poprzez niewyróżnianie się od podstawowych sił, które stanowią o Jego funkcjonowaniu, a więc i istnieniu. To jest zespolenie z bogiem, czyli z nieświadomą Rzeczywistością, a dokładniej bytowaniem jako oddziaływanie o maksymalnym stopniu swobody. Lecz nie pełnym- bo nieskończony stopień swobody, nieskończoną wolność, nieskończoną entropię można osiągnąć tylko w sytuacji Niebytu, czyli gdy wszelkie oddziaływania nawet ustaną i Siła Boska nie zaburzy idealnej równowagi [termodynamicznej] Natury. Dobra, utnę tu ten wywód, bo podejrzewam, ze to znów zbyt wiele, jak na wasze rozumki. ;-P Dodam jeszcze tylko, że w miarę dobrym przykładem- i przekładem z języka mistycznego na fizyczny- jest przyrównanie uwolnionej woli, "duszy bez formy" do fotonu, do promieniowania EM, a stanu Niebytu- do np. fal grawitacyjnych w świecie pozbawionym obiektów masowych. [Chociaż nie wiem, czy takie- nie do końca idealnie trafione- porównania wam coś "rozjaśnią", czy jeszcze bardziej zagmatwają...]
Wracając do meritum wątku: Trwałym szczęściem, czyli rajem, jest istnienie w stanie nieróżnym od podstawy wszelkiego istnienia, czyli bycie oddziaływaniem, energią gdziekolwiek i kiedykolwiek, "dzianiem się" w interakcji do wszystkiego, a nie tylko danej formy [obiektu] do pobliskich form [obiektów]. Nie odczuwa się wtedy ani bólu, ani rozkoszy, ani głodu, ani zmęczenia, ani radości, ani zachwytu. To chyba oczywiste, bo nie ma już wtedy ani ciała, które takie odczucia generuje, ani rozumu, czyli świadomości, która by te doznania, a raczej impulsy nerwowe intepretowała jako wyobrażenia. Co nie oznacza, ze się wtedy w żadnej postaci nie istnieje, ani nawet, że się nie odczuwa niczego. Jak pisałem: istnieje się na podstawowym poziomie, jako byt identyczny z każdym innym [w "formie" siły, oddziaływania, energii] i odczuwa się istnienie jako "przeskalowany" Kosmos cały- oczywiście te odczuwanie jest zupełnie innego rodzaju, niż odczucia będące wytworem funkcjonowania połączonych umysłów indywidualnych z ciałami biologicznymi.
Cytat:
Porównując trochę do ekonomii, można by powiedzieć, że postawa pychy, to postawa permanentnej inflacji tego co dostajesz, a postawa pokory - odwrotnie - jest mechanizmem stałego nadawania wartości Twoim przeżyciom, jest wzmacnianiem szczęścia, jeśli będziesz umiał je na początku odczuć.
Rozumiem raczej, co masz na myśli tutaj. Ale chyba nietrafnie użyłeś wyrazu "inflacja" w tym kontekście. Przecież inflacja- w aspekcie ekonomicznym- to właśnie nadawanie wartości, coraz to większej, co prawda, bez uzasadnionych przyczyn. No, ale to trochę szczegół, szczególnie w kontekście tematu wątku tego.
Cytat:
istotą szczęścia jest czucie tego szczęścia, a nie jakieś "obiektywne" (co by to miało znaczyć?) bycie szczęśliwym
Otóż to! W tym właśnie mocno się z tobą zgadzam, jednocześnie nie zgadzając się prawie wcale. Bo to, co tu napisałeś odnosi się do życia tego, fizycznego, doczesnego. I tak na tej "naszej" Ziemi jest. A raczej tak właśnie dzieje się w ludzkiej psychice. Zresztą samo CZUCIE ma konotacje wyłącznie w odniesieniu do czucia zmysłami, a właściwie do świadomego wyobrażania odczuć, uczuć i emocji. Tylko, że to wszystko ze swej natury są stany chwilowe, zależne i zmienne. To nie raj, tylko "konieczność ewolucyjna", aby w tych ziemskich warunkach funkcjonować! Jedną z immanentnych cech nirwany, raju jest jej stałość i niezależność. Czyli przeciwieństwo nie tylko ziemskiego, biologicznego życia, ale również w ogóle przeciwieństwo istnienia- bo istnienie to właśnie ciągłe dzianie się, zmiana, proces.
Na pewno tylko subiektywne szczęście może być dostępne podczas życia w biologicznej formie. Zresztą w ludzkim rozumie, świadomości nie ma "rzeczy" niesubiektywnych- ponieważ jest to system samokorygujący się.
Co jednak wcale nie przesądza o tym, czy istnieje lub nie szczęście obiektywne- czyli właśnie raj. A sam poniekąd przesądziłeś o tym, że jednak istnieje- a raczej założyłeś to- poprzez choćby założenie wątku o rozważaniu n/t raju; czyli- przynajmniej teoretycznie- zakładasz, że taki istnieje; że istnieje stan permanentnego, pełnego, obiektywnego szczęścia, które nie może wówczas być niczym innym, niż wyzwoleniem z lokalnych reguł interakcji.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Piotr Rokubungi dnia Wto 11:10, 14 Lip 2015, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 11143
Przeczytał: 58 tematów

Pomógł: 789 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 11:16, 12 Lip 2015    Temat postu:

Piotr Rokubungi napisał:
...Jak można np. potrzeby BILOGICZNE uważać za DUCHOWE, skoro już samo ich epitetowanie oznacza ich rozróżnienie, separację znaczeniową?!

A gdzie ja tak pisałem?
- albo coś źle zrozumiałeś, albo może zrobiłem błąd w pisaniu, ale takiego utożsamienia sobie nie przypominam.

Piotr Rokubungi napisał:
...znów sam sugerujesz, ze zaspokojenie konkretnej, może chwilowej potrzeby do szczęścia [trwałego] nie prowadzi. Więc czemu w innych miejscach sugerujesz, że właśnie spełnione potrzeby, "zaspokojony umysł" są istotą szczęścia?! :fuj:

Nie wiem, czy to ja piszę tak niezrozumiale, czy Ty "czytasz niezrozumiale", ale jakoś nie możemy się dogadać. Spróbuję wiec inaczej wyłuszczyć sprawę, opisać strukturę mojego rozumowania.
Potrzeby elementarne - biologiczne W moim rozumowaniu potrzeby elementarne - typu, zjeść, uprawiać seks, zaspokoić jakieś zmysły są takim trochę "nieobrobionym prototypem", kandydatem na, "atomem", myślowym śladem mogącym doprowadzić do skonstruowania koncepcji trwałego szczęścia. Nie odrzucam ich, traktuję poważnie, bo stanowią rozpoczęcie myślenia wskazując jego KIERUNEK, którym jest podstawowe odczucie radości, przyjemności. Ale jednocześnie zastanawiam się, na ile ich podjęcie da szanse na szczęście trwałe, stabilne. Zastanawiam się, nie przesądzając sprawy na starcie.
Twoje uwagi sugerują, że chyba nie potrafisz oderwać myślenia od jakiegoś takiego czarno - białego, silnie polaryzującego schematu. W moim rozumowaniu nie ma prostego stwierdzenia - ta potrzeba dobra, a ta zła. W pewnym sensie wszystkie potrzeby są dobre, mogą dawać szczęście. Ale mogą je też i zabierać. Chcesz przejść przez moje rozumowanie upraszczając rzeczy w miejscach, gdzie to uproszczenie po prostu niszczy sens.
Jeśli miałbyś jakoś do tego sensu się zbliżyć, musisz (na jakiś czas) POWSTRZYMAĆ WARTOŚCIOWANIE. Mamy potrzeby (proste), które są pewnym podstawowymi cegiełkami, atomami umysłu. One powodują, że ów umysł w ogóle zaczyna wyróżniać jakieś elementy dla siebie, coś pamięta, coś kojarzy. One nie są ani dobre, ani złe. Nie są też źródłem szczęścia, ani nieszczęścia same z siebie. One są NARZĘDZIAMI rozumowania i, podobnie jak inne narzędzia w rodzaju młotek, czy piła, są neutralne. Z nich może uda się skonstruować drogę do pełnego szczęścia, a może i nie. To się OKAŻE!
Teraz - wciąż utrzymując wartościowanie na wodzy! - zastanawiam się jak owe elementarne potrzeby funkcjonują. Widzę, że stanowią impuls do działania, do (prze)życia, a także budują pewną przestrzeń myślową, bo dzięki nim człowiek zaczyna tworzyć sobie w umyśle HIERARCHIE, zaczyna jakoś wartościować świat, biorąc pod uwagę to, czy np. jest mu przyjemnie, czy też nie. Ale to jest pierwszy etap dopiero.
Teraz ów człowiek, jeśli jest wystarczająco spostrzegawczy i inteligentny, zacznie dostrzegać, że owe pierwotne potrzeby potrafią nawzajem się konfliktować - np. jednocześnie chcemy poświęcić czas na zjedzenie czegoś smacznego, a tutaj go brakuje np. na spotkanie towarzyskie z osobą, która byłaby partnerem (zakładam, że jedzenie tam z jakichś powodów nie wchodzi w rachubę). Zauważam też dośc ograniczony czasowo potencjał uszczęśliwiający owych małych potrzeb - po prostu przyjemność z nimi związana zwykle trwa krótko. Ale uwaga! - wciąż nie wyciągam stąd jakiegoś totalnego wniosku, że są one złe, głupie, że do niczego się nie przydadzą. Stwierdzam tylko to, co podstawowe - W TAKIM UKŁADZIE (prostym) elementarne potrzeby nie zapewniają trwałego szczęścia. Ale może gdyby je jakoś sprytnie skonfigurować, to byłoby pod tym względem lepiej?...
- Nie wiem. Zastanawiam się.
Jednocześnie jednak atakuję problem z drugiej strony. Dostrzegam, że są potrzeby (tak je też nazywam, bo językowo się to przyjęło) nieco innego rodzaju - potrzeby duchowe, wyższego rzędu, intelektualne itp. One funkcjonują na nieco innych zasadach. Po pierwsze nie wymagają, tak jak te potrzeby elementarne, pośrednictwa jakichś konkretnych zmysłów (np. zmysłu smaku). Po drugie pobudzają one umysł w sposób bardziej trwały. Ale też nie twierdzę, że te bardziej zaawansowane potrzeby są jakoś z natury dobre, albo z natury złe. Powstrzymuję wartościowanie, przyglądam się im. Dostrzegam pozytywny potencjał owych potrzeb (jakiejś części z nich), ale i negatywny. Przykładowo ciekawość, poszukiwanie rozwiązań dla ogólniejszych problemów może z jednej strony skutkować rozwojem intelektualnym, poszerzaniem bazy myślowej, może jakąś formą oświecenia, a z drugiej może przyjąć formę dość chaotycznego i pustego uganiania się za ciekawostkami, nowościami itp.

Tu dygresja - właśnie owa umiejętność powstrzymania wartościowania (na jakiś czas, później zawsze można ją włączyć) jest wg mnie pierwszym, może najważniejszym objawem PASOWANIA NA PRAWDZIWEGO INTELEKTUALISTĘ. Jeśli ktoś musi wartościowanie doczepiać do każdego etapu swojego rozumowania, jeśli wszystko zawsze i wszędzie jest dla niego dobre i złe, to nigdy nie dotrze do pojmowania pewnych spraw. Ale to tylko dygresja...

Wracając do sprawy potrzeb. Używając określenia "potrzeba" (nic lepszego nie mam, bo język jest dostosowany do standardowego użycia, a nie filozofowania, a'la ja, więc trzeba być czujnym w rozpoznawaniu znaczenia słowa w konkretnym kontekście) - teraz w nieco szerszym znaczeniu - chcę teraz mówić o pragnieniu człowieka szczęścia, spełnienia w jakimś ogólnym sensie - bycia kimś istotnym, użytecznym, spełnionym, niesprzecznym. To też dla mnie jest potrzeba, może wola zaistnienia, może emanacja osobowości. Nie wiem - nie ma w języku precyzyjnego odpowiednika. Zastanawiam się, jak owa najwyższa potrzeba (tak ją tu nazwę) może działać. Wciąż dostrzegam pewien potencjał prostych potrzeb, ale ostatecznie uznaję go za niewystarczający. Bez odpowiedniej HIERARCHII proste potrzeby będą owego biednego człowieka "ganiały" od jednej zachcianki do drugiej, zmęczą go, ogłupią, a szczęścia z tego będzie niewiele. Na koniec pojawi się frustracja, cele wynikający z owych potrzeb się znudzą, a potencjał radości się wyczerpie.
Jak skonstruować bardziej trwałą konfigurację doznań dla umysłu, aby był on szczęśliwy?
Ja nie odrzucałbym całkiem prostych potrzeb, nie skreślam ich z automatu. Ale trzeba je "ucywilizować". Choć może niektóre z nich okażą się mało obiecujące, wtedy z nich zrezygnuję. Na razie szukam pewnych ogólnych zasad, więc nie będę się skupiał np. na pytaniu, czy np. pozbycie się doznań smakowych przybliży, czy oddali umysł od stanu trwałego szczęścia. Nie warto być zbyt "mądrym" (właściwie to chodzi o udawanie mądrego, a nie prawdziwą mądrość) w tym sensie, że coś na początku dekretować, jeśli nie ma się na to wystarczająco mocnych przesłanek.
Trwałe szczęście wg mnie wiąże się kilkoma ważnym rzeczami, które trzeba włączyć do naszej układanki:
- poznanie siebie, a konkretniej swojej głębszej (prawdziwej) natury. Bez tego w ogóle nie da się modelować stanu szczęścia, bo nie będzie wiadomo, do czego ją odnieść
- opanowanie chaotycznych impulsów do działania - to właściwie nic innego, tylko zaprzestanie gonienia za tymi okruchami przyjemności, które okażą się mało perspektywiczne. Oczywiście, łatwiej powiedzieć, niż wykonać, bo nieraz te impulsy są wyjątkowo namolne
- zrobienie owym małym potrzebom i przyjemnościom "ubranka" - nie bardzo wiem jak to inaczej określić, ale muszę to nazwać, a słowa mi brakuje. Istotą tej myśli jest przeświadczenie, że właściwie WSZYSTKO MOŻE BYĆ POWODEM TRWAŁEGO SZCZĘŚCIA, pod warunkiem, że wystąpi we właściwej konfiguracji, we właściwym systemie odniesień, powiązane sensowną hierarchią zależności. Takim ubrankiem dla potrzeb byłby "duch", czyli jakaś taka "oblepiająca ze wszystkich stron i wnikająca do środka" moc, która będzie usuwała niedopasowania, uspójniała działanie całości. Efektem będzie dostosowanie się tego układu prostszych potrzeb do celu, jakim jest właśnie OSOBA, czyli harmonijne, powiązane z jej naturą, w maksymalnym stopniu spójne połączenie tego co stanowi indywidualność, z tym co zewnętrzne. W takim układzie osoba będzie doznawała poczucia największego spełnienia, szczęścia.
Jedna z religijnych mądrości głosi: gdy Bóg jest na swoim miejscu, wtedy wszystko jest na swoim miejscu. Oczywiście można tę myśl ująć też bez posługiwania się od razu Bogiem. Wtedy mielibyśmy sformułowanie: jeśli struktura uczuć, pragnień, potrzeb dla umysłu jest właściwa, to wszystkie te potrzeby będą współpracowały dla stanu trwałego szczęścia. Wszystko świetnie zadziała, jak w szwajcarskim zegarku. :pidu:


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
JanelleL.




Dołączył: 16 Paź 2014
Posty: 1268
Przeczytał: 22 tematy

Pomógł: 86 razy

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 12:02, 12 Lip 2015    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:

Jedna z religijnych mądrości głosi:gdy Bóg jest na swoim miejscu, wtedy wszystko jest na swoim miejscu. Oczywiście można tę myśl ująć też bez posługiwania się od razu Bogiem. Wtedy mielibyśmy sformułowanie: jeśli struktura uczuć, pragnień, potrzeb dla umysłu jest właściwa, to wszystkie te potrzeby będą współpracowały dla stanu trwałego szczęścia. Wszystko świetnie zadziała, jak w szwajcarskim zegarku. :pidu:


Wszystko się zgadza poza tym, że mądrość głosi : gdy Bóg jest na pierwszym miejscu, wtedy wszystko jest na swoim miejscu.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 11143
Przeczytał: 58 tematów

Pomógł: 789 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 13:17, 12 Lip 2015    Temat postu:

JanelleL. napisał:
Michał Dyszyński napisał:

Jedna z religijnych mądrości głosi:gdy Bóg jest na swoim miejscu, wtedy wszystko jest na swoim miejscu. Oczywiście można tę myśl ująć też bez posługiwania się od razu Bogiem. Wtedy mielibyśmy sformułowanie: jeśli struktura uczuć, pragnień, potrzeb dla umysłu jest właściwa, to wszystkie te potrzeby będą współpracowały dla stanu trwałego szczęścia. Wszystko świetnie zadziała, jak w szwajcarskim zegarku. :pidu:


Wszystko się zgadza poza tym, że mądrość głosi : gdy Bóg jest na pierwszym miejscu, wtedy wszystko jest na swoim miejscu.

A czy nie wychodzi na jedno?
Przecież "swoje miejsce" Boga, to pierwsze miejsce. :serce:


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
JanelleL.




Dołączył: 16 Paź 2014
Posty: 1268
Przeczytał: 22 tematy

Pomógł: 86 razy

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 17:26, 12 Lip 2015    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:

A czy nie wychodzi na jedno?
Przecież "swoje miejsce" Boga, to pierwsze miejsce. :serce:


Nie do końca wychodzi na jedno - swoje miejsce daje furtkę do "ustawienia" Boga na miejscu właściwym dla siebie. Pierwsze, znaczy pierwsze przed wszystkim innym, z góry bez dyskusji i cały ład w hierarchii ludzkich wartości tylko pod tym warunkiem.
Myślę, że "swoje miejsce" jest lepszym określeniem dla istot obdarzonych wolną wolą i pierwsze miejsce w takim układzie byłoby dla Boga (kimkolwiek jest) większą "radością"(chodź tu nie o nią chodzi bezpośrednio) niż narzucone,
czy choćby wpierw zasugerowane żeby "zachęcić" do osiągnięcia przy tym jakiejś korzyści.
To tak jak z wyznaniem miłości po trosze :serce: jakby nakazać, czy zmusić, czy nakłonić do niego w zamian za odwzajemnienie go - nie będzie to to samo jak wtedy, kiedy wypłynie "prosto z serc".


Post został pochwalony 1 raz

Ostatnio zmieniony przez JanelleL. dnia Nie 18:25, 12 Lip 2015, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Piotr Rokubungi




Dołączył: 31 Maj 2014
Posty: 5338
Przeczytał: 3 tematy

Pomógł: 228 razy
Skąd: Polska, Pomorze Zachodnie
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 18:19, 12 Lip 2015    Temat postu:

Cytat:
Piotr Rokubungi napisał:
...Jak można np. potrzeby BILOGICZNE uważać za DUCHOWE, skoro już samo ich epitetowanie oznacza ich rozróżnienie, separację znaczeniową?!

A gdzie ja tak pisałem?
- albo coś źle zrozumiałeś, albo może zrobiłem błąd w pisaniu, ale takiego utożsamienia sobie nie przypominam.
Sorry, faktycznie mój błąd. Coś sobie "dorobiłem" tu.
Cytat:
W moim rozumowaniu nie ma prostego stwierdzenia - ta potrzeba dobra, a ta zła. W pewnym sensie wszystkie potrzeby są dobre, mogą dawać szczęście. Ale mogą je też i zabierać. Chcesz przejść przez moje rozumowanie upraszczając rzeczy w miejscach, gdzie to uproszczenie po prostu niszczy sens.
W moim rozumowaniu wszystkie są raczej złe- w kontekście tego, ze żadne z nich, zaspokojone czy niezaspokojone, nie dają poczucia trwałego spokoju, wyzwolenia, czyli szczęścia, odczucia raju. Aczkolwiek w danej sytuacji życia ziemskiego, faktycznie każda potrzeba może przynieść efekty pozytywne lub nie. A, jeśli o takim stanie właśnie trwałego spokoju i szczęścia jest w sumie ten wątek, to nie próbuj raczej identyfikować go poprzez odczuwanie chwilowych radości i przyjemności- bo przecież, kuźwa, sam pisałeś, iż doszedłeś do wniosku, że takie zaspokajanie chwilowych, doraźnych potrzeb odczuwania trwałego szczęścia nie daje! Ale chyba tu ty mnie źle zrozumiałeś, jeśli uważasz, że ja tak bardzo hierarchizuję oraz deprecjonuję te proste, przyziemne potrzeby. Raczej uważam tak, jak to ty przedstawiłeś w czwartym, piątym akapicie twego przedostatniego tu postu.
Cytat:
Tu dygresja - właśnie owa umiejętność powstrzymania wartościowania (na jakiś czas, później zawsze można ją włączyć) jest wg mnie pierwszym, może najważniejszym objawem PASOWANIA NA PRAWDZIWEGO INTELEKTUALISTĘ. Jeśli ktoś musi wartościowanie doczepiać do każdego etapu swojego rozumowania, jeśli wszystko zawsze i wszędzie jest dla niego dobre i złe, to nigdy nie dotrze do pojmowania pewnych spraw. Ale to tylko dygresja...
Zgoda, brawo! :)

Dalej piszesz o najwyższej potrzebie. Ale nie określasz konkretnie czym ona jest, jaka to potrzeba. Ja to określiłem: Dla mnie to potrzeba, która praktycznie nie istnieje, bo jest wiecznie samo-spełniona.
Michale, okrutnie dość wciąż błądzisz w tych rozważaniach swoich tu. Przede wszystkim określ jakieś ramy, założenia. Piszesz często o poczuciu trwałego szczęścia. Sugerujesz, że może nim być spełnienie, jako osoby poważanej przez inne istotne dla ciebie osoby, czy tez ważne dla ciebie ze względu na związki emocjonalne z nimi. Ale, pomijając, ze to znów gdybanie silne, zastanów się, czy nawet to może dać trwałe poczucie spełnienia, wyzwolenia z dyskomfortu wątpliwości. A co, jeśli te osoby zmienia o tobie zdanie, jeśli przestaną być przyjaciółmi, jeśli odjadą daleko, jeśli umrą? W końcu co [w ogóle, w jak najszerszym znaczeniu] z poczuciem takiego POZORNIE jednak trwałego szczęścia, gdy sam umrzesz?? Czy raj nie ma silnych konotacji z "życiem po życiu", z innym rodzajem istnienia? Ciągle piszesz jakoby o ziemski raju. A wiadomo, że wszystko, co ziemskie jest dość nietrwałe- nawet sama "nasza" planeta nie istnieje permanentnie. Dopiero w kontekście bycia tożsamym z "pra-substancją" można mówić o czymś wiecznie trwałym i permanentnym [a i to nie do końca].
Dalej: Poznanie siebie też rozważasz w znaczeniu zrozumienia własnej psychiki. Ale psychika to w dużej mierze też tylko doczesne narzędzie przetrwania, który- w tej formie- kończy się po śmierci biologicznej. A ponadto jej naturą jest zmienność [samoregulacja]. Więc gdzie tu stałość, niezmienność oraz wolność??
Cytat:
opanowanie chaotycznych impulsów do działania - to właściwie nic innego, tylko zaprzestanie gonienia za tymi okruchami przyjemności, które okażą się mało perspektywiczne. Oczywiście, łatwiej powiedzieć, niż wykonać, bo nieraz te impulsy są wyjątkowo namolne
Chcesz powiedzieć, że warto zaprzestać spożywania pokarmów, gdy najdzie cię "chaotyczna" ochota skonsumowania czegoś?
Cytat:
Istotą tej myśli jest przeświadczenie, że właściwie WSZYSTKO MOŻE BYĆ POWODEM TRWAŁEGO SZCZĘŚCIA, pod warunkiem, że wystąpi we właściwej konfiguracji, we właściwym systemie odniesień, powiązane sensowną hierarchią zależności. Takim ubrankiem dla potrzeb byłby "duch", czyli jakaś taka "oblepiająca ze wszystkich stron i wnikająca do środka" moc, która będzie usuwała niedopasowania, uspójniała działanie całości.
No, dość tu sobie fantazjujesz wyobrażeniowo! ;-P
Cytat:
Efektem będzie dostosowanie się tego układu prostszych potrzeb do celu, jakim jest właśnie OSOBA, czyli harmonijne, powiązane z jej naturą, w maksymalnym stopniu spójne połączenie tego co stanowi indywidualność, z tym co zewnętrzne. W takim układzie osoba będzie doznawała poczucia największego spełnienia, szczęścia.
Przecież tym właśnie jest zadanie i cel funkcjonowania umysłu wespół z jego "częściami", takimi, jak choćby świadomość czy psychika! W psychologii nazywa się to indywiduacją osobowości.
Ale nie będzie to NAJWIĘKSZE SZCZĘŚCIE. Największe możliwe spełnienie w tym ziemskim życiu- tak. Ale nie będzie to stan permanentnego szczęścia, choćby z powodu, że z pewnością taki stan zakończy się wraz ze śmiercią fizyczną. Jak podkreślałem nieraz: raj to nie tylko samorealizacja w tym doczesnym życiu; to osiągnięcie stanu, gdy wszystko już jest zrealizowane, osiągnięte, dopełnione poprzez fakt samego twego istnienia [oddziaływania].
Cytat:
Wtedy mielibyśmy sformułowanie: jeśli struktura uczuć, pragnień, potrzeb dla umysłu jest właściwa, to wszystkie te potrzeby będą współpracowały dla stanu trwałego szczęścia.
Zależność jest zgoła odwrotna: jeśli wszystkie potrzeby są w odpowiedni, "słuszny" sposób "zorganizowane", zhierarchizowane, sklasyfikowane, z odpowiednimi priorytetami spełniane- wtedy umysł i psychika jest stabilna, w zgodzie z samą sobą, z minimalnymi rozterkami- czyli w stanie DOCZESNEGO, AKTUALNEGO tylko poczucia spełnienia i szczęścia.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Piotr Rokubungi




Dołączył: 31 Maj 2014
Posty: 5338
Przeczytał: 3 tematy

Pomógł: 228 razy
Skąd: Polska, Pomorze Zachodnie
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 18:46, 12 Lip 2015    Temat postu:

JanelleL. napisał:
Michał Dyszyński napisał:

A czy nie wychodzi na jedno?
Przecież "swoje miejsce" Boga, to pierwsze miejsce. :serce:


Nie do końca wychodzi na jedno - swoje miejsce daje furtkę do "ustawienia" Boga na miejscu właściwym dla siebie. Pierwsze, znaczy pierwsze przed wszystkim innym, z góry bez dyskusji i cały ład w hierarchii ludzkich wartości tylko pod tym warunkiem.
Myślę, że "swoje miejsce" jest lepszym określeniem dla istot obdarzonych wolną wolą i pierwsze miejsce w takim układzie byłoby dla Boga (kimkolwiek jest) większą "radością"(chodź tu nie o nią chodzi bezpośrednio) niż narzucone,
czy choćby wpierw zasugerowane żeby "zachęcić" do osiągnięcia przy tym jakiejś korzyści.
To tak jak z wyznaniem miłości po trosze :serce: jakby nakazać, czy zmusić, czy nakłonić do niego w zamian za odwzajemnienie go - nie będzie to to samo jak wtedy, kiedy wypłynie "prosto z serc".
Po pierwsze: Nie ludziom oceniać i nadawać miejsce, priorytet bogu- jesteśmy na to "zbyt ciency". Po drugie: Bóg jest pierwszy i ostatni- jak choćby w Biblii zostało napisane- jest wszystkim i niczym, wszędzie i nigdzie. Boska Siła sprawcza, zamieniająca "słowo w ciało" przenika wszystko, co istnieje.
Zmuszanie czy nakłanianie nie ma w tym kontekście zupełnie sensu. Bogu jest absolutnie niepotrzebne. Rozpoznanie i pokochanie boga- czyli tak naprawdę odkrycie prawdziwej swojej natury i natury Kosmosu- to zadanie dla ludzi, którzy chcą osiągnąć szczęście, pełne zrozumienie, wyzbyć się wątpliwości; a chyba każdy z nas chce tego. A bóg, kosmos tylko "daje" nam tą szansę. Bogu wcale nie zależy na "uwielbianiu" i nadawaniu mu zaszczytów. Jak i po co miałoby na tym zależeć Absolutowi, aby czciła Go jego własna cząstka, część Jego jestestwa, jakim są ludzie!? To tylko przywilej dla ludzi, aby zaprzestali błędnego mniemania, że są inni od boga i nie należą do niego; możliwość dana nam, abyśmy przestali błądzić w niewiedzy o sobie i o wszystkim co nas otacza, lub w wiedzy złudnej, nieprawdziwej.


Post został pochwalony 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 11143
Przeczytał: 58 tematów

Pomógł: 789 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 9:52, 13 Lip 2015    Temat postu:

JanelleL. napisał:
Michał Dyszyński napisał:

A czy nie wychodzi na jedno?
Przecież "swoje miejsce" Boga, to pierwsze miejsce. :serce:


Nie do końca wychodzi na jedno - swoje miejsce daje furtkę do "ustawienia" Boga na miejscu właściwym dla siebie. Pierwsze, znaczy pierwsze przed wszystkim innym, z góry bez dyskusji i cały ład w hierarchii ludzkich wartości tylko pod tym warunkiem.
Myślę, że "swoje miejsce" jest lepszym określeniem dla istot obdarzonych wolną wolą i pierwsze miejsce w takim układzie byłoby dla Boga (kimkolwiek jest) większą "radością"(chodź tu nie o nią chodzi bezpośrednio) niż narzucone,
czy choćby wpierw zasugerowane żeby "zachęcić" do osiągnięcia przy tym jakiejś korzyści.
To tak jak z wyznaniem miłości po trosze :serce: jakby nakazać, czy zmusić, czy nakłonić do niego w zamian za odwzajemnienie go - nie będzie to to samo jak wtedy, kiedy wypłynie "prosto z serc".

Cóż, dopowiem tu, że gdy pisałem pierwotny tekst, przez moment przeleciało mi przez głowę, że tutaj chyba było "pierwsze", a nie "swoje" miejsce. Ale tez do końca nie byłem pewien. Natomiast "swoje miejsce" bardziej pasuje mi jeszcze z innego powodu. Bo, takie określenie, będąc bardziej ogólne, pozwala na większą wszechstronność umieszczania Boga w swoich uczuciach, myślach. Czasami nie wiadomo jak w ogóle w danej sytuacji określić "pierwsze", czasami wszystkie rzeczy są niejako równe, nie ma wyraźnego wartościowania. Skoro tam nie ma miejsca "pierwszego", to nie byłoby go dla Boga. Poza tym czasami pierwsze miejsce jest ewidentnie nie fajne. Gdyby ktoś wymyślił konkurencję kopania się po pośladkach, to pierwszy w niej byłby ten, kto najmocniej klepnął kolegów. Ale przecież w tej, czy w innych idiotycznych konkurencjach, Boga raczej nie będziemy umieszczać. Pierwsze miejsce dla Boga jest dobrym określeniem tylko w określonej klasie sytuacji - tam gdzie pierwszeństwo jest niejako zgodne z Istotą Stwórcy. A nie każda pomyślana sytuacja tu pasuje.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Piotr Rokubungi




Dołączył: 31 Maj 2014
Posty: 5338
Przeczytał: 3 tematy

Pomógł: 228 razy
Skąd: Polska, Pomorze Zachodnie
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 10:55, 14 Lip 2015    Temat postu:

Chcę tu teraz wyjaśnić pewną sprzeczność, która zaistniała w treści mego przed-poprzedniego postu w tym wątku. Jak się okaże, nie jest to właściwie sprzeczność, a raczej niedomówienie, niedokładność. Jednak nieco martwi mnie, że nikt z forumowiczów nie zwrócił na to uwagi chyba jeszcze, bo może to świadczyć, że niezbyt wnikliwie czytacie i analizujecie treści zamieszczanych tu postów. :(
Otóż pisałem: "To z kolei nie oznacza nieistnienia, tyko dlatego, że nie wiadomo, co się ze mną dzieje- skoro nie czuję, nie rozumuję, nie myślę, nie wiem, nie przeżywam. Bowiem wtedy nie nie-doświadcza się niczego, lecz właśnie wszystko- i to na poziomie "molekularnym", a dokładniej energetycznym, spirytystycznym, duchowym." Również: "Właściwie, to w takim stanie nie ustaje doznawanie, lecz intensyfikuje się ono, zwiększa. Nie tylko doznajesz wtedy tego, co rozumiesz, lecz wszystkiego- bo rozumowanie tam nie istnieje." oraz "Co nie oznacza, ze się wtedy w żadnej postaci nie istnieje, ani nawet, ze się nie odczuwa niczego. Jak pisałem: istnieje się na podstawowym poziomie, jako byt identyczny z każdym innym [w "formie" siły, oddziaływania, energii] i odczuwa się istnienie jako "przeskalowany" Kosmos cały- oczywiście te odczuwanie jest zupełnie innego rodzaju, niż odczucia będące wytworem funkcjonowania połączonych umysłów indywidualnych z ciałami biologicznymi."
Ale także: "Jedną z immanentnych cech nirwany, raju jest jej stałość i niezależność. Czyli przeciwieństwo nie tylko ziemskiego, biologicznego życia, ale również w ogóle przeciwieństwo istnienia- bo istnienie to właśnie ciągłe dzianie się, zmiana, proces."
Można więc tu zauważyć [pozorną] sprzeczność, skoro raz piszę, że w stanie "raju" się istnieje jak najbardziej i to na bardzo podstawowym poziomie- innym razem, że jest to stan przeciwny do życia i w ogóle istnienia. Postaram się teraz to wyjaśnić. Zacząć trzeba chyba od tego, że rozróżniam tu dwa różne trochę stany "raju" [czy też nirwany]: jeden zachodzi w świecie realnym, w tej Rzeczywistości; podczas, gdy drugi ma miejsce w świecie wirtualnym, czyli w Niebycie. I tak, w świecie realnym- którego podstawą jest dzianie się, oddziaływanie, zmienność, proces- istnieje się niezaprzeczalnie, w jakiejkolwiek formie, postaci- choćby jako atom, kwark, czy kwant; a tym bardziej, jako złożone obiekty z tychże zbudowane. Determinantą tego jest samo istnienie sił, oddziaływań, które są czynnikiem bazowym dla urealniania się, emanacji Rzeczywistości, a pochodzą [zostały wywołane] przez tajemniczą pierwotną siłę, zwaną przeze mnie Siłą boską. Czyli właśnie istnienie, przejawianie się, oddziaływanie jest tutaj cechą immanentną takiego świata. Raj, wyswobodzenie, pewną jednorodność i stałość stanowić tu może jedynie stopień swobody w "(samo)realizacji" danego obiektu- a, w tych warunkach, najwyższymi stopniami swobody charakteryzują się fluktuacje kwantowe, samo-oddziaływanie, fluktuacje energii [poczynając od form najmniej korpuskularnych, czyli o najbardziej "rozmytym" prawdopodobieństwie, czyli o najmniej zredukowanej funkcji falowej]. Można ten stan wyzwolenia, nirwany, swobody, raju nazwać istnieniem najmniej ograniczonym.
Natomiast sytuacja w przypadku Niebytu wygląda tak: Można powiedzieć, że jest to stan najwyższej nirwany, ponieważ stopień swobody jest tam nieskończony, przestrzeń fazowa nieograniczona, nieskończona, prawdopodobieństwo zerowe- czyli potencjalnie nieskończone. W takim stanie nic nie przybiera "realnych" form, bo nic nie jest w najmniejszym stopniu zdeterminowane. Teraz- określając stan raju, jako permanentny stan nieograniczonej, pełnej swobody, gdzie "nie trzeba" nic, nawet istnieć, jak ja ten stan definiuję- tenże Niebyt, w takim kontekście, można uznać za stan raju doskonałego; jednak w tej sytuacji właściwie brak istnienia w jakimkolwiek rozumieniu [poza "istnieniem" czysto wirtualnym]. Jeśli więc ktoś tak bardzo nie potrafi, nie chce ogarnąć lub obawia się [własnego] nieistnienia, to może taki niebyt interpretować bardziej, jako "porażkę", "piekło", a nie raj. Proponuję więc, przy takim nastawieniu, wyobrażenie raju jako bliższe utożsamienie się z boską Siłą, która daje życie, istnienie, ale przy wyobrażeniu również tej swobody i wolności, jakie wnosi bycie "swobodnym kwantem, nie związanym trwalej w obiekcie [korpuskularnym]"...

Teraz znów należy raczej podkreślić różnicę pomiędzy moim wyobrażaniem rajskiego stanu, a wyobrażeniami pozostałych [nie wiem ilu ani których konkretnie] forumowiczów- w tym Michała Dyszyńskiego. Najzwięźlej należy ją chyba określić w ten sposób: oni za stan permanentnego szczęścia uważają zaspokojenie potrzeb oraz poczucie zaakceptowania i przyswojenia pewnego systemu wartości; ja- brak potrzeb, w tym brak potrzeby i sensu wartościowania.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Piotr Rokubungi dnia Wto 11:00, 14 Lip 2015, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Kretowisko / Blog: Michał Dyszyński Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następny
Strona 2 z 6

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin