Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

"Pozytywne myślenie" a prawda
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Filozofia
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 10506
Przeczytał: 81 tematów

Pomógł: 728 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 13:57, 28 Lut 2018    Temat postu: "Pozytywne myślenie" a prawda

Jednym z wynalazków psychologii XX wieku była koncepcja pozytywnego myślenia. Jej rodowodu dopatrywałbym się w praktyce psychoanalityków, terapeutów, którzy próbowali jakoś pomóc ludziom z problemami. Bo patrząc z perspektywy psychoanalityka, czyli człowieka, do którego zgłasza się ktoś z problemami psychicznymi, ludzie to w dużej części jakieś takie zakompleksiałe istoty, patrzące na świat przez pryzmat swoich depresji. Perspektywa ta jest o tyle skrzywiona, że normalny człowiek, bez depresji psychoanalityka omija, zajmuje się swoim życiem. A na kozetkę trafiają - z doboru - właśnie ci, im się psychika "rozłazi".
Więc po którymś tam spotkanym człowieku z depresją, aż się prosi tym ludziom powiedzieć: przestańcie patrzeć na tą ciemną stronę życia! Zobaczcie, w tej samej sytuacji ktoś inny dostrzega pozytywy, ciekawe wyzwania, okazję do wykazania swojej osobowości, a wy tutaj ględzicie o tym, że wszystko jest źle, że świat jest wredny!... Ludzie! Ogarnijcie się!
Ale ludzie nie wiedzą JAK się ogarnąć, jak zwalczyć depresję. Więc psychoanalityk jeden, drugi, czy trzeci opracowali program wpływania na swoje emocje. Program polega na tym, aby na siłę przeprogramować czarnowidztwo, na pozytywne myślenie.
Ale program, jak to każde rozpoczęte przedsięwzięcie ludzi, jak już się zaczął, tak się rozwinął. Wraz z jego rozwojem, może jakimiś tam nawet sukcesami, pojawiło się pytanie: na ile on może pomóc każdemu człowiekowi?
Na ile pozytywne myślenie nie jest "drogą do raju" dla każdego?
Bo pewnie fajnie by było, aby mieć dobry nastrój, aby każdy był uśmiechnięty, wyluzowany, a do tego pełen empatycznej życzliwości do świata i ludzi. Zawsze i wszędzie widzieć wszystko pozytywnie - czy to nie kusząca wizja?... Może wystarczy sobie w tym celu robić takie małe "pranko mózgu", a już będziemy mieli raj na wyciągnięcie ręki?
Bo nie łudźmy się - każdy taki program metodycznego wpływania na myśli, atakowania swojej psychiki jakąś formą mentalnego nacisku, jest już rodzajem prania mózgu. Oczywiście to "pranie" wcale nie musi być takie złe, bo w małej dawce, a szczególnie wobec osoby, która ma depresyjne skłonności, mocniejsze zasugerowanie, że świat możemy uczynić piękniejszym samym nastawieniem emocjonalnym, jest chyba czymś ok. Problem zaczyna się, gdy z pozytywnym myśleniem zaczynamy wiązać zbyt duże nadzieje, albo gdy zdominuje on rozsądek w myśleniu.
Wydaje mi się, że pewna grupa ludzi jakoś przesadnie uwierzyła w koncepcję pozytywnego myślenia. Tymczasem coraz więcej badań, doniesień, czy nawet własnych doświadczeń wskazuje, że cały ten program albo działa dość kiepsko, albo nie działa wcale (choć pewnie w wyjątkowych przypadkach może i zadziała).
[link widoczny dla zalogowanych]
Dlaczego to całe pozytywne myślenie (najczęściej) nie działa. W skrócie dlatego że:
- potrzebujemy informacji zwrotnych (feedback), jak się tylko programujemy w głowie, nie dbając o to, co się dzieje, to nasza psychika "czuje", że coś tu nie gra.
- potrzebujemy mieć świadomość mierzalnych, wyrazistych objawów naszego działania, że jest progres, że idziemy we właściwym kierunku. Jak tego nie ma, jak tylko się przekonujemy i przekonujemy, bez czegoś mierzalnego, to psychika będzie nam się buntowała.
- poszukujemy odpowiedzialności w życiu. To, że sobie coś zaprogramujemy, w oderwaniu od rzeczywistości, skutkuje, że wszystko "wisi" na naszej głowie, na umocowaniu samego programu. Tymczasem odpowiedzialność jest czymś, co wyłania się z samego świata, a nie z naszego zaprogramowania.
- jesteśmy naturalnie zaprogramowani biologicznie na to, aby minimalny poziom realizmu w myśleniu utrzymywać. Manipulowanie ocenami jest przez nasz umysł podświadomie odbierane jako fałsz, czujemy, że fałszujemy coś, gdy za bardzo to sobie wmawiamy.

Najprościej jest problem z owym pozytywnym myśleniem pokazać doprowadzając sytuację do skrajności. Wyobraźmy sobie jakiegoś geniusza pozytywnego myślenia, który w każdej sytuacji jest w stanie negatywne bodźce zablokować mocą swojego umysłu. Oto siedzi sobie w domu i przybiegają ludzie "dom się pali, uciekaj!". A nasz geniusz pozytywnego myślenia na to reaguje: nie będę negatywnie patrzył na sytuację, uznaję, że wszystko jest OK, nie ruszę się z tego pokoju... (a tu już płomienie się zbliżają).
Skrajnie pozytywnie myślący ludzie będą eliminowani zwykłym doborem naturalnym (części z nich pewnie byłby sens przyznać słynną nagrodę Darwina). Co rusz nie brakuje kretynów tak "pozytywnie" przekonanych o swoich możliwościach, że porywają się na bardzo niebezpieczne wyczyny i często po prostu tracą życie. Mamy nawet jackass - medialną formę tego podejścia.

Warto by "na czystą logikę" rozważyć, co właściwie jest lepsze - programowo starać się myśleć pozytywnie, czy jednak myśleć realistycznie?...
- Oto mężczyzna ma rywala, który wygląda na wyraźnie silniejszego - czy ma "myśleć pozytywnie" i zadzierać z nim, bo na pewno wszystko się uda, jednak rozsądniej jest ocenić swoje szanse w potencjalnym starciu i nie prowokować silacza?...
- Mamy zdawać na studia - czy "pozytywnie myśląc" wybrać sobie najtrudniejszy kierunek, niedostosowany do naszych zdolności i umiejętności (bo na pewno się uda), a potem przeżywać frustracje z powodu kolejnych zawalonych egzaminów, czy raczej potraktować problem realistycznie i wybrać sobie kierunek pasujący do tego, czym dysponujemy?...
- pozytywnie myśląc sensowne zdaje się postawienie dużej sumy pieniędzy na jakąś kiepską chabetę w wyścigach konnych - zapewne dużo dałoby się wygrać. Tyle że realia pokażą, że się straci...
itp...
W starciu pozytywne myślenie vs realizm, ja stawiałbym na ten drugi.
Z drugiej strony jakaś forma nadziei, wiary w siebie, czasem nawet jakby trochę wbrew realiom, chyba nie jest taka zła. Nie posiadamy pełnej wiedzy na temat tego co jest realistyczne, a co nie. Niektórzy wizjonerzy, postawili na opcję wyśmiewaną przez otoczenie jako nierealistyczną, a wygrali. Dlatego całkiem pozytywnego myślenia bym nie "banował". Jednak chyba stało się coś wariackiego z tym programem pozytywnego myślenia, niektórym odbiło, stali się właściwie "oszołomami pozytywnego myślenia", czy zbliżają się do granicy zdrowia psychicznego, dekretując "pozytywnie" wszystko, co tylko im się wyda za warte takiego zadekretowania.

Tymczasem według niektórych to nie pozytywne, a właśnie negatywne myślenie może człowieka bardziej uszczęśliwić [link widoczny dla zalogowanych]. Paradoks?...
Niekoniecznie. Znany jest fakt, że np. żałobę trzeba przeżyć, że wypieranie na siłę negatywnych myśli często tylko przedłuża udrękę psychiczną.
Ale chyba z tym negatywnym myśleniem przesadzić też nie warto...

Myślę, że rozsądną życiową strategią jest zaprzestanie odgórnego programowania się w żadna stronę - myślenie realistyczne, skupianie się na dążeniu do prawdy, rozumianej jako niezakłócone chciejstwem postrzeganie rzeczywistości jest chyba strategia, na której najlepiej jest bazować w życiu. Choć oczywiście sprawa jest skomplikowana.
Temat jest chyba wart przedyskutowania...


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs




Dołączył: 29 Wrz 2015
Posty: 5938
Przeczytał: 77 tematów

Pomógł: 143 razy
Skąd: Little Rhody, USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 20:41, 28 Lut 2018    Temat postu:

MD napisał:
... że normalny człowiek, bez depresji psychoanalityka omija ...
I wielu takich "normalnych" ludzi z powodu braku spokoju wewnetrznego czyli zachwiania 5 pilarow osobowosci (Ivancevich et al, (2014) wyraza publicznie swoja agresje na ulicy w Polsce, w Internecie, ... Absolwent kierunku psychologii Uniwersytetu Warszawskiego Artur Krol - praktyykujacy "zmieniacz" (Eng. change agent, transformational leader) i coach, i autor dokonuje agresywnych i degradujacych godnosc drugiego czlowieka wpisow na wlasnym blogu, etc. Dlaczego tak sie dzieje? I dlaczego w Polsce przyslowiowy szewc nadal w dziurawych butach chodzi?

MD napisał:
Więc po którymś tam spotkanym człowieku z depresją, aż się prosi tym ludziom powiedzieć: przestańcie patrzeć na tą ciemną stronę życia!
Nie, psycholog nie wierzy lecz wie, ze to autostrada to tworzenia efektu cienia (Jung) osobowosci przez represje co w efekcie mozna zinterpretowac przez 5 pilarow osobowosci omawianych przez Ivancevich et al. (2014) ktorymi sa:
1. Ekstrowersja/myslenie glosno/myslenie grupowe i introwersja/samo refleksja;
2. Suwerennosc emocjonalna;
3. Zgodnosc socjalna - czyli podroz przez zycie w poszanowaniu swojej godnosci a tym samym poszanowaniu godnosci innych z rownoczesna akceptacja, ze swiatopoglady moga byc rozne;
4. Sumienność czyli niezawodność, organizacja, dokladność i odpowiedzialność;
5. Rezolutna otwartość na nowe doświadczenia czyli kreatywnosc, zdrowa ciekawosc, i inteligencja wieloaspektowa.

MD napisał:
Program polega na tym, aby na siłę przeprogramować czarnowidztwo, na pozytywne myślenie.
Mam nadzieje, ze praktyka psychologii klinicznej w Polsce jest zgola inna i wedlug przysiegi Hipokratesa "nie krzywdza". Jak interpretuje Mario Martinez, Psych. D., emocje to spektrum (jak na tabeli Hawkins (1995) i kazdy czlowiek jest poddatny na kazda emocje szczegolnie, jak wyjasnia Brene Brown, Ph. D. w momentach bycia narazonym (stres jak utrata wspolmalzonka, dziecka; utrata pracy; etc.). Nie kazdy umie rozpoznac emocje i obserwowac je z empatie i nie kazdy potrafi wyzwolic uczucie milosierdzia we wlasnym sercu, aby sobie za te emocje wybaczyc i sie nimi nie torturowac/ascezowac. I tak ilustracyjnie, kiedy przecinamy sobie nozem skore na palcu, to nie udajemy, ze to jest pozytywne i przyjemne, lecz wiekszosc ludzi funkcjonuje wowczas z funkcji mozgu gadziego/zachowawczego i krzyknie nawet jakis nieparlamentarny wyraz i nie powinien sie nikt dziwic na ta reakcje, bo jest zachowacza i normalna. Wstrzymywanie takiej reakcji w kontekscie socjalnego ostracyzmu (sporo macie tego w Polsce) spowoduje albo represje emocji zmaterializowanych w srodowisku z powodu zmaterializowania takiej naturalnej reakcji albo strach przed ich zmaterializowaniem z powodu presji srodowiskowej. I tu (o)bledne kolo sie zamyka, ze psycholog Artur Krol dokucza innym jak szewc, ktory w dziurawych butach chodzi. U nas, jeden psycholog nie wyda zadnej opinii o drugim podobnie jak zadne profesjonalista nie wypowie sie o drugim. Szanuje, ze kolega mogl miec inna opinie, ale skomunikuje wlasna i jej potencjalne korzysci i skutki aby pacjent sam mogl wybrac droge terapii. Nazywamy to fenomenem poinformowanego pacjenta.

MD napisał:
Dlaczego to całe pozytywne myślenie (najczęściej) nie działa. W skrócie dlatego że:
- potrzebujemy informacji zwrotnych (feedback), jak się tylko programujemy w głowie, nie dbając o to, co się dzieje, to nasza psychika "czuje", że coś tu nie gra.
Na feedback loop nie mamy zadnego wplywu. Jako skladowa Matki Natury musimy funkcjonowac wedlug prawa Matki Natury. Jakkolwiek jestemy ludzmi z natura w spektrum przeciwstawienstw. Psychika jest tak zagniezdzona w odbiciach ego, ze nie czuje nic. Co czuje to kolonia komorek, a jest ich multum a elektropoteguje serce. Dlatego Adam Mickiewicz przekazal nam: "Miej serce i patrzaj w serce" zamiast "miej ego i patrzaj w ego" a neuronaukowcem nie byl tylko poeta, ale poeci postrzegaja wiecej :)

MD napisał:
- potrzebujemy mieć świadomość mierzalnych, wyrazistych objawów naszego działania, że jest progres, że idziemy we właściwym kierunku. Jak tego nie ma, jak tylko się przekonujemy i przekonujemy, bez czegoś mierzalnego, to psychika będzie nam się buntowała.
Psychika sie nie buntuje, bo odbic ego jest multum i zawsze znajdzie jakies wytlumaczenie by wskazac na kogos innego palcem (metafora). "Buntuje" sie kolonia komorek, bo Matka Natura zwraca arefakty myslenia nieafirmujace zycie i zaczynaja w kolonii komorek "uwierac". Gdyby kazdy czlowiek potrzebowal miec swiadomosc mierzalnych, wyrazistych objawow" swojego dzialania, to nie byloby dzialow Human Resources w korporacjach, nie byloby potrzeby formalnej opieki spolecznej, pogotowia opiekunczego, etc. i "zmieniaczy" i coach'ow jak Artur Krol.

MD napisał:
- poszukujemy odpowiedzialności w życiu
To teraz sie jednego z 5 pilaru osobowosci ludzkiej - sumienności i jednej z jego skladowych odpowiedzialnosci (Ivancevich et al., 2014) poszukuje? W PRL'u byl to dar wartosci przekazywany przez Rodzicow, szkole, wioske, ulice.

MD napisał:
- jesteśmy naturalnie zaprogramowani biologicznie na to, aby minimalny poziom realizmu w myśleniu utrzymywać. Manipulowanie ocenami jest przez nasz umysł podświadomie odbierane jako fałsz, czujemy, że fałszujemy coś, gdy za bardzo to sobie wmawiamy.
Tylko, ze ten naturalny program nie jest realizmem lecz okreslamy go "sumieniem" czyli tym jednym z filarow osobowosci omawianym powyzej. I tak, jesli zaistnieje w zyciu czlowieka czynnik, ktory spowoduje zachwianie sie 5 pilarow osobowsci, fenomen, ktory okreslam mianem osobowosci fragmentarycznej, takie osoby nie sa w stanie odczuc prawdy od falszu i traca sporo energii zyciowej i czasu na opuszczenie/abdykowanie swojego zycia przez bycie nieobenym w kazdym jego momencie na poczet egzystencji w wyimaginowanym zyciu innego czlowieka lub grupy ludzi. Gdy ten fenomen zalamania sie 5 pilarow osobowosci spotyka ekstrowertyka, ktory mysli glosno i grupowo, to mamy potencjal na Adolfa Hitlera i "prawdy" beda forsowane sila.

MD napisał:
Oto siedzi [geniusz pozytywnego myslenia] sobie w domu i przybiegają ludzie "dom się pali, uciekaj!". A nasz geniusz pozytywnego myślenia na to reaguje: nie będę negatywnie patrzył na sytuację, uznaję, że wszystko jest OK, nie ruszę się z tego pokoju... (a tu już płomienie się zbliżają).
Skrajnie pozytywnie myślący ludzie będą eliminowani zwykłym doborem naturalnym (części z nich pewnie byłby sens przyznać słynną nagrodę Darwina). Co rusz nie brakuje kretynów tak "pozytywnie" przekonanych o swoich możliwościach, że porywają się na bardzo niebezpieczne wyczyny i często po prostu tracą życie. Mamy nawet jackass - medialną formę tego podejścia.
Ten "geniusz pozytywnego myslenia" (twoj termin z wszelkiego tego implikacjami/konsekwencjami, nie moj) musialby byc pijany aby uspic funkcje mozgu gadziego, kktora Matka Natura stworzyla tak, aby czlowiek odczuwajacy dolegliwosci biegunki ale bedacy rownoczesnie goniony przez dzikie zwierze, oddal sie w rece (metafora) Matki Natury, bo jesli nie, to biegunka mialaby potencjal stanac sie problemem niestawnosci dzikiego zwierza zakladajac, ze jego przewod pokarmowy bylby na ta kondycje ludzka wrazliwy :)

MD napisał:
Warto by "na czystą logikę" rozważyć, co właściwie jest lepsze - programowo starać się myśleć pozytywnie, czy jednak myśleć realistycznie?...
No dobrze, tylko przymiotnik odetne od logiki, bo ewidentnie stopniowania nie potrzebuje. Zalozmy, ze realisci nie zabraliby sie za interpretacje tekstow aby pomoc cesarzowi Konstantynowi w tworzeniu nowej wizji swiata na bazie religii stanu ... az strach pomyslec (konstruktywne myslenie czyli burza w mozgu) jakby wygladalo nasze zycie dzisiaj ... mozna by polemizowac z jednym warunkiem, nie byloby mozliwosci weryfikacji :)

MD napisał:
- Oto mężczyzna ma rywala, który wygląda na wyraźnie silniejszego - czy ma "myśleć pozytywnie" i zadzierać z nim, bo na pewno wszystko się uda, jednak rozsądniej jest ocenić swoje szanse w potencjalnym starciu i nie prowokować silacza?...
E tam, mezczyzna ze swiadomoscia szczypty czynnika kobiecego (energii zenskiej, ktora rownowazy meska) wie, ze "nieboga" niekonicznie odda swoje "klejnoty" silaczowi/osilkowi i nie ma do niej "zlej drogi". A jak wydaje mu sie, ze to jego "nieboga" a ona odda swoje "klejnoty" osilkowi, to jednak nie jest jego "nieboga" i trzeba szukac dalej i kierowac sie calym soba i tymi feromonami calego siebie, ktore emitujemy przez pory ale nie warzywa i nie "pory" z 2 nogawkami tylko na skorze :)

MD napisał:
W starciu pozytywne myślenie vs realizm, ja stawiałbym na ten drugi.
Lepiej nie starac sie stawiac oxymoron'a z betonem, bo oxymoron nie potrzebuje uzasadnienia, a beton sie kruszy po jakims czasie i z tego powodu prawdy Katechizmu Krk sobie a wierni kkatoliccy sobie, "rzepke skrobia" :) Konstruktyne myslenie afirmuje zycie i jest holistyczne z Natury i natury ludzkiej ze zrownowazonych 4 funkcjo mozgu czyli biegunki nie ma, bo sie zjadlo zby zyc a nnie odwrotnie; tygrys to jednak kot, kktorego mozna przytulic; emocje to nie Atlantyk w trakcie sztormu, i mozna je obserwowac z empatia; nie zabiegany w meandrach umyslu konceptualnego, bo to niewolnictwo; i uniesiony do roli orla w koronie pokory ("ostatni beda pierwszymi") i widzi/zmysluje/emotuje/mysli/analizuje/ materializuje/mowi/inspiruje i czuje sercem holistycznie co tworzy dla dobra ogolu - to taka Boskosc w sobie, ktora cesarz Konstantyn nie wdrozyl z zapozyczonego ogniem i mieczem ruchu Droga, bo poczucie Boskosci nie potrzebuje zadnych poprawek, nie wymaga danin, tytulow biskupa, ziemi, i Pier's Plowman nie musialby pisac poetycko konstruktywnego sprzezennia zwrotnego :)

MD napisał:
W starciu pozytywne myślenie vs realizm, ja stawiałbym na ten drugi. Z drugiej strony jakaś forma nadziei, wiary w siebie, czasem nawet jakby trochę wbrew realiom, chyba nie jest taka zła. Nie posiadamy pełnej wiedzy na temat tego co jest realistyczne, a co nie. Niektórzy wizjonerzy, postawili na opcję wyśmiewaną przez otoczenie jako nierealistyczną, a wygrali. Dlatego całkiem pozytywnego myślenia bym nie "banował". Jednak chyba stało się coś wariackiego z tym programem pozytywnego myślenia, niektórym odbiło, stali się właściwie "oszołomami pozytywnego myślenia", czy zbliżają się do granicy zdrowia psychicznego, dekretując "pozytywnie" wszystko, co tylko im się wyda za warte takiego zadekretowania.
W mistycyzmi wszystkich tradycji swiata z katolicyzmem wlacznie cudowny srodek to bycie wywazonym/wysrodkowanym i z pozycji spokoju wewnetrznego unoszenie sie aby holistycznie przygladac sie sobie i inwestowac energie zyciowa i czas przez madrsoc zyciowa dla dobra ogolu a nie reklamy, trendy, etc, bo to myslenie grupowe i paradoks Abilene.

MD napisał:
Tymczasem według niektórych to nie pozytywne, a właśnie negatywne myślenie może człowieka bardziej uszczęśliwić [link widoczny dla zalogowanych] Paradoks?...
Kolejna skrajnosc i potencjalna nerwica lekowa.

MD napisał:
Niekoniecznie.
Tu sie zgadzam z toba.

MD napisał:
Znany jest fakt, że np. żałobę trzeba przeżyć, ...
To nie fakt. Kulturowo w kulturze zachodniej zaklada sie, ze zaloba trwa rok. W Polsce wymaga noszenia czarnego koloru i gdyby Polacy dali osobie w zalobie zyc, moglaby ten stan przezyc w spokoju wewnetrznym ale jak pokazuje jaskrawo moj przyklad na tym Forum, faktem jest, ze Poalcy do zaloby podchodza tak samo jak do zycia socjalnego w ogole - czyli z poziomu realizmu do "bolu" z wszelkimi tego socjalnymi konsekwencjami. Nie liczy sie czlowiek, ktory stracil wspolmalzonka, liczy sie aby tego czlowieka zgnebic, wyslac do instytucji psychhiatrycznej a nawet zabic. Byly tutaj przypadki nawolywania do ostracyzmu prze kobiety wynaturzone, nie sprzeciwil sie nikt oprocz Rafala3006. Byly przypadki atakowania osoby niepelnosprawnej jako "poj*ba", nie sprzeciwil sie nikt, oprocz Rafala3006. Jaki stad wniosek? Galopujacy "tumiwisizm" czy znieczulica spoleczna?

MD napisał:
... w dziec że wypieranie na siłę negatywnych myśli często tylko przedłuża udrękę psychiczną. Ale chyba z tym negatywnym myśleniem przesadzić też nie warto...
Napewno, bo zaprowadza do lawiny nowych problemow natury emocjonalnej, psychicznej, i fizycznej, bo stres komorkowy musi znalezc ujscie a choroby tworzy czlowiek, nie Matka Natura - ona tylko zwraca spotegowane.

MD napisał:
Myślę, że rozsądną życiową strategią jest zaprzestanie odgórnego programowania się w żadna stronę - myślenie realistyczne, skupianie się na dążeniu do prawdy, rozumianej jako niezakłócone chciejstwem postrzeganie rzeczywistości jest chyba strategia, na której najlepiej jest bazować w życiu. Choć oczywiście sprawa jest skomplikowana. Temat jest chyba wart przedyskutowania...
No wlsnie, gdyby realisci cesarza Konstanntyna nie zabrali sie do interpretacji przekazow ...? Prawda jest w nas, bo to dar urodzenia. Wystarczy wyciszyc sie wewnetrznie i uslyszec :)

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Aluś




Dołączył: 01 Kwi 2017
Posty: 127
Przeczytał: 0 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 23:03, 28 Lut 2018    Temat postu:

nie zarzynaj wątku Michałowi!!!!!!

Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Aluś dnia Pią 19:02, 25 Maj 2018, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 10506
Przeczytał: 81 tematów

Pomógł: 728 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 0:53, 01 Mar 2018    Temat postu:

Aluś napisał:
nie zarzynaj wątku Michałowi!!!!!! wiem, czytałem te idiotyzmy
...
ps. przepraszam Michał
napisałeś interesujący post i co? przyleciała trollica i zalała temat bełkotem

Ja nie mam pretensji do Dyskurs. Znam ją już na tyle, że jej możliwości zrozumienia tego, co się pisze zdążyłem poznać. I nie spodziewałem się wiele - stawiałem na to, że będzie z grubsza to samo co zawsze - albo napomknienie o Konstantynie, albo o małżeństwie Gajdów, z dużym prawdopodobieństwem o Hawkinsie i LOC, a gdzieś do tego wplecione zapewnienie o dobrych (czasem złych, jeśli mowa o kimś nielubianym) intencjach i jej życiu osobistym. To jest standard myślenia Dyskurs, więc nie nalezy sie spodziewać porzucenia tego standardu. Gdy wątek był o czarnych dziurach, to Dyskurs włączyłaby się w niego identycznie - też byłoby o LOC, dobrych i złych intencjach, czy tam o doktoracie Dyskurs. Wszystko to będzie pewno "polane sosem" rad i napomnień - rób to, albo i tamto, bo "autorytet mówi.
Gdybym rozpoczął wątek o kulinariach, efekt też byłby ten sam - znowu: małżeństwo Gajdów, Konstantyn, czy jacy to głupi są i w Polsce, a jaki wspaniały jest ten kraj zamieszkania Dyskurs. Jak coś będzie zacytowane, to tez trudno się dopatrzeć związku cytatu - wypowiedzi przedpiscy, z tekstem Dyskurs, jakby pozamieniać odpowiedzi (losowo) przestawiając je, to wyjdzie z grubsza podobny poziom związku tekstu Dyskurs, z tekstem cytowanym - czyli właściwie ŻADEN związek. Po prostu trzeba przyjąć jako właściwość tych odpowiedzi, że cokolwiek by ktoś nie napisał, jakikolwiek temat by nie poruszyć, to nasz miła Dyskurs napisze z grubsza to co zawsze, plus jakieś (w 90% tak samo słabo związane z tematem) skojarzenia, które się skojarzyły. Mówiąc kolokwialnie "ten typ, tak ma".
Choć przyznam, że odrobinę się tym razem na Dyskurs zawiodłem. Bo akurat ten wątek, jako dość bliski do dyskursowego stylu myśli, mógł wywołać jakąś reakcję ponadstandardową - mogła tu napisać coś wykraczającego poza schemat, bo jednak, skoro siedzi w tej Ameryce, gdzie właśnie koncepcja pozytywnego myśłenia jakoś się mocno rozwinęła, a po drugie jej styl dość mocno chyba jest inspirowany tymi koncepcjami, to miała szansę coś nowego tu dołożyć (jakoś zbliżonego do sensowności). Mogła mieć tu chyba Dyskurs coś NAPRAWDĘ do powiedzenia. Tyle, że z tej szansy albo nie skorzystała, albo ja nie rozszyfrowałem jej myśli z tej typowej dla niej mieszaniny chaotycznych asocjacji, pisania obok tematu.

Ja osobiście trochę kojarzę osobowość Dyskurs (jak mi się wyłania z jej wypowiedzi - zastrzegam, ze mogę się mylić) właśnie z koncepcją myślenia pozytywnego. Kojarzę, bo w paru miejscach wypowiadała się ona w rodzaju "trzeba wzmacniać siebie" itp. I chyba, dodając jako swoisty klucz percepcyjny właśnie paradygmat o wzmacnianiu, dowartościowywaniu własnej osoby, wypowiedzi Dyskurs stają się względnie spójne. Jej nie chodzi o dyskutowanie na temat, o to co zostało powiedziane, co z tego wynika, jak to inaczej ująć, jakie kryteria przyjęliśmy - czyli o to wszystko, co interesuje ludzi intelektualnie zaangażowanych w postawiony problem. Wygląda na to, że dla Dyskurs sam problem jest czymś mało istotnym, to tylko pretekst, aby znowu się pochwalić tym, co tam Dyskurs o sobie i świecie myśli - że ma dobre intencje, że mieszka we wspaniałym kraju, ma fajne wzorce rozumowania przejęte od dra Hawkinsa, małżeństwa Gajdów i że jeszcze warto skrytykować tego wrednego Konstatyna i katolicyzm. To wszystko razem ma wykazać, że Dyskurs jest, poglądy ma, nikt jej nie podskoczy, bo ona - czy to się komu to podoba, czy nie - znowu o tym Konstantynie i swoich dobrych intencjach napisze. I nikt jej nie powie, że ma akurat tam tego nie pisać, bo ona napisze i już. Zrobi tom bo może, bo jest taka niezłomna i silna. W ten sposób zdaje się Dyskurs udowadniać sobie i światu, że jest, a do tego nie zależy od nikogo. To mi wygląda właśnie na odmianę programu pozytywnego myślenia - cokolwiek by się nie działo, o czym by nie była dyskusja, jaki by nie był wydźwięk, Dyskurs niezłomnie realizuje swój program, w którym zadeklaruje swoje dobre intencje, odpowiednie przekonania i ogólnie swoją osobę. Każdą krytykę - odrzuci mocą przekonania, że nie warto sobie psuć humoru, dobrego zdania o sobie. A posiadanie dobrego zdania o sobie jest paradygmatem głównym. I kółko się zamyka - świat może naszej Dyskurs "skoczyć".
Ja to z resztą w jakiś sposób szanuję. Uważam, że w tym zadeklarowaniu swojej wartości - nawet właśnie takim arbitralnym, upartym i przeciw wszystkiemu, co przeciw chciałoby być - w takim zadeklarowaniu jest sens i rodzaj życiowej mądrości. Warto jest jakoś uwierzyć w siebie, warto jest siebie postawić ponad większością tego, co ze świata się na nas zwala - co gadają ludzie, co mają przeciw nam. Ci, co ciągle się stresują krytyką innych ludzi, ciągle się tylko martwią, czy dobrze wypadną, ustawiają się na pozycji słabeuszy. Tak więc w tej upartej postawie Dyskurs można dopatrzyć się czegoś cennego, w jakiś sposób godnego szacunku.
Ale...
Ale to nie jest tak prosto i do końca. Jest tu pewna subtelność. Od pewnego poziomu przesadzonego pozytywnego myślenia ta postawa staje się groteską. Jak ktoś jest przekonany, że zawsze ma rację bo on zawsze myśli o sobie "pozytywnie", czyli nie dopuszcza opcji, iż popełnił jakiś błąd - to z drugiej strony oznacza, że jest nieprzemakalnym betonem, niereformowalnym głupcem, który siedzi tylko w swojej egotycznej skorupie, nie rozumie niczego, ale ma o sobie mniemanie na poziomie Himalajów. To po prostu bufon.
Gdzieś trzeba wyczuć tę subtelną granicę pomiędzy byciem osobą świadomą tego, co się w głowie ma, a byciem bufonem, który w odbiorze otoczenia jest tylko śmieszny i żałosny. Jak się podejdzie do sprawy zbyt prostacko, nierefleksyjnie, to niestety, w obszarze bufonady i śmieszności się wyląduje. I może nawet otoczenie nie zawsze da temu wyraz, nie zawsze będzie się wyśmiewać z kogoś, kto widać, ze nic nie rozumie z sytuacji, w której się znalazł, a ma się za nie wiadomo kogo, ale de facto śmiać z bufona będzie. I co najgorsze - będzie miało w tym rację.
Więc chyba po prostu warto jest wyczuć tę granicę...


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Czw 1:03, 01 Mar 2018, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 10506
Przeczytał: 81 tematów

Pomógł: 728 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 1:29, 01 Mar 2018    Temat postu:

Tu chyba warto dodać jeszcze jeden element układanki - taki, o którym zwolennicy pozytywnego myślenia często nie mają pojęcia. Zawiera się on w pytaniu: a czy w ogóle zawsze ma chodzić o tę ocenność?
Pozytywne myślenie jest żywotnie potrzebne tym, którzy myślą o sobie negatywnie. W ogóle to martwienie się o pozytywność większą, czy mniejszą - choć pewnie jest jednym z ważnych aspektów rozumowania - nie musi być podejmowane zawsze.
Gdy patrzę niezmąconym umysłem na świat, gdy stoję na łące i obserwuję kwiaty, w ogóle nie stawiam sobie pytania o jakąś moją pozytywność, czy negatywność - widzę zieleń, widzę piękno przyrody, sycę nim oczy i NIE OCENIAM. Bo nie muszę oceniać. A przynajmniej nie zawsze muszę oceniać. Albo mogę oceniać pod jednym kątem, ale nie pod drugim. Nie zawsze chodzi o tę walkę, o to promowanie siebie.
To jest właśnie ta najbardziej "perfidna" pułapka, w która wpadają ci, co się nakręcają w eskalowaniu pozytywnego myslenia, czy w innych formach obrony swojej osoby. Broni się ten, kto się czuje atakowany. Umysł spokojny, w swoim ekosystemie pozytywnej myśli nikomu niczego nie musi udowadniać, w niczym się wykazywać, niczego z siebie bronić. Taki umysł wchodzi w obszary, w którym ktoś inny by się bał, dostrzegając zagrożenie dla siebie, dla oceny swojego ego. Tymczasem ów ktoś zrównoważony jakby "nie wiedział o co chodzi", jakby nie dostrzegał ataków - on się nie boi, bo tam gdzie "padają wrogie pociski" jego po prostu nie ma. Nie można zaatakować czyjegoś ego, jeśli owo ego jest kompletnie nieuchwytne, jeśli tego ego nie ma tam, gdzie ludzie ego oczekują - w rywalizacji, kto komu bardziej przygada, kto wyższy, ma więcej pieniędzy, tytułów, czy czego tam jeszcze w społecznej hierarchii i drabince. Jak ktoś z uśmiechem, akceptująco traktuje swój stan niskiego bogactwa (czasem wręcz biedy), to czyjeś przytyki "ale jesteś biedny!", on kwituje "tak, jestem biedny, tak sobie właśnie moje życie wyobrażam, aby nie walczyć o bogactwo". I atak na te osobę jest kompletnie nieskuteczny.
Przykład z bogactwem jest oczywiście jednym z wielu - właściwie każdy atak na czyjeś cechy, sytuację może być skuteczny jedynie wtedy, gdy atakowany nie akceptuje siebie. Jeśli atakowany jest zadowolony z tego, kim jest, to nie ma go jak zaatakować.
Co ciekawe, tak ktoś NAPRAWDĘ pogodzony z sobą, jest pogodzony do tego stopnia, że chętnie zgodzi się z krytyką, chętnie przyzna do błędu. W końcu błądzić jest rzeczą ludzką, jeśli się nie popełniło jakichś poważnych złych rzeczy, prawdziwych niegodziwości, to krytyka tego, co gdzieś tam nawet nie wyszło, nie jest bolesna. Skrytykowany po prostu powie: no tak, tutaj to jednak nie wyszło mi to, tak jak chciałem. Cóż, zdarza się...
Dla ludzi pogodzonych z sobą sama sugestia o konieczności "pozytywnego myślenia" jest jakimś absurdem. Dla nich bronienie, wzmacnianie siebie jest po prostu zbędne. Oni inaczej jak pozytywnie - choć w zrównoważeniu, w wyzbyciu się potrzeby jakiejś progresji w stronę "większego pozytywu myśli" - nie myślą. Choć o znaczeniu pozytywności myślenia rozumianej przez krzewicieli "pozytywnego myślenia" nie bardzo jest mowa. Właściwie to można powiedzieć, że oni NIE MYŚLĄ NEGATYWNIE - myślą niejako "po prostu" dążąc do prześwietlenia myślą rzeczy w prawdzie - bez specjalnych emocji, bez odchyleń w żadną stronę. Oni dawno mają stan umysłu i uczuć, który nie wymaga żadnych poprawek, dowartościowywania. Oni nawet chętnie pójdą w jakiś obszar negatywny, może wystawią się na atak, bo są na tyle silni, że ów atak im nie zagrozi, a może być jakimś ciekawym doświadczeniem. Tu można by się oczywiście dopatrzyć jakiejś formy "pozytywności" myślenia, ale to jest trochę inna forma, niż przedstawiona na początku tego wątku - to taka pozytywność naturalna i bierna - nie wymagająca obrony, potwierdzania - ona jest trochę tak, jak się oddycha - po prostu trwa cały czas z osobą, nie domagając się jakichś dodatkowych dowodów dla siebie.
Bo patrząc tak czysto rozumowo na sprawę - dokładanie wielu rozpoznaniom atrybut "pozytywny", czy "negatywny" jest zbędne. Siedzę na swoim krześle - ani pozytywnie, ani negatywnie - po prostu siedzę. I tak można traktować prawie wszystko - tworzyć, pracować, działać - nie przykładając do tego jakichś specjalnych osobistych emocji. Można kierować się samą logiką sytuacji, odsuwając na bok siebie. Wtedy pozytywność i negatywność robią się zbędnymi kategoriami.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Czw 1:39, 01 Mar 2018, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 10506
Przeczytał: 81 tematów

Pomógł: 728 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 14:49, 01 Mar 2018    Temat postu:

Wrócę znowu do stylu wypowiedzi Dyskurs. Bo coś mi się w interpretowaniu jej dziwnych zachowań wreszcie wyjaśniło, a ma względnie ścisły związek z tematyką wątku.
Dlaczego nasza Dyskurs tak rzadko pisze na temat, dlaczego tak rzadko odpowiada na zadane jej pytanie, dlaczego nie podejmuje problemów przed nią stawianych, tylko niemal zawsze zbacza gdzieś w inne obszary, zmienia temat, jeśli zaś jakoś w temacie się utrzymuje, to przynajmniej porzuca ten aspekt, który był ostatnio poruszany? Dlaczego ona nie dyskutuje jak "normalni ludzie", czyli sekwencyjnie - odpowiadając na pytania przedpiscy, stawiając może pytania nowe, wyjaśniając co zostało powiedziane, komentując ściśle wyjaśnienia innych ("ściśle" - rozumiem, że chodzi o komentowanie myśli, a nie samego człowieka, skąd pochodzi, albo jakie ma domniemane ogólnie wady).
Moją hipotezę jest tutaj, że to też ma służyć zademonstrowaniu swojej sprawczości. Wprowadzanie wciąż nowych wątki do tematyki, pokazuje coś w stylu: nie będziecie mi tu narzucać, o czym mam pisać. Teraz napiszę o tym co ja lubię, albo mam kaprys napisać, a nie o tym, o czym chcieliście dyskutować...

Wszystko to razem składa się na pewien MECHANIZM OBRONY SIEBIE
1. Pokazuję, że ja rządzę, że nikt mi niczego nie jest w stanie narzuć, więc co chwila robię coś innego, niż inni oczekują, ogólnie robię co zechcę
2. Wciąż demonstruję to, co jest dla mnie ważne - moją osobę, moją rodzinę, moje dokonania, kraj w którym mieszkam, ludzie i idee, które cenię
3. Wszystkie krytyki swojej osoby traktuję domyślnie jako czynione ze złą wolą, służące atakowaniu, niszczeniu mnie, więc - z racji na ów status - należy je traktować jako tendencyjne, niesprawiedliwe, fałszywe.
4. Podkreślam pozytywne moje wartości, aktywnie je propaguję wszędzie, nie dbając o to, czy to jest miejsce, gdzie jest oczekiwana rozmowa na taki temat. Z resztą dyskusji na ten temat nie podejmę (niestety, czuję, że mogliby w takiej dyskusji mnie "zagiąć", wykazać niekompetencję), powiem tylko "jak jest" (według mnie) i zniknę z dalszej wymiany myśli. Jakby co, to mogę wykazać swoją osobę, nawet ukąsić, a potem przecież szybko schowam się za płotem, uczynionym z nie podejmowania zarzutów na swój temat, albo podejmowania ich tak, jakby zupełnie o coś innego chodziło.

Można to opisać tak, że osoba posługująca się ową strategią jest w stanie ciągłej obrony, wciąż ukazuje innym, jaka to jest mocna, jak nikt jej nic nie zrobi. Ale jednocześnie owa osoba ciągle się wzmacnia, ciągle dodaje sobie nowych środków obronnych. Wiadomo, wróg czuwa, zaraz będzie następny atak...

W naszej polskiej polityce mamy dobry odpowiednik takiej postawy pod nazwą sławetnego "wstawania z kolan". Wstawanie z kolan polega ostatnio na wygłaszaniu jakichś kontrowersyjnych, napastliwych względem różnych środowisk wypowiedzi, a gdy pojawia się odwet z tamtej strony, na wykrzykiwaniu: ależ oni są agresywni! Wtedy "wstawacze z kolan" uznają, że swoją podmiotowość zaprezentowali, że teraz już nie są bierni i zepchnięci do narożnika, lecz "rozdają karty", przeszli do kontrofensywy i ogólnie "teraz górą my". Z perspektywy osoby, która z kolei nigdy nie czuła się, że jest na kolanach i nie musi z niczego wstawać, ani nikomu niczego udowadniać, ta strategia jawi się dość groteskowo - pojawia się pytanie: ale o co właściwie im w tym wszystkim chodzi?... Co oni, do licha, udowadniają? (przecież tu nie ma nic do udowadniania)
Tu pewnie się strony (tak w polityce, jak i w życiu) nie dogadają - jedni się czuli na kolanach, inni się nie czuli, więc działania adekwatne z punktu widzenia jednej strony sporu, są groteskowe i bez sensu z punktu widzenia drugiej strony.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
lucek




Dołączył: 18 Lut 2011
Posty: 2027
Przeczytał: 8 tematów

Pomógł: 56 razy

PostWysłany: Czw 15:09, 01 Mar 2018    Temat postu:

Cytat:
Można to opisać tak, że osoba posługująca się ową strategią jest w stanie ciągłej obrony, wciąż ukazuje innym, jaka to jest mocna, jak nikt jej nic nie zrobi. Ale jednocześnie owa osoba ciągle się wzmacnia, ciągle dodaje sobie nowych środków obronnych. Wiadomo, wróg czuwa, zaraz będzie następny atak...

e tam, ja Panie Michale na ten przykład chciałbym się dogadać, a że mało egocentryzmu we mnie, mało zastanawiałem się nad motywami swojego działania, a co badam motywy, które inni mi przypisują to się nie zgadza ... a właśnie doszedłem do wniosku, bo zastanawiałem się nad swoimi motywami i doszedłem do wniosku - tu związek z tematem! - że "pozytywne myślenie", fajnie, nieraz się przydaje - możne mieć też coś z deklem i wtedy warto nad sobą popracować ... ale mimo wszystko największe znaczenie ma otoczenie, na które wpływu praktycznie nie mam.

ps
A Dyskurs mi pomogła w uświadomieniu sobie pewnych rzeczy ... nie tego, że to otoczenie ... a tego, że to co robię jest sensowne, a tylko poprzez oceny otoczenia doszukuję się w tym swojego błędu :)


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez lucek dnia Czw 15:13, 01 Mar 2018, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Aluś




Dołączył: 01 Kwi 2017
Posty: 127
Przeczytał: 0 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 16:00, 01 Mar 2018    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:


Ale to nie jest tak prosto i do końca. Jest tu pewna subtelność. Od pewnego poziomu przesadzonego pozytywnego myślenia ta postawa staje się groteską. Jak ktoś jest przekonany, że zawsze ma rację bo on zawsze myśli o sobie "pozytywnie", czyli nie dopuszcza opcji, iż popełnił jakiś błąd - to z drugiej strony oznacza, że jest nieprzemakalnym betonem, niereformowalnym głupcem, który siedzi tylko w swojej egotycznej skorupie, nie rozumie niczego, ale ma o sobie mniemanie na poziomie Himalajów. To po prostu bufon.
Gdzieś trzeba wyczuć tę subtelną granicę pomiędzy byciem osobą świadomą tego, co się w głowie ma, a byciem bufonem, który w odbiorze otoczenia jest tylko śmieszny i żałosny. Jak się podejdzie do sprawy zbyt prostacko, nierefleksyjnie, to niestety, w obszarze bufonady i śmieszności się wyląduje. I może nawet otoczenie nie zawsze da temu wyraz, nie zawsze będzie się wyśmiewać z kogoś, kto widać, ze nic nie rozumie z sytuacji, w której się znalazł, a ma się za nie wiadomo kogo, ale de facto śmiać z bufona będzie. I co najgorsze - będzie miało w tym rację.
Więc chyba po prostu warto jest wyczuć tę granicę...


1) Irytuje mnie cos, co bym nazwał przymusem pozytywnego myślenia. Prosta, by nie rzec prostacka psychologia namawiająca do myślenie magicznego, życzeniowego wbrew oczywistym faktom, uwarunkowaniom, predyspozycjom itd. Ile szkody przynosi? W wielu aspektach: od tłumienia emocji po zaciąganie nierealnych do spłaty zobowiązań.
2) Z moich obserwacji wynika, że istnieje związek między zadowoleniem z siebie, wysoka samooceną a wybitnymi osiągnięciami .
Z tym, że etatowi krętacze ( udający guru), kolorowe magazyny itd mylą celowo ( lub niecelowo) przyczynę ze skutkiem. Wedle mnie sukces jest przyczyną wysokiej samooceny. Rzadko bywa odwrotnie.
3) Nie należy mylić haseł idących ze strywializowanej ideologii new age ( jakieś myślenie magiczne, bufonada, przerost ego, LOGi wyssane z palce i wyskalowane w oparciu o nie wiadomo co) z własną równowagą, spokojem, dobrostanem psychicznym , optymizmem. To nie jest to samo.

Proszę Cię Michał byś podzielił się swoją opinią w tych kwestiach, jak Ty to widzisz?


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 10506
Przeczytał: 81 tematów

Pomógł: 728 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 16:43, 01 Mar 2018    Temat postu:

Aluś napisał:
1) Irytuje mnie cos, co bym nazwał przymusem pozytywnego myślenia. Prosta, by nie rzec prostacka psychologia namawiająca do myślenie magicznego, życzeniowego wbrew oczywistym faktom, uwarunkowaniom, predyspozycjom itd. Ile szkody przynosi? W wielu aspektach: od tłumienia emocji po zaciąganie nierealnych do spłaty zobowiązań.
2) Z moich obserwacji wynika, że istnieje związek między zadowoleniem z siebie, wysoka samooceną a wybitnymi osiągnięciami .
Z tym, że etatowi krętacze ( udający guru), kolorowe magazyny itd mylą celowo ( lub niecelowo) przyczynę ze skutkiem. Wedle mnie sukces jest przyczyną wysokiej samooceny. Rzadko bywa odwrotnie.
3) Nie należy mylić haseł idących ze strywializowanej ideologii new age ( jakieś myślenie magiczne, bufonada, przerost ego, LOGi wyssane z palce i wyskalowane w oparciu o nie wiadomo co) z własną równowagą, spokojem, dobrostanem psychicznym , optymizmem. To nie jest to samo.

Proszę Cię Michał byś podzielił się swoją opinią w tych kwestiach, jak Ty to widzisz?


Chyba myślimy tu dość podobnie. Szczególnie podoba mi się Twoje sformułowanie "mylenie przyczyny ze skutkiem". Ludzie starają się wzmocnić psychicznie, bo czują się słabi. Tylko jest zasadnicze pytanie: DLACZEGO CZUJĄ SIĘ SŁABI?
Różni guru od pozytywnego myślenia mają na to odpowiedź: czują się słabi, bo sobie NIEWYSTARCZAJĄCO WMAWIALI, że są silni... :rotfl:

Ja stoję na stanowisku, że nasze problemy psychiczne, słabość są w dużym stopniu OBJAWEM czegoś, co warto w sobie zrozumieć, przepracować, a następnie pokonać zrozumieniem i mentalną mocą, a nie udawać, że nic się nie stało, że problemu nie ma i w ogóle wszystko jest Ok - z podkreśleniem: chcę, aby było OK, więc oczywiście JEST ok...
To jest strategia głupca i słabeusza- strategia dokładnie przeciwna rozwojowi duchowemu i prawdziwej mocy, bo idealnie konserwuje słabość.

Oczywiście od wszystkiego są wyjątki. Dlatego nie banuję koncepcji uświadamiania sobie mocnych stron tak w ogóle. Może części ludzi to być potrzebne na jakimś etapie, szczególnie gdy wcześniej jakieś zaszłości spowodowały, że ktoś się skrajnie nie docenia, albo ma po prostu skrzywiony obraz swoich możliwości. Jednak poprawną drogą w ogólności nie jest droga wmawiania sobie, udawania, że wszystko jest super. Prawdziwa moc polega na patrzeniu bez lęku tak w ten dobre, jak i złe strony - nie tuszowaniu, ukrywaniu niczego, nie fałszowaniu żadnych prawd w celu ulżenia swoim niedojrzałym emocjom, lecz na obrazie ADEKWATNYM, bez skrzywienia emocjami w żadną ze stron (ani przesadnego optymizmu, ani negatywizmu).


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Czw 16:50, 01 Mar 2018, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs




Dołączył: 29 Wrz 2015
Posty: 5938
Przeczytał: 77 tematów

Pomógł: 143 razy
Skąd: Little Rhody, USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 20:36, 01 Mar 2018    Temat postu:

lucek napisał:
Cytat:
Można to opisać tak, że osoba posługująca się ową strategią jest w stanie ciągłej obrony, wciąż ukazuje innym, jaka to jest mocna, jak nikt jej nic nie zrobi. Ale jednocześnie owa osoba ciągle się wzmacnia, ciągle dodaje sobie nowych środków obronnych. Wiadomo, wróg czuwa, zaraz będzie następny atak...

e tam, ja Panie Michale na ten przykład chciałbym się dogadać, a że mało egocentryzmu we mnie, mało zastanawiałem się nad motywami swojego działania, a co badam motywy, które inni mi przypisują to się nie zgadza ... a właśnie doszedłem do wniosku, bo zastanawiałem się nad swoimi motywami i doszedłem do wniosku - tu związek z tematem! - że "pozytywne myślenie", fajnie, nieraz się przydaje - możne mieć też coś z deklem i wtedy warto nad sobą popracować ... ale mimo wszystko największe znaczenie ma otoczenie, na które wpływu praktycznie nie mam.

ps
A Dyskurs mi pomogła w uświadomieniu sobie pewnych rzeczy ... nie tego, że to otoczenie ... a tego, że to co robię jest sensowne, a tylko poprzez oceny otoczenia doszukuję się w tym swojego błędu :)
Otoczenie Lucku nie ma żadnego wpływu na człowieka suwerennego emocjonalnie. Bądźmy uprzejmi otworzyć serca, bo otwierają umysły :) i przwrocmy karty historii aby przykonac się jak otoczenie traktowało człowieka do niedawnych czasów - a w Polsce jak otoczenie nadal traktuje człowieka, bo inkwizycja się jeszcze w Polce nie skończyła.

I znowu odwołam się do realiów życia czyli naszej interakcji z otoczeniem, którym jest wszystko, mimo, iż "teoretyk życiowy" Michał Dyszynski jak zwykle napisze na ten temat esej i wygłosi swoją "doktrynę religijna" (uwaga u nas słowo "religia" nie koniecznie znaczy wyznanie religijne, znaczy również konkretne przypadłości czyli nieświadome zwyczaje osoby, które on/ona powiela a jej otoczenie rejestruje). Więc ilustracyjnie, postulowanie, że w USA myśli się pozytywnie to BS. Nie mam na to czasu. Myśli się konstruktywnie a to nie to samo co pozytywnie, i nie twierdzę, że wszyscy myślą konstruktywnie. Twierdze, że nie mam styczności z osobami, które konstruktywnie nie myślą z własnego wyboru energetycznego, bo energetycznie do takich osób nie rezonuję, bo rezonuje sie do tego czym sie jest w dannym momencie miejca czyli continuum. Dlatego "cierpietnnicy" wszelcy nie manifestują się w moim życiu. Ale od kazdej reguly są wyjątki. Dla przykładu, przez ostatni miesiąc mieliśmy remont wykonywany przez zięcia mojego polskiego sąsiada (55) i polskiego sąsiada (70) i myślałam, że znając ich 10 lat znam ich od przysłowiowej podszewki. Nic mylnego. Kiedy pracowali na obydwóch poziomach naszego domu, naturalnie miałam z nimi większy kontakt i musiałam być elastyczna, bo wartości, które tworzą, że nasz dom to oaza spokoju to staropolskie porzekadło "Gość w dom, Bóg w dom". Czyli każdy kto się u nas pojawi dostaje "z marszu" kredyt zaufania, że jest osobą na tyle wyewoluowaną, że przez odczucie lub przez zapytanie (jesli jest "twardoglowy"/koncepcyjno- meandrowy/teoretyczno-modelowy) jakie te wartości są. Nietrudno zgadnąć, bo u podstwy naszych wartości leży szacunek samego siebie i zachowanie się, które emanuje ten szacunek na środowisko. Jest to kultura języka ciała (delikatność w obejściu) i słowa oraz zaufanie, że gość zachowa się z poziomu własnego najwyższego instynktu. Jeśli się nie zachowa, gościem już nie będzie. Wybaczamy sobie w sercu ale nie zapominamy i straconego kredytu zaufania odrobić nie sposób, bo stłuczona waza sklejona jest nadal sklejoną wazą.

Nasz system wartości wypływa z samodyscypliny i mądrości życiowej i złożeniu tych cech i podwalin miłości moralnej, która jak piszę po raz n-ty przytula jednym ramieniem a drugim stawia poprzeczkę i nie zajmuje sie handlem "cos za cos".

Tak więc, Panowie pod koniec projektu (ich praca kosztowała $5 tysięcy i zawierała kompletny remont łazienki na górze od krokwi, przez zmianę konfiguracji przewodów elektrycznych i hydraulicznych aby zainstalować jacuzzi, pralkę i suszarkę, następnie ściany z betonowych płyt, "pacianie" czyli łączenie ich w spoiwach, malowanie, instalacja cichego i mocnego wyciągu powietrza, szafki, umywalki, kurka, lustra, światła, jacuzzi, ścianek ze Swanstone, pralki, suszarki, wieszaków na kotarę, recznik, i papier toaletowy, drzwi; malowanie sufitu katedralnego i ścian otwartej części mieszkalnej na górze w ksztalcie litery "C", malowanie wszystkich ścian na dole w hallu gdzie jest drugi zestaw pralka/szuszarka, mieszkaniu do wynajęcia (700 stóp kwadratowych), instalacja górnych szafek (używając tej części jako kuchnię przekonałam się jak nie była praktyczna), zmiana zaworu do ogrzewania wody, instalacja światła wyczuwającego ruch na zewnątrz - nie wiem ile takie uslugi kosztuja w Polsce ale za $5 tysiecy zarobku wymagam kultury ammerykanskiej a nie ameryykansko-polskiej) - stracili do siebie cierpliwość i zaanngazowali się w kłótnie po polsku używając nieparlamentarnego słownictwa. Byłam w domu i gdybym myślała pozytywnie, to najprawdopodobniej udałabym, że sytuacja nie miała miejsca i spokój - prawda, Michał? Ale nie uczyniłam tego, najpierw się "wkurzyłam" i pomyślałam: "jak oni śmią czynić to w naszym domu". Potem przyszła refleksja, że oni są już pod koniec projektu i nie ma o co przysłowiowej kopii kruszyć. Po prostu ich więcej nie zatrudnię. Następnie kiedy zięć zajął się czymś innym (zwyzywał teścia aż niemiło i jak sie okazalo to on sie pomylil), porozmiawialam z sąsiadem w garazu aby wytrzymał. Następnie zięć testował nowe połączenia elektryczne i padł nam Internet. Też się "wkurzyłam" ale pozytywne myślenie czyli udawanie, że Internet jest nic by nie dało, bo Internetu ewidenntnie nie było, Michal. Wyobrażenie sobie życia bez Internetu, który przez Ethernet ma szybkość 1 terabyte nie jest latwe. Zadzwoniłam do dostawcy i obsługujący mnie mężczyzna powiedziel, że najprawdopodobniej testowanie instalacji elektrycznych na tablicy z fuses spaliło urządzenie, który instaluje dostawca Internetu i do którego podłączony jest router w razie potrzeby komunikacji bezprzewodowej i Ethernet w razie potrzeby komunikacji, która nie jest zakłócona przez ściany w domu. Ale najgorsze było zorganizowanie zapłaty za usuge, którą zięć sąsiada podzielił na "k*pki". Powiedz facet od razu ile wszystko będzie kosztować, to ci dam gotówkę, jak chcesz, albo czeka bankowego, który jest pokryty a nie rób "k*pęk", bo nie mam na to czasu. Więc, po włożeniu wszystkich odpadów konstrukcyjnych powiedział mi ile jestem mu jeszcze dłużna i zmuszona byłam poprosić starszego Syna, który ma jeszcze papierowe czeki, aby podpisał czek na saldo. Ten czek nie miał calkowitego pokrycia, bo Syn nie miał takich środków na koncie, więc uprzejmie poprosiłam ziecia sąsiada, aby ustalał płatność wcześniej i abym miała okazję wybrać się do banku. Powiedział, że to nie szkodzi i że sobie czek zrealizuje jak dam mu znać, że są odpowienie środki. Więc, po ich odejściu kolo 6 wieczorem użyłam data w telefonie aby zrobić przelew z mojego konta szybkiego dostępu do gotówki na konto Syna i zadzwoniłam do zięcia sąsiada, że czek ma pokrycie i żeby nie krępował się z jego realizacją. Oczywiście nie powiedziałam mu, że w środku mnie "wn*rwil" do czerwoności, bo takich rzeczy się po prostu nie robi.

Dzisiaj była obsluga w stylu ammerykanskim. Przyjechał przemiły Pan, wprowadziłam go na dolną kondygnację wejściem z tyłu do pokoju gdzie mamy urządzenia obsługujące dom i powiedziałam mu, żeby się rozgościł i zabrał za rozwiązanie problemu, a ja będę na pracoac na górze i może mnie albo zawołać albo przyjść. Pan ucieszył się, że nie będzie mi przeszkladzal, wymienił skrzynkę na nową bez żadnej opłaty, stwierdził, że router mamy nadal najnowszej generacji i nic mu się nie stało. Nie musiał nawet tego mówić, bo intuicja podpowiedziała mi kiedy podejsc do laptop aby przekonać się, że Internet mamy z powrotem. Oczywiście wyszłam do Pana, który układał coś w swoim pojeździe na naszym wjezdzie do garazu, żeby mu powiedzieć, że Internet funkcjonuje, a Pan uprzejmie spytał, czy może sobie zostać na chwilę na naszym wjeździe do garażu aby sobie poukładać narzędzia. Odpowiedziałam, że owszem może zostać ile pragnie, bo nie blokuje mi wyjazdu z garazu dla mojego samochodu i nawet mu mogę zrobić capuccino. Pan podziekowal, capuccino bez kofeiny wypil i pojechal.

Jaki z tego morał, Lucku i nie tylko? Nie rozmieniam energii życiowej na drobne i nie rozrzucam jej na wichry losu, bo jest bezcenna. Nie inwestuję czasu na pisanie elaboratów w aspekcie substytutów czyjegoś życia wyimaginowanych przez meandry mojego umysłu konceptualnego, bo szkoda na to energii i czasu - obydwa w limitowanych ilościach. Mam świadomość serca (prawda systemu wartości), że udając się w miejsce publiczne jakim to Forum ewidentnie jest, spotkam osoby z rozymi intencjami ale to przez swoją samodyscyplinę i mądrość życiowa oddaje artefakty tych interakcji z innymi mojemu systemowi wartości, który ewidentnie elastyczny być nie powinien, bo to znaczyłoby, że sprzeniewierzyłam schedę Rodziców.

Czym jest Lucku i nie tylko wolna wola człowieka jeśli nie emanacją jej/jego uwagi gdzie skupia się energia życiowa zwana przeze mnie duszą? I czy będę wolna czy bezwolna jeśli uwierzę w meandrach mojego umysłu konceptualnego, że to co "esejuje" (u nas w USA tworzymy sobie czasowniki na potrzebę chwili) Michal o mnie jest tylko jego osądem, a tym samym cierpieniem, i kim byłabym w moim odczuciu - odczuciu serca - jeśli nie odczuwałabym do niego empatii? Nawet się o niego modlę, jak go już tak poniesie, że energia zyciowa się mu rozsypuje po wszyskich stronach świata, ba Wszechswiata :)

Napisałam już tyle o nieskończonych twarzach i grymasach ego, które jako zestaw fałszywego ja i komnata wielu luster (patrz jak Bruce Lee je tłucze w "Wejściu Smoka") pozbawia człowieka wolnej woli i tworzy z niego niewolnika religii że jest swoim stanem posiadania, wykonywanym zawodem, tym co myślą o nim inni, jest odseparowany od wszystkich i wszystkiego, i jest odseparowany od Boga/swojego nnajwyzszego instynktu, że mi się już nie chce. Nie chce mi się rowniez odpisywać osobom w dybach swojego ego do przyslowiowej "obrzydliwości". Męczcie się i nie jest moją intencją (uwaga ma takie twarze - kreatywność, uprzejmość/delikatność dla siebie, piękno, ewolucja, mnogość, i receptywność/otwartość z poziomu dziecka, które nie przejmuje się realistami i cierpiętnikami, którzy zamiast pracować nad sobą wolą pisać elaboraty w temacie iluzorycznego substytutu życia innego człowieka - i te "twarze" mojej intencji skladam na "oltarzu" (uwaga metafora) miłości moralnej, ktora jak matka przytuli mnie gdy mi jest smutno i nie pozwoli utonac w zranieniach tworzonych usilnie przez niskie intencje innych a drugim ramieniem postawi mi poprzeczke pracy nad soba aby nie ulegac iluzji mojego ego i iluzji innych :)

Pamietaj Lucku:
Thomas Troward napisał:
The law of floatation was not discovered by contemplating the sinking of things but by contemplating the floating of things, which floated naturallny, and then intelligently asking why they did so. - Prawo wyporu nie zostało odkryte przez myslenie o tonięciu rzeczy, ale poprzez myslenie wypieranych rzeczy, które wypierane były naturalnie, by następnie inteligentnie pytac, dlaczego.


Jak będziesz się trzymał spódnicy Matki Natury w zyciu, Lucku to się nie wynaturzysz. Jak będziesz się trzymał spódnicy natury ludzkiej, to możesz się wynaturzyć. Przemysl to i odczuj w sercu - kustoszu wartosci. Howgh :)


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
lucek




Dołączył: 18 Lut 2011
Posty: 2027
Przeczytał: 8 tematów

Pomógł: 56 razy

PostWysłany: Czw 20:52, 01 Mar 2018    Temat postu:

Cytat:
Otoczenie Lucku nie ma żadnego wpływu na człowieka suwerennego emocjonalnie.
toż ja aby zachować ową suwerenność wybieram samotność ... do reszty odniosę się jak przeczytam - a pewnie zajmie mi to sporo czasu


Howgh :)


PS
przeczytam na pewno :wink:


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs




Dołączył: 29 Wrz 2015
Posty: 5938
Przeczytał: 77 tematów

Pomógł: 143 razy
Skąd: Little Rhody, USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 21:17, 01 Mar 2018    Temat postu:

Lucek napisał:
toż ja aby zachować ową suwerenność wybieram samotność ...


Mądrze życiowo, Lucku. Bo Lao Tzu, jak potwierdzaja przekazy, odmówił roli kronikarza cesarza, bo miała w sobie wbudowany element zgiełku kondycji ludzkiej. Archetyp kultury zachodniej, Jezus z Nazaretu, który kochał innych/bliznich miłością moralną odchodził na pustynię pomedytować, bo nie wierzył lecz wiedział komorkowo/samopoczuciowo, że z realistami czyli teoretykami zycia ciężko wytrzymać, bo co się chcesz naturalnie wypierać na powierzchnię wody - jak oliwa co zawsze jest sprawiedliwa - to Cię przytopia, żebyś za dużo powietrza w płuca nie złapał :)

Jakby realiści cesarza, ktory miał "klawe życie" nie pozmieniali interpretacji tekstów mądrości życiowej, to nie byłoby takiej ogromnej wyrwy pomiędzy zawartością Katechizmu KrK a praktyka katolicyzmu (minus oczywiście maleznstwo Gajda, bo oni to nieliczni mistycy :))

[link widoczny dla zalogowanych]

To jeszcze nie bylo w moim zapisie o Sir David Ramon Hawkins, M. D., Ph. D. znanym jako Doc to niniejszym to czynie. Jesli o jakichs elementach mojej matrycy komunikacji wedlug teoretyka zycia MD zapomnialam, to trudno, niech sie uczy elastycznosci aby nie stawal sie "zatwardzialy" czyli jak mawiamy humorystycznie u nas nie byl the fossils czyli skamielina :)


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Aluś




Dołączył: 01 Kwi 2017
Posty: 127
Przeczytał: 0 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 21:19, 01 Mar 2018    Temat postu:

Dyskurs napisał:
lucek napisał:
Cytat:
Można to opisać tak, że osoba posługująca się ową strategią jest w stanie ciągłej obrony, wciąż ukazuje innym, jaka to jest mocna, jak nikt jej nic nie zrobi. Ale jednocześnie owa osoba ciągle się wzmacnia, ciągle dodaje sobie nowych środków obronnych. Wiadomo, wróg czuwa, zaraz będzie następny atak...

e tam, ja Panie Michale na ten przykład chciałbym się dogadać, a że mało egocentryzmu we mnie, mało zastanawiałem się nad motywami swojego działania, a co badam motywy, które inni mi przypisują to się nie zgadza ... a właśnie doszedłem do wniosku, bo zastanawiałem się nad swoimi motywami i doszedłem do wniosku - tu związek z tematem! - że "pozytywne myślenie", fajnie, nieraz się przydaje - możne mieć też coś z deklem i wtedy warto nad sobą popracować ... ale mimo wszystko największe znaczenie ma otoczenie, na które wpływu praktycznie nie mam.

ps
A Dyskurs mi pomogła w uświadomieniu sobie pewnych rzeczy ... nie tego, że to otoczenie ... a tego, że to co robię jest sensowne, a tylko poprzez oceny otoczenia doszukuję się w tym swojego błędu :)
Otoczenie Lucku nie ma żadnego wpływu na człowieka suwerennego emocjonalnie. Bądźmy uprzejmi otworzyć serca, bo otwierają umysły :) i przwrocmy karty historii aby przykonac się jak otoczenie traktowało człowieka do niedawnych czasów - a w Polsce jak otoczenie nadal traktuje człowieka, bo inkwizycja się jeszcze w Polce nie skończyła.

I znowu odwołam się do realiów życia czyli naszej interakcji z otoczeniem, którym jest wszystko, mimo, iż "teoretyk życiowy" Michał Dyszynski jak zwykle napisze na ten temat esej i wygłosi swoją "doktrynę religijna" (uwaga u nas słowo "religia" nie koniecznie znaczy wyznanie religijne, znaczy również konkretne przypadłości czyli nieświadome zwyczaje osoby, które on/ona powiela a jej otoczenie rejestruje). Więc ilustracyjnie, postulowanie, że w USA myśli się pozytywnie to BS. Nie mam na to czasu. Myśli się konstruktywnie a to nie to samo co pozytywnie, i nie twierdzę, że wszyscy myślą konstruktywnie. Twierdze, że nie mam styczności z osobami, które konstruktywnie nie myślą z własnego wyboru energetycznego, bo energetycznie do takich osób nie rezonuję, bo rezonuje sie do tego czym sie jest w dannym momencie miejca czyli continuum. Dlatego "cierpietnnicy" wszelcy nie manifestują się w moim życiu. Ale od kazdej reguly są wyjątki. Dla przykładu, przez ostatni miesiąc mieliśmy remont wykonywany przez zięcia mojego polskiego sąsiada (55) i polskiego sąsiada (70) i myślałam, że znając ich 10 lat znam ich od przysłowiowej podszewki. Nic mylnego. Kiedy pracowali na obydwóch poziomach naszego domu, naturalnie miałam z nimi większy kontakt i musiałam być elastyczna, bo wartości, które tworzą, że nasz dom to oaza spokoju to staropolskie porzekadło "Gość w dom, Bóg w dom". Czyli każdy kto się u nas pojawi dostaje "z marszu" kredyt zaufania, że jest osobą na tyle wyewoluowaną, że przez odczucie lub przez zapytanie (jesli jest "twardoglowy"/koncepcyjno- meandrowy/teoretyczno-modelowy) jakie te wartości są. Nietrudno zgadnąć, bo u podstwy naszych wartości leży szacunek samego siebie i zachowanie się, które emanuje ten szacunek na środowisko. Jest to kultura języka ciała (delikatność w obejściu) i słowa oraz zaufanie, że gość zachowa się z poziomu własnego najwyższego instynktu. Jeśli się nie zachowa, gościem już nie będzie. Wybaczamy sobie w sercu ale nie zapominamy i straconego kredytu zaufania odrobić nie sposób, bo stłuczona waza sklejona jest nadal sklejoną wazą.

Nasz system wartości wypływa z samodyscypliny i mądrości życiowej i złożeniu tych cech i podwalin miłości moralnej, która jak piszę po raz n-ty przytula jednym ramieniem a drugim stawia poprzeczkę i nie zajmuje sie handlem "cos za cos".

Tak więc, Panowie pod koniec projektu (ich praca kosztowała $5 tysięcy i zawierała kompletny remont łazienki na górze od krokwi, przez zmianę konfiguracji przewodów elektrycznych i hydraulicznych aby zainstalować jacuzzi, pralkę i suszarkę, następnie ściany z betonowych płyt, "pacianie" czyli łączenie ich w spoiwach, malowanie, instalacja cichego i mocnego wyciągu powietrza, szafki, umywalki, kurka, lustra, światła, jacuzzi, ścianek ze Swanstone, pralki, suszarki, wieszaków na kotarę, recznik, i papier toaletowy, drzwi; malowanie sufitu katedralnego i ścian otwartej części mieszkalnej na górze w ksztalcie litery "C", malowanie wszystkich ścian na dole w hallu gdzie jest drugi zestaw pralka/szuszarka, mieszkaniu do wynajęcia (700 stóp kwadratowych), instalacja górnych szafek (używając tej części jako kuchnię przekonałam się jak nie była praktyczna), zmiana zaworu do ogrzewania wody, instalacja światła wyczuwającego ruch na zewnątrz - nie wiem ile takie uslugi kosztuja w Polsce ale za $5 tysiecy zarobku wymagam kultury ammerykanskiej a nie ameryykansko-polskiej) - stracili do siebie cierpliwość i zaanngazowali się w kłótnie po polsku używając nieparlamentarnego słownictwa. Byłam w domu i gdybym myślała pozytywnie, to najprawdopodobniej udałabym, że sytuacja nie miała miejsca i spokój - prawda, Michał? Ale nie uczyniłam tego, najpierw się "wkurzyłam" i pomyślałam: "jak oni śmią czynić to w naszym domu". Potem przyszła refleksja, że oni są już pod koniec projektu i nie ma o co przysłowiowej kopii kruszyć. Po prostu ich więcej nie zatrudnię. Następnie kiedy zięć zajął się czymś innym (zwyzywał teścia aż niemiło i jak sie okazalo to on sie pomylil), porozmiawialam z sąsiadem w garazu aby wytrzymał. Następnie zięć testował nowe połączenia elektryczne i padł nam Internet. Też się "wkurzyłam" ale pozytywne myślenie czyli udawanie, że Internet jest nic by nie dało, bo Internetu ewidenntnie nie było, Michal. Wyobrażenie sobie życia bez Internetu, który przez Ethernet ma szybkość 1 terabyte nie jest latwe. Zadzwoniłam do dostawcy i obsługujący mnie mężczyzna powiedziel, że najprawdopodobniej testowanie instalacji elektrycznych na tablicy z fuses spaliło urządzenie, który instaluje dostawca Internetu i do którego podłączony jest router w razie potrzeby komunikacji bezprzewodowej i Ethernet w razie potrzeby komunikacji, która nie jest zakłócona przez ściany w domu. Ale najgorsze było zorganizowanie zapłaty za usuge, którą zięć sąsiada podzielił na "k*pki". Powiedz facet od razu ile wszystko będzie kosztować, to ci dam gotówkę, jak chcesz, albo czeka bankowego, który jest pokryty a nie rób "k*pęk", bo nie mam na to czasu. Więc, po włożeniu wszystkich odpadów konstrukcyjnych powiedział mi ile jestem mu jeszcze dłużna i zmuszona byłam poprosić starszego Syna, który ma jeszcze papierowe czeki, aby podpisał czek na saldo. Ten czek nie miał calkowitego pokrycia, bo Syn nie miał takich środków na koncie, więc uprzejmie poprosiłam ziecia sąsiada, aby ustalał płatność wcześniej i abym miała okazję wybrać się do banku. Powiedział, że to nie szkodzi i że sobie czek zrealizuje jak dam mu znać, że są odpowienie środki. Więc, po ich odejściu kolo 6 wieczorem użyłam data w telefonie aby zrobić przelew z mojego konta szybkiego dostępu do gotówki na konto Syna i zadzwoniłam do zięcia sąsiada, że czek ma pokrycie i żeby nie krępował się z jego realizacją. Oczywiście nie powiedziałam mu, że w środku mnie "wn*rwil" do czerwoności, bo takich rzeczy się po prostu nie robi.

Dzisiaj była obsluga w stylu ammerykanskim. Przyjechał przemiły Pan, wprowadziłam go na dolną kondygnację wejściem z tyłu do pokoju gdzie mamy urządzenia obsługujące dom i powiedziałam mu, żeby się rozgościł i zabrał za rozwiązanie problemu, a ja będę na pracoac na górze i może mnie albo zawołać albo przyjść. Pan ucieszył się, że nie będzie mi przeszkladzal, wymienił skrzynkę na nową bez żadnej opłaty, stwierdził, że router mamy nadal najnowszej generacji i nic mu się nie stało. Nie musiał nawet tego mówić, bo intuicja podpowiedziała mi kiedy podejsc do laptop aby przekonać się, że Internet mamy z powrotem. Oczywiście wyszłam do Pana, który układał coś w swoim pojeździe na naszym wjezdzie do garazu, żeby mu powiedzieć, że Internet funkcjonuje, a Pan uprzejmie spytał, czy może sobie zostać na chwilę na naszym wjeździe do garażu aby sobie poukładać narzędzia. Odpowiedziałam, że owszem może zostać ile pragnie, bo nie blokuje mi wyjazdu z garazu dla mojego samochodu i nawet mu mogę zrobić capuccino. Pan podziekowal, capuccino bez kofeiny wypil i pojechal.

Jaki z tego morał, Lucku i nie tylko? Nie rozmieniam energii życiowej na drobne i nie rozrzucam jej na wichry losu, bo jest bezcenna. Nie inwestuję czasu na pisanie elaboratów w aspekcie substytutów czyjegoś życia wyimaginowanych przez meandry mojego umysłu konceptualnego, bo szkoda na to energii i czasu - obydwa w limitowanych ilościach. Mam świadomość serca (prawda systemu wartości), że udając się w miejsce publiczne jakim to Forum ewidentnie jest, spotkam osoby z rozymi intencjami ale to przez swoją samodyscyplinę i mądrość życiowa oddaje artefakty tych interakcji z innymi mojemu systemowi wartości, który ewidentnie elastyczny być nie powinien, bo to znaczyłoby, że sprzeniewierzyłam schedę Rodziców.

Czym jest Lucku i nie tylko wolna wola człowieka jeśli nie emanacją jej/jego uwagi gdzie skupia się energia życiowa zwana przeze mnie duszą? I czy będę wolna czy bezwolna jeśli uwierzę w meandrach mojego umysłu konceptualnego, że to co "esejuje" (u nas w USA tworzymy sobie czasowniki na potrzebę chwili) Michal o mnie jest tylko jego osądem, a tym samym cierpieniem, i kim byłabym w moim odczuciu - odczuciu serca - jeśli nie odczuwałabym do niego empatii? Nawet się o niego modlę, jak go już tak poniesie, że energia zyciowa się mu rozsypuje po wszyskich stronach świata, ba Wszechswiata :)

Napisałam już tyle o nieskończonych twarzach i grymasach ego, które jako zestaw fałszywego ja i komnata wielu luster (patrz jak Bruce Lee je tłucze w "Wejściu Smoka") pozbawia człowieka wolnej woli i tworzy z niego niewolnika religii że jest swoim stanem posiadania, wykonywanym zawodem, tym co myślą o nim inni, jest odseparowany od wszystkich i wszystkiego, i jest odseparowany od Boga/swojego nnajwyzszego instynktu, że mi się już nie chce. Nie chce mi się rowniez odpisywać osobom w dybach swojego ego do przyslowiowej "obrzydliwości". Męczcie się i nie jest moją intencją (uwaga ma takie twarze - kreatywność, uprzejmość/delikatność dla siebie, piękno, ewolucja, mnogość, i receptywność/otwartość z poziomu dziecka, które nie przejmuje się realistami i cierpiętnikami, którzy zamiast pracować nad sobą wolą pisać elaboraty w temacie iluzorycznego substytutu życia innego człowieka - i te "twarze" mojej intencji skladam na "oltarzu" (uwaga metafora) miłości moralnej, ktora jak matka przytuli mnie gdy mi jest smutno i nie pozwoli utonac w zranieniach tworzonych usilnie przez niskie intencje innych a drugim ramieniem postawi mi poprzeczke pracy nad soba aby nie ulegac iluzji mojego ego i iluzji innych :)

Pamietaj Lucku:
Thomas Troward napisał:
The law of floatation was not discovered by contemplating the sinking of things but by contemplating the floating of things, which floated naturallny, and then intelligently asking why they did so. - Prawo wyporu nie zostało odkryte przez myslenie o tonięciu rzeczy, ale poprzez myslenie wypieranych rzeczy, które wypierane były naturalnie, by następnie inteligentnie pytac, dlaczego.


Jak będziesz się trzymał spódnicy Matki Natury w zyciu, Lucku to się nie wynaturzysz. Jak będziesz się trzymał spódnicy natury ludzkiej, to możesz się wynaturzyć. Przemysl to i odczuj w sercu - kustoszu wartosci. Howgh :)


nie warto oszczędzać na fachowcach


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Aluś dnia Pią 18:50, 25 Maj 2018, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
lucek




Dołączył: 18 Lut 2011
Posty: 2027
Przeczytał: 8 tematów

Pomógł: 56 razy

PostWysłany: Czw 21:23, 01 Mar 2018    Temat postu:

Dyskurs napisał:
Jak będziesz się trzymał spódnicy Matki Natury w zyciu, Lucku to się nie wynaturzysz.

:) ... Dzięki Dyskurs :) staram się (przeczytałem :wink: )


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs




Dołączył: 29 Wrz 2015
Posty: 5938
Przeczytał: 77 tematów

Pomógł: 143 razy
Skąd: Little Rhody, USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 21:26, 01 Mar 2018    Temat postu:

Cytat:
... nie zarzynaj wątku Michałowi ...
To jest ewidentnie forum publiczne a terytorialnosc jest publiczna miara ego jednostki.

Recepta na naturalny stan rownowagi:
ego
egoing
egone

Ewidentnie patologia, ktorej nie brakuje w Polsce, nie tworzymy norm spolecznych. Uwaga zwracana na tylko patologiczne aspekty zycia tworzy w czlowieku patologiczna rzeczywistosc i swego rodzaju "slepote" - niezdrowa, wynaturzona, etc.

Ale ewidentnie nie jest moja intencja kierowac na ten aspekt twojej egzystencji, bo trudno to cierpienie okreslac zyciem, uwagi i energii mozgu :)

https://youtu.be/kxjwb5cXTI0


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 10506
Przeczytał: 81 tematów

Pomógł: 728 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 21:28, 01 Mar 2018    Temat postu:

Dyskurs napisał:
Nie rozmieniam energii życiowej na drobne i nie rozrzucam jej na wichry losu, bo jest bezcenna. Nie inwestuję czasu na pisanie elaboratów w aspekcie substytutów czyjegoś życia wyimaginowanych przez meandry mojego umysłu konceptualnego, bo szkoda na to energii i czasu - obydwa w limitowanych ilościach. Mam świadomość serca (prawda systemu wartości), że udając się w miejsce publiczne jakim to Forum ewidentnie jest, spotkam osoby z rozymi intencjami ale to przez swoją samodyscyplinę i mądrość życiowa oddaje artefakty tych interakcji z innymi mojemu systemowi wartości, który ewidentnie elastyczny być nie powinien, bo to znaczyłoby, że sprzeniewierzyłam schedę Rodziców.

Spodobało mi się to Twoje stwierdzenie. Zgadzam się z nim, ale pojmuję je zupełnie inaczej, niż Ty. Na pewno energia życiowa jest bezcenna, tylko CO JEST TĄ PRAWDZIWĄ ENERGIĄ ŻYCIOWĄ?
Mamy chyba wyraźnie odmienne przekonania na temat mocy, energii życia.
Najpierw napiszę jak odbieram grubsza (może się mylę) Twoje przekonanie na temat czym owa energia życia jest:
Pozytywna energia a'la Dyskurs - byłoby to coś, takiego, co powoduje, że traktuję siebie, swoje poglądy, wiary, przekonania jako właściwe z natury rzeczy; mam zatem prawo nie przejmować się weryfikowaniem swoich poglądów - wszak wiem (i potwierdzę to niejednokrotnie swoim arbitralnym przekonaniem, stwierdzeniem), że one PO PROSTU SĄ POPRAWNE. Dalej więc ta wizja pozytywnej energii polegałaby na odrzucaniu wszelkich kłopotliwych pytań, ignorowaniu wskazań i jakiejś (potencjalnej) niespójności jakie mogłyby tkwić w moim obrazie świata i siebie. Takie - niefajne - z punktu widzenia komfortu przekonań na swój temat stwierdzenia, miałyby być po prostu ignorowane. Zaś gwarantem poprawności tego wszystkiego jest PODSTAWOWE PRZEKONANIE o własnej nieomylnej intuicji, dobrych intencjach i ogólnej słuszności we wszystkim, co czynię, myślę, chcę przedsięwziąć. Krytykę zaś traktuję jako zamach na owo podstawowe przekonanie, wrogą, nieuczciwą manipulację, nakierowaną na osłabienie mnie, poniżenie, a więc nadającą się do odrzucenia niejako z samej istoty. Czyli zasadą jest "mnie się nie krytykuje", a jeśli ktoś już krytykuje, to popełnia błąd i jego stwierdzenia są do odrzucenia. W tym układzie pozytywna energia polega na czynieniu wszystkiego, co potwierdza mi do dobre zdanie o sobie, swojej kompetencji i byciu wartościową osobą.

Tyle na temat koncepcji pozytywnej energii w ujęciu, które odczytałem/zrozumiałem (może niepoprawnie) z tekstów Dyskurs. Uważam, że jest w tym ujęciu pewien ważny i jak najbardziej poprawny aspekt, ale jednak w całości tę koncepcję uważam za niepoprawną, a już na pewno nie pasującą dla mnie. Bo owa "energia" (można by ją nazwać "energią samochwalenia"), jeśli nie otrzyma wsparcia aspektu, o którym piszę niżej, w moim przekonaniu, zasługuje raczej na miano SŁABOŚCI.

Pozytywna energia w ujęciu Michała Moje pojęcie o pozytywnej energii jest nieco skomplikowane. U jego podstaw tkwi KONCEPCJA TESTU. Tak sami z siebie nie wiemy o sobie nic, nie mamy prawa sądzić o swojej poprawności, czy słuszności nic. Każde swoje przekonanie - bazowo - może być równie dobrze poprawne, jak i błędne. Tej swojej poprawności MUSZĘ DOPIERO DOWIEŚĆ (samemu sobie w pierwszej kolejności, ale może dalej nie tylko samemu sobie). Dlatego każda sytuacja, gdy moje przekonanie zostaną postawione w stan wątpliwości - testu - pytania o zasadność JEST SAMA Z SIEBIE CENNA. Dopiero ona pozwoli mi na wykazanie siebie, a dalej potwierdzenia przekonania o mojej poprawności. Jako teista, czyli osoba wierząca, iż stworzył mnie niezwykle inteligentny, posiadający ogromną wiedzę i kochający Bóg, uważam dodatkowo, że zostałem jakoś bazowo wyposażony we właściwe cechy, mam powody sądzić, iż ten test siebie zdam. Bo stworzył mnie nie byle kto. Ale też muszę dołożyć tu dużo od siebie, właściwie to właśnie o to chodzi, aby dołożyć od siebie jak najwięcej - trochę w ten sposób niejako dodatkowo tworząc siebie, udowadniając swoją moc. Ostatecznie świadectwem mojej energii (pozytywnej) będzie to, że sytuacje konfliktowe, jakie pojawią się przede mną zostaną w większości PRZEZE MNIE ROZWIĄZANE W SPOSÓB SATYSFAKCJONUJĄCY. Bez możliwości wykazania się bez tych konfliktów, w której wrzuca mnie życie, byłbym nikim, a w każdym razie byłbym NIEOKREŚLONY. Krótką mówiąc moją mocą, energią byłoby to, że w obliczu mojego rozeznania, inteligencji, świadomości, zdobywanej wiedzy wszelkie fałsze, manipulacje, małostkowatości rzeczy rozpryskują się w miliony odłamki, w pył - niejako giną w zetknięciu z owa (dynamiczną) mocą rozpoznawania i przekształcania w to co niezafałszowane, zmierzające ku dobru, harmonii rzeczy, doskonałości. To jest taka energia dynamiczna, energia prawdy.

Oczywiście... nie twierdzę teraz, że ów deklarowany poziom mocy i energii ducha, umysłu osiągnąłem. Wręcz przeciwnie - ciągle o niego walczę, ciągle jestem w drodze i ten niedoskonały. Ale przynajmniej cel mam jakoś określony. :pidu:
Tak na marginesie - najbardziej chyba wyrazistą podstawą biblijną dla tej mojej koncepcji mocy jest sławetna "Przypowieść o talentach" (ale to już uwaga dodatkowa, zrozumiała pewnie tylko dla teistów).


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Czw 22:21, 01 Mar 2018, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Aluś




Dołączył: 01 Kwi 2017
Posty: 127
Przeczytał: 0 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 22:02, 01 Mar 2018    Temat postu:

:think:

Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Aluś dnia Pią 18:57, 25 Maj 2018, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs




Dołączył: 29 Wrz 2015
Posty: 5938
Przeczytał: 77 tematów

Pomógł: 143 razy
Skąd: Little Rhody, USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 22:47, 01 Mar 2018    Temat postu:

MD napisał:
CO JEST TĄ PRAWDZIWĄ ENERGIĄ ŻYCIOWĄ?
Energia zyciowa jest procesem Matki Natury materializujacym sie w czlowieku. Jesli zamiast terminu Matka Natura chcesz sobie wstawic termin Bog, to jest OK. Energia zyciowa jest tylko jedna materializujaca sie przez unikalne i niepowtarzajace sie DNA.

Swiatopoglad to nie jest energia zyciowa. To postawa mentalna, ktora przyjmujemy kierujac nasza uwage a tym samym energie zyciowa na jakis obiekt. Ten ruch energii prowadzi nas do pelnego spektrum kondycji ludzkiej i przeciwienstw mentalnych o ktorych piszesz czyli negatywnych i pozytywnych. Pisalam niejednokrotnie, ze skrajnosci nie sluza optymalnemu kierowaniu energii zyciowej czlowieka, bo sa wyniszczajacej natury. Czlowiek do 35 roku zycia moze sobie pozwolic na "pozyczanie" adrenaliny z jutra na wyimaginowana sytuacje "walcz lub uciekaj" dopoki nie zacznie ingerowac w cykl kortyzol i sen - z tego kola trudno jest wyjsc bez terapii.

MD napisał:
Pozytywna energia a'la Dyskurs - byłoby to coś, takiego, co powoduje, że traktuję siebie, swoje poglądy, wiary, przekonania jako właściwe z natury rzeczy ...
Nie. Jesli w miejscu publicznym spotkam sie z artefaktami zycia, ktore nie sa spojne z moim systemem wartosci, to mam wolna wole i wybieram sie usunac z takiej sytuacji, bo niepotrzebuje stresu - zabija cicho. U nas zdarza sie to niezmiernie rzadko.

MD napisał:
... mam zatem prawo nie przejmować się weryfikowaniem swoich poglądów - wszak wiem (i potwierdzę to niejednokrotnie swoim arbitralnym przekonaniem, stwierdzeniem), że one PO PROSTU SĄ POPRAWNE.
Moje poglady/swiatopoglad sa spojne z moim systemem wartosci. Czy sa "poprawne" w opinni innych nie ma znaczenia. Nie jestem opinia innych.

MD napisał:
Dalej więc ta wizja pozytywnej energii polegałaby na odrzucaniu wszelkich kłopotliwych pytań, ...
Alez skad! Co czynie teraz jak nie wyjasniam interpretacje o mnie o moim modus operandi, ktora dla mnie klopotliwa nie jest, bo mysle holistycznie, ale dla innych ktorzy tak nie mysla, a takich jest wiekszosc, klopotliwe byc moze.

MD napisał:
... ignorowaniu wskazań ...
Jesli uznam, ze mam do czynienie z czlowiekiem na "jakim takim" poziomie, to nawet wskaze, czesto "uwierajaco" bezzasadnosc takich "wskazowek", bo ewidentnie koliduja z moim systemem wartosci.

MD napisał:
... i jakiejś (potencjalnej) niespójności jakie mogłyby tkwić w moim obrazie świata i siebie.
Niewiele zajmuje sie soba i mysleniem o sobie. Ot, mam krotkie wlosy, wezme prysznic, wytre cialo, uczesz te krotkie wlosy, ubiore sie, zjem owsianke z pelnego przemialu, bo jem zeby zyc a nie odwrotnie, zawioze Syna do szkoly, pojde do pracy jesli to jest moj dzien pracy, jesli nie, to pracuje nad przygotowaniem sie do obrony pracy doktorksiej, zjem lunch, pracuje nadal, popisze na SFiNiA jak mam czas, Internet, i kaprys, zalatwiam potrzeby fizjologiczne, bo nie mozna odlozyc, spozywamy kolacje, ide spac kolo 10 i wstaje kolo 7 rano i tak co dzien oprocz srody i niedzieli kiedy praktykuje joge i medytacje. Niewiele sie zastanawiam nad tym, bo zyjac jako usluzny lider wszystko czynie z serca czyli spiewam przy pracy, cokolwiek czynie.

MD napisał:
Takie - niefajne - z punktu widzenia komfortu przekonań na swój temat stwierdzenia, miałyby być po prostu ignorowane. Zaś gwarantem poprawności tego wszystkiego jest PODSTAWOWE PRZEKONANIE o własnej nieomylnej intuicji, dobrych intencjach i ogólnej słuszności we wszystkim, co czynię, myślę, chcę przedsięwziąć.
Podobnie jak stonoga nie musi "zarzadzac" swoimi nogami podobnie ja nie musze "biegac" po moim umysle koncepcyjnym i poszukiwac odpowiedzi na rozterki zyciowe, bo zyjac po aktywnej stronie intencji ich nie posiadam. Moj system wartosci, jak Matka Natura nogami stonogi, "zarzadza" moim zyciem. Ja oddaje w zaufaniu. To nie jest wiara. To wiedza - chcesz ja nazwac tajemna, prosze bardzo.

MD napisał:
Krytykę zaś traktuję jako zamach na owo podstawowe przekonanie, wrogą, nieuczciwą manipulację, nakierowaną na osłabienie mnie, poniżenie, a więc nadającą się do odrzucenia niejako z samej istoty. Czyli zasadą jest "mnie się nie krytykuje", a jeśli ktoś już krytykuje, to popełnia błąd i jego stwierdzenia są do odrzucenia. W tym układzie pozytywna energia polega na czynieniu wszystkiego, co potwierdza mi do dobre zdanie o sobie, swojej kompetencji i byciu wartościową osobą.
Nie mam takich rozterek zyciowych. To musi byc strasznie energochlonne. Wybaczam sobie na pniu za doswiadczenie i medytuje przez Tonglen o sprawcow aby nie cierpieli. Mysl o tym jako o zbawieniu mojej duszy. Nie nosze urazy w swoich tkankach, bo nic sie nie stalo z mojej woli i moj wola wybierac postrzeganie holistyczne, ze w kazdym kontakcie wbudowana jest mozliwosc bycia zranienym, bo taka jest kondycja ludzka, kwestia jest czy postrzegam ta mozliwosc z pozycji ego i w tym sie mozna "zakopac" czy duszy i to mozna wybaczyc przede wszystkim samemu sobie, bo inni musza wybaczyc sobie. Jesli tego nie uczynia, to beda cierpiec coraz bardziej az do ostatniego tchnienia. To nie moj problem, bo wysylam im Tonglen.

MD napisał:
Pozytywna energia w ujęciu Michała Moje pojęcie o pozytywnej energii jest nieco skomplikowane. U jego podstaw tkwi KONCEPCJA TESTU.
To raczej rozterka. Nie wiem jak ennergochlonna ale wydaje mie sie, ze prowadzi do stalego stanu niezadowolenia/roszczenia.

MD napisał:
Tak sami z siebie nie wiemy o sobie nic, ...
Wystarczy sie w seibie "wsluchac" :)
MD napisał:
... nie mamy prawa sądzić o swojej poprawności, czy słuszności nic.
Czemu abdykowales wolna wole i samorefleksje?

MD napisał:
Każde swoje przekonanie - bazowo - może być równie dobrze poprawne, jak i błędne.
No moze, i nic sie nie stanie, bo jak przekazal nam
Alexander Pope napisał:
Mylic sie jest ludzkim (z funkcji mozgu nizszego) a wybaczac swietym (z funkcjo mozgu najjwyzszego).

http://www.sfinia.fora.pl/blog-dyskurs,67/poezja-filozoficzna-philosophical-poetry,10613.html#363249

Po co mam sie katowac, czy podjelam prawdziwa/poprawna dycyzje w aspekcie potraktowania 2 amerykansko-polskich wykonawcow w trakcie ich wulganej klotni pod moim dachem placac im, bagatela, $5 tysiecy za usluge, bo puscily im nerwy i wiedzac, ze sa w amarykansko-polskim domu zachowali sie inaczej niz musieliby sie zachowac w domu amerykanskim lub mieszanki innej kultury. Latwo przewidziec jakby mojego ego zdawalo sie, zeby odeslac ich w sina dal, nie zaplacic salda za usluge - mialabym bajzel na dole i w garazu odpady konstrukcyjne. A tak mam posprzatane na "blysk" (ten ostatni Made by Dyskurs), i juz wertuje aplikacje kogo zaprosic na ogladanie. Zawsze mamy nie jeden wybor tylko mozliwosc wybrania i zwiazane z tym procesem rozterki. Potem nastepuje dysonans poznawczy czyli nerwowosc, bo mentalnie wazymy co wybrac i juz po dokonaniu wyboru watpimy czy dokonalismy wlasciwego wyboru. Ja jak Matka Natura ide na skroty i oszczedzam energie zyciowa. Unosze sie ponad mozliwosci wyboru, dysonans poznawczy, i z lotu orla widze implikacje/konsekwencje moich wyborow - z tym bajzlem wlacznie i to jest skutecznym srodkiem zeby sie nie upierac przy tym, ze w naszym domu nikt sie tak nie zachwuje. Zachowali sie tak Panowie dwaj i sie juz nie zachowaja, ale projekt byl skonczony na czas.

MD napisał:
Tej swojej poprawności MUSZĘ DOPIERO DOWIEŚĆ (samemu sobie w pierwszej kolejności, ...
Ktorej twarzy ego?

MD napisał:
... ale może dalej nie tylko samemu sobie).
To mi wyglada na zmaganie sie z zyciem, bo "jeszcze sie taki nie urodzil, ktoryby wszystkim dogodzil".

MD napisał:
Dlatego każda sytuacja, gdy moje przekonanie zostaną postawione w stan wątpliwości - testu - pytania o zasadność JEST SAMA Z SIEBIE CENNA.
Moze i tak. Nie wiem. Ale nie robilabym z tego "religii"/koniecznosci.

MD napisał:
Dopiero ona pozwoli mi na wykazanie siebie, a dalej potwierdzenia przekonania o mojej poprawności.
A jak wowczas traktujesz tych niepoprawnych innych?

MD napisał:
Jako teista, czyli osoba wierząca, iż stworzył mnie niezwykle inteligentny, posiadający ogromną wiedzę i kochający Bóg, uważam dodatkowo, że zostałem jakoś bazowo wyposażony we właściwe cechy, mam powody sądzić, iż ten test siebie zdam.
I wtedy zaczniesz zyc i cieszyc sie zyciem? Nie odkladaj tego, bo jesli bedzisz przed ostatnim tchnieniem przytomny, to bylaby tortura, ze mogles zyc inaczej.

MD napisał:
Bo stworzył mnie nie byle kto.
No, Matka Natura to nie byle kto i dlatego odczuwam wobec niej reverence/szacunek i poniewaz Matka Natura jest we mnie to szanuje siebie i innych i wszystko, ale a uwaga, ze ego innych sie nie klaniam.

MD napisał:
Ale też muszę dołożyć tu dużo od siebie, właściwie to właśnie o to chodzi, aby dołożyć od siebie jak najwięcej - trochę w ten sposób niejako dodatkowo tworząc siebie, udowadniając swoją moc.
Ty nie musisz udowadniac swojej mocy. Gdyby nie istniala nie byloby Ciebie.

MD napisał:
Ostatecznie świadectwem mojej energii (pozytywnej) będzie to, że sytuacje konfliktowe, jakie pojawią się przede mną zostaną w większości PRZEZE MNIE ROZWIĄZANE W SPOSÓB SATYSFAKCJONUJĄCY.
Czyli bez rozterek. O to caly czas sie dla Ciebie modle w rozny, niekoniecznie katolicki, bo tak sie w istocie nie modle, sposob.

MD napisał:
Bez możliwości wykazania się bez tych konfliktów, w której wrzuca mnie życie, byłbym nikim, ...
Pamietasz "ostatni beda pierwszymi"?

MD napisał:
... a w każdym razie byłbym NIEOKREŚLONY.
W pewnym sensie jestes nieokreslony, dopoki sie nie obudzisz i aparat myslenia nie porwie Cie w swoje wiry.

MD napisał:
Krótką mówiąc moją mocą, energią byłoby to, że w obliczu mojego rozeznania, inteligencji, świadomości, zdobywanej wiedzy wszelkie fałsze, manipulacje, małostkowatości rzeczy rozpryskują się w miliony odłamki, w pył - niejako giną w zetknięciu z owa (dynamiczną) mocą rozpoznawania i przekształcania w to co niezafałszowane, zmierzające ku dobru, harmonii rzeczy, doskonałości. To jest taka energia dynamiczna, energia prawdy.
Bedzie rosnac wykladniczo, gdy nauczysz sie sobie wybaczac, czego Ci serdecnie zycze :)

Matka natura ma nieomylna rachunkowosc a nie tylko ulamki. W Twojej kondycji podobnie jak w mojej i kazdego czlowieka wbudowana jest wolna wola jako dar urodzenia z rownoczesna panorama kontrastow. To kim jestes przyciaga Twoja rzeczywistosc z tej naturalnej panoramy kontrastow Matki Natury. Zwracajac uwage na jakikolwiek artefakt tej panoramy Matki Natury stajesz sie nim nawet gdy tylko czasowo i biorac pod uwage, ze nie jestes w stanie kierowac swojej uwagi bez emocji, bo emocje to my, im wyzsza energia tych emocji tym glebszy zapis tego zwracania uwagi w Twojej podswiadomosci. Wybieraj madrze zyciowo czyli odczuwaj co rezonuje z Toba kiedy nie czujesz dysonansu kognitywnego, bo mimo dokonania wyboru, akceptujesz go otwartym sercem nie wierzac lecz wiedzac, ze w aspekcie miejsca i czasu tego wyboru wybrales co bylo zgodne z Twoja energia zyciowa w oparciu o Twoje system wartosci w tym miejscu i czasie. Kiedy czynniki sie zmienia, mozesz ponownie je zweryfikowac na sensemaking czy maja sens w czasie kiedy ta mysl zmateriazlizuje sie.

Wiem, ze wytykasz mi referencje do Panstwa Gajdow ale diakon Marcin Gajda, M. D. wiele spiewa o kondycji ludzkiej.

"Ma sens" Marcin Gajda
https://youtu.be/l4d5DsK4tlM


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Dyskurs dnia Pią 0:02, 02 Mar 2018, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs




Dołączył: 29 Wrz 2015
Posty: 5938
Przeczytał: 77 tematów

Pomógł: 143 razy
Skąd: Little Rhody, USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 23:08, 01 Mar 2018    Temat postu:

lucek napisał:
Dyskurs napisał:
Jak będziesz się trzymał spódnicy Matki Natury w zyciu, Lucku to się nie wynaturzysz.

:) ... Dzięki Dyskurs :) staram się (przeczytałem :wink: )
W tym przypadku, Lucku, trzymaj sie Matki Natury "kurczowo"/mocno/z moca :)

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
WillGesenius




Dołączył: 15 Lis 2011
Posty: 112
Przeczytał: 7 tematów

Pomógł: 19 razy

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 23:46, 01 Mar 2018    Temat postu:

Dyskurs wydaje się, że polegasz za bardzo na sobie, na swoich odczuciach, pierwszych wrażeniach. Jeżeli nie teraz - to przynajmniej nie dawno. Coś co nie jest atakiem potrafisz odnieść do siebie i odczytać jako atak.
W taki sposób rzeczywiście będziesz rozmieniać energię życiową, tracić ją.
Już ci pisałem abyś zachowała margines i zawieszała sąd uczuć, myśli nie polegała na nich. Bo to co w tekście pisze - niekoniecznie oznacza to co poczułaś. Nie znasz kontekstu, okoliczności powstawania tekstu. To co zrozumiałaś - nie koniecznie o to chodziło piszącemu. Pozory mylą. Może chodzić zupełnie o co innego, odnosić się tekst do czego innego. Gdzieś pisałaś że mylenie to ludzka rzecz. I trzeba o tym pamiętać, mogę źle zrozumieć, źle odczytać.
Nie można twierdzić moje oceny są nie omylne, moje sądy są nie omylne bo tak poczułem "to co widzę na to wskazuje". Czy widzę resztę - nie. To jak oceniać górę lodową jedynie po wierzchołku wystającym z wody. Poleganie na odczuciach i potem ocenach wedle uczuć prowadzi w pułapke, iluzje. Stawianie się zaś w pozycji widzącego tam gdzie tak naprawdę nic nie zobaczyliśmy, lub nie wpełni widzimy, resztę tylko domniemujemy, to cecha każdej iluzji, żeby nie powiedzieć paranoi. Wszyscy są paranoikami bo domniemują - tylko to co domniemane najczęściej okazuje się nie prawdą i moją złudą. Okazuje się to dopiero potem gdy skonfrontujemy domysły z rzeczywistością. Lepiej będzie gdy nie będę się stawiał w pozycji widzącego gdy nie widzę. Tak nawet należy.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs




Dołączył: 29 Wrz 2015
Posty: 5938
Przeczytał: 77 tematów

Pomógł: 143 razy
Skąd: Little Rhody, USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 0:15, 02 Mar 2018    Temat postu:

WillGesenius napisał:
Dyskurs wydaje się, że polegasz za bardzo na sobie, na swoich odczuciach, pierwszych wrażeniach. Jeżeli nie teraz - to przynajmniej nie dawno. Coś co nie jest atakiem potrafisz odnieść do siebie i odczytać jako atak.
W taki sposób rzeczywiście będziesz rozmieniać energię życiową, tracić ją.
Już ci pisałem abyś zachowała margines i zawieszała sąd uczuć, myśli nie polegała na nich. Bo to co w tekście pisze - niekoniecznie oznacza to co poczułaś. Nie znasz kontekstu, okoliczności powstawania tekstu. To co zrozumiałaś - nie koniecznie o to chodziło piszącemu. Pozory mylą. Może chodzić zupełnie o co innego, odnosić się tekst do czego innego. Gdzieś pisałaś że mylenie to ludzka rzecz. I trzeba o tym pamiętać, mogę źle zrozumieć, źle odczytać.
Nie można twierdzić moje oceny są nie omylne, moje sądy są nie omylne bo tak poczułem "to co widzę na to wskazuje". Czy widzę resztę - nie. To jak oceniać górę lodową jedynie po wierzchołku wystającym z wody. Poleganie na odczuciach i potem ocenach wedle uczuć prowadzi w pułapke, iluzje. Stawianie się zaś w pozycji widzącego tam gdzie tak naprawdę nic nie zobaczyliśmy, lub nie wpełni widzimy, resztę tylko domniemujemy, to cecha każdej iluzji, żeby nie powiedzieć paranoi. Wszyscy są paranoikami bo domniemują - tylko to co domniemane najczęściej okazuje się nie prawdą i moją złudą. Okazuje się to dopiero potem gdy skonfrontujemy domysły z rzeczywistością. Lepiej będzie gdy nie będę się stawiał w pozycji widzącego gdy nie widzę. Tak nawet należy.
Mysle i odczuwam inaczej, WillGesenius. Nie tylko przez fakt, ze mam za pasem 2 dekady zycia wiecej ale jestem kobieta od 33 lat zyjaca w srodowisku demokratycznym i wielokulturowym i w stanie, ktorego zalozyciel przekazal nam co nastepuje:
Roger Willims napisał:
Największa wykroczenie to nie rozwijanie swojego potencjału. Kiedy robisz to, co robisz najlepiej, pomagasz nie tylko sobie, ale światu.


Kultura narodu to zbior artefaktow, wierzen, zwyczajow, rytualow, i praw, ktore tworza ludzie tej kultury jako jednostki, grupy i instytucje przez jezyk, polityke, i religie. System wartosci kieryje ludzi w cele do osiagania i determinuje ich zachowanie. Wartsci staja sie wierzeniami narodu i skladowa kultury narodu.

Czy w narodowej kulturze Polski wpisano podcinanie skrzydel i stalo sie to wierzeniem? Takie odnosze wrazenie. Ktokolwiek pojawi sie tutaj, kto jest konstruktywny, nie zagrzeje tutaj dlugo miejsca. To wyglada tak, ze podcinanie drugiemu skrzydel to obecnie podstawa kultury narodowej Polski i to jest przykre, ze scheda przodkow walczacych o wolnosc i trwajacych w trakcie zaborow, mordow hitlerowskich i czystek stalinowskich abdykowala pod presja zmiany jednostek i grup a tym samym instytucji panstwowych w destruktywna strone.

I dla przykladu, jesli taki czlowiek jak Alus odpisuje na moj wpis skierowany do Lucka, "krzyczy" prostackim i negatywnym jezykiem na czerwono (jakby ktokolwiek inteligentny mial watpliwosci, ze niewidoczne) w temcia o ktory nie prosilam rady, rownoczesnie wpisuje w regulaminie, ze zlamalam go odpisujac Apolonii, ze uwazam, ze przesiadywanie w Internecie o 3 w nocy tylko po to zeby dyskretytowac niezyjaca osobe ktorej osiagniec zyciowych nie jest w stanie dorownac, to nie musi mi nikt tlumaczyc, ze mam do czynienia z osoba niezrownowazona emocjonalnie (jestem psychologiem z wyksztalcenia rrowniez) i sobie ta osobe reglamentuje z wlasnej i wolnej woli. Dodatkowo, biorac pod uwage jakiej degradacji dokonaliscie w kulturze narodowej Polski i jak ekspansywne sa tego konsekwencje (twoj dyktat co ma robic rowniez), jest to dla mnie doswiadczenie empiryczne i studium eksperymentalne, ktoym moge sie dzielic z osobami polskiego pochodzenia kktore nadal udaja sie do Polski i sa zazenowane galopujacymi destruktywnymi zmianami.

http://www.sfinia.fora.pl/filozofia,4/pozytywne-myslenie-a-prawda,10645.html#366279

Nie wierze lecz wiem ile moge spedzic na takie fenomeny czasu i energii i czy warto/id est czy jest wartosc dodana. Nie potrzebuje kustosza mojej energii zyciowej, bo mojego serca nic nie jest w stanie zastapic.

Gdyby serce nie kwalifikowalo sie do tej roli, to Wieszcz Adam Mickiewicz przekazalby nam: "miej ego i patrzaj w ego" :)


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Dyskurs dnia Pią 0:27, 02 Mar 2018, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Aluś




Dołączył: 01 Kwi 2017
Posty: 127
Przeczytał: 0 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 0:25, 02 Mar 2018    Temat postu:

Nie moje klimaty

Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Aluś dnia Pią 18:46, 25 Maj 2018, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 10506
Przeczytał: 81 tematów

Pomógł: 728 razy
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 0:27, 02 Mar 2018    Temat postu:

Dyskurs napisał:
MD napisał:
Jako teista, czyli osoba wierząca, iż stworzył mnie niezwykle inteligentny, posiadający ogromną wiedzę i kochający Bóg, uważam dodatkowo, że zostałem jakoś bazowo wyposażony we właściwe cechy, mam powody sądzić, iż ten test siebie zdam.
I wtedy zaczniesz zyc i cieszyc sie zyciem?

Wiele było odpowiedzi, spora część chyba retorycznych. Zostawiam tę, bo tu chyba gdzieś ogniskuje się to główne pytanie - problem, który chyba w poprzednim tekście nie został rozwiązany.
Jest tu rzeczywiście niebanalna zagwozdka dotycząca mojej koncepcji energii życiowej. Niewątpliwie jest tu też wyraźny wpływ idei chrześcijańskich.
Chrześcijanin powinien chyba swoje życie tu na ziemi uznawać za inwestycję. Czyli, jednak niestety, jest tu ciężka harówa, a cieszenia się (życiem) za wiele nie ma.
Jezus w Ewangelii wypowiada (chyba najtrudniejsze w odbiorze dla człowieka, chcącego przyjąć chrześcijaństwo) słowa: kto zyskać swe życie, ten je straci.
Cóż ta fraza właściwie znaczy?
- W bezpośrednim odbiorze, dokładając do tego sporą część tradycji chrześcijańskiej chodziłoby by chyba o jakąś ascezę. Może należałoby założyć włosiennicę, albo wziąć bicz w ręce i zadawać sobie ból. Sposobów na umartwienie się można z resztą wymyślać wiele. Ale na pewno, się tak życie straci, więc chyba będzie ok. Czy jednak każda forma tracenia swego życia jest dobra?... Może niektóre sposoby tracenia go, są zwyczajną głupotą?
Ja sporo myślałem nad tymi słowami z Ewangelii. Dziś skłaniałbym się do zdania, że to nie o tego rodzaju umartwienia się Jezusowi chodziło. Wskazuje na to kontekst, w jakim słowa te zostały wypowiedziane - do Piotra, gdy ten ostatni zanegował główną Misję Jego życia - zanegował, bo była związana z cierpieniem i śmiercią. I tak ja odbieram owo przesłanie - każdy z nas ma swoją życiową misję, która powinien wypełnić. Jeśli jej nie wypełni, to po prostu straci to życie, straci ów sens, dla jakiego się urodził. Więc dla wypełnienia misji trzeba poświęcić wiele, może nawet poświęcić wszystko...
Powstaje z tego kolejne pytanie: a co jest moją misją życiową? Po czym ją poznam?
Nie wiem, czy istnieje jakaś absolutnie uniwersalna odpowiedź na to pytanie. Mam jednak swoją hipotezę co do mojej własnej misji - opisałem ją częściowo i dość ogólnie w poście poprzednim, a sprowadza się ona do wykazania mojej osobowej mocy, to zmądrzenia w tym życiu na tyle, aby nie dać się zmanipulować światu, ludziom, własnym słabościom, aby okazać siłę mojego umysłu (niekoniecznie innym ludziom, aby się pochwalić, bo potrzeba chwalenia się to też słabość). Powoli odkrywam tę moją misję, ale wciąż wiele mam do odkrycia.
Czy w końcu zacznę się cieszyć życiem?
- Trudne pytanie. Na razie, faktycznie, moje życie wydziela mi radości... hmmm oszczędnie. Wciąż raczej jestem na etapie inwestowania, a nie odcinania kuponów. Liczę jednak na to, że w końcu inwestycja zacznie przynosić profity.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs




Dołączył: 29 Wrz 2015
Posty: 5938
Przeczytał: 77 tematów

Pomógł: 143 razy
Skąd: Little Rhody, USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 1:17, 02 Mar 2018    Temat postu:

MD napisał:
Chrześcijanin powinien chyba swoje życie tu na ziemi uznawać za inwestycję.
W kontekscie naszego pojmowania zycia, a definicja robocza sie wydluza - zycie ludzkie zreszta tez - to czlowiek jest nierozerwalnie polaczony z ziemia i ten proces jest jaskrawy w trakcie zwracania prochow czlowieka bezposrednio do ziemi. Uwazam, ze zadna tradycja nie powinna dyktowac czlowiekowi co powienien, bo wowczas czlowiek ma potencjal cierpiec. W Wielkiej Ksiedze Tao jest zapis, ze nadmiar regul powoduje, ze ludzie je lamia. Idealna spolecznoscia bylaby taka gdzie ludzie szanuja siebie i szanuja sie nawzajem.

Werset
Mateusza 10,39 napisał:
Kto chce znaleźć swe życie, straci je. a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je.
Kazdy przekaz jest odbierany przez osobe na bazie jej swiatopogladu. Ja interpretuje go jako eschatologiczna obietnica w obliczu konfrontacji jednostki z rzeczywistościa, ktora nie przypomina "Królestwa Bożego, ktore jest tutaj" jakie w wyobrazni uklada sobie wyznawca katolicyzmu (Polska) czy chrzescijanstwa, bo ta wyobraznia jest warunkowana kulturowo. Ten przekaz jest antyteza konwencjonalnej mądrości/madrosci kolektywnej/kulturowej, ze wszystkie próby ochrony życia w materii jako duch skoncza sie smiercia. Jakkolwiek, kiedy zyje sie dla świata, jak archetyp kultury zachodniej Jezus z Nazaretu, dochodzi sie do odkrycia zycia jako usluzny lider i wowczas traci sie poczucie strachu przed smiercia, zmarszckami, siwymi wlosami, i nie traci sie czasu na rozterki zyciowe, ktore sa nieistotne. Mozna sobie skosztowac cierpienia dla przypomnienia wchodzac w kontakt z czlowiekiem ktory cierpi, ale w minimalnych dawkach.

MD napisał:
Powstaje z tego kolejne pytanie: a co jest moją misją życiową? Po czym ją poznam?
Pytanie egzystencyjne nie jest niczym zaskakujacym w Twojej sytuacji, bo dotychczasowy "pokarm" duchowy przestal Ci wystarcac. Nikt nie odpowie Ci co jest Twoja misja zyciowa tylko Ty. Najlepiej rzucic kwestie w Eter/wyslac pod krzyz i cierpliwie czekac, bo odpowiedz do cichego umyslu przyjdzie na pewno, ale moze nie przyjsc na Twoim grafiku.

MD napisał:
... a sprowadza się ona do wykazania mojej osobowej mocy, to zmądrzenia w tym życiu na tyle, aby nie dać się zmanipulować światu, ludziom, własnym słabościom, aby okazać siłę mojego umysłu (niekoniecznie innym ludziom, aby się pochwalić, bo potrzeba chwalenia się to też słabość). Powoli odkrywam tę moją misję, ale wciąż wiele mam do odkrycia.
Jakikolwiek bedzie ten koncowy produkt, potrzebujesz go przyniesc do stolu Panskiego/Komunii/ogolu ludzkosci.

MD napisał:
Czy w końcu zacznę się cieszyć życiem?
- Trudne pytanie. Na razie, faktycznie, moje życie wydziela mi radości... hmmm oszczędnie. Wciąż raczej jestem na etapie inwestowania, a nie odcinania kuponów. Liczę jednak na to, że w końcu inwestycja zacznie przynosić profity.
Misja jest pasja i nie przynosci "profitow" ale usmiech na twarzy bez wzgledu na pogode. Moja pasja sa dzieci i edukacja. W kazdym z nas doroslych drzemie dziecko a jesli Ci przez moj zapis cos pomoglam (stol Panski/Komunia) to edukacja. To sie usmiechne, bo tak sie wlasnie ciesze zyciem :)

Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Dyskurs dnia Pią 1:30, 02 Mar 2018, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Ircia




Dołączył: 04 Lut 2018
Posty: 915
Przeczytał: 37 tematów

Pomógł: 96 razy
Skąd: z wyśnionej krainy abstrakcji
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 23:22, 03 Mar 2018    Temat postu: Re: "Pozytywne myślenie" a prawda

Wracam do pierwszej wypowiedzi Michała ( jeśli będę powtarzać to co ktoś już napisał to przepraszam, ale aby nie zakłócać sobie myślenia do odpowiedzi postanowiłam przejść po skomentowaniu) :



Cytat:
Więc po którymś tam spotkanym człowieku z depresją, aż się prosi tym ludziom powiedzieć: przestańcie patrzeć na tą ciemną stronę życia! Zobaczcie, w tej samej sytuacji ktoś inny dostrzega pozytywy, ciekawe wyzwania, okazję do wykazania swojej osobowości, a wy tutaj ględzicie o tym, że wszystko jest źle, że świat jest wredny!... Ludzie! Ogarnijcie się!


Tak, słynne i jakże nieskuteczne 'weź się w garść' -nie jedną osobę ten rodzaj pomocy doprowadził do ostateczności. Wiem Michał że nie to miałeś na myśli, tak mi się tylko skojarzyło z 'Ogarnijcie się'...
Cytat:
Ale ludzie nie wiedzą JAK się ogarnąć, jak zwalczyć depresję. Więc psychoanalityk jeden, drugi, czy trzeci opracowali program wpływania na swoje emocje. Program polega na tym, aby na siłę przeprogramować czarnowidztwo, na pozytywne myślenie.
Ale program, jak to każde rozpoczęte przedsięwzięcie ludzi, jak już się zaczął, tak się rozwinął. Wraz z jego rozwojem, może jakimiś tam nawet sukcesami, pojawiło się pytanie: na ile on może pomóc każdemu człowiekowi?


Samo zdobycie umiejętności dostrzegania pozytywów, potrafienia odizolować się od bezsensownego zamartwiania się i pisania apokaliptycznych scenariuszy jest cenna, choć jak każde narzędzie gdy się go niewłaściwie używa/nadużywa bywa groźne...
Cytat:
Na ile pozytywne myślenie nie jest "drogą do raju" dla każdego?
Bo pewnie fajnie by było, aby mieć dobry nastrój, aby każdy był uśmiechnięty, wyluzowany, a do tego pełen empatycznej życzliwości do świata i ludzi. Zawsze i wszędzie widzieć wszystko pozytywnie - czy to nie kusząca wizja?... Może wystarczy sobie w tym celu robić takie małe "pranko mózgu", a już będziemy mieli raj na wyciągnięcie ręki?


Różowe okularki są słodkie i można je sobie na urlopie założyć, ale jednak nie pozwalają dostrzegać świata takim jaki jest- czyli ograniczają realistyczne widzenie - dostrzeganie zarówno pozytywów jak i negatywów, jak zawsze liczy się balans.

Cytat:
Bo nie łudźmy się - każdy taki program metodycznego wpływania na myśli, atakowania swojej psychiki jakąś formą mentalnego nacisku, jest już rodzajem prania mózgu. Oczywiście to "pranie" wcale nie musi być takie złe, bo w małej dawce, a szczególnie wobec osoby, która ma depresyjne skłonności, mocniejsze zasugerowanie, że świat możemy uczynić piękniejszym samym nastawieniem emocjonalnym, jest chyba czymś ok. Problem zaczyna się, gdy z pozytywnym myśleniem zaczynamy wiązać zbyt duże nadzieje, albo gdy zdominuje on rozsądek w myśleniu.

Całkowicie się zgadzam. Prosty eksperyment ze spacerem po tej samej ulicy przy podobnej pogodzie tylko raz z nastawieniem na poszukiwanie negatywów a drugi pozytywów potrafi uświadomić sobie moc nastawienia, ale także fakt że gdy myślę pozytywnie jednak nie mogę kasować informacji o psim gównie na środku chodnika a przyjąć tą informację i stosownie do niej zmodyfikować swój kurs co by buty nie zmieniły nuty zapachowej...

Cytat:
Dlaczego to całe pozytywne myślenie (najczęściej) nie działa. W skrócie dlatego że:
- potrzebujemy informacji zwrotnych (feedback), jak się tylko programujemy w głowie, nie dbając o to, co się dzieje, to nasza psychika "czuje", że coś tu nie gra.

Tak, jeśli sobie wmawiam że otoczenie jest piękne to aby umysł to zaakceptował musi otrzymać potwierdzenie, nawet jeśli tym pięknem będzie zeschnięty liść, to gdy się nim człowiek szczerze zachwyci to może to podziałać i humor się poprawi, samo wmawianie sobie że dostrzegamy piękno, podczas gdy nic pięknego nie dostrzegamy tylko pogłębi negatywny nastrój, próba wmawiania sobie że ten liść jest piękny, podczas gdy niczego pięknego nie widzimy to tylko 'Słowacki wielkim poetom był'...

Cytat:
- potrzebujemy mieć świadomość mierzalnych, wyrazistych objawów naszego działania, że jest progres, że idziemy we właściwym kierunku. Jak tego nie ma, jak tylko się przekonujemy i przekonujemy, bez czegoś mierzalnego, to psychika będzie nam się buntowała.

Tak, zdrowe myślenie wymaga dowodów - samo wmawianie sobie że moja firma się rozwija podczas gdy dosłownie nic na to nie wskazuje, wszelkie parametry lecą w dół lub jest totalna stagnacja może prowadzić tylko do zaniechania adekwatnych działań, lub do działań nie uwzględniających faktów co w przypadku firmy może się zakończyć bankructwem.
Cytat:
- poszukujemy odpowiedzialności w życiu. To, że sobie coś zaprogramujemy, w oderwaniu od rzeczywistości, skutkuje, że wszystko "wisi" na naszej głowie, na umocowaniu samego programu. Tymczasem odpowiedzialność jest czymś, co wyłania się z samego świata, a nie z naszego zaprogramowania.

Mogę doszukiwać się pozytywów nawet w złej sytuacji, ale nie aby uniknąć odpowiedzialności, bo takie działanie to już tylko głupota.
Cytat:
- jesteśmy naturalnie zaprogramowani biologicznie na to, aby minimalny poziom realizmu w myśleniu utrzymywać. Manipulowanie ocenami jest przez nasz umysł podświadomie odbierane jako fałsz, czujemy, że fałszujemy coś, gdy za bardzo to sobie wmawiamy.

Tak - minimalny, ale skala oszukiwania siebie bywa naprawdę porażająca, mam trochę doświadczeń z osobami uzależnionymi od środków psychoaktywnych i wiem że sprawy oczywiste dla każdego zewnętrznego obserwatora dla takiej osoby wcale oczywiste nie są - mechanizmy obronne ego potrafią dramatycznie fałszować obraz rzeczywistości ( tak, taki człowiek serio jest pewny że kontroluje sytuację, że odlatuje 'tylko czasami' itd). Choć być może nałóg pogłębia się właśnie dlatego że pewna część umysłu łapie że to iluzja i aby ją utrzymywać następuje zwiększenie potrzeby wyłączania go.

Cytat:
Najprościej jest problem z owym pozytywnym myśleniem pokazać doprowadzając sytuację do skrajności. Wyobraźmy sobie jakiegoś geniusza pozytywnego myślenia, który w każdej sytuacji jest w stanie negatywne bodźce zablokować mocą swojego umysłu. Oto siedzi sobie w domu i przybiegają ludzie "dom się pali, uciekaj!". A nasz geniusz pozytywnego myślenia na to reaguje: nie będę negatywnie patrzył na sytuację, uznaję, że wszystko jest OK, nie ruszę się z tego pokoju... (a tu już płomienie się zbliżają).
Skrajnie pozytywnie myślący ludzie będą eliminowani zwykłym doborem naturalnym (części z nich pewnie byłby sens przyznać słynną nagrodę Darwina). Co rusz nie brakuje kretynów tak "pozytywnie" przekonanych o swoich możliwościach, że porywają się na bardzo niebezpieczne wyczyny i często po prostu tracą życie. Mamy nawet jackass - medialną formę tego podejścia.


Skrajność w czymkolwiek nie jest niczym zdrowym ( chyba że ktoś potrafi wskazać coś co po doprowadzeniu do skrajności nie zakrawa na absurd, tylko niezależnie od natężenia zawsze jest ok), zawsze ważny jest balans - pozytywne myślenie - tak, ale zawsze zrównoważone ostrożnością i rozwagą oraz szeroko pojętym zdrowym rozsądkiem i poszanowaniem praw natury.


Cytat:
Warto by "na czystą logikę" rozważyć, co właściwie jest lepsze - programowo starać się myśleć pozytywnie, czy jednak myśleć realistycznie?...


Jestem za realizmem - czyli dostrzeganiem zarówno plusów jak i minusów - minusy uwzględniam, zachowuję środki ostrożności, plusy obracam na swoją korzyść, wykorzystuję je.
Cytat:
- Oto mężczyzna ma rywala, który wygląda na wyraźnie silniejszego - czy ma "myśleć pozytywnie" i zadzierać z nim, bo na pewno wszystko się uda, jednak rozsądniej jest ocenić swoje szanse w potencjalnym starciu i nie prowokować silacza?...

Na mój gust należy realnie szacować swoje szanse - aby to zrobić trzeba znać swoje słabe i mocne strony, oraz uwzględniać czynniki dodatkowe - np może ów facet i nie wygląda na siłacza ale np trenował długo jakiś sport walki i to daje mu przewagę, może ten silniejszy jest równocześnie typem tchórza i wystarczy mu popatrzeć w oczy bez lęku a zwątpi w swoje szanse, ale tak czy inaczej samo pozytywne myślenie nie oparte na faktach jest g...o warte.
Cytat:
- Mamy zdawać na studia - czy "pozytywnie myśląc" wybrać sobie najtrudniejszy kierunek, niedostosowany do naszych zdolności i umiejętności (bo na pewno się uda), a potem przeżywać frustracje z powodu kolejnych zawalonych egzaminów, czy raczej potraktować problem realistycznie i wybrać sobie kierunek pasujący do tego, czym dysponujemy?...

I znów realizm, tylko aby móc realnie ocenić swoje szanse musimy umieć dostrzegać swoje atuty i słabe punkty, a z tym bywa różnie, bo często otoczenie krytykuje zbyt surowo, nieadekwatnie, lub też sami oceniamy się zbyt surowo, choć całkowite nieuwzględnianie krytyki też jest nierozsądne - jak zawsze - równowaga
Cytat:
- pozytywnie myśląc sensowne zdaje się postawienie dużej sumy pieniędzy na jakąś kiepską chabetę w wyścigach konnych - zapewne dużo dałoby się wygrać. Tyle że realia pokażą, że się straci...
Dokładnie- realia pokażą, choć rozsądniej byłoby się pouczyć na błędach kogoś innego.

Cytat:
W starciu pozytywne myślenie vs realizm, ja stawiałbym na ten drugi.
Z drugiej strony jakaś forma nadziei, wiary w siebie, czasem nawet jakby trochę wbrew realiom, chyba nie jest taka zła. Nie posiadamy pełnej wiedzy na temat tego co jest realistyczne, a co nie. Niektórzy wizjonerzy, postawili na opcję wyśmiewaną przez otoczenie jako nierealistyczną, a wygrali. Dlatego całkiem pozytywnego myślenia bym nie "banował".

Czasem po prostu ktoś dostrzega jakieś szanse których inni nie wiedzą,dlatego reagują wyśmiewaniem,mimo że ta szansa jest jak najbardziej realna i przemyślana, ale jeśli taka osoba równocześnie nie potrafi realistycznie podejść do potencjalnych kłopotów to raczej dużo nie osiągnie.

Cytat:
Jednak chyba stało się coś wariackiego z tym programem pozytywnego myślenia, niektórym odbiło, stali się właściwie "oszołomami pozytywnego myślenia", czy zbliżają się do granicy zdrowia psychicznego, dekretując "pozytywnie" wszystko, co tylko im się wyda za warte takiego zadekretowania.

To fakt - wiara że każdy może wszystko.... jasne - mogę zostać zawodową koszykarką, to nic że 'trochę' za późno na rozpoczęcie takiej kariery i 'trochę' za mało mam cm :D oczywiście mogę grać w koszykówkę i wiara że mogę będzie mi pomocna gdybym zaczęła działać w tym kierunku, ale nieliczenie się z ograniczeniami to tylko głupota.

Cytat:
Myślę, że rozsądną życiową strategią jest zaprzestanie odgórnego programowania się w żadna stronę - myślenie realistyczne, skupianie się na dążeniu do prawdy, rozumianej jako niezakłócone chciejstwem postrzeganie rzeczywistości jest chyba strategia, na której najlepiej jest bazować w życiu. Choć oczywiście sprawa jest skomplikowana.
Temat jest chyba wart przedyskutowania...

Na pewno warto o tym podyskutować, szczególnie dojść do tego jak myśleć, aby myślenie było realistyczne, ani nie magiczno-życzeniowe, ani aby czarne myśli nie blokowały działań.
Jak umiejętnie korzystać z narzędzi jakimi są z jednej strony szukanie pozytywów z drugiej takie techniki jak wizualizowanie najgorszego możliwego scenariusza? ( świetne na stres przedegzaminacyjny).


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Filozofia Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin