Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Najtrudniejsze do zaakceptowania w chrześcijaństwie

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Katolicyzm
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 14883
Przeczytał: 91 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 15:03, 21 Lut 2020    Temat postu: Najtrudniejsze do zaakceptowania w chrześcijaństwie

Napiszę od strony osobistej - co jest dla mnie (wciąż) najtrudniejsze do zaakceptowania w nauczaniu chrześcijańskim. Nie jest to pewna arbitralność związana z mechanizmem wiary (tę mam chyba nie najgorzej ułożoną w głowie), nie jest to problem z nieścisłościami w Biblii, nie jest to nawet (liczony wprost) problem zła na świecie, samego faktu istnienia cierpienia.
Najtrudniejsze dla mnie jest to, że mamy w Biblii rodzaj wezwania do cierpienia bez wyraźnego powiązania z jakimś mechanizmem naprawy świata.
Trochę to skomplikowanie przedstawiam, więc posłużę się przykładem - cierpienie na fotelu dentystycznym. Niewątpliwie jest, ale MA CEL I PERSPEKTYWĘ. Wiadomo jest, że jak trochę pocierpię to borowanie, to potem już ząb zostanie wyleczony i przestanie boleć. Albo inny przykład - wielki wysiłek włożony w edukację, czyli niedospane noce, opuszczone fajne imprezy ze znajomymi, godziny prześlęczone nad książkami - jednak w końcu LICZYMY NA EFEKT, ostatecznie wiemy po co nam ten wysiłek, to cierpienie. Tymczasem w chrześcijaństwie mamy na szczycie obrazów mentalnych śmierć Jezusa na krzyżu, z którą trudno jest związać jakikolwiek konkret w naprawie świata. Nie mamy informacji, że np. ta śmierć spowodowała nawrócenie się Piłata, Kajfasza, czy Heroda. Nie możemy powiedzieć właściwie jaki jest cel tego cierpienia Jezusa - ono tak po prostu "jest zbawcze", ale nie wiadomo, jakim mechanizmem.
W życiu jest tak, że te cierpienia, które na siebie bierzemy są podpięte pod jakiś system odniesień - pod oczekiwania co się stanie, gdy trochę pocierpimy, jaka jest perspektywa. Jeśli cierpimy w jakiejś intencji, to potrafimy wskazać jakoś ścieżki, w ramach których z cierpienia wyłoni się za jakiś czas pozytywny efekt. Jeśli męczymy się nad wychowaniem dzieci, przewijamy niemowlaki znosząc ich śmierdzące kupy, grymasy, złości wieku przekory i dojrzewania, to jednocześnie mamy jakąś PERSPEKTYWĘ, że dziecko dorośnie, będzie naszą pociechą, może pomocą na starość. Coś tam się rysuje w zamian.
Tymczasem w chrześcijaństwie mamy do czynienia z cierpieniem, któremu nie sposób jest podpiąć czegoś pozytywnego w zamian - przynajmniej w ziemskiej perspektywie. Jezus cierpi tak w ogóle, tak za całą ludzkość, lecz nie widać żadnego wynikania, żadnego modelu, który by pokazywał jak to z tego cierpienia wyłania się np. przyszły brak cierpienia dla ludzi. To cierpienie jest takim symbolem, nie uruchomieniem konkretnych mechanizmów sprawczych.
I to jest chyba najtrudniejsze do zaakceptowania. To jakoś rozwala emocje, bo tutaj pojawia się pytanie: to jeśli słuszne jest takie cierpienie, do którego nie podpinamy mechanizmu naprawiającego coś w przyszłości, to co - to mamy cierpieć tak, byle cierpieć? Taki masochizm?...
To może im więcej cierpienia, tym lepiej?
To może, skoro tak potrzebne jest owo cierpienie, to i na tamtym świecie ono zostanie?
To może w ogóle raj, niebo wcale nie jest społecznością ludzi szczęśliwych, tylko kontynuacją tego, co tutaj jest takie ważne i potrzebne - samego cierpienia?... :shock:

Trudno jest tej idei cierpienia tak bez naprawdę jasnego celu, mechanizmu przeciwstawić coś, co ukoi poczucie bezsensu takiego postawienia sprawy. Samo cierpienie, jakoś zniesiemy, ale niech ono ma jasny, dający się przewidzieć w skutkach cel. A bez tego celu?...
Koszmar. :cry:

Ten problem cierpienia, dla którego celu nie potrafimy jasno wskazać, jest według mnie kto wie, czy nie najważniejszym problemem wiary chrześcijańskiej. Z nim związana jest (choć może jakoś tam ukryta) znaczna część porzuceń wiary, także przejściem do innych religii. Chcemy widzieć cel, wtedy czujemy też sens. A szczególnie gdy chodzi o coś najgorszego - właśnie o cierpienie, tego celu bardzo się nasze rozumowanie domaga.

A aktualnej postaci chrześcijaństwo owo ofiarowane cierpienie traktuje trochę jako taki OGÓLNY ZASÓB LUDZKOŚCI. Ci co przecierpieli jakby zgromadzili jakąś taką "duchową walutę", jakby w przyszłości coś tą walutą miałoby zostać opłacone. Ale kim są tu strony owej transakcji, tej opłaty - kto kupuje, a kto sprzedaje, płacąc tym cierpieniem?...
To jest wg mnie najtrudniejszy do przełknięcia aspekt chrześcijańskiej teologii... :shock: :( :think:
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 14883
Przeczytał: 91 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 21:54, 28 Lut 2020    Temat postu: Re: Najtrudniejsze do zaakceptowania w chrześcijaństwie

Michał Dyszyński napisał:
Napiszę od strony osobistej - co jest dla mnie (wciąż) najtrudniejsze do zaakceptowania w nauczaniu chrześcijańskim. Nie jest to pewna arbitralność związana z mechanizmem wiary (tę mam chyba nie najgorzej ułożoną w głowie), nie jest to problem z nieścisłościami w Biblii, nie jest to nawet (liczony wprost) problem zła na świecie, samego faktu istnienia cierpienia.
Najtrudniejsze dla mnie jest to, że mamy w Biblii rodzaj wezwania do cierpienia bez wyraźnego powiązania z jakimś mechanizmem naprawy świata.

Jak wytłumaczyć cierpienie dla samego cierpienia?
- Choć może precyzyjniej należałoby powiedzieć: cierpienie bez wyraźnego celu.
Wbrew pozorom DA SIĘ. Ale aby sprawę zrozumieć trzeba głęboko zanurzyć się w ideę OSOBOWEGO ZNACZENIA, jak i jego zaprzeczenia - braku znaczenia, pustki bezwartości.
Tu trzeba mocno zagłębić się w uczucia bardzo pierwotne. Weźmy dziecko, które domaga się uwagi, szuka objawów zainteresowania u swoich rodziców. Później, gdy dziecko podrośnie zacznie szukać sposobu na potwierdzenie własnej wartości w swojej grupie rówieśniczej. zechce się sprawdzić, zacznie pytać o to, czy jest ważne dla innych członków tej grupy. Gdy człowiek dorośnie będzie chciał dalej udowadniać sobie własną wartość - nawet wbrew niewygodom, bólowi, trudowi; będzie się ciężko zaharowywać, aby pokazać, że jest więcej wart, niż inni - bo ma to, czy tamto, bo ktoś go docenia, bo do czegoś przynależy. Po zaspokojeniu najbardziej biologicznych potrzeb, dalsze cele życiowe będą związane, na rózne sposoby z tym samym celem - wykazać swoją wartość, znaczenie, cenność. Wykazać ją sobie i innym. Dlaczego - nam ludziom - tak na tym zależy?
Dlaczego tak wielu ludzi godzi się inwestować swoje cierpienie, trud, wysiłek w to, żeby pokazać jak bardzo są ważni, niezwykli, wspaniali?...
Dlaczego takie pragnienia mamy?... :shock:
- Jest w tym pewna zagadka człowieczej natury.
Instynktownie nie chcemy się godzić na rolę kogoś zupełnie podrzędnego, nieważnego. Nawet jeśli w jednej dziedzinie oddamy pole innym, to poszukamy sobie innej dziedziny, w której do czegoś będziemy mogli dążyć, wykazywać jakieś swoje znaczenie. I to wszystko w jakiś sposób WBREW CIERPIENIU.
Cierpienie, które potrafimy wytrzymać, jest miernikiem zaangażowania, dowodem mocy. To dlatego podziwiamy sportowców, którzy mają osiągnięcia, że wiemy ile to kosztuje, że związane było z trudem, wytrwałością, zdolnością do wytrzymania cierpienia, przeciwstawiania się słabości. I szanujemy to, uważamy że TO JEST COŚ.
Teraz weźmy biegun przeciwny - oto ktoś coś dostaje darmo, nie musi się starać, nie musi się wykazać. Za kogo mamy takiego człowieka?...
Nie chcę się wypowiadać za kogoś, ale ja czuję tu bardzo podstawową różnicę. Człowiek, który nie miał okazji zetrzeć się w swoim życiu z trudnościami, cierpieniem, uciskiem nie budzi pewnej szczególnej postaci szacunku. Taki człowiek jest jakiś niepewny, jakby mentalnie nieurobiony, niedokończony. Trochę jakby ów człowiek nie zapewnił sobie pewnej postaci znaczenia, wartości.
Szanujemy tych, którzy osiągnęli coś własną pracą, a nie dostali darmo. Może jest to wręcz biologiczne, instynktownie, bo czujemy że przywódcą stada, kimś kogo warto obdarzyć zaufaniem może być jedynie ktoś jakoś sprawdzony, ktoś kto się nie ugiął, gdy napotkał przeciwności. To jest KTOŚ.
Pewna osoba z mojej rodziny mawia "cierpienie jest wartością absolutną". Coś chyba w tym jest. Cierpienie jest właśnie tym unikalnym czymś jakby niezaprzeczalnym (w pewnym sensie). Cierpienie można by uznać za formę mentalnego dowodu! Szczególnie jeśli jest to cierpienie świadomie wybrane, gdy jest POŚWIĘCENIEM.
Drugą formą dowodu byłoby chyba jeszcze jakieś głębokie zrozumienie potwierdzone zdolnością rozwiązywania sytuacji konfliktowych. Trzecią - miłość.
Wracając do cierpienia z poświęceniem. Sama nazwa "poświęcenie" zawiera w sobie frazę "święty", "święcić". Kto się poświęca, dotyka "świętości". I to chyba czujemy niezależnie od tego, czy jesteśmy religijni, czy nie.
Trudno jest znaleźć coś podobnego cierpieniu - coś tak wyraziście świadczącego o mocy osobowej, stanowiącego dowód wartości. Gdy ktoś stawia w wątpliwość nasze intencje, uczciwość, wtedy pokazanie, że robiliśmy coś poświęcając się - bezinteresownie, może ze swoją szkodą, nie kalkulując czegoś dla siebie - wtedy to jest argument! Poświęcenie się, oddanie czegoś co stanowi wartość jest dowodem osobowej wartości i mocy.

Obraz Jezusa cierpiącego za grzechy ludzkości...
Czym właściwie jest?
- Chyba ogłoszeniem WIELKIEJ INTENCJI, ale też i MOCY.
Cierpienie wybrane świadomie i dobrowolnie zdaje się dawać dodatkowe prawa i atrybuty. Jeśli syn nie chce się zająć starą matką, to może spotkać się z zarzutem: a ona się dla ciebie poświęcała. I ten zarzut ma moc!
Właściwie to nawet nie wiemy, dlaczego czujemy tę moc, ale ją czujemy. Cierpienie i poświęcenie są rzeczywiście unikalną wartością o bezwzględnym charakterze. Nawet te dwa pozostałe (z trzech wcześniej wymienionych) dowodów wartości trochę aspektu cierpienia dziedziczą - wszak mądrość i zrozumienie nie bierze się z poszukiwania samej przyjemności, lecz zawiera w sobie aspekt trudu, przymuszenia się, wzięcia w garść w obliczu trudnych problemów. Podobnie jest z miłością, która oznacza też gotowość do poświęcenia się dla drugiej osoby, ofiarowania jej swojego wysiłku, trudu, niewygód, empatycznego współodczuwania bólu. Właściwie trudno byłoby wskazać jakąś ludzką wartość, która by z cierpieniem jakoś nie była związana.
Dlatego cierpienie jest swego rodzaju wartością niezastępowalną, jest - w przypadku wybrani poświęcenia się - dowodem wyższej formy człowieczeństwa.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Katolicyzm Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin