Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Czym właściwie jest wiara religijna?

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Religie i wyznania
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13263
Przeczytał: 59 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 20:44, 30 Paź 2016    Temat postu: Czym właściwie jest wiara religijna?

Na temat wiary dyskutowało się na sfnii wiele. A mimo to ja odczuwam znaczny niedosyt w tworzeniu odpowiedzi na pytanie: czym właściwie jest wiara typu religijnego?


Gdy patrzę na poglądy ateistów w tej kwestii (przynajmniej tak jak zrozumiałem ich wypowiedzi), to nie dziwię się, że zostali ateistami. Ich koncepcja wiary jest jakaś skrajnie spłycona, daleka od tego, co sam za wiarę religijna uważam.
Ateistyczna wizja wiary religijnej
Ateistyczna wizja wiary religijnej z grubsza polega według mnie na postawieniu sobie pytania: czy istnieje Bóg? A potem udzieleniu arbitralnej odpowiedzi: tak, Bóg istnieje. Reszta jest już właściwie konsekwencją.
W tym kontekście trzeba byłoby uznać każdego wierzącego, za taką dość dziwną istotę, która ma w głowie jakieś szufladki myślowe, z pytanie tak, czy nie? a potem odpowiadająca sobie na te pytania i potem jednoznacznie ustawiająca myślenie według schematu, który powstał z owych rozstrzygnięć. Zaś samo rozstrzygnięcie - według ateistów - miałoby dokonywać się na zasadzie:
- albo podległości autorytetom, rodzenie, tradycji - autorytety mówią, że Bóg istnieje, więc ja też tak przyjmuję
- albo/i strachu (wymyślanie Boga, aby pokonać strach przed śmiercią) - Bóg istnieje, bo tak byłoby wygodniej
- albo/i na zasadzie potrzeby generowania jakichś wyjaśnień dla tego co jest niewiadome (w szczególności np. aby tak wyjaśnić, skąd wziął się świat i ludzie).
Taka - według mnie naiwna i niesprawiedliwa - wizja wiary religijnej niewątpliwie utrzymuje ateistów z dala od ewentualności zmiany światopoglądu, stanowiąc przy okazji potwierdzenie dla swojego poczucia wyższości wobec ludzi wierzących - bo przecież ci ostatni są konformistycznie, brak im samodzielnego myślenia, bojaźliwi, nie umiejący myśleć racjonalnie, zaakceptować tych wyjaśnień dla zjawisk, jakie są uzasadnione (chodzi o naukę). Tak więc wychodzi z tego, że wierzący to niezbyt mądrzy ludzie...

Czym jest wiara religijna - dywagacje, może początek dyskusji, ale wprowadzający wstęp wg MD
Z mojego punktu widzenia - czyli z punktu widzenia osoby wierzącej - wiara religijna jest znacząco różniącym się obrazem myśli i świadomości, od tego przedstawionego wyżej.
Wiara (poprawna wg MD) nie polega na jakimś prostym zadekretowaniu odpowiedzi na jakieś postawione pytanie, a w szczególności na pytanie: czy istnieje Bóg? Jest to o wiele bardziej złożony stan umysłu.
Zacznijmy od tego, że aby w ogóle jakieś pytanie postawić (odnosi się to też do pytania o istnienie Boga), trzeba wcześniej odmalować sobie w umyśle sytuację problemową. Tą sytuacją jest JA wobec świata i samego siebie. Wiem, że istnieje jakieś JA - przynajmniej w tym sensie, że postrzegam jakąś ciągłość, spójność swojej pamięci, doznań, historii poczynań. Jestem ja i są wrażenia do mnie docierające. W jakim są one związku? Czy JA jest trwałe? Jakie znaczenie ma to co myślę i czuję?
A może to co mnie tworzy jest jakoś przypadkowe, spójność mojego JA jest złudzeniem, więc niedługo wszystko to się rozsypie?...
Wiara, którą czerpię z pewnego przeświadczenia o sensowności mnie i świata podpowiada mi, że to wszystko musi być jakoś synchronizowane, powinno mieć gwaranta swojej stabilności. Bez tego dawno już by się rozsypało, bo było ku temu na pewno wiele okazji.
Czyli, jeśli ten świat jakoś jest i trwa, to musi mieć SILNY MECHANIZM ZAPEWNIAJĄCY MU STABILNOŚĆ. Tym "mechanizmem" jest Bóg. Przy czym słowo "mechanizm" należy tu rozumieć nie jako coś opisującego samego Boga, co raczej rolę jaką pełni tu w rozumowaniu. Więc o sobie powiedziałbym, że:
- wierzę w Boga, bo wierzę w świat, który jest stabilny i będzie stabilny
- wierzę w Boga, bo wierzę w siebie jako coś względnie sensownego i spójnego
- wierzę w Boga, bo tą jedną wiarą załatwiam sobie - pozytywne! - odpowiedzi na mnóstwo pytań, które gdzieś mam w tle, a których tutaj nie zadałem, choć je uważam za ważne dla mojej świadomości.
Czyli - jakby - wierzę w Boga, bo mam nadzieję (pozytywną) na przyszłość świata i siebie.
A może ta nadzieja jest płonna, może wszystko jest tylko przypadkiem, więc z dużym prawdopodobieństwem rozleci się po dotarciu do granicy swojego horyzontu?...
- Cóż ja sam "nie czuję się" przypadkowy w swoim jestestwie, czuję swoją spójność, stąd uważam spójność za swojego rodzaju "prawo natury". Może przez to podobieństwo i analogię nadaję atrybut spójności reszcie rzeczywistości. W Biblii napisano, że "Bóg stworzył człowiek ana swój obraz i podobieństwo". Ja odpowiadam niejako Bogu czymś podobnym, bo "obdarzam nadzieję istnienia Boga na podobieństwo mojej nadziei która jakoś (!) się we mniej pojawiła - nadziei, że wszystko może być sensownie, dobrze, w przyszłości szczęśliwie". "Obdarzam" też Boga swoją wiarą w Niego i Nadzieję, bo:
- Bo w ogóle nadzieja wydaje mi się lepsza od braku tejże
- Bo skoro ja tę nadzieję potrafię generować, to znaczy, że ktoś inny mądrzejszy, doskonalszy przede mną, tez był w stanie taka nadzieję mieć, więc dalej mógł obdarzyć nadzieją takie istoty jak ja.
- Bo taką nadzieję rozumiem i czuję - ona jest niejako "mną", a jeśli nawet jest jakiś świat poza tą nadzieją, to ja się z tego nieprzyjemnego świata wypisuję, a dalej zapisuję (mocą aktualnego wyboru) do świata nadziei.
Robię to oczywiście arbitralnie. Robię się to nie pytając: co mi to potwierdza?
- Nic mi nie musi potwierdzać czegoś, co konstruuję na podobieństwo własnego jestestwa, tego co czuję w umyśle - to jest moje, oczywiste i na mój użytek to akceptuję. A ja tu jestem tym, który to potwierdził - bo chciał, bo miał taką moc. Wierzę, że te moc dostałem od Tego, Który był Pierwszy Przede Mną. Ścieżka rozumowania - potwierdzania ma więc tu dokładnie przeciwny kierunek od tego, który używają ateiści - tzn. ja nie światem zewnętrznym potwierdzam siebie, to co we mnie, ale sobą potwierdzam to wszystko (dalej sobą potwierdzę ten świat).
A jeśli się mylę?...
A cóż to za problem, jeśli nawet się mylę?... Nawet jeślibym się mylił, to - mocą mojej wiary, nadziei i przekonania to WŁAŚNIE WYGENEROWAŁEM tę opcję, w której ta nadzieja jest. Zapisałem się do niej. Chcę się w niej utrzymać. Reszta mnie specjalnie nie obchodzi.

Podsumowując, czym dla mnie jest religijna wiara: jest swoistym ZAPISANIEM SIĘ DO SENSOWNOŚCI, czyli zgodności wszystkiego, co mnie otacza i mnie samego, z tym co zrozumiałe, co stanowi poprawność moich myśli.

Ktoś może powie: ale dlaczego samego siebie stawiam jakoś na szczycie owego łańcucha potwierdzeń, jako ostatecznego sędziego poprawności. Dlaczego na tym szczycie nie postawię czegoś ze świata, czegoś - jakiegoś konceptu, twierdzenia, uznania - (przez kogoś tam) udowodnionego?
Moja odpowiedź jest taka: ale przecież i tak ja ostatecznie będę musiał ten czyjś dowód "KLEPNĄĆ"! Co by nie wziąć ze świata, czy z siebie, czy z czegokolwiek, to i tak mój umysł może to odrzucić, uznać za nieważne. Ostatecznie i tak muszę się JA (!) zdecydować, czy jestem solipsystą, czy nie. Tak więc, nawet jak bym nie chciał to i tak będę na szczycie owego łańcucha. Bo to ja ostatecznie to coś dostaję i ja nadam temu wszelkie atrybuty dla mojego umysłu.

A cierpienie? Cierpieniu przecież mogę nie umieć się przeciwstawić. Właściwie najczęściej tak właśnie bywa, że cierpienie jest ponad wyborem.
- Cierpienie jest tym, czego nie potrafię kontrolować, ale nie oznacza to, że nie mogę istniejącemu cierpieniu nadawać po swojemu znaczeń, wartości. Bo jednak mogę ustalać jego status w moim umyśle - uznawać, bądź nie jego przyczynę, źródło, ustalać czym jego odczuwanie dla mnie będzie.


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Nie 21:22, 30 Paź 2016, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Piotr Rokubungi




Dołączył: 31 Maj 2014
Posty: 5762
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: Polska, Pomorze Zachodnie
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 1:23, 31 Paź 2016    Temat postu:

Jest ucieczką od małości, słabości człowieka oraz od jego miernych możliwości intelektualnych.
Ale za podstawę ma wiarę w "ja istnieję", w "my istniejemy", wreszcie- co poniekąd wynika z tamtych- w "nadczłowiek istnieje, czyli Bóg". Wcale więc nie jest to taka prosta "zabobonność" czy głupota, jak by niektórzy chcieli, jak się niektórym wydaje. Bóg osobowy jest w umyśle, psychice człowieka, podobnie jak jest tam jego ego, czy przedświadomość... I nie jest "zwykłym" wymysłem, tylko jednym z bazowych archetypów.
Jednak zbyt daleko posuwa się ten, kto uważa, że Natura potrzebuje boga osobowego- tylko człowiek go potrzebuje. Aczkolwiek wydaje się prawdziwe, że jednak Natura potrzebuje boga-demona, by wytwarzać Rzeczywistości- jednak nie musi [chyba nawet nie powinien] być to bóg osobowy, a [tylko] pierwotna siła, zwana przeze mnie Wolą.


Ostatnio zmieniony przez Piotr Rokubungi dnia Pon 1:24, 31 Paź 2016, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Ircia




Dołączył: 04 Lut 2018
Posty: 1033
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: z wyśnionej krainy abstrakcji
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 19:39, 22 Maj 2018    Temat postu: Re: Czym właściwie jest wiara religijna?

Cytat:

Wiara (poprawna wg MD) nie polega na jakimś prostym zadekretowaniu odpowiedzi na jakieś postawione pytanie, a w szczególności na pytanie: czy istnieje Bóg? Jest to o wiele bardziej złożony stan umysłu.
Zacznijmy od tego, że aby w ogóle jakieś pytanie postawić (odnosi się to też do pytania o istnienie Boga), trzeba wcześniej odmalować sobie w umyśle sytuację problemową. Tą sytuacją jest JA wobec świata i samego siebie. Wiem, że istnieje jakieś JA - przynajmniej w tym sensie, że postrzegam jakąś ciągłość, spójność swojej pamięci, doznań, historii poczynań. Jestem ja i są wrażenia do mnie docierające. W jakim są one związku? Czy JA jest trwałe? Jakie znaczenie ma to co myślę i czuję?
A może to co mnie tworzy jest jakoś przypadkowe, spójność mojego JA jest złudzeniem, więc niedługo wszystko to się rozsypie?...

A może to co nazywasz JA to proces, funkcja umysłu? Natomiast jak pomyślisz kto to obserwuje to dojdziesz do tego że nikogo tam nie ma? Że jest bycie/doświadczanie/ zwał jak zwał, ale to nie ma cech, jest niezależne od czegokolwiek?
Jakie znaczenie ma to co myślisz i czujesz? Może to Ty nadajesz znaczenia?


Cytat:
Wiara, którą czerpię z pewnego przeświadczenia o sensowności mnie i świata podpowiada mi, że to wszystko musi być jakoś synchronizowane, powinno mieć gwaranta swojej stabilności. Bez tego dawno już by się rozsypało, bo było ku temu na pewno wiele okazji.
Czyli, jeśli ten świat jakoś jest i trwa, to musi mieć SILNY MECHANIZM ZAPEWNIAJĄCY MU STABILNOŚĆ. Tym "mechanizmem" jest Bóg.

Dlaczego Bóg? Jakiś powód? Czy po prostu uznałeś tą nazwę za odpowiednią?
No i skąd ta pewność że cokolwiek jest stabilne i synchronizowane( z czym? samo z sobą?)

Cytat:
Przy czym słowo "mechanizm" należy tu rozumieć nie jako coś opisującego samego Boga, co raczej rolę jaką pełni tu w rozumowaniu.

Czyli Bóg nie jest mechanizmem, ale w rozumowaniu pełni rolę mechanizmu? Dobrze rozumiem?
Cytat:

Więc o sobie powiedziałbym, że:
- wierzę w Boga, bo wierzę w świat, który jest stabilny i będzie stabilny

A jeśli nie jest? Jeśli rządzi nim przypadek, chaos, prawdopodobieństwo?
Ok, zakładam że świat jest stabilny, ale nadal nie widzę powodu dla którego to akurat Bóg miałby być gwarantem tej stabilności? Nie wystarczą prawa fizyczne na których jest ona oparta?

Cytat:
- wierzę w Boga, bo wierzę w siebie jako coś względnie sensownego i spójnego

Czy abym mogła być czymś względnie sensownym i spójnym potrzebuję do tego Boga? Jeśli tak to dlaczego?

Cytat:
- wierzę w Boga, bo tą jedną wiarą załatwiam sobie - pozytywne! - odpowiedzi na mnóstwo pytań, które gdzieś mam w tle, a których tutaj nie zadałem, choć je uważam za ważne dla mojej świadomości.

Bóg luk?
Cytat:

Czyli - jakby - wierzę w Boga, bo mam nadzieję (pozytywną) na przyszłość świata i siebie.

A bez Boga nie można mieć nadziei na pozytywną przyszłość?
Cytat:

A może ta nadzieja jest płonna, może wszystko jest tylko przypadkiem, więc z dużym prawdopodobieństwem rozleci się po dotarciu do granicy swojego horyzontu?...

Może...
Co mogłoby być tym horyzontem?
Cytat:

- Cóż ja sam "nie czuję się" przypadkowy w swoim jestestwie, czuję swoją spójność, stąd uważam spójność za swojego rodzaju "prawo natury". Może przez to podobieństwo i analogię nadaję atrybut spójności reszcie rzeczywistości. W Biblii napisano, że "Bóg stworzył człowiek ana swój obraz i podobieństwo".

A może człowiek stworzył Boga na swoje podobieństwo? Dlatego wraz z rozwojem społeczeństwa, wiedzy i moralności obraz Boga się zmienia?
Może stworzyliśmy Boga na podstawie własnych potrzeb i doznań wewnętrznych, tak jak kiedyś ludzie uznawali że za błyskawice musi odpowiadać Bóg, tak teraz do odmiennych stanów świadomości, do przeżyć mistycznych dokleja się Boga który to zsyła, komunikuje się w ten sposób itd?

Cytat:
Ja odpowiadam niejako Bogu czymś podobnym, bo "obdarzam nadzieję istnienia Boga na podobieństwo mojej nadziei która jakoś (!) się we mniej pojawiła - nadziei, że wszystko może być sensownie, dobrze, w przyszłości szczęśliwie".

Ciekawy koncept

Cytat:
"Obdarzam" też Boga swoją wiarą w Niego i Nadzieję, bo:
- Bo w ogóle nadzieja wydaje mi się lepsza od braku tejże

Może tak, ale czy bez Boga nie mogę mieć nadziei?
Nawet potrafię mieć nadzieję na dobre życie po śmierci bez potrzeby mieszania do tego Boga...

Cytat:
- Bo skoro ja tę nadzieję potrafię generować, to znaczy, że ktoś inny mądrzejszy, doskonalszy przede mną, tez był w stanie taka nadzieję mieć, więc dalej mógł obdarzyć nadzieją takie istoty jak ja.

Czyli że niby to że mam nadzieję oznacza że ktoś mi ją darował?
Może to taki mechanizm psychologiczny który ułatwiał przetrwanie więc się utrwalił? Mechanizm oczekiwania na coś przyjemnego bezpośrednio jest powiązany z wyrzutami dopaminy w układzie nagrody, a to dość blisko do nadziei...
Cytat:

- Bo taką nadzieję rozumiem i czuję - ona jest niejako "mną", a jeśli nawet jest jakiś świat poza tą nadzieją, to ja się z tego nieprzyjemnego świata wypisuję, a dalej zapisuję (mocą aktualnego wyboru) do świata nadziei.

To Ty nadajesz światu wartości i nanosisz uczucia, odczucia, idee, więc też sądzę że ma się zapisać do świata pełnego nadziei, miłości itd, ale po co mi do tego Bóg? Wystarczę ja i świat, ew mogę przyjąć że bóg jest we mnie że jest tym głębszym doświadczającym ja, ale taki bóg nie ma cech, on dosłownie jest ( co w sumie podejrzanie mocno pasuje do JESTEM który JESTEM)
Robię to oczywiście arbitralnie. Robię się to nie pytając: co mi to potwierdza?
Cytat:
- Nic mi nie musi potwierdzać czegoś, co konstruuję na podobieństwo własnego jestestwa, tego co czuję w umyśle - to jest moje, oczywiste i na mój użytek to akceptuję. A ja tu jestem tym, który to potwierdził - bo chciał, bo miał taką moc.

Dokładnie Ty sam skonstruowałeś sobie Boga
Cytat:
Wierzę, że te moc dostałem od Tego, Który był Pierwszy Przede Mną.

Dlaczego?
Cytat:
Ścieżka rozumowania - potwierdzania ma więc tu dokładnie przeciwny kierunek od tego, który używają ateiści - tzn. ja nie światem zewnętrznym potwierdzam siebie, to co we mnie, ale sobą potwierdzam to wszystko (dalej sobą potwierdzę ten świat).

Czyli że nie świat zewnętrzny potwierdza Ciebie, ale Ty sobą potwierdzasz świat, tak?
Cytat:
A jeśli się mylę?...
A cóż to za problem, jeśli nawet się mylę?... Nawet jeślibym się mylił, to - mocą mojej wiary, nadziei i przekonania to WŁAŚNIE WYGENEROWAŁEM tę opcję, w której ta nadzieja jest. Zapisałem się do niej. Chcę się w niej utrzymać. Reszta mnie specjalnie nie obchodzi.

Czyli wygenerowałeś Boga, bo uznałeś że to opcja dająca nadzieję, której potrzebujesz?

Cytat:
Podsumowując, czym dla mnie jest religijna wiara: jest swoistym ZAPISANIEM SIĘ DO SENSOWNOŚCI, czyli zgodności wszystkiego, co mnie otacza i mnie samego, z tym co zrozumiałe, co stanowi poprawność moich myśli.

A jeśli nie ma zgodności to co modyfikujesz? Swoje myśli? Swoje poglądy?

Cytat:
Ktoś może powie: ale dlaczego samego siebie stawiam jakoś na szczycie owego łańcucha potwierdzeń, jako ostatecznego sędziego poprawności. Dlaczego na tym szczycie nie postawię czegoś ze świata, czegoś - jakiegoś konceptu, twierdzenia, uznania - (przez kogoś tam) udowodnionego?
Moja odpowiedź jest taka: ale przecież i tak ja ostatecznie będę musiał ten czyjś dowód "KLEPNĄĆ"! Co by nie wziąć ze świata, czy z siebie, czy z czegokolwiek, to i tak mój umysł może to odrzucić, uznać za nieważne. Ostatecznie i tak muszę się JA (!) zdecydować, czy jestem solipsystą, czy nie. Tak więc, nawet jak bym nie chciał to i tak będę na szczycie owego łańcucha. Bo to ja ostatecznie to coś dostaję i ja nadam temu wszelkie atrybuty dla mojego umysłu.

Tu się zgadzam, ostateczną wyrocznią dla nas jesteśmy my sami, informacje jakich doświadczam mogę przyjąć lub olać, uznać za dobre lub złe...
Natomiast przemyśl kto stworzył kogo - Bóg Ciebie czy Ty Boga? A może pytanie jest głupio postawione bo prawdziwy TY to BÓG doświadczający Ciebie jako umysłu?
Wiem że brzmi to absurdalnie ale przemyśl to, bo ja ostatnio różnymi drogami dochodzę raz za razem do takiego wniosku i może zwrócisz uwagę na coś co mi umknęło.
Cytat:

A cierpienie? Cierpieniu przecież mogę nie umieć się przeciwstawić. Właściwie najczęściej tak właśnie bywa, że cierpienie jest ponad wyborem.
- Cierpienie jest tym, czego nie potrafię kontrolować, ale nie oznacza to, że nie mogę istniejącemu cierpieniu nadawać po swojemu znaczeń, wartości. Bo jednak mogę ustalać jego status w moim umyśle - uznawać, bądź nie jego przyczynę, źródło, ustalać czym jego odczuwanie dla mnie będzie.

Możesz nie umieć się przeciwstawić ale często można na specyficznej drodze ( specyficzna uważna obserwacja ) zdystansować się i usunąć lub zmniejszyć dyskomfort, nieuznawanie jego przyczyny z zasady chyba zwiększa problem.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13263
Przeczytał: 59 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 0:46, 23 Maj 2018    Temat postu: Re: Czym właściwie jest wiara religijna?

Ircia napisał:
A może to co nazywasz JA to proces, funkcja umysłu? Natomiast jak pomyślisz kto to obserwuje to dojdziesz do tego że nikogo tam nie ma? Że jest bycie/doświadczanie/ zwał jak zwał, ale to nie ma cech, jest niezależne od czegokolwiek?
Jakie znaczenie ma to co myślisz i czujesz? Może to Ty nadajesz znaczenia.

Oczywiście, że ja nadaję znaczenia. Ale to nie znaczy, że nie ma ja. Są dwa niezależne problemy:
- nadanie znaczeń, odczuwanie
- zdefiniowanie czegoś, a potem rozpoznanie tego czegoś w świecie
Nie potrafię skutecznie zdefiniować ja, więc będę miał problem z rozpoznaniem. W końcu trudno jest rozpoznać coś, co się nie wie jak wygląda, albo jak to inaczej poznać. I chyba trzeba sie pogodzić, ze pewne rzeczy będziemy rozpoznawali niejako nie wprost. Rozpoznajemy same skutki działania, ale nie widzimy podmiotu, który działa.
Dla mnie ja to taki KONTENER NA SPÓJNOŚĆ MYŚLI, PAMIĘCI, WYBORÓW. Ja wtedy się umacnia, gdy myśli są spójne, nie przeczą sobie, budują kolejne poziomy zależności. Nie muszę umieć tego wskazać. Wskazywalność rzeczy nie jest obowiązkowym atrybutem.
Natomiast chyba kluczowym problemem, który poruszasz jest to, czy duchowość musi od razu oznaczać teizm; czyli że przecież może - jak w buddyzmie - możemy mieć duchowość bez Boga?...
Oczywiście jakąś postać duchowości bez Boga da się uzyskać. Jednak w moim odczuciu głębsza postać duchowości polega na wgryzieniu się w PERSONALISTYCZNĄ WARSTWĘ RZECZYWISTOŚCI, czego ukoronowaniem jest właśnie Bóg - OSOBA.
Czy mam na to argumenty?
- Przyznam, że jakichś silnych, obiektywizowalnych argumentów nie ma (jakieś słabsze argumenty może bym tu wcisnął, ale byłyby nietrudne do zakwestionowania). Mam tu jedynie MOCNĄ, SUBIEKTYWNĄ INTUICJĘ, własne odczucie, taki szczególny MODEL ONTOLOGICZNY. Ale nie będę tutaj owego modelu przedstawiał, bo choć w mojej głowie jakoś jest on względnie spójny, to zdaję sobie sprawę, że jest wysoce spekulatywny, trudny do potwierdzenia, a poza tym nawet nie bardzo umiałbym go przedstawiać dobrze słowami. Jedno co napiszę, to może tyle, że w owym modelu praktycznie każdy byt musi zawierać w sobie pierwiastek quasiosobowy, albo stricte osobowy. Dla mnie rzeczywistość nieosobowa jest po prostu niewyobrażalna (przynajmniej na głębszych poziomach stawianych pytań).
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Ircia




Dołączył: 04 Lut 2018
Posty: 1033
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: z wyśnionej krainy abstrakcji
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 10:40, 23 Maj 2018    Temat postu:

Może inaczej pojmujemy osobowość czegoś? Co to dla Ciebie oznacza? Najlepiej na kilku przykładach.

Coraz częściej mam wrażenie że mówimy prawie o tym samym tylko jakby z innych punktów widzenia, używając innych pojęć... Może dlatego tak mnie ciekawi Twoje pojmowanie tego typu zagadnień?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Religie i wyznania Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin