Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Problem fundamentalny - możliwość bycia szczęśliwym
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Filozofia
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 15974
Przeczytał: 128 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 13:05, 13 Lut 2020    Temat postu: Problem fundamentalny - możliwość bycia szczęśliwym

Dla mnie takim superważnym powodem praktykowania religii judeochrześcijańskiej jest to, że postawiła ona problem grzechu pierworodnego, czyli (już w mojej interpretacji) pytanie o możliwość osiągnięcia szczęścia przez umysł podobny ludzkiemu.

Bo moja interpretacja grzechu pierworodnego jest z grubsza taka: umysł człowieka, nawet bytujący w warunkach maksymalnie komfortowych, nawet pozbawiony trosk i cierpienia, BEZ PRZYGOTOWANIA W PEWIEN SPOSÓB nie potrafi osiągnąć trwałego szczęścia.
To traktuję jako tezę do dyskusji, a jednocześnie problem fundamentalny człowieczeństwa i osnowę sensownych religii.

Chciałbym skupić się na samej owej tezie, pomijając spory na temat religii w ogóle. Czy ta teza jest słuszna?
Co za nią przemawia?
Według mnie przemawia za nią niemało.
1. Przypadek ludzi bogatych, zdrowych, młodych, nie mających "realnych trosk", a jednak często niespełnionych, nieszczęśliwych.
2. Celowość ludzkich poczynań - skupiając się na osiąganiu celu, a ostatecznie osiągając ów cel, odczujemy satysfakcję. Ale ta satysfakcja będzie trwała tylko jakiś czas; potem przyjdzie pustka, brak celu, brak sensu dążenia do czegoś. Może ten schemat jest nieprzekraczalny?
3. Niekończące się ludzkie spory (także tu na sfinii) wciąż ponawia się u większości ludzi pragnienie zaczepki, wytknięcia komuś czegoś, wyżycia się w agresywnym stylu. Może bez owej agresji nie potrafimy (jako ludzie) funkcjonować? A to jednocześnie świadczyłoby, że zawsze będziemy chcieli się (jako ludzkość) krzywdzić, dokuczać sobie, robić innym piekło w imię tego, "że mogę", że "mam możliwość wykazania innym swojej wyższości, czy choćby zdolności do wywołania silnej emocji".

Najbardziej chciałbym zastanowić się właśnie nad tym punktem 3 - powszechnością ludzkiej agresji, potrzebą agresji. Z jednej strony agresję traktuje się jako coś złego, jest ona nieakceptowana; z drugiej jednak strony jest tak wszechobecna, tak wypełnia karty historii świata, często tak pozbawiona realnych podstaw, że to naprawdę daje do myślenia. Agresję ludzie potrafią przejawiać nawet w przyjacielski sposób - np. robiąc kumplowi kawał, rozładowując jakieś emocjonalne napięcie (np. kobiety "w trudnych dniach", bądź faceci, rozdrażnieni czymś w pracy). Nasze emocjonalne funkcjonowanie jest od najmłodszych lat powiązane z wymianą dawek agresji - maluchy zabierają sobie zabawki, złoszczą się na siebie, specjalnie robią coś na przekór - czy to innym dzieciom, czy dorosłym. Chyba tak też jest, że taką drobną agresją ludzie po prostu przypominają innym, że są, że żyją, domagają się uwagi, dostrzeżenia, przypominają o fakcie bycia członkiem społeczności. Agresji pragniemy również doznawać w formie wirtualnej. Najczęściej oglądane filmy to te, w których występuje agresja. Przecież nic nie zmusza ludzi do oglądania krwawych obrazów wojennych, horrorów, filmów sensacyjnych, gdzie trup ściele się gęsto. Ludzie Z WŁASNEJ WOLI chcą być ową agresją pobudzani, chcą mieć z nią kontakt. I to nie ludzie wybrani, nieliczni, ale praktycznie wszyscy. Nasze emocjonalne funkcjonowanie jest ewidentnie wpisane w różne postacie konfliktów, zachowań negatywnych. Dlaczego tak mamy?...
Gdyby komuś zaproponowano następujący układ: dostaniesz dom z najlepszym wyposażeniem, zapewnimy ci zdrowie, dostęp do wygód, jedzenia, picia, wszystkiego co potrzebne do funkcjonowania, ale postawiono warunek: nie zetkniesz się z żadną postacią agresji, nie wolno ci będzie przejawić żadnej agresji, to zapewne większość ludzi zareagowałaby: to wtedy szybko zanudziłbym się na śmierć!

Z drugiej strony agresja nas niszczy - zabija, krzywdzi emocjonalnie, rozwala nam życia. Tej agresji jednocześnie chcemy i unikamy jej. Bezrefleksyjni ludzie chętnie przejawiają ją na zewnątrz, lecz są bardzo oburzeni, gdy owa agresja do nich wraca. A najczęściej wraca. Ludzie zdolni do refleksji w końcu zaczynają rozumieć, że jedno z drugim jest powiązane, że agresja przejawiana przez nas i agresja, której doznajemy są tożsame funkcjonalnie. Zmienia się tylko sam kierunek.
Ale też wiele ludzi trochę chce być poddanym jakiejś formie agresji, nacisku, presji. Świadczą o tym dobrowolne praktyki sado - maso, świadczy o tym dobrowolne zaciąganie się mężczyzn do armii, sportów walki (i nie tylko mężczyzn). Owi ludzie mają przecież świadomość, że nie tylko oni będą na tych wojnach przejawiać agresję, lecz także będą jej doznawać. I idą na to. Niektórzy nawet, bez większego problemu godzą się z tym, że zginą na wojnie, w którą się wplątali. Czy oni nie chcą żyć?
Jak to powiązać z - chyba powszechnym u ludzi - pragnieniem szczęścia?...

Może - jako ludzkość - jesteśmy tak skażeni sprzecznością własnych pragnień i intencji, że nie mamy szansy na trwałe szczęście?
Ale może...
... może da się jednak osiągnąć taki poziom świadomości, takie uładzenie się z własnymi potrzebami psychicznymi, emocjami, że nasza ludzka natura odnajdzie się w stanie trwałego szczęścia?
Dla mnie jest oczywiste, że nawet jeśli ta druga opcja jest możliwa, to chyba nie jest łatwa do zrealizowania. Dogadanie się z samym sobą tak, aby SAMEMU nie niszczyć podstaw do szczęścia w sobie - w obliczu wyżej opisanych problemów - jest trudne. Być może jest bardzo trudne, wymagające niezwykle zaawansowanej, nawet bolesnej formy terapii?


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Śro 21:47, 25 Mar 2020, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 15974
Przeczytał: 128 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 14:36, 13 Lut 2020    Temat postu: Re: Problem fundamentalny - o możłiwość bycia szczęśliwym

Moje osobiste za i przeciw tezie, że można być trwale szczęśliwym

Przeciw temu, że można być trwale szczęśliwym
1. Ludzkie pragnienie agresji, tak niszczące otoczenie, a na koniec samych siebie jest wszechobecne w historii i kulturze
2. Obserwujemy wysycanie się satysfakcji - np. narkotyki, aby działały na psychikę, muszą być podawane w coraz większych dawkach. Ale ogólnie, szukamy wciąż więcej i więcej pobudzeń, tych pozytywnych. A przecież nie da się dawek pozytywnych eskalować w nieskończoność.
3. Nudzimy się, satysfakcja nie trwa wiecznie
4, mamy instynktowną potrzebę agresji, która działa niszcząco na związki międzyludzkie, z tego zaś wynika erozja środowiska emocjonalnego, w jakim przychodzi nam żyć
5. samotność też nie jest rozwiązaniem, opisanej w punkcie 4 pułapki agresywności. Bardzo niewiele osób w samotności potrafi być szczęśliwymi. Ale przecież, jak są w grupie, społeczności, to ją zaczynają niszczyć agresywnymi tendencjami
6. Część ludzi w ogóle wykazuje skłonności autodestrukcyjne - sami jakby nie chcieli być szczęśliwi.
7. Pozytywne bodźce uczuciowe mają skłonność do wysycania - np. seks się nudzi (szczególnie z jednym partnerem), wszystko co sprawia radość, zwykle po jakimś czasie powszednieje, blednie.
8. Gdybyśmy mieli wszystko bez ograniczeń, to nie mielibyśmy wyzwań. Gdy zaś są wyzwania, to znaczy, że jest czegoś brak, niedosyt, pragnienie, niezrealizowanie. I nie widać z tego dylematu wyjścia.
9. Najlepiej się czujemy, gdy uczucia, emocje "wrzucimy na luz". Jednocześnie jednak, obserwując tych najbardziej emocjonalnie wyluzowanych, szybko spostrzeżemy, że są to toksyczne dla otoczenia jednostki - ludzie, którym ów luz usprawiedliwia nie liczenie się z nikim i z niczym. Aby nie krzywdzić, trzeba być uważnym, opanowanym, postrzegającym efekty działań i poczynań, bo inaczej przeoczy się możliwość skrzywdzenia kogoś. Jednak jak będziemy żyli na takim emocjonalnym hamulcu, wciąż w lęku, że kogoś tam krzywdzimy, to nie poczujemy tego, emocjonalnego "wiatru w żaglach". I nie widać z tego dylematu wyjścia.
10. Ekspansywność, sprawczość. wymagają wiary we własne siły, skupienia się na celu. Ale skupiając się na celu, coś tam pomijamy, może kogoś krzywdzimy, może coś psujemy. Znowu dylemat trudny do rozwiązania.


ZA tezą, że można być trwale szczęśliwym
1. Są ewidentne przypadki ludzi szczęśliwych i to całkiem trwale szczęśliwych
2. Są przypadki udanych terapii, udanych przemian emocjonalnych, pokonania złych skłonności, nawyków. Może to jest tylko kwestia metody, trochę determinacji, aby jednak pokonać ograniczenia, które stawia nam natura i dylematy opisane w 10 punktach wyżej.
3. Szklanka do połowy pusta, jest do polowy pełna - jeśli nawet wskażemy na to, że pozytywne emocje i uczucia się wysycają, to jednocześnie warto zauważyć, że one są, mamy dla nich potencjał. Może to jest tylko kwestia metody, jak je utrwalić?...
4. Są przykłady społeczeństwo, które w bardzo dużym stopniu poradziły sobie z agresją szczególnie niedostosowanych jednostek - ludzie w nich żyją, rozwijają się.
5. Może nauka, czy ogólnie ludzka przemyślność znajdzie metody leczenia ludzi szczególnie zaburzonych, agresywnych - czy to farmakologicznie, czy innymi sposobami.
6. Mamy do dyspozycji (jako ludzie) wspaniałą emocję, wspaniałe źródło szczęścia - MIŁOŚĆ. I wielu ludzi realnie jest w stanie kochać, czuć pozytywną stronę kontaktu z innymi istotami. I to działa. Nie u wszystkich jeszcze działa w pełni poprawnie, ale jednak działa.
7. Świat natury oferuje niewyczerpane zasoby piękna. Wrażliwe natury mają wspaniałe źródło, do pozytywnych doznań. Wystarczy mieć wrażliwość. A tę chyba da się rozwijać.
8. Ludzkość wciąż się rozwija, mamy coraz bogatsza ofertę atrakcyjnych przedmiotów, dzieł literackich, filmowych, muzycznych. Źródła do pozytywnych doznań są niewyczerpalne.
9. Uczymy się i rozwijamy, pokonujemy trudności. Jednak większość ludzi ostatecznie daje sobie radę z tym, co trudne, wychodzą na prostą nawet z trudnych życiowo sytuacji. Mamy moc - jako ludzkość - mamy potencjał do radzenia sobie z problemami.
10. Z punktu 9 wynika też, że właśnie pokonując problemy zyskujemy dodatkowe źródło satysfakcji. Odpowiednio zrównoważony i silny umysł potrafi zło i problem obrócić w dowód wartości człowieka i satysfakcję.
11. Mamy Boga, który nad ludzkością czuwa. Dziedziczymy Jego boską naturą, która jest dobra i niesprzeczna. To jest najmocniejszy powód, aby mieć nadzieję na trwałe szczęście.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 15974
Przeczytał: 128 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 15:45, 13 Lut 2020    Temat postu: Re: Problem fundamentalny - o możłiwość bycia szczęśliwym

I na koniec zagajenia w temacie podałbym coś w rodzaju wniosków praktycznych.

Strategia, jak stawać się szczęśliwym
Podstawowym hasłem mojej osobistej strategii, która miałaby przybliżyć szczęście byłoby chyba: poznaj samego siebie, szczególnie pod kątem potencjalnych sprzeczności i nieusuwalnych (na danym etapie, bo w dłuższej perspektywie jestem optymistą) barier swojej natury, przede wszystkim słabości, nieuświadomionych (a więc niemożliwych do zmodyfikowania rozumowego) motywów, wpływających na odczuwanie.
Ogólnie stoję na stanowisku, że znając siebie, mam szansę na racjonalne rozumowanie, reakcję, poprawę stanu rzeczy. Nie znając siebie, będę jedynie nieświadomym odbiorcą impulsów, które zrobią ze mną co zechcą, zmanipulują mnie, a ja nie będę miał żadnej szansy na zorientowanie się, że w ogóle manipulowany jestem. Szczególnie ważne w tym kontekście jest poznanie własnych słabości, czy ogólnie trudnych stron mojej osobowości. To co we mnie jest dobre nie wymaga szczególnej reakcji, nie wymaga naprawy, więc mogę sobie to coś pominąć w większości rozważań (w części uwzględnić je muszę). Jednak to co buduje we mnie bariery, problemy, wymaga wiedzy, a potem strategii działania. Dlatego największą głupotą, jaką znam w kontekście szczęścia, jest odwracanie swojej mentalnej uwagi od problematycznych stron swojego charakteru, osobowości. Tą metodą nigdy nie mam szansy stać się trwale szczęśliwym.
Jednocześnie oczywiście trzeba uniknąć przy tym jakiegoś permanentnego negatywizmu spojrzenia na siebie. Nie chodzi o to, aby się zadręczać oskarżeniami, lecz O WIEDZĘ, czyli raczej O POWSTRZYMANIE NADMIERNEJ OCENNOŚCI. Na siebie zamierzam patrzeć od strony funkcjonalności i zrozumienia, a nie mielenia emocji, które i tak niczego nie rozwiążą. Bo emocje w ogóle nie służą do rozwiązywania - one dają jakiś impuls, zaś rozwiązanie przychodzi od strony wiedzy, rozumienia, konceptów.

Warto, w kontekście strategii ku szczęściu, uświadomić sobie listę pewnych problematycznych dychotomii, które - źle zrozumiane i stosowane - szczęście niszczą, a poprawnie uświadomione budują
Dychotomia celowości i satysfakcji
Dążenie, skupianie się na celu jest tym, co nas mobilizuje, napędza. Osiągnięcie celu daje radość, ale za nią za chwilę pojawi się pustka braku obiektu do dążeń. Z pozoru nie ma z tego wyjścia, bo brak celu tworzy marazm, osiągnięcie celu ten marazm przywraca, a jak tu osiągać cel, tak aby go nie osiągnąć ("chodzi o to, aby gonić króliczka"). To trzeba sobie w uczuciach uładzić, dobrze przemyśleć.

Dychotomia znaczenia i odpowiedzialności
Rzeczom, ideom, osobom nadajemy znaczenia, czyniąc je obiektem naszego starania, troski zdobywania, a także odpowiedzialności. Ta odpowiedzialność jest nierozerwalna z wartością czegoś w naszych uczuciach. Ale ta odpowiedzialność bywa też emocjonalnym ciężarem, kotwicą uczuć, przyczyną swoistego zniewolenia. Teoretycznie można zyskać "wolność" pozbywając się odpowiedzialności, można wszystko zacząć traktować lekko. Ale w ten sposób zaczynamy de facto proces erozji prawdziwego znaczenia rzeczy. Nie da się bowiem oderwać znaczenia od odpowiedzialności - jeśli nam na czymś naprawdę zależy, to będziemy (i to jest właściwe!) odpowiedzialni za kontakt z tym czymś.

Dychotomia zdyscyplinowanej kontroli, a spontaniczności, uczuciowości i niezakłóconej obserwacji
Skupiając się na celu, kontrolując swoje zachowania zgodnie z przyjętym wzorcem (trochę na podobieństwo regulaminu, dyrektywy, rozkazu do działania) automatycznie oddajemy, gubimy spontaniczność, luźny niezakłócony osąd, uczuciową swobodę. Na to też nie ma rady - jak jest jedno, to nie ma drugiego. Działając w ramach sztywnego wzorca, będziemy z samego faktu takiego działania, filtrowali rozpoznania i bodźce do działania pod kątem zgodności z owym wzorcem. Działając schematycznie, zabijamy więc trochę swoje uczucia i spontaniczność. Z drugiej strony będąc nieustannie spontaniczni nie skończylibyśmy żadnej pracy, nie zrealizowalibyśmy żadnego złożonego zadania, bo zamiast robić to co trzeba, to co wynika z logiki zadania, będziemy szukali jakichś uczuć, spontanicznej wolności itp.


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Czw 19:46, 13 Lut 2020, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 15974
Przeczytał: 128 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 4:09, 18 Lut 2020    Temat postu: Re: Problem fundamentalny - o możłiwość bycia szczęśliwym

Jest taka postawa człowieka, którą można by określić jako idealnie przeciwną do umożliwiającej szczęście. Tą postawą jest z grubsza podejście o następującej intencji:

Postawa, aby nie być nigdy szcześliwym
Jest to postawa pogardy i deprecjacji wszystkiego, związana z przekonaniem, że zawsze należy mi się coś więcej, dużo więcej niż dostaję. W jej ramach człowiek, na wszystko co zdobył, otrzymał patrzy bez wdzięczności, tylko znajduje w tym słabe strony, złe strony, głupie cechy. Nic nie uszczęśliwi tego, który programowo każdą ofiarowaną mu rzeczą, intencją, słowem, podziwem, pragnieniem odpowiada: to nieważne, jak dla mnie to nic, nie podoba mi się to. Ktoś, kto ma niechętny stosunek do każdej rzeczy i osoby, jest już we własnym osobistym piekle, NIEZALEŻNIE OD TEGO, CO UCZYNIŁ. Taki człowiek, nawet gdyby dokonał najwspanialszych czynów, poświęceń, niezwykłych dokonań pod jakimkolwiek względem, szczęśliwym być nie może, bo i tak szczęście odrzuca. A szczęście nikogo nie dotknie bez woli zainteresowanego.

W odróżnieniu od tego, jest postawa, która szczęście niejako naturalnie przyzywa.

Postawa człowieka, który szczęście ma jako najnaturalniejszą cząstkę swojej natury
Jest to postawa kogoś, kto DOCENIA WSZYSTKO, potrafi ucieszyć z podarowanego mu uśmiechu, słowa, intencji, myśli. To ktoś, kto gdy dostanie drobiazg, jest w stanie rozradować się, jakby dostał wszystkie skarby świata. To ktoś, kto niczym nie gardzi, a wszystko wywyższa. Gdy taki człowiek spotka kogokolwiek na swej drodze, to ma z samego powodu spotkania mnóstwo powodów do radości - że ów ktoś jest, że zdarzyła się ta chwila, możliwość ujrzenia kogoś, kontaktu z nim. U ucieszy się tak, jakby spotkał się z najważniejszą osobą na świecie - jedynym mędrcem tego świata, czy królem, którego ujrzenie jest samo z siebie niezwykłym zaszczytem. Taki człowiek szczęścia niczym nie gardzi, a wszystko wywyższa, nie pragnąc poniżenia niczego, ani nikogo. Taki człowiek, nawet gdyby się znalazł w otoczeniu ludzi i rzeczy całkiem zwyczajnych, dla każdego innego przeciętnych, już będzie jakby w swoim niebie - bo wszystko doceni, wszystkim się ucieszy, bo szczęście jest jego naturą.

Może nawet warto jest trochę wycierpieć w życiu, aby NAUCZYĆ SIĘ DOCENIAĆ, aby zrozumieć, że nic nie jest tak zupełnie darmo. I choć nie uważam, aby zdolność do doceniania była warunkiem wystarczającym do znalezienia się w raju, to jest jednak na pewno warunkiem koniecznym. Czyli kto nie potrafi wywyższać tego, co otrzymuje, być wdzięcznym i cieszyć się naturalnie tym, co spotyka w życiu, ten na żaden raj nie ma szansy. Kto poniża siebie, wywyższając ludzi i rzeczy obok siebie, dostając dar, dostanie wielki dar, wspaniały, godzien wielkiej radości. Kto poniża wszystko i wszystkich, ten nie może w ogóle otrzymać żadnego pozytywnego daru, bo czego by nie otrzymał, to i tak tego nie doceni, to coś nie będzie darem i źródłem szczęścia, tylko wzgardzoną głupotą. I to wszystko obowiązuje po prostu z natury umysłu - nie trzeba tutaj wcale wierzyć w Boga, czy życie pozagrobowe. aby zrozumieć ten podstawowy mechanizm odczuwania szczęścia.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 15974
Przeczytał: 128 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 21:54, 25 Mar 2020    Temat postu: Re: Problem fundamentalny - o możłiwość bycia szczęśliwym

Michał Dyszyński napisał:
Strategia, jak stawać się szczęśliwym

..
Dychotomia celowości i satysfakcji

Dychotomia znaczenia i odpowiedzialności

Dychotomia zdyscyplinowanej kontroli, a spontaniczności, uczuciowości i niezakłóconej obserwacji

Dołożyłbym jeszcze
Dychotomia wrażliwości i opanowania się, utrzymania równowagi mentalnej
Wrażliwcy są często uznawani za ludzi słabych. Z kolei z drugiej strony funkcjonuje stereotyp osiłka, typa z grubsza ciosanego, wręcz przygłupawego. Szczęście jeśli ma być związane z odczuwaniem piękna, wymaga wrażliwości. Z kolei wrażliwość w przesadzie, nadwrażliwość, rozwala myśli i uczucia. Trzeba ten nadmiar wrażliwości jakoś opanować, ująć w karby. Gdzieś, aby być szczęśliwym trwale, trzeba znaleźć tę indywidualną syntezę pomiędzy wrażliwością i opanowaniem, utrzymywaniem się w ryzach.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Banjankri




Dołączył: 17 Kwi 2012
Posty: 3558
Przeczytał: 78 tematów


PostWysłany: Czw 12:37, 26 Mar 2020    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:
Bo moja interpretacja grzechu pierworodnego jest z grubsza taka: umysł człowieka, nawet bytujący w warunkach maksymalnie komfortowych, nawet pozbawiony trosk i cierpienia, BEZ PRZYGOTOWANIA W PEWIEN SPOSÓB nie potrafi osiągnąć trwałego szczęścia.

Umysł ludzki, w swojej pierwotnej formie, jest trwałym szczęściem. Powiedzmy, z przed grzechu pierworodnego. Świadomość, a co za tym idzie dualizm dobra i zła, generuje pragnienia i troskę, która zaburza szczęście. Problem w tym, że nie da się rozwijać świadomość dalej w tym kierunku i powrócić przez to do pierwotnego szczęścia. Innymi słowy, nie da się przygotować do szczęścia, do niego trzeba się cofnąć. Problem w tym, że trzeba cofnąć czas, tzn. wycofać świadomość z przyszłości i przeszłości do teraźniejszości.


Ostatnio zmieniony przez Banjankri dnia Czw 12:39, 26 Mar 2020, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 15974
Przeczytał: 128 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 14:49, 26 Mar 2020    Temat postu:

Banjankri napisał:
Michał Dyszyński napisał:
Bo moja interpretacja grzechu pierworodnego jest z grubsza taka: umysł człowieka, nawet bytujący w warunkach maksymalnie komfortowych, nawet pozbawiony trosk i cierpienia, BEZ PRZYGOTOWANIA W PEWIEN SPOSÓB nie potrafi osiągnąć trwałego szczęścia.

Umysł ludzki, w swojej pierwotnej formie, jest trwałym szczęściem. Powiedzmy, z przed grzechu pierworodnego. Świadomość, a co za tym idzie dualizm dobra i zła, generuje pragnienia i troskę, która zaburza szczęście. Problem w tym, że nie da się rozwijać świadomość dalej w tym kierunku i powrócić przez to do pierwotnego szczęścia. Innymi słowy, nie da się przygotować do szczęścia, do niego trzeba się cofnąć. Problem w tym, że trzeba cofnąć czas, tzn. wycofać świadomość z przyszłości i przeszłości do teraźniejszości.

Tyle, że cofnięcie czasu nie rozwiązuje problemy, jeśliby ten czas za chwilę miał pójść i tak do przodu, a my wrócimy do problemu. Dlatego bardziej perspektywiczna wydaje mi się inna strategia.
Strategia trwałego szczęścia polegałaby na tym, aby nie dać się troskom rozwijać. Nie można (i nie należy!) trosk zupełnie ubijać. One mają swoją funkcję nawet w stanie szczęścia - wytyczają negatywny biegun. Więc świadomość powinna je w sobie jakie utrzymywać. Ale tym troskom należałoby "wybić zęby", spowodować, że staną się słabe, niczym przebrzmiałe wspomnienia. Za to na pierwszy plan warto byłoby postawić ROZWÓJ. Rozwój, a także powiązania z nim nadzieja (że rozwój da się kontynuować) nie ma granic czasowych. Ma ograniczenia stanu bieżącego - jesteśmy tym, kim jesteśmy. Ale to jest akurat dobrze, bo dzięki temu, że stany aktualne, możemy zastępować stanami przyszłymi (potencjalnie bardziej satysfakcjonującymi) rozwój może trwać.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Banjankri




Dołączył: 17 Kwi 2012
Posty: 3558
Przeczytał: 78 tematów


PostWysłany: Czw 16:21, 26 Mar 2020    Temat postu:

To są konstrukty, które choć potrafią ukoić, są nietrwałe. To, co tak naprawdę trwa nieprzerwanie i bez wysiłku, to teraźniejszość.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 28 Wrz 2015
Posty: 10042
Przeczytał: 91 tematów

Skąd: USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 16:44, 26 Mar 2020    Temat postu:

Banjankri napisał:
To są konstrukty, które choć potrafią ukoić, są nietrwałe. To, co tak naprawdę trwa nieprzerwanie i bez wysiłku, to teraźniejszość.
W ktorej wiekszosc ludzi jest nieobecna z kosztami biologicznymi i immunologicznymi.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Banjankri




Dołączył: 17 Kwi 2012
Posty: 3558
Przeczytał: 78 tematów


PostWysłany: Czw 16:48, 26 Mar 2020    Temat postu:

Dyskurs napisał:
Banjankri napisał:
To są konstrukty, które choć potrafią ukoić, są nietrwałe. To, co tak naprawdę trwa nieprzerwanie i bez wysiłku, to teraźniejszość.
W ktorej wiekszosc ludzi jest nieobecna z kosztami biologicznymi i immunologicznymi.

Trzeba uważać, bo przejście do teraźniejszości zdejmuje zbroję stresu i potrafi zabić, bo chociaż stres jest wyniszczającą osłoną, jest osłoną. Ostatnio tak właśnie "wpuściłem" wirusa.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 28 Wrz 2015
Posty: 10042
Przeczytał: 91 tematów

Skąd: USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 16:52, 26 Mar 2020    Temat postu:

Banjankri napisał:
Dyskurs napisał:
Banjankri napisał:
To są konstrukty, które choć potrafią ukoić, są nietrwałe. To, co tak naprawdę trwa nieprzerwanie i bez wysiłku, to teraźniejszość.
W ktorej wiekszosc ludzi jest nieobecna z kosztami biologicznymi i immunologicznymi.

Trzeba uważać, bo przejście do teraźniejszości zdejmuje zbroję stresu i potrafi zabić, bo chociaż stres jest wyniszczającą osłoną, jest osłoną. Ostatnio tak właśnie "wpuściłem" wirusa.
Mozesz to rozwinac? :szacunek:
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 15974
Przeczytał: 128 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 16:57, 26 Mar 2020    Temat postu:

Banjankri napisał:
To są konstrukty, które choć potrafią ukoić, są nietrwałe. To, co tak naprawdę trwa nieprzerwanie i bez wysiłku, to teraźniejszość.

Bo chyba też nie powinno się żyć całkiem bez wysiłku.
Wysiłek staje się problemem tylko w stanach patologicznych - przewlekłego zmęczenia, depresji, zaburzeń neurologicznych. Są ludzie pragnący wysiłku, pożądający go, uważający wysiłek za źródło przyjemnych doznań i satysfakcji. Męczą się tacy na swoich "siłkach", produkują sobie endorfiny, mają fun. Nawet skrajny wysiłek - np. wspinania się na najwyższe szczyty, walki na granicy możliwości, ekstremalnego sportu - daje wielu ludziom frajdę, napęd życiowy.
Kiedyś, za młodszych lat, nie rozumiałbym tej różnicy. Wtedy wydawało mi się absolutnie oczywiste i naturalne, że człowiek ma nadmiar energii, którą chciałby gdzieś wydatkować - coś osiągnąć, zrobić, wykazać się. Teraz mam czas swego rodzaju zdołowania, ciało moje funkcjonuje na "pół gwizdka", energia jest ciągle na deficytach, więc nagle okazało się, że sprawa może wyglądać zupełnie inaczej, że przykrością, walka wewnętrzną może być zwykła rozmowa, czasem bolesnym trudem jest samo zrozumienie, co ktoś do nas powiedział, wykonanie prostych czynności życiowych. Jest więc i tak, i tak.

Energia ma swoje dobre i złe strony; w nadmiarze może być tak samo niszcząca, jak w stanach jej deficytów. To też parę razy odczułem (szczególnie po wypiciu zbyt dużej ilości kaw) i też to było ważnym moim doświadczeniem.
Najbardziej chyba komfortowym jest stan lekkiego (!) nadmiaru energii, takich jej falowań z przypływami mobilizującymi do życia i działania. Jak się jest "pod kreską", to życie jest walką o energię i kombinowaniem jak tu jej nie stracić, jak zaoszczędzić na te czynności, myśli, odbiór bodźców, które i tak przyjdą i tak trzeba je będzie obsłużyć, a one wydrenują nam zasoby. Stan wyczerpania energetycznego objawi się depresją, zaburzeniami funkcjonowania zmysłów, wadliwa reaktywnością. No i po prostu cierpieniem.

Ciekawy watek kiedyś poruszyłeś - cierpienia z tytułu wydatku energetycznego na funkcje intelektualne. W stanach deprywacji energetycznej jest to chyba stan częsty. Zdarzało mi się go odczuwać, ale też u mnie np. to działa tak, że praca intelektu potrafi dać mi rodzaj ukojenia, zadziałać znieczulająco. Nieraz rozgrywam sobie partyjki szachów w internecie - tylko po to, aby umysł zająć jakimś konkretem, aby zapomnieć o innych rzeczach.
Fajnym ćwiczeniem mechanizmów obiektowego postrzegania wydaje się jazda samochodem. Trzeba wciąż rozpoznawać elementy po drodze - znaki drogowe, ludzi, pojazdy. Umysł wciąż pracuje, wyodrębniając je z tła, próbując rozpoznać istotne elementy - np. o czym informuje znak, jak szybko zbliża się do nas obiekt itp. Jazda samochodem jest takim trybem z przewagą obiektowego postrzegania nad innymi trybami odczuwania i myslenia.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Banjankri




Dołączył: 17 Kwi 2012
Posty: 3558
Przeczytał: 78 tematów


PostWysłany: Czw 17:37, 26 Mar 2020    Temat postu:

Dyskurs napisał:
Banjankri napisał:
Dyskurs napisał:
Banjankri napisał:
To są konstrukty, które choć potrafią ukoić, są nietrwałe. To, co tak naprawdę trwa nieprzerwanie i bez wysiłku, to teraźniejszość.
W ktorej wiekszosc ludzi jest nieobecna z kosztami biologicznymi i immunologicznymi.

Trzeba uważać, bo przejście do teraźniejszości zdejmuje zbroję stresu i potrafi zabić, bo chociaż stres jest wyniszczającą osłoną, jest osłoną. Ostatnio tak właśnie "wpuściłem" wirusa.
Mozesz to rozwinac? :szacunek:

Stres jest mechanizmem obronnym, który występuje na wielu płaszczyznach, z komórkowym włącznie. Jest oczekiwaniem na zagrożenie, mówiąc obrazkowo, trzymaniem gardy. Taka postawa kosztuje dużo energii, ale ma swoje zalety. Niestety jest też tym co odsuwa uwagę od teraźniejszości, więc przejście do teraźniejszości wiąże się z rozluźnieniem, a co za tym idzie "opuszczeniem gardy". Organizm może zostać zaskoczony takim stanem i nie być gotowym to obrony. Zresztą, nie tylko takie rozluźnienie jest problemem. Gorąca kąpiel będzie miała podobne skutki. Podobnie alkohol, czy marihuana.


Ostatnio zmieniony przez Banjankri dnia Czw 17:38, 26 Mar 2020, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Banjankri




Dołączył: 17 Kwi 2012
Posty: 3558
Przeczytał: 78 tematów


PostWysłany: Czw 17:49, 26 Mar 2020    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:
Bo chyba też nie powinno się żyć całkiem bez wysiłku.
Wysiłek staje się problemem tylko w stanach patologicznych - przewlekłego zmęczenia, depresji, zaburzeń neurologicznych. Są ludzie pragnący wysiłku, pożądający go, uważający wysiłek za źródło przyjemnych doznań i satysfakcji. Męczą się tacy na swoich "siłkach", produkują sobie endorfiny, mają fun. Nawet skrajny wysiłek - np. wspinania się na najwyższe szczyty, walki na granicy możliwości, ekstremalnego sportu - daje wielu ludziom frajdę, napęd życiowy.
Kiedyś, za młodszych lat, nie rozumiałbym tej różnicy. Wtedy wydawało mi się absolutnie oczywiste i naturalne, że człowiek ma nadmiar energii, którą chciałby gdzieś wydatkować - coś osiągnąć, zrobić, wykazać się. Teraz mam czas swego rodzaju zdołowania, ciało moje funkcjonuje na "pół gwizdka", energia jest ciągle na deficytach, więc nagle okazało się, że sprawa może wyglądać zupełnie inaczej, że przykrością, walka wewnętrzną może być zwykła rozmowa, czasem bolesnym trudem jest samo zrozumienie, co ktoś do nas powiedział, wykonanie prostych czynności życiowych. Jest więc i tak, i tak.

Pytanie, co zostanie na końcu? Jak już energia przeminie, kiedy nie będzie nawet sił aby utrzymać w świadomości konstrukt? Ja zawsze tego używam. Jest wiele sposobów poprawienia sobie samopoczucia poprzez różnego rodzaju konstrukty myślowe. Pytanie, który się utrzyma, bez wysiłku?

Cytat:
Energia ma swoje dobre i złe strony; w nadmiarze może być tak samo niszcząca, jak w stanach jej deficytów. To też parę razy odczułem (szczególnie po wypiciu zbyt dużej ilości kaw) i też to było ważnym moim doświadczeniem.
Najbardziej chyba komfortowym jest stan lekkiego (!) nadmiaru energii, takich jej falowań z przypływami mobilizującymi do życia i działania. Jak się jest "pod kreską", to życie jest walką o energię i kombinowaniem jak tu jej nie stracić, jak zaoszczędzić na te czynności, myśli, odbiór bodźców, które i tak przyjdą i tak trzeba je będzie obsłużyć, a one wydrenują nam zasoby. Stan wyczerpania energetycznego objawi się depresją, zaburzeniami funkcjonowania zmysłów, wadliwa reaktywnością. No i po prostu cierpieniem.

Trafne obserwacje. Nie da się jednak utrzymać energii na właściwym poziomie, bo starość i tak zrobi swoje. Ja też mam wrażenie bycia pod kreską (przydał by się mały zestaw baterii). Pomaga mi to jednak w analizie całego mechanizmu i poszukiwaniu złotego środka, który istnieje. Z moich obserwacji wynika, że umysł emocjonalny potrafi utrzymać organizm w takim właśnie stanie równowagi.

Cytat:
Ciekawy watek kiedyś poruszyłeś - cierpienia z tytułu wydatku energetycznego na funkcje intelektualne. W stanach deprywacji energetycznej jest to chyba stan częsty. Zdarzało mi się go odczuwać, ale też u mnie np. to działa tak, że praca intelektu potrafi dać mi rodzaj ukojenia, zadziałać znieczulająco. Nieraz rozgrywam sobie partyjki szachów w internecie - tylko po to, aby umysł zająć jakimś konkretem, aby zapomnieć o innych rzeczach.

Najlepszym stanem jest synchronizacja umysłu i emocji. Robienie tego co się chce intelektualnie i emocjonalnie. Wtedy powstaje stan satysfakcji, który charakteryzuje się wysoką żywotnością. Co ciekawe, praca jaka jest do wykonania, aby taką równowagę uzyskać, leży po stronie umysłu, więc jest stosunkowo łatwe.


Ostatnio zmieniony przez Banjankri dnia Czw 17:51, 26 Mar 2020, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 28 Wrz 2015
Posty: 10042
Przeczytał: 91 tematów

Skąd: USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 18:42, 26 Mar 2020    Temat postu:

Banjankri napisał:
Dyskurs napisał:
Banjankri napisał:
Dyskurs napisał:
Banjankri napisał:
To są konstrukty, które choć potrafią ukoić, są nietrwałe. To, co tak naprawdę trwa nieprzerwanie i bez wysiłku, to teraźniejszość.
W ktorej wiekszosc ludzi jest nieobecna z kosztami biologicznymi i immunologicznymi.

Trzeba uważać, bo przejście do teraźniejszości zdejmuje zbroję stresu i potrafi zabić, bo chociaż stres jest wyniszczającą osłoną, jest osłoną. Ostatnio tak właśnie "wpuściłem" wirusa.
Mozesz to rozwinac? :szacunek:

Stres jest mechanizmem obronnym, który występuje na wielu płaszczyznach, z komórkowym włącznie. Jest oczekiwaniem na zagrożenie, mówiąc obrazkowo, trzymaniem gardy. Taka postawa kosztuje dużo energii, ale ma swoje zalety. Niestety jest też tym co odsuwa uwagę od teraźniejszości, więc przejście do teraźniejszości wiąże się z rozluźnieniem, a co za tym idzie "opuszczeniem gardy". Organizm może zostać zaskoczony takim stanem i nie być gotowym to obrony. Zresztą, nie tylko takie rozluźnienie jest problemem. Gorąca kąpiel będzie miała podobne skutki. Podobnie alkohol, czy marihuana.
Związki chemiczne jak alkohol i narkotyki tak, bo penetrują wszystkie funkcji mózgu do ostatniej komórki w biologii komórkowej.
Ale badz pewny, ze leżąc w wannie w ciepłej wodzie gdyby zaistniała sytuacja zagrożenia, mój mózg gadzi wyłączyłby się automatycznie. Matka Natura :)


Ostatnio zmieniony przez Dyskurs dnia Czw 19:09, 26 Mar 2020, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 15974
Przeczytał: 128 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 19:06, 26 Mar 2020    Temat postu:

Banjankri napisał:
Najlepszym stanem jest synchronizacja umysłu i emocji. Robienie tego co się chce intelektualnie i emocjonalnie. Wtedy powstaje stan satysfakcji, który charakteryzuje się wysoką żywotnością. Co ciekawe, praca jaka jest do wykonania, aby taką równowagę uzyskać, leży po stronie umysłu, więc jest stosunkowo łatwe.

Gorzej jak osobowość ma swoje "zadziory" - nierozwiązane emocje w rodzaju: żalu, zazdrości, goryczy, poczucia winy, czy świadomości odrzucenia. Umysł, który ma tylko te emocje pogrąża się w nich i daje się nimi niszczyć.
Ale próba wejścia w totalną obojętność też jest najczęściej nieskuteczna, albo skutkuje innymi negatywami. Bo chyba trzeba się pogodzić z tym, że nasza "natura nie znosi próżni". Jeśli coś ma w nas pokonać emocje złe, niszczące to tylko emocja dobre, budujące. Tylko, że łatwiej to powiedzieć, niż wykonać. Bo emocje niszczące mamy w dużym stopniu gratis, zaś emocje pozytywne dostajemy w dość niekompletnej, niestabilnej postaci. Nasze biologiczne dziedzictwo zadbało, abyśmy się zbytnio nie rozleniwili, abyśmy nie uznali, że teraz możemy zaprzestać rozwoju. Dlatego biologia nas dźga pojawiającymi się nie wiadomo skąd: niepokojem, lękami, pragnieniami, których zaspokojenie jest trudne.
To jest zrozumiałe, wszak gdyby małpolud na sawannie za bardzo się skupił na jakimś tam, osiągniętym w taki, czy inny sposób swoim dobrym samopoczuciu i nie chciał z niego wyjść, to zostałby dostrzeżony przez głodnego drapieżnika i zwyczajnie pożarty. Więc ta grupa małpoludów, która miała tendencję do gnuśności i samozadowolenia jest systematycznie, przez miliony lat eliminowana z puli genetycznej ludzkości.
Teraz mamy jednak zmianę paradygmatu - ludzkość nie musi się bać drapieżników. Niestety, tamto zabezpieczenie przed gnuśnością zostało.
Choć może i stety, że zostało...


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Czw 19:07, 26 Mar 2020, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 28 Wrz 2015
Posty: 10042
Przeczytał: 91 tematów

Skąd: USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 19:15, 26 Mar 2020    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:
Banjankri napisał:
Najlepszym stanem jest synchronizacja umysłu i emocji. Robienie tego co się chce intelektualnie i emocjonalnie. Wtedy powstaje stan satysfakcji, który charakteryzuje się wysoką żywotnością. Co ciekawe, praca jaka jest do wykonania, aby taką równowagę uzyskać, leży po stronie umysłu, więc jest stosunkowo łatwe.

Gorzej jak osobowość ma swoje "zadziory" - nierozwiązane emocje w rodzaju: żalu, zazdrości, goryczy, poczucia winy, czy świadomości odrzucenia. Umysł, który ma tylko te emocje pogrąża się w nich i daje się nimi niszczyć.
Ale próba wejścia w totalną obojętność też jest najczęściej nieskuteczna, albo skutkuje innymi negatywami. Bo chyba trzeba się pogodzić z tym, że nasza "natura nie znosi próżni". Jeśli coś ma w nas pokonać emocje złe, niszczące to tylko emocja dobre, budujące. Tylko, że łatwiej to powiedzieć, niż wykonać. Bo emocje niszczące mamy w dużym stopniu gratis, zaś emocje pozytywne dostajemy w dość niekompletnej, niestabilnej postaci. Nasze biologiczne dziedzictwo zadbało, abyśmy się zbytnio nie rozleniwili, abyśmy nie uznali, że teraz możemy zaprzestać rozwoju. Dlatego biologia nas dźga pojawiającymi się nie wiadomo skąd: niepokojem, lękami, pragnieniami, których zaspokojenie jest trudne.
To jest zrozumiałe, wszak gdyby małpolud na sawannie za bardzo się skupił na jakimś tam, osiągniętym w taki, czy inny sposób swoim dobrym samopoczuciu i nie chciał z niego wyjść, to zostałby dostrzeżony przez głodnego drapieżnika i zwyczajnie pożarty. Więc ta grupa małpoludów, która miała tendencję do gnuśności i samozadowolenia jest systematycznie, przez miliony lat eliminowana z puli genetycznej ludzkości.
Teraz mamy jednak zmianę paradygmatu - ludzkość nie musi się bać drapieżników. Niestety, tamto zabezpieczenie przed gnuśnością zostało.
Choć może i stety, że zostało...
No wlasnie, MD. Ludzie uniwersalni dawcy krwi z grupa O mają najniższe szanse zgonu z powodu zakażenia koronawirusem zakladajac, że nie mają chorób współistniejących. Matka Natura :szacunek:

A ja mam najwyższe (grupa krwi A), wiec spokojnie pracuje i słucham mistrza Eckharta Tolle w razie jakbym zaraziła się i "zeszła" to przynajmniej e-wypłaty będą na czas a co byłoby potem dla mnie nic nie miałoby znaczenia :wink:
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Banjankri




Dołączył: 17 Kwi 2012
Posty: 3558
Przeczytał: 78 tematów


PostWysłany: Pią 10:00, 27 Mar 2020    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:
Banjankri napisał:
Najlepszym stanem jest synchronizacja umysłu i emocji. Robienie tego co się chce intelektualnie i emocjonalnie. Wtedy powstaje stan satysfakcji, który charakteryzuje się wysoką żywotnością. Co ciekawe, praca jaka jest do wykonania, aby taką równowagę uzyskać, leży po stronie umysłu, więc jest stosunkowo łatwe.

Gorzej jak osobowość ma swoje "zadziory" - nierozwiązane emocje w rodzaju: żalu, zazdrości, goryczy, poczucia winy, czy świadomości odrzucenia. Umysł, który ma tylko te emocje pogrąża się w nich i daje się nimi niszczyć.
Ale próba wejścia w totalną obojętność też jest najczęściej nieskuteczna, albo skutkuje innymi negatywami. Bo chyba trzeba się pogodzić z tym, że nasza "natura nie znosi próżni". Jeśli coś ma w nas pokonać emocje złe, niszczące to tylko emocja dobre, budujące. Tylko, że łatwiej to powiedzieć, niż wykonać. Bo emocje niszczące mamy w dużym stopniu gratis, zaś emocje pozytywne dostajemy w dość niekompletnej, niestabilnej postaci. Nasze biologiczne dziedzictwo zadbało, abyśmy się zbytnio nie rozleniwili, abyśmy nie uznali, że teraz możemy zaprzestać rozwoju. Dlatego biologia nas dźga pojawiającymi się nie wiadomo skąd: niepokojem, lękami, pragnieniami, których zaspokojenie jest trudne.
To jest zrozumiałe, wszak gdyby małpolud na sawannie za bardzo się skupił na jakimś tam, osiągniętym w taki, czy inny sposób swoim dobrym samopoczuciu i nie chciał z niego wyjść, to zostałby dostrzeżony przez głodnego drapieżnika i zwyczajnie pożarty. Więc ta grupa małpoludów, która miała tendencję do gnuśności i samozadowolenia jest systematycznie, przez miliony lat eliminowana z puli genetycznej ludzkości.
Teraz mamy jednak zmianę paradygmatu - ludzkość nie musi się bać drapieżników. Niestety, tamto zabezpieczenie przed gnuśnością zostało.
Choć może i stety, że zostało...

Zadziory trzeba oswoić i zintegrować. Mamy dwa umysły myślące zupełnie różnie. Do póki ten dualizm nie jest akceptowany, nie ma sposobu na poprawę. Nawet psa, który niedawno był wilkiem, można odpowiednio ustawić, wprowadzić w nowe paradygmaty. Nie zamyka się go w klatce, tak samo jak nie powinno się wypierać świadomości z "zadziorami". Psu nie wytłumaczysz paradygmatów, musisz do niego podejść pogłaskać i okazać życzliwość. Kiedy ostatnio zrobiłeś coś takiego dla siebie? Z jakiegoś powodu, mamy kulturowe hamulce przed okazywaniem sobie samemu życzliwości. Jest to egoistyczne, narcystyczne, niewłaściwe zachowanie. I tak siedzi biedak skuty stresem, i zaszczeka jak tylko może. Ignorując dualizm świadomości, ignorujemy siebie. Nic dziwnego, że emocjonalnie jesteśmy jak dzikie zwierzęta.
Ja nie mam złotego rozwiązania dla każdego i daleko mi do synchronizacji intelektu z emocjami. Każdy musi ten intymny proces kultywować samemu. Totalna obojętność nie jest rozwiązaniem, ale jest sposobem na odnalezienie siebie.
Siedząc teraz przy komputerze, intencją intelektu narzuciłeś swojemu ciału pewną postawę. Gdzie byłoby bez ten intencji? Czym jesteś bez intelektualnych rozporządzeń? Sobą. Żeby jednak usłyszeć siebie, trzeba przestać mówić. Zrzucić łańcuchy, którymi pętamy samych siebie. Mówienie o "zadziorach" osobowości ewidentnie wskazuje na brak zaufania w stosunku do siebie. Musisz się pilnować, ograniczać. A kto ci mówi jak to robić? Kultura, normy społeczne, religia... Ten kto potrafi uwolnić siebie samego z tego więzienia, w którym sam się trzyma, jest prawdziwie wolny, prawdziwie żywy. Aby to jednak uzyskać, należy porzucić wszelkie oczekiwania, intencje i nie być narażonym na oczekiwania z zewnątrz, bo oczekiwania społeczne nigdy nie mają na celu wyniesienie twojego bytu na piedestał. Powiedz sobie samemu, że jesteś istotą istnienia. Bezapelacyjnie najważniejszą. Z tej stłamszonej intelektem osóbki z zadziorami, zrób wyniesionego króla całej rzeczywistości. Nic innego się nie liczy, nic nie jest ważniejsze. To może wyglądać jak rozdmuchiwanie ego, coś czego nie można robić, nie powinno się, nie wypada. Na tronie siedzi już przecież Bóg, a zanim całe rzesze lepszych od ciebie.
Intelekt to Bóg, stworzyciel wszelkiego istnienia, całej rzeczywistości. Stłamszony przez nią byt emocjonalny, to Chrystus w tobie. Kogo wyniesiesz na ołtarze, kogo posadzisz na tronie?
Trzeba odwagi, aby zerwać owoc z drzewa życia.

ps. Pisząc ciebie, miałem na myśli czytelnika.


Ostatnio zmieniony przez Banjankri dnia Pią 10:09, 27 Mar 2020, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 15974
Przeczytał: 128 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 10:38, 27 Mar 2020    Temat postu:

Banjankri napisał:
Zadziory trzeba oswoić i zintegrować. Mamy dwa umysły myślące zupełnie różnie. Do póki ten dualizm nie jest akceptowany, nie na sposobu na poprawę. Nawet psa, który niedawno był wilkiem, można odpowiednio ustawić, wprowadzić w nowe paradygmaty. Nie zamyka się go w klatce, tak samo jak nie powinno się wypierać świadomości z "zadziorami". Psu nie wytłumaczysz paradygmatów, musisz do niego podejść pogłaskać i okazać życzliwość. Kiedy ostatnio zrobiłeś coś takiego dla siebie?

Takiej akcji robienia czegoś wobec siebie, faktycznie, nie podejmowałem. Jednak nie zgodzę się z tym, że nic nie robię w tej sprawie. Cały czas próbuję jakoś oswoić pewna formę życzliwości względem siebie.

Banjankri napisał:
Ja nie mam złotego rozwiązania dla każdego i daleko mi do synchronizacji intelektu z emocjami. Każdy musi ten intymny proces kultywować samemu. Totalna obojętność nie jest rozwiązaniem, ale jest sposobem na odnalezienie siebie.
Siedząc teraz przy komputerze, intencją intelektu narzuciłeś swojemu ciału pewną postawę. Gdzie byłoby bez ten intencji? Czym jesteś bez intelektualnych rozporządzeń? Sobą. Żeby jednak usłyszeć siebie, trzeba przestać mówić. Zrzucić łańcuchy, którymi pętamy to "zwierze". Mówienie o "zadziorach" osobowości ewidentnie wskazuje na brak zaufania w stosunku do siebie. Musisz się pilnować, ograniczać. A kto ci mówi jak to robić? Kultura, normy społeczne, religia... Ten kto potrafi uwolnić siebie samego z tego więzienia, w którym sam się trzyma, jest prawdziwie wolny, prawdziwie żywy. Aby to jednak uzyskać, należy porzucić wszelkie oczekiwania, intencje i nie być narażonym na oczekiwania z zewnątrz, bo oczekiwania społeczne nigdy nie mają na celu wyniesienie twojego bytu na piedestał.

Kultura, religia to tylko część problemu. Owszem, ich presja prowadzi nieraz do błędnych decyzji. Jednak główny powód, dla którego intelekt staje się cenzorem emocji jest inny - jest nim SAMA STRUKTURA UMYSŁU.
Bez intelektu po prostu nie da się skutecznie, celowo działać. Oddając się emocjom bez kontroli staniemy się niebezpieczni dla siebie i otoczenia. To wynika z tego, że emocje są tym czynnikiem, który nie chce się dzielić władzą, nie chce niczego rozumieć, chce po prostu, aby było tak jak ona - emocja - chce, bez względu na cokolwiek, na koszty bliższe i dalsze. A jak się człowiek zastanowi nad procesem myślenia i kontaktu ze światem, to nie ma jak być inaczej!
Bo sprawa ma się tak, że spływają na nas doznania. Gdyby nie było żadnego wewnętrznego imperatywu, to by nie było nawet powodu do prostego obsłużenia najprostszych doznań od strony ich rozumienia, klasyfikacji. Dlaczego w ogóle reagujemy?
- Bo nasz system reaktywny zmusza nas do tego!
Jesteśmy zaprogramowani, aby obsługiwać bodźce do nas przychodzące. Wbudowane instynkty nakazują też pewne ramowe sposoby obsługiwania tych bodźców - np. uczucie głodu skutkuje niepokojem, szczególnie zlokalizowanym w obszarze związanym z pożywianiem się, z poszukiwaniem czegoś do zjedzenia. Więc poddajemy się temu imperatywowi. I tak jest ze wszystkim - ciało wymaga ciągłego obsługiwania, jest jak dziecko, któremu rodzic musi zmieniać pieluchy, karmić, koić. To dzieje się automatycznie - u wszystkich ludzi podobnie (także u zwierząt podobnie). Przy czym w normalnym zdrowym organizmie ta obsługa siebie nie powoduje cierpienia, bolesnego stresu, lecz jego względnie komfortową, czasem przyjemną postać. Robimy wtedy wszystko z przyjemnością, cieszymy się, że mamy zajęcie, że wykazujemy aktywność.
Jednak przy pewnych zaburzeniach (neurologicznych w szczególności) aktywność sprawia ból, reakcja wiąże się z bólem, spięcie nerwów jest nieprzyjemne. Wtedy dopiero jest problem.
Gdy patrzę na moich znajomych, to widzę wyraźnie osobowości naznaczone wrodzoną (może wyuczoną) radością, ale też i niezadowoleniem, wynikającym z ciągłego odczuwania wewnętrznego stresu. Są ludzie ciągle poirytowani, nastawieni na problematyczną stronę życia. Są też jednak i tacy, którzy - choć problemy rozwiązują - to robią to z przyjemnością. Ci ostatni cieszą się, że wstają rano, że mogą iść do pracy, że coś się zdarza, że ludzie się z nimi kontaktują.

Banjankri napisał:
Z tej stłamszonej intelektem osóbki z zadziorami, zrób wyniesionego króla całej rzeczywistości. Nic innego się nie liczy, nic nie jest ważniejsze. To może wyglądać jak rozdmuchiwanie ego, coś czego nie można robić, nie powinno się, nie wypada. Na tronie siedzi już przecież Bóg, a zanim całe rzesze lepszych od ciebie.
Intelekt to Bóg, stworzyciel wszelkiego istnienia, całej rzeczywistości. Stłamszony przez nią byt, to Chrystus w tobie. Kogo posadzisz na tronie?

ps. Pisząc ciebie, miałem na myśli czytelnika.

Tu się (częściowo) z Tobą zgodzę. Uważam, że w życiu chodzi o to, aby zostać panem samego siebie. Tylko że łatwiej to powiedzieć, niż wykonać. Bo aby wykonać to zadanie, trzeba najpierw POZNAĆ siebie, a później jeszcze jakoś racjonalnie ocenić, dokonać pewnej syntezy celu (który też trzeba jakoś postawić) i środków do dyspozycji.
Zrozumienie siebie jest trudnym zadaniem - poznajemy swoją naturę w reakcjach na coś. Mamy siebie jako coś, co się zdenerwowało, przestraszyło, ucieszyło itp. Nie ma tu tego "konkretnego" ja, tylko zbiór reaktywności. A do tego zbiór bez dobrego modelu, jak je klasyfikować. Odkrywać więc musimy wszystko:
- co jest od nas, a co zewnętrzne?
- jest stałe, a co się zmienia?
- jakie reguły rządzą tym wszystkim?
- na co mam wpływ, a co jest niezależne?
- jaki ostatecznie model (może nie w pełni model, ale jego uogólniona postać) tu się wyłania?
I masz rację, że to wszystko wymaga pewnej minimalnej życzliwości względem siebie. Ale też chyba i hartu wewnętrznego. Bo życzliwość rozlazła, płaczliwa będzie tylko bezradnie konstatowała "ojej, znowu jakiś problem, ojej jest źle, jest źle...".
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Banjankri




Dołączył: 17 Kwi 2012
Posty: 3558
Przeczytał: 78 tematów


PostWysłany: Pią 11:08, 27 Mar 2020    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:
Bez intelektu po prostu nie da się skutecznie, celowo działać. Oddając się emocjom bez kontroli staniemy się niebezpieczni dla siebie i otoczenia. To wynika z tego, że emocje są tym czynnikiem, który nie chce się dzielić władzą, nie chce niczego rozumieć, chce po prostu, aby było tak jak ona - emocja - chce, bez względu na cokolwiek, na koszty bliższe i dalsze.

Z tego opisu jasno wynika, że więzisz w sobie niebezpieczny byt.
Cytat:
Są też jednak i tacy, którzy - choć problemy rozwiązują - to robią to z przyjemnością. Ci ostatni cieszą się, że wstają rano, że mogą iść do pracy, że coś się zdarza, że ludzie się z nimi kontaktują.

Do czasu. W twoim opisie brakuje komponentu, o którym ja mówiłem. Przechodzisz od odruchów bezpośrednio do intelektu. Tam jest coś po drodze.


Cytat:
Tu się (częściowo) z Tobą zgodzę. Uważam, że w życiu chodzi o to, aby zostać panem samego siebie. Tylko że łatwiej to powiedzieć, niż wykonać. Bo aby wykonać to zadanie, trzeba najpierw POZNAĆ siebie, a później jeszcze jakoś racjonalnie ocenić, dokonać pewnej syntezy celu (który też trzeba jakoś postawić) i środków do dyspozycji.

Chodzi o to, żeby pozwolić sobie być sobą. Zrozumienie siebie jest potrzebne, kiedy się boimy, nie mamy zaufania do siebie i chcemy mieć "siebie" pod kontrolą.

Cytat:
I masz rację, że to wszystko wymaga pewnej minimalnej życzliwości względem siebie. Ale też chyba i hartu wewnętrznego. Bo życzliwość rozlazła, płaczliwa będzie tylko bezradnie konstatowała "ojej, znowu jakiś problem, ojej jest źle, jest źle...".

Ja inaczej rozumiem życzliwość. Jest akceptacją tego jak jest, nawet jak jest wbrew temu co uważamy. W tym przypadku intelekt musi być życzliwy dla naszego bytu, również dla siebie.

Proponuje doświadczenie, na które w normalnym funkcjonowaniu specjalnie nie ma miejsca. Niech intelekt uzna wyższość własnego bytu ponad wszystko (jestem najważniejszy) i własną rację (mam zawsze rację). Niech to będzie kontemplowane przez przynajmniej kilka minut. Trzeba uwierzyć w to, czego boimy się nawet pomyśleć.
Celem eksperymentu jest zbadanie tego jak zmieni się samopoczucie i czy pojawi się dodatkowa energia życiowa.


Ostatnio zmieniony przez Banjankri dnia Pią 11:13, 27 Mar 2020, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 15974
Przeczytał: 128 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 11:43, 27 Mar 2020    Temat postu:

Banjankri napisał:
Cytat:
I masz rację, że to wszystko wymaga pewnej minimalnej życzliwości względem siebie. Ale też chyba i hartu wewnętrznego. Bo życzliwość rozlazła, płaczliwa będzie tylko bezradnie konstatowała "ojej, znowu jakiś problem, ojej jest źle, jest źle...".

Ja inaczej rozumiem życzliwość. Jest akceptacją tego jak jest, nawet jak jest wbrew temu co uważamy. W tym przypadku intelekt musi być życzliwy dla naszego bytu, również dla siebie.

Proponuje doświadczenie, na które w normalnym funkcjonowaniu specjalnie nie ma miejsca. Niech intelekt uzna wyższość własnego bytu ponad wszystko (jestem najważniejszy) i własną rację (mam zawsze rację). Niech to będzie kontemplowane przez przynajmniej kilka minut. Trzeba uwierzyć w to, czego boimy się nawet pomyśleć.
Celem eksperymentu jest zbadanie tego jak zmieni się samopoczucie i czy pojawi się dodatkowa energia życiowa.


Życzliwość jest też konceptem. Jest SKIEROWANIEM SIĘ mentalnym w jakąś stronę. Czyli też wymaga tej energii, o której była mowa. Postanawiając "będę wobec siebie życzliwym" już pobrałem energię, a próbując to zrealizować za chwilę postawię sobie pytanie względem następnego odczucia, jakie u siebie zaobserwuję: czy to aby na pewno jest życzliwe uczucie?... też pobiorę energię, a potem jeszcze.
I ostatecznie wyląduję w tym samym miejscu - w dyskursywnym "piekle" rozważania, mędrkowania, wątpienia i na koniec konieczności zbudowania syntezy tego wszystkiego. Wtedy to też i życzliwość do siebie "szlag trafia", bo - przy deficytach energetycznych - często więcej w to zainwestowaliśmy, niż potem odzyskamy.
Ja uważam więc, że podany przez Ciebie sposób jest o tyle słaby, że ucieczkowy, a dodatkowo z dziurą w postaci i tak konieczności użycia energii, bez gwarancji sukcesu.
Proponowałbym też ucieczkę, ale ucieczkę do przodu. Czyli nie chodzi o to, aby energii nie tracić, lecz o to, aby ją zyskiwać. I w końcu aby ją zyskać z dodatnim bilansem.

Oczywiście dowodu na to, że moja strategi jest lepsza, nie mam. To tylko takie rozważania... :think:


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Pią 11:44, 27 Mar 2020, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Banjankri




Dołączył: 17 Kwi 2012
Posty: 3558
Przeczytał: 78 tematów


PostWysłany: Pią 11:48, 27 Mar 2020    Temat postu:

Cytat:
Życzliwość jest też konceptem. Jest SKIEROWANIEM SIĘ mentalnym w jakąś stronę. Czyli też wymaga tej energii, o której była mowa.

Nie. Życzliwość nie wymaga utrzymywania konceptów, ani prób wprowadzania ich w życie, jest akceptacją tego jak jest.

Cytat:
Postanawiając "będę wobec siebie życzliwym" już pobrałem energię, a próbując to zrealizować za chwilę postawię sobie pytanie względem następnego odczucia, jakie u siebie zaobserwuję: czy to aby na pewno jest życzliwe uczucie?...

Tam nie ma nic do zrealizowania za pomocą wysiłku. Życzliwość jest odpuszczeniem wymagań, nie zadawaniem sobie żadnych pytań i warunków.
Cytat:

Proponowałbym też ucieczkę, ale ucieczkę do przodu. Czyli nie chodzi o to, aby energii nie tracić, lecz o to, aby ją zyskiwać. I w końcu aby ją zyskać z dodatnim bilansem.

Intencja nie jest źródłem energii a jej zużyciem. Jeżeli kierowana jest przeciwko własnemu działaniu to tracimy podwójnie. Dlatego przy odpowiednim nastawieniu przyrost energii jest wyraźny. Spróbuj sobie ten eksperyment, który podałem wcześniej, a zobaczysz.


Ostatnio zmieniony przez Banjankri dnia Pią 11:50, 27 Mar 2020, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
zosia




Dołączył: 22 Mar 2020
Posty: 146
Przeczytał: 1 temat


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 13:17, 27 Mar 2020    Temat postu:

myślę sobie, że żeby być szczęśliwym, to trzeba mieć szczęście akurat :wink:
ale "wypracować" można sobie w miarę trwale spokój ducha :)

tu polecam wersy biblii przez Semele znalezione:
„Ponieważ żyjący wiedzą, że umrą, a zmarli niczego zgoła nie wiedzą, zapłaty też więcej żadnej nie mają, bo pamięć o nich idzie w zapomnienie. Tak samo ich miłość, jak również ich nienawiść, jak też ich zazdrość – już dawno zanikły, i już nigdy więcej udziału nie mają żadnego we wszystkim, cokolwiek się dzieje pod słońcem” Koh. 9:5-6 BT.
„Los bowiem synów ludzkich jest ten sam, co i los zwierząt; los ich jest jeden: jaka śmierć jednego, taka śmierć drugiego, i oddech życia ten sam. W niczym więc człowiek nie przewyższa zwierząt, bo wszystko jest marnością“ Koh. 3:19 BT.
„Wiedzą bowiem żywi, że muszą umrzeć, lecz umarli nic nie wiedzą i już nie ma dla nich żadnej zapłaty, gdyż ich imię idzie w zapomnienie… Używaj życia… bo w krainie umarłych, do której idziesz, nie ma ani działania, ani zamysłów, ani poznania, ani mądrości” – Kazn. Sal. 9,5.9.10.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 15974
Przeczytał: 128 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 15:34, 27 Mar 2020    Temat postu:

Banjankri napisał:
Cytat:
Życzliwość jest też konceptem. Jest SKIEROWANIEM SIĘ mentalnym w jakąś stronę. Czyli też wymaga tej energii, o której była mowa.

Nie. Życzliwość nie wymaga utrzymywania konceptów, ani prób wprowadzania ich w życie, jest akceptacją tego jak jest.

Cytat:
Postanawiając "będę wobec siebie życzliwym" już pobrałem energię, a próbując to zrealizować za chwilę postawię sobie pytanie względem następnego odczucia, jakie u siebie zaobserwuję: czy to aby na pewno jest życzliwe uczucie?...

Tam nie ma nic do zrealizowania za pomocą wysiłku. Życzliwość jest odpuszczeniem wymagań, nie zadawaniem sobie żadnych pytań i warunków.
Cytat:

Proponowałbym też ucieczkę, ale ucieczkę do przodu. Czyli nie chodzi o to, aby energii nie tracić, lecz o to, aby ją zyskiwać. I w końcu aby ją zyskać z dodatnim bilansem.

Intencja nie jest źródłem energii a jej zużyciem. Jeżeli kierowana jest przeciwko własnemu działaniu to tracimy podwójnie. Dlatego przy odpowiednim nastawieniu przyrost energii jest wyraźny. Spróbuj sobie ten eksperyment, który podałem wcześniej, a zobaczysz.

U mnie to tak nie działa. Wraz z odpuszczeniem sobie wymagań, dogania mnie jakiś niepokój, wręcz lęk, że coś czai się za rogiem i mnie dopadnie. Mam wrażenie, że jak zupełnie pozbędę się kontroli, to stanę jako ofiara jakichś tortur mentalnych, a tylko moc wewnętrzna, jaką w sobie wybuduję, może mnie przed tym ochronić.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Banjankri




Dołączył: 17 Kwi 2012
Posty: 3558
Przeczytał: 78 tematów


PostWysłany: Pią 16:33, 27 Mar 2020    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:
U mnie to tak nie działa. Wraz z odpuszczeniem sobie wymagań, dogania mnie jakiś niepokój, wręcz lęk, że coś czai się za rogiem i mnie dopadnie. Mam wrażenie, że jak zupełnie pozbędę się kontroli, to stanę jako ofiara jakichś tortur mentalnych, a tylko moc wewnętrzna, jaką w sobie wybuduję, może mnie przed tym ochronić.

Chyba nie odbierzesz tego jako zarzut, jak powiem, że wyraźnie widać konflikt wewnętrzny.
Czy nie uważasz, że uzyskanie pełnego zaufania w stosunku do samego siebie jest fundamentalnym celem życia? Czym jak nie wieczną troską jest życie w ciągłej obawie przez torturami?
Ja uważam, że nie tylko należy zaufać i pogodzić się ze swoim "cieniem", ale jest on istotą życia i należy go wydobyć z otchłani własnego bytu, w pełne światło świadomości. On jest Ja, a z głębin wywołuje się go po imieniu. "Ja, Ja, Ja..." . Bez zastanowienia kim Ja jestem, z pełnym oddaniem temu, że Ja jestem.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Filozofia Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin