Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Dogmat zmiany
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Rozbieranie irracjonalizmu
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Andy72




Dołączył: 30 Sie 2010
Posty: 3331
Przeczytał: 30 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 17:08, 21 Maj 2020    Temat postu: Dogmat zmiany

Konieczność zmiany, jakakolwiek by nie była, uważa się często za oczywistość.
Jak do tej pory małżeństwo było związkiem mężczynzy i kobiety, to teraz związkiem dwóch chlopów albo bab. Byle była ZMIANA.
Jak dotąd ludzie rozmanażali się naturlanie, to postępowe będzie in-vitro
Co dalej? transhumanizm?
Zacząłem właśnie czytać ebooka "Epoka Anychrysta" Lisickiego.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
towarzyski.pelikan




Dołączył: 19 Sie 2018
Posty: 1608
Przeczytał: 126 tematów


PostWysłany: Czw 19:00, 21 Maj 2020    Temat postu: Re: Dogmat zmiany

Konieczność zmiany jest podyktowana Duchem Czasu.

Małżeństwo jako związek mężczyzny i kobiety jest przeżytkiem w czasach, kiedy prokreacja nie gra w międzyludzkich związkach tak wielkiej roli jak ongiś. Teraz liczy się już tylko czysta miłość. Małżeństwo jest uświęceniem związku miłosnego, niezależnie od tego, czy ów związek przyniesie materialne owoce.

Poleganie na naturalnej metodzie płodzenia jest przeżytkiem w czasach, kiedy mamy do dyspozycji technologię, dzięki której można naturę w tym obszarze przechytrzyć.

Obstawanie przy humanizmie jest przeżytkiem w czasach, kiedy technologia umożliwia nam humanizm transcendować.

Na koniec warto dodać, że Chrystus był przeciwny byciu wstecznym:
„Żaden człowiek, który przyłożył rękę do pługa, a ogląda się wstecz, nie nadaje się do królestwa Bożego” (ŁUK. 9:62)

Kto wierzy w Chrystusa, wierzy w postęp. W zmianę. W trans.


Ostatnio zmieniony przez towarzyski.pelikan dnia Czw 19:02, 21 Maj 2020, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Andy72




Dołączył: 30 Sie 2010
Posty: 3331
Przeczytał: 30 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 19:20, 21 Maj 2020    Temat postu:

To dziwne, bo mówił:
17 Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić6. 18 Zaprawdę. bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. 19 Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim. 20 Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 28 Wrz 2015
Posty: 10048
Przeczytał: 71 tematów

Skąd: USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 19:34, 21 Maj 2020    Temat postu: Re: Dogmat zmiany

Andy72 napisał:
Konieczność zmiany, jakakolwiek by nie była, uważa się często za oczywistość.
Jak do tej pory małżeństwo było związkiem mężczynzy i kobiety, to teraz związkiem dwóch chlopów albo bab. Byle była ZMIANA.
Jak dotąd ludzie rozmanażali się naturlanie, to postępowe będzie in-vitro
Co dalej? transhumanizm?
Zacząłem właśnie czytać ebooka "Epoka Anychrysta" Lisickiego.
Tytuł ścieżki to oxymoron czyli
Cytat:
postać mowy, w której pozornie sprzeczne terminy pojawiają się w połączeniu
, bo dogmat jest liniowy [ludzki] a zmiana jest naturalna i nielioniowa :wink:

Nie potrzeba zbyt dużo myśleć, żeby dojść do logicznego wniosku, że archetyp znany jako Jezus z Nazaretu - i bez znaczenia jest czy taki człowiek faktycznie żył czy jest to zinterpretowana i udokumentowana kompilacja konstruktywnych pragnień wielu ludzi aby rozwijać się przez pracę nad sobą - nie zajmował się klasyfikowaniem stanu ludzkiego

[link widoczny dla zalogowanych]

Paweł Lisieck napisał:
Tradycyjni i wierzący chrześcijanie ...
czyli katolicy w Polsce to w większości osoby, które w żadnym aspekcie nie odzwierciedlają cech Jezusa Chrystusa jakie przekazuje, dla przykładu, Ewangelia Mateusza 5,3-12 znana jako Błogosławieństwa <-> [link widoczny dla zalogowanych] i dlatego sytuację w Polsce macie taką jaka jest.

Postawy spójne z Blogoslawnienstwami i ze śródziemnomorskim ruchem charytatywnym Droga z I-II wieku naszej ery - zanim w roku 325 zabrał się za poprawki cesarz Konstantyn "który miał klawe życie" a potem mianowani biskupi Rzymu/papieze [minus Franciszek Obecny czyli Present- to wyjątki ale mam nadzieję, że będą się mnożyć jak ryby :)

Langusta na palmie "Traktat o składaniu prania"
https://youtu.be/617K8VzrObI

a tu klasycznie

Diakon Marcin Gajda, lek. med. z zespołem <-> https://youtu.be/h3w6pKJ7ha0

Nieodpłatna mądrość życiowa <-> kluczowo ważne są relacje międzyludzkie tu i teraz. Wchodzenie w relacje międzyludzkie z bagażem destruktywnych emocji rodem ze Średniowiecza i stosów to utrata siebie w trakcie własnego istnienia, bo nie sposob tego procesu określić jako ludzkie życie - świadome i samo świadome.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16045
Przeczytał: 106 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 19:39, 21 Maj 2020    Temat postu: Re: Dogmat zmiany

towarzyski.pelikan napisał:
Konieczność zmiany jest podyktowana Duchem Czasu.

Małżeństwo jako związek mężczyzny i kobiety jest przeżytkiem w czasach, kiedy prokreacja nie gra w międzyludzkich związkach tak wielkiej roli jak ongiś. Teraz liczy się już tylko czysta miłość. Małżeństwo jest uświęceniem związku miłosnego, niezależnie od tego, czy ów związek przyniesie materialne owoce.

Co do tego, czym jest małżeństwo, bym polemizował.
Małżeństwo stanowi wytwór kulturowy, społeczny. "Jest" tym, czym je uczynimy, na co sie umówimy.
Można rozważyć tu dwie zasadnicze opcje
1. małżeństwo jako coś skłaniającego się ku użyteczności społecznej, w tym prokreacji
2. małżeństwo jako ogłoszenie, że się kochamy i mieszkamy razem.

Osobiście nie mam nic przeciwko ogłaszaniu dwojga ludzi, że się kochają, chcą razem mieszkać i radośnie uprawiać seks. Niech nawet sobie to ogłoszą. Gdzieś tam... niech sobie ogłoszą. Przy aktualnym podejściu ogłoszą dzisiaj, za pół roku stwierdzą, że im się znudziło, więc ogłoszą, że teraz kochają kogo innego. A moze z tamtymi się już nienawidzą, albo są obojętni. Jakby to ogłosili gdzieś na FB, Twitterze czy czymkolwiek tam, to bym się nie czepiał. Czepiam się...
zawracania ludziom głowy, że to ma jakiekolwiek poważniejsze znaczenie.
obstawiam zatem opcję 1 - małżeństwo jako coś UŻYTECZNEGO SPOŁECZNIE, DOMAGAJĄCEGO SIĘ KORZYŚCI, ZAWAROWANEGO RESTRYKCJAMI.
Nie jako wyrażenie jakichś tam emocji. Małżeństwo w tym sensie, że społeczeństwo powinno to chronić, dbać o to, doglądać ma sens jedynie wtedy, jeśli owo społeczeństwo ma coś za to dostać. Ja uważam, że ma dostać w tym przypadku (przynajmniej zawsze tak było) wychowanego nowego członka społeczeństwa. Dlatego uważam za sensowną jedynie taką postać małżeństwa, które jest nierozerwalnie związane z prokreacją, wychowaniem dzieci. Tu ma być coś za coś - coś dajesz, więc coś otrzymasz.

Weźmy sobie taki związek gejowski. Oto zawierają "małżeństwo" - czego wtedy oczekują?
- Co ma im społeczeństwo dać?...
I ZA CO właściwie ma im społeczeństwo owo coś dać (aby nie dyskryminować)?...
Za to, ze para deklaruje, iż ze sobą zamieszka (jak to było zapewne do tej pory) i będzie uprawiała seks (jak to było do tej pory)?...
- To ja się pytam: co to właściwie za "oferta"?... :shock:
Niby dlaczego w ogóle jakieś, dbające o rozwój społeczeństwa, instytucje miałyby poświęcać swój czas, aby jakaś para ogłosiła, że "my robimy sobie dobrze?"... :shock:
To ja się pytam: a dlaczego właściwie dwóch miłośników szachów, namiętnie grywających partyjki ma być tu poszkodowana, w swoich emocjach grywania na 64 polach?...
Dlaczego nie należą im się np. z tego tytułu ulgi podatkowe?
- W końcu - podobnie jak para gejów - jest im miło razem. A jeśli jeszcze ze sobą zamieszkają, to czemużby taki związek szachistów nie miałby być "małżeństwem"?...
Ale też za chwilę spytam, czy czwórka do brydża nie może być małżeństwem?
- jeśli tyle radości z tego mają...

Oto lobby LGBT już wywalczyło sobie w wielu krajach, że ta granica, co uważamy za warte ogłoszenia przez organy państwowe (jako małżeństwo) przesunęła się z domniemanej komórki społecznej dającej społeczeństwu wymierną korzyść, na ogłoszenie o jakichś tam emocjach i chęci bycia razem. To dlaczego nie pociągnąć tej granicy dalej?
- Dlaczego dyskryminujemy tych wszystkich, którzy mają radochę i mieszkają razem, ale robią to z powodów innych, niż seks?...
Dlaczego w ogóle ten seks ma być podstawą do jakichkolwiek przywilejów?...
Dlaczego radość z seksu zasługuje na dowartościowanie powołaniem szczególnej roli społecznej, a radość ze wspólnych treningów, gotowania, czy po prostu mieszkania razem, bo jest bezpieczniej i taniej, już nie?
Ale jeśli pójdziemy tym tropem, to za chwilę "małżeństwem" stanie się dowolny związek ludzi, połączony z dowolna emocją między nimi (niech będzie na start, że z założenia emocją pozytywną). Czy aby na pewno tego chcemy (zakładam, ze zastanawiam się nad kształtem i rolą instytucji w społeczności)?...
Ja tam uważam, że w dzisiejszych czasach, gdy już nikt nie robi ograniczeń parom współżyjącym bez ślubu, gdy konkubinat powoli staje się prawie normą, zaś rozwód dostaje się bez większych utrudnień, to nazywanie tego nietrwałego czegoś "małżeństwem" jest w ogóle obroną jakiegoś mirażu, rozmywa sprawę jeszcze bardziej, niszczy dodatkowo coś, co (niestety) i tak się rozmyło, przestało mieć znaczenie. Para bez ślubu dzisiaj ma z grubsza te same prawa i możliwości co ze ślubem. Więc po to to małżeństwo?
- żeby znajomych sprosić na większą imprę?...
Skoro i tak się nic nie zmieni...
Jak to w tym dowcipie, gdy dwie koleżanki się spotykają, a jedna pyta drugiej:
- Cześć Ewka, jak tam po ślubie?
- Aaa tam, nic specjalnego - odpowiada zagadnięta, dodając: jest to samo, tylko trochę częściej
(w innej opcji dowcipu "częściej" zmienia się na "rzadziej")

Wg mnie małżeństwo rozumiane jako ogłoszenie o emocjach i chęci mieszkania razem to kierunek erozję (nie mylić z erotyką) sensu owej instytucji. To praktycznie niczemu nie służy, tam sens się rozmywa, brak jest "wartości dodanej". Ot, ogłoszenie o emocjach w bardziej angażującej instytucje wersji. De facto nie potrzebne nikomu (może z wyjątkiem par homoseksualnych, które tym sposobem próbują nawrócić ku sobie nieprzychylną sobie część społeczeństwa), albo potrzebne na chwilę. Kolejna rzecz bez znaczenia.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Andy72




Dołączył: 30 Sie 2010
Posty: 3331
Przeczytał: 30 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 19:48, 21 Maj 2020    Temat postu: Re: Dogmat zmiany

Dyskurs napisał:
Tytuł ścieżki to oxymoron czyli
Cytat:
postać mowy, w której pozornie sprzeczne terminy pojawiają się w połączeniu
, bo dogmat jest liniowy [ludzki] a zmiana jest naturalna i nielioniowa :wink:

Tak jak hasła “zabrania się zabraniać”, “wszystko się zmienia poza samą zmianą”, “nic nie jest pewne poza brakiem pewności” itp.

Dyskurs napisał:

Postawy spójne z Blogoslawnienstwami i ze śródziemnomorskim ruchem charytatywnym Droga z I-II wieku naszej ery - zanim w roku 325 zabrał się za poprawki cesarz Konstantyn "który miał klawe życie" a potem mianowani biskupi Rzymu/papieze [minus Franciszek Obecny czyli Present- to wyjątki ale mam nadzieję, że będą się mnożyć jak ryby :)

Albo odrzuca się Chrystusa, albo spotkałem się z hipotezą że co prawda Jezus był w porządku ale Paweł (Szaweł) zniekształcił Jego nauki. A Ty znowu lansujesz pogląd że chrześcijaństwo było dobre do cesarza Konstantyna. A cesarz Konstantyn był wielki bo był dość pokorny na tle swoich poprzedników, którzy często uważąli się za bogów lub conajmniej za połbogów (już od Juliusza Cezara)


Ostatnio zmieniony przez Andy72 dnia Czw 19:52, 21 Maj 2020, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Andy72




Dołączył: 30 Sie 2010
Posty: 3331
Przeczytał: 30 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 19:51, 21 Maj 2020    Temat postu: Re: Dogmat zmiany

Michał Dyszyński napisał:

Jak to w tym dowcipie, gdy dwie koleżanki się spotykają, a jedna pyta drugiej:
- Cześć Ewka, jak tam po ślubie?
- Aaa tam, nic specjalnego - odpowiada zagadnięta, dodając: jest to samo, tylko trochę częściej
(w innej opcji dowcipu "częściej" zmienia się na "rzadziej")

No i spaliłeś dowcip, miało być "rzadziej" :)
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16045
Przeczytał: 106 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 20:06, 21 Maj 2020    Temat postu: Re: Dogmat zmiany

Andy72 napisał:
Michał Dyszyński napisał:

Jak to w tym dowcipie, gdy dwie koleżanki się spotykają, a jedna pyta drugiej:
- Cześć Ewka, jak tam po ślubie?
- Aaa tam, nic specjalnego - odpowiada zagadnięta, dodając: jest to samo, tylko trochę częściej
(w innej opcji dowcipu "częściej" zmienia się na "rzadziej")

No i spaliłeś dowcip, miało być "rzadziej" :)

Wg mnie obie opcje są tak samo śmieszne.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
towarzyski.pelikan




Dołączył: 19 Sie 2018
Posty: 1608
Przeczytał: 126 tematów


PostWysłany: Czw 20:24, 21 Maj 2020    Temat postu: Re: Dogmat zmiany

Michał Dyszyński napisał:

Co do tego, czym jest małżeństwo, bym polemizował.
Małżeństwo stanowi wytwór kulturowy, społeczny. "Jest" tym, czym je uczynimy, na co sie umówimy.
Można rozważyć tu dwie zasadnicze opcje
1. małżeństwo jako coś skłaniającego się ku użyteczności społecznej, w tym prokreacji
2. małżeństwo jako ogłoszenie, że się kochamy i mieszkamy razem.

Osobiście nie mam nic przeciwko ogłaszaniu dwojga ludzi, że się kochają, chcą razem mieszkać i radośnie uprawiać seks. Niech nawet sobie to ogłoszą. Gdzieś tam... niech sobie ogłoszą. Przy aktualnym podejściu ogłoszą dzisiaj, za pół roku stwierdzą, że im się znudziło, więc ogłoszą, że teraz kochają kogo innego. A moze z tamtymi się już nienawidzą, albo są obojętni. Jakby to ogłosili gdzieś na FB, Twitterze czy czymkolwiek tam, to bym się nie czepiał. Czepiam się...
zawracania ludziom głowy, że to ma jakiekolwiek poważniejsze znaczenie.
obstawiam zatem opcję 1 - małżeństwo jako coś UŻYTECZNEGO SPOŁECZNIE, DOMAGAJĄCEGO SIĘ KORZYŚCI, ZAWAROWANEGO RESTRYKCJAMI.
Nie jako wyrażenie jakichś tam emocji. Małżeństwo w tym sensie, że społeczeństwo powinno to chronić, dbać o to, doglądać ma sens jedynie wtedy, jeśli owo społeczeństwo ma coś za to dostać. Ja uważam, że ma dostać w tym przypadku (przynajmniej zawsze tak było) wychowanego nowego członka społeczeństwa. Dlatego uważam za sensowną jedynie taką postać małżeństwa, które jest nierozerwalnie związane z prokreacją, wychowaniem dzieci. Tu ma być coś za coś - coś dajesz, więc coś otrzymasz.

Jest pewien problem z tym podejściem, że społeczeństwo udziela prawa do małżeństw tylko parom heteroseksualnym ze względu na użyteczną społecznie prokreację, ponieważ nie każda para heteroseksualna, która zawiera związek małżeński w ogóle będzie chciała lub mogła posiadać potomstwo.

Jeśli nikt nie rozlicza małżeństw heteroseksualnych z tego, w jakim stopniu wywiązują się z tego prokreacyjnego zobowiązania, to tak jakby to tak naprawdę nie było istotne. Po prostu pary heteroseksualne mają przywileje ze względu na swoją orientację.

Sytuację komplikuje również fakt, że lobbowanie za małżeństwami homo idzie w parze z lobbowaniem za adopcją dzieci przez pary homo, a skoro geje i lesbijki są chętni do tego, by wychowywać dzieci, to wówczas jak najbardziej takie małżeństwa miałyby możliwość spełnić tę użyteczną rolę społeczną, oczywiście pod warunkiem - że nie ma przeciwskazań, żeby pary homo wychowywały dzieci.

Kolejna rzecz, to trwałość związków ogranicza rozprzestrzenianie się m.in. wirusa HIV, który właśnie najczęściej jest problemem homoseksualistów. Społeczeństwo umożliwiając parom homo sformalizowanie swoich związków, ma z tego realny zysk - im mniej HIV, tym lepiej.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16045
Przeczytał: 106 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 21:30, 21 Maj 2020    Temat postu: Re: Dogmat zmiany

towarzyski.pelikan napisał:
Michał Dyszyński napisał:

Co do tego, czym jest małżeństwo, bym polemizował.
Małżeństwo stanowi wytwór kulturowy, społeczny. "Jest" tym, czym je uczynimy, na co sie umówimy.
Można rozważyć tu dwie zasadnicze opcje
1. małżeństwo jako coś skłaniającego się ku użyteczności społecznej, w tym prokreacji
2. małżeństwo jako ogłoszenie, że się kochamy i mieszkamy razem.

Osobiście nie mam nic przeciwko ogłaszaniu dwojga ludzi, że się kochają, chcą razem mieszkać i radośnie uprawiać seks. Niech nawet sobie to ogłoszą. Gdzieś tam... niech sobie ogłoszą. Przy aktualnym podejściu ogłoszą dzisiaj, za pół roku stwierdzą, że im się znudziło, więc ogłoszą, że teraz kochają kogo innego. A moze z tamtymi się już nienawidzą, albo są obojętni. Jakby to ogłosili gdzieś na FB, Twitterze czy czymkolwiek tam, to bym się nie czepiał. Czepiam się...
zawracania ludziom głowy, że to ma jakiekolwiek poważniejsze znaczenie.
obstawiam zatem opcję 1 - małżeństwo jako coś UŻYTECZNEGO SPOŁECZNIE, DOMAGAJĄCEGO SIĘ KORZYŚCI, ZAWAROWANEGO RESTRYKCJAMI.
Nie jako wyrażenie jakichś tam emocji. Małżeństwo w tym sensie, że społeczeństwo powinno to chronić, dbać o to, doglądać ma sens jedynie wtedy, jeśli owo społeczeństwo ma coś za to dostać. Ja uważam, że ma dostać w tym przypadku (przynajmniej zawsze tak było) wychowanego nowego członka społeczeństwa. Dlatego uważam za sensowną jedynie taką postać małżeństwa, które jest nierozerwalnie związane z prokreacją, wychowaniem dzieci. Tu ma być coś za coś - coś dajesz, więc coś otrzymasz.

Jest pewien problem z tym podejściem, że społeczeństwo udziela prawa do małżeństw tylko parom heteroseksualnym ze względu na użyteczną społecznie prokreację, ponieważ nie każda para heteroseksualna, która zawiera związek małżeński w ogóle będzie chciała lub mogła posiadać potomstwo.

Jeśli nikt nie rozlicza małżeństw heteroseksualnych z tego, w jakim stopniu wywiązują się z tego prokreacyjnego zobowiązania, to tak jakby to tak naprawdę nie było istotne. Po prostu pary heteroseksualne mają przywileje ze względu na swoją orientację.

Sytuację komplikuje również fakt, że lobbowanie za małżeństwami homo idzie w parze z lobbowaniem za adopcją dzieci przez pary homo, a skoro geje i lesbijki są chętni do tego, by wychowywać dzieci, to wówczas jak najbardziej takie małżeństwa miałyby możliwość spełnić tę użyteczną rolę społeczną, oczywiście pod warunkiem - że nie ma przeciwskazań, żeby pary homo wychowywały dzieci.

Kolejna rzecz, to trwałość związków ogranicza rozprzestrzenianie się m.in. wirusa HIV, który właśnie najczęściej jest problemem homoseksualistów. Społeczeństwo umożliwiając parom homo sformalizowanie swoich związków, ma z tego realny zysk - im mniej HIV, tym lepiej.

Wszystko to racja. Jednak upieram się, że owo, postulowane przez lobbing LGBT rozszerzenie instytucji małżeństwa, jest de facto zgubieniem jego podstawowej idei. Takiego "małżeństwa" po prostu nie potrzebuje zdrowe społeczeństwo.
Oczywiście problem jest szerszy. Po tym, jak powoli erodowało małżeństwo w stosunku do pierwotnej jego formy, można uznać jego rozszerzenie na związki homo jako coś naturalnego. Ale właściwie wszystko to razem jest ścieżką w nicość, w pustkę, w popsucie samej idei.
Bazowy sens idei małżeństwa można by opisać następująco:
Stanowi ono zabezpieczenie przed konfliktami i poważnymi zagrożeniami, jakie pojawiają się, gdy rywalizacja o względy atrakcyjnych partnerów seksualnych nie zostałaby poddana żadnym rygorom.
U zwierząt mamy prawo prymatu genów zwycięskiego samca nad przegranymi. Lew samiec, po zabiciu swojego rywala, przejmuje jego samicę i zabija potomstwo pokonanego. Czytałem, że tzw. śmierć łóżeczkowa niemowląt zdarza się 20 razy (!) częściej u par, gdzie mężczyzna nie jest biologicznym ojcem niemowlęcia. Znane jest pojęcie "traktowania po macoszemu", które obrazuje to, jak zajmuje się aktualna kobieta dziećmi poprzedniej partnerki mężczyzny, który jest w nowym związku. Biologia jest okrutna, nasz "zew genów" jest poważnym zagrożeniem.
Proponuję zrobić sobie takie osobiste doświadczenie z własnymi emocjami. Wyobraź sobie, że wchodzisz w nowy związek, z którego nasz partner(ka) ma dzieci, a my mamy z nim też dzieci. Oto między tymi dziećmi jest konflikt. Czyją stronę weźmiemy?...
Albo może...
Może ktoś ufa nawet jakoś sobie, że będzie w takiej sytuacji sprawiedliwy, że nie będzie faworyzował swojego dziecka. Ale czy przyjdzie mu to łatwo?...
A teraz zadam pytanie: a jeśli w podobnej sytuacji znajdzie się osoba myśląca dość instynktownie, emocjonalnie, nie narzucająca sobie etycznych wymagań, tylko idąca za głosem bezpośrednich uczuć - czy taka osoba potraktuje dzieci z poprzedniego związku tak samo serdecznie jak własne?...
Może nawet taki przypadek się zdarzy. Ale jak będzie to częsta sytuacja?...
Czy oddał(a)byś chętnie swoje dzieci pod opiekę nowego partnera osoby, z którą te dzieci masz? Uważasz, że byłyby tak samo dobrze zaopiekowane?...

Ktoś mądry już dawno zauważył, że najstabilniejsze są takie rodziny, w których jednak mężczyzna wie, że wychowuje własne dzieci (kobieta z resztą też). I ktoś mądry (może jakiś wódz, czy szaman plemienia) wykombinował, że trwałość związków trzeba chronić. Bo to się opłaca społeczności. A jak chronić?
- Wymuszając obyczaje, które będą promowały stałe związki, brak skoków w bok. Dalej pomysł sam się narzuca - gdy już para się jakoś wyłoni, trzeba OGŁOSIĆ całej społeczności, którzy to są razem, a więc do których to potencjalnych partnerów seksualnych dostęp jest wzbroniony. To ogłoszenie to właśnie ślub, a potem wesele, czyli zaznajomienie dodatkowe wszystkich z faktem stałości tego związku. Potem społeczeństwo miało PILNOWAĆ (ostracyzmem dla nieposłusznych) tego, aby nikt się do przypisanych wzajemnie partnerów nie dobierał, nie uprawiał z nimi seksu. Dzięki temu dzieci dorastały w (jako tako) stabilnych rodzinach (a w każdym razie w stabilniejszych, niż gdyby wspomnianego mechanizmu zabezpieczającego nie było). To działa, jeśli
- społeczeństwo potępia zdrady
- partnerzy przynajmniej próbują się stosować do przyjętych zobowiązań
- gdy pojawią się dzieci, presja stałości związku i wierności jego członków wzrasta
- partnerzy wiedzą, iż nie opłaca im się zrywać tych związków (rozwody są jak najbardziej utrudnione).

Niestety, ten układ w pewnym momencie zaczął się psuć.
Rozwody stały się łatwiejsze. Współżycie przed ślubem zrobiło się normą. Nikt nikogo nie pilnuje, aby nie zdradzał swojego partnera (czy nawet męża/żony). Ostatnim gwoździem do trumny instytucji małżeństwa będzie pewnie to powszechne zaakceptowanie małżeństw homo. Wtedy małżeństwo przestanie pełnić jakąkolwiek sensowną (użyteczną) rolę, stając się jedynie okazją do kolejnego towarzyskiego eventu - jak impreza w dzień urodzin, czy bal maturalny. Bo takie małżeństwo ani nie zobowiązuje specjalnie do niczego małżonków, ani otoczenie tych małżonków nie ma tu żadnych zadań w stylu chronienia tego związku. Jak się dwoje gejów rozstanie, a potem wezmą sobie nowych partnerów, to po prostu.. kogo to?...
Jak to w życiu - gdy się komuś ta zabawa w seks nudzi, to szuka sobie urozmaicenia.
Dzieci są POWODEM aby była trwałość związku. Jak te dzieci usuniemy z układanki, to właściwie nikogo nie będzie specjalnie obchodziło, czy owa para jest ze sobą razem, czy nie. I słusznie, bo to nie ma większego znaczenia. Zaś tak rozumiane małżeństwo - jako ogłoszenie przejściowej emocji bycia razem dla pary - też nie ma ani znaczenia, ani sensu.
Ale chyba "mamy po ptokach" - małżeństwo się zdegenerowało, a proces jego degeneracji zaczął się mniej więcej po rewolucji francuskiej. I tak trwa do dzisiaj, gdy mamy tej degeneracji apogeum. Pewnie już sprawa się sypła - zostanie nam "małżeństwo" na podobieństwo dowolnej innej imprezy okolicznościowej. Ewentualnie to, czy inne lobby wywalczy sobie tą metodą jakieś bonusy podatkowe.
:(
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 28 Wrz 2015
Posty: 10048
Przeczytał: 71 tematów

Skąd: USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 21:31, 21 Maj 2020    Temat postu: Re: Dogmat zmiany

Andy72 napisał:
Dyskurs napisał:
Tytuł ścieżki to oxymoron czyli
Cytat:
postać mowy, w której pozornie sprzeczne terminy pojawiają się w połączeniu
, bo dogmat jest liniowy [ludzki] a zmiana jest naturalna i nielioniowa :wink:
Tak jak hasła “zabrania się zabraniać”, “wszystko się zmienia poza samą zmianą”, “nic nie jest pewne poza brakiem pewności” itp.

Dyskurs napisał:

Postawy spójne z Blogoslawnienstwami i ze śródziemnomorskim ruchem charytatywnym Droga z I-II wieku naszej ery - zanim w roku 325 zabrał się za poprawki cesarz Konstantyn "który miał klawe życie" a potem mianowani biskupi Rzymu/papieze [minus Franciszek Obecny czyli Present- to wyjątki ale mam nadzieję, że będą się mnożyć jak ryby :)
Albo odrzuca się Chrystusa, albo spotkałem się z hipotezą że co prawda Jezus był w porządku ale Paweł (Szaweł) zniekształcił Jego nauki. A Ty znowu lansujesz pogląd że chrześcijaństwo było dobre do cesarza Konstantyna. A cesarz Konstantyn był wielki bo był dość pokorny na tle swoich poprzedników, którzy często uważąli się za bogów lub conajmniej za połbogów (już od Juliusza Cezara)
Jezus jest archetypem ludzkiego kontruktywnego pragnienia rozwoju. Większość katolików w Polsce przyjmuje opłatek do ust ale odrzuca Jezusa, bo przyjęcie Jezusa jest dla nich zbyt trudne.

Masz wątpliwości? Nie szukaj daleko weryfikacji tego co piszę z morałem, że z niskiej intencji nie powstanie nic co jest konstruktywne <->
http://www.sfinia.fora.pl/blog-michal-dyszynski,67/prawdziwa-religia,8130-350.html#527165

P.S. Przed cesarzem Konstantynem nie było chrześcijaństwa jakie znamy z historii od roku 325.


Ostatnio zmieniony przez Dyskurs dnia Czw 21:36, 21 Maj 2020, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
towarzyski.pelikan




Dołączył: 19 Sie 2018
Posty: 1608
Przeczytał: 126 tematów


PostWysłany: Pią 11:25, 22 Maj 2020    Temat postu: Re: Dogmat zmiany

Michał Dyszyński napisał:

Wszystko to racja. Jednak upieram się, że owo, postulowane przez lobbing LGBT rozszerzenie instytucji małżeństwa, jest de facto zgubieniem jego podstawowej idei. Takiego "małżeństwa" po prostu nie potrzebuje zdrowe społeczeństwo.
Oczywiście problem jest szerszy. Po tym, jak powoli erodowało małżeństwo w stosunku do pierwotnej jego formy, można uznać jego rozszerzenie na związki homo jako coś naturalnego. Ale właściwie wszystko to razem jest ścieżką w nicość, w pustkę, w popsucie samej idei.
Bazowy sens idei małżeństwa można by opisać następująco:
Stanowi ono zabezpieczenie przed konfliktami i poważnymi zagrożeniami, jakie pojawiają się, gdy rywalizacja o względy atrakcyjnych partnerów seksualnych nie zostałaby poddana żadnym rygorom.
U zwierząt mamy prawo prymatu genów zwycięskiego samca nad przegranymi. Lew samiec, po zabiciu swojego rywala, przejmuje jego samicę i zabija potomstwo pokonanego. Czytałem, że tzw. śmierć łóżeczkowa niemowląt zdarza się 20 razy (!) częściej u par, gdzie mężczyzna nie jest biologicznym ojcem niemowlęcia. Znane jest pojęcie "traktowania po macoszemu", które obrazuje to, jak zajmuje się aktualna kobieta dziećmi poprzedniej partnerki mężczyzny, który jest w nowym związku. Biologia jest okrutna, nasz "zew genów" jest poważnym zagrożeniem.
Proponuję zrobić sobie takie osobiste doświadczenie z własnymi emocjami. Wyobraź sobie, że wchodzisz w nowy związek, z którego nasz partner(ka) ma dzieci, a my mamy z nim też dzieci. Oto między tymi dziećmi jest konflikt. Czyją stronę weźmiemy?...
Albo może...
Może ktoś ufa nawet jakoś sobie, że będzie w takiej sytuacji sprawiedliwy, że nie będzie faworyzował swojego dziecka. Ale czy przyjdzie mu to łatwo?...
A teraz zadam pytanie: a jeśli w podobnej sytuacji znajdzie się osoba myśląca dość instynktownie, emocjonalnie, nie narzucająca sobie etycznych wymagań, tylko idąca za głosem bezpośrednich uczuć - czy taka osoba potraktuje dzieci z poprzedniego związku tak samo serdecznie jak własne?...
Może nawet taki przypadek się zdarzy. Ale jak będzie to częsta sytuacja?...
Czy oddał(a)byś chętnie swoje dzieci pod opiekę nowego partnera osoby, z którą te dzieci masz? Uważasz, że byłyby tak samo dobrze zaopiekowane?...

Ktoś mądry już dawno zauważył, że najstabilniejsze są takie rodziny, w których jednak mężczyzna wie, że wychowuje własne dzieci (kobieta z resztą też). I ktoś mądry (może jakiś wódz, czy szaman plemienia) wykombinował, że trwałość związków trzeba chronić. Bo to się opłaca społeczności. A jak chronić?
- Wymuszając obyczaje, które będą promowały stałe związki, brak skoków w bok. Dalej pomysł sam się narzuca - gdy już para się jakoś wyłoni, trzeba OGŁOSIĆ całej społeczności, którzy to są razem, a więc do których to potencjalnych partnerów seksualnych dostęp jest wzbroniony. To ogłoszenie to właśnie ślub, a potem wesele, czyli zaznajomienie dodatkowe wszystkich z faktem stałości tego związku. Potem społeczeństwo miało PILNOWAĆ (ostracyzmem dla nieposłusznych) tego, aby nikt się do przypisanych wzajemnie partnerów nie dobierał, nie uprawiał z nimi seksu. Dzięki temu dzieci dorastały w (jako tako) stabilnych rodzinach (a w każdym razie w stabilniejszych, niż gdyby wspomnianego mechanizmu zabezpieczającego nie było). To działa, jeśli
- społeczeństwo potępia zdrady
- partnerzy przynajmniej próbują się stosować do przyjętych zobowiązań
- gdy pojawią się dzieci, presja stałości związku i wierności jego członków wzrasta
- partnerzy wiedzą, iż nie opłaca im się zrywać tych związków (rozwody są jak najbardziej utrudnione).

Wszystko racja, ale pytanie, czy w dzisiejszych i przyszłych czasach rodzina będzie tą podstawową komórka społeczną. Idea tradycyjnie pojmowanego małżeństwa jest podporządkowana właśnie rodzinie.

Mam wrażenie, że my pomału dryfujemy w stronę czegoś na kształt Platońskiej wizji państwa, gdzie to nie rodzina, a państwo wychowuje, kształtuje dzieci, obywateli. Formalnie to rodzina cały czas za to odpowiada, ale w praktyce to "system" decyduje we wszystkim za rodziców. Rodzice tylko wykonują polecenia systemu. Zamiast np. zostawić edukacje seksualną swoich dzieci rodzicom postuluje się wprowadzenie takiego przedmiotu do szkół. Wychodzi się z założenia, że lepiej będzie, jak zajmą się tym eksperci. W ogóle rola ekspertów z każdym rokiem rośnie. Jest moda na to, żeby we wszystkich słuchać nauki, a konkretnie różnych instytucji o charakterze międzynarodowym, które mają naukę reprezentować, np. WHO.

Przewiduję, że te naturalne, genetyczne więzi między rodzicami i dziećmi będą coraz bardziej słabnąć, taki "wynaturzony" człowiek będzie lepszym sługą państwa czy wspólnoty ogólnoświatowej.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 16045
Przeczytał: 106 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 11:39, 22 Maj 2020    Temat postu: Re: Dogmat zmiany

towarzyski.pelikan napisał:
Wszystko racja, ale pytanie, czy w dzisiejszych i przyszłych czasach rodzina będzie tą podstawową komórka społeczną. Idea tradycyjnie pojmowanego małżeństwa jest podporządkowana właśnie rodzinie.

Mam wrażenie, że my pomału dryfujemy w stronę czegoś na kształt Platońskiej wizji państwa, gdzie to nie rodzina, a państwo wychowuje, kształtuje dzieci, obywateli. Formalnie to rodzina cały czas za to odpowiada, ale w praktyce to "system" decyduje we wszystkim za rodziców. Rodzice tylko wykonują polecenia systemu. Zamiast np. zostawić edukacje seksualną swoich dzieci rodzicom postuluje się wprowadzenie takiego przedmiotu do szkół. Wychodzi się z założenia, że lepiej będzie, jak zajmą się tym eksperci. W ogóle rola ekspertów z każdym rokiem rośnie. Jest moda na to, żeby we wszystkich słuchać nauki, a konkretnie różnych instytucji o charakterze międzynarodowym, które mają naukę reprezentować, np. WHO.

Przewiduję, że te naturalne, genetyczne więzi między rodzicami i dziećmi będą coraz bardziej słabnąć, taki "wynaturzony" człowiek będzie lepszym sługą państwa czy wspólnoty ogólnoświatowej.

Dla mnie to jest dość przerażająca wizja. Być może w odniesieniu do patologicznych rodzin, byłby to jakiś postęp. Jednak w stosunku do rodzin "względnie normalnych" obawiam się, że taki "postęp" wygeneruje ostatecznie potężny regres, dając pokolenia ludzi wyalienowanych emocjonalnie.
Jakieś takie zastąpienie, kształtujących się od niemowlęctwa, związków z bliskimi ludźmi, związkiem z bliżej nieokreśloną "instytucyjną magmą", czyli de facto zbitkiem mniemań i walką interesów grup różnych, może jedynie zablokować rozwój młodych ludzi na etapie oddalenia się od własnych uczuć, odczuwania swojej natury, wpływu na świat. Wg mnie to doprowadzi do wielkiej fali zaburzeń mentalnych, masowo wytworzy osobowości patologiczne - zagubione wewnętrznie pomiędzy światem o wszechwładnej mocy wpływu, a nie rozpoznanym (nie dającym nadziei na rozpoznanie!) sobą.
Psychologia odkrywa dzisiaj, jak wielki wpływ na kształtowanie się poprawnej osobowości mają pierwsze lata życia, związek z rodzicami, zaufanie do nich, potem jakaś postać utraty tego zaufania (objaw poszukiwania kształtu własnej samodzielności), by w końcu powrócić do ufności, tylko w nienaiwnej formie.
Przy czym nie twierdzę, iż wpływa państwa i jego instytucji należałoby całkowicie usunąć, lecz że należy z owym wpływem być z tym bardzo ostrożnym, dawkując go precyzyjnie.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
towarzyski.pelikan




Dołączył: 19 Sie 2018
Posty: 1608
Przeczytał: 126 tematów


PostWysłany: Sob 4:50, 23 Maj 2020    Temat postu:

Chyba o to w tym wszystkim chodzi, żeby ludzie nie mieli własnej tożsamości, co jest zresztą bardzo zbieżne z filozofią Wschodu, która jest na potęgę promowana na Zachodzie.

Takie pytanie mi się nasuwa: dlaczego współcześni ludzie już nie rozumieją (nie licząc nacjonalistów i kibiców) patriotyzmu? Kiedyś ludzie umierali za ojczyznę, za swoich rodaków. Dlatego, że odczuwali silną więź z tym co naturalnie bliskie. Kochali swoją ojczyznę, bo tutaj przyszli na świat, po prostu ta ojczyzna ich stworzyła, to ona im nadała tożsamość, a wraz z nią innych ludzi, którzy wyszli z jej łona.

Dzisiaj ludzie potrafią się oburzać takimi wiadomościami medialnymi "Wczoraj wieczorem miał miejsce wypadek autokaru wycieczkowego w Bułgarii. Wśród ofiar nie było Polaków". Tak jak by to miało znaczenie, czy ofiarą jest Polak czy nie Polak. Przecież człowiek to człowiek i nie wolno tak różnicować ludzi. Nie wolno?

Idąc tym tokiem rozumowania, dlaczego ktoś miałby własną rodzinę stawiać wyżej niż innych? Pojawia się problem lojalności. Czy jeśli któryś z członków rodziny zrobi coś złego, należałoby go kryć, czy jednak wydać policji albo innej instytucji? I co zrobić, jak jesteśmy świadkami tego, że w cudzej rodzinie się dzieje coś złego, donosić czy zignorować? W takim postępowym państwie jak Norwegia jest szeroko rozbudowany system donosicielstwa w związku z opieką społeczną (Barnevernet). Rodzicom odbiera się dzieci, bo za dużo ważą, bo za mało ważą, bo mają próchnicę, bo dziecko dostało klapsa, bo dziecko powiedziało coś niepokojącego pielęgniarce etc. To dobrze czy źle? Może to dziecko naprawdę będzie miało lepiej w jakimś innym domu, gdzie lepiej o nie zadbają? Czy może jednak lepiej mu będzie w może lekko patologicznej (czy można ściśle ustalić, gdzie zaczyna się patologia?) rodzinie, ale własnej?

Żyjąc w świecie globalnym, musimy się nastawić na więzi globalne, a więc pozbyć się raz na zawsze tożsamości, emocjonalnego, sentymentalnego przywiązania do tego co było, kim byliśmy, skąd się wzięliśmy. Rodzica lokalnego zastąpić rodzicem uniwersalnym. Gorącą amatorszczyznę wymienić na chłodny profesjonalizm. A głód gromadzenia zastąpić głodem doświadczeń. Przekroczyć człowieka takiego jakim był do tej pory.

Od wielu miesięcy się zastanawiam nad tym, czy ten globalistyczny kierunek, w którym zmierza świat, jest raczej zapowiedzią epoki Antychrysta czy Chrystusa? Czy Chrystus nie był komunistą? I czy gdyby Chrystus dzisiaj przyszedł na świat, to poszedłby raczej w Marszu Równości czy Marszu Niepodległości? Byłby liberałem czy konserwatystą? Oto jest pytanie.


Ostatnio zmieniony przez towarzyski.pelikan dnia Sob 4:54, 23 Maj 2020, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
lucek




Dołączył: 18 Lut 2011
Posty: 3722
Przeczytał: 81 tematów


PostWysłany: Sob 7:21, 23 Maj 2020    Temat postu:

towarzyski.pelikan napisał:
Od wielu miesięcy się zastanawiam nad tym, czy ten globalistyczny kierunek, w którym zmierza świat, jest raczej zapowiedzią epoki Antychrysta czy Chrystusa?

Antychrysta - rozumianego jak chaos, Armagedon, wojna, nie jak Szatan

Cytat:
Czy Chrystus nie był komunistą?

nie byłby

Cytat:
I czy gdyby Chrystus dzisiaj przyszedł na świat, to poszedłby raczej w Marszu Równości czy Marszu Niepodległości?

ani w jednym, ani w drugim

Cytat:
Byłby liberałem czy konserwatystą?

liberałem i konserwatystą
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
towarzyski.pelikan




Dołączył: 19 Sie 2018
Posty: 1608
Przeczytał: 126 tematów


PostWysłany: Sob 7:53, 23 Maj 2020    Temat postu:

lucek napisał:

Antychrysta - rozumianego jak chaos, Armagedon, wojna, nie jak Szatan

Kiedy globaliści dążą do pokoju na świecie, Nowego Porządku Świata. Mówi Ci to coś?
Cytat:
nie byłby

Gdyż?
Cytat:
ani w jednym, ani w drugim

Albowiem?
Cytat:
liberałem i konserwatystą

Ponieważ?

I jak by to wyglądało w praktyce? Przed południem zawodziłby gejowskim tenorem "Mniej złości, więcej miłości", a popołudniu wydzierałby się z samczym entuzjazmem Jacka Międlara "A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści"?


Ostatnio zmieniony przez towarzyski.pelikan dnia Sob 7:59, 23 Maj 2020, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
lucek




Dołączył: 18 Lut 2011
Posty: 3722
Przeczytał: 81 tematów


PostWysłany: Sob 8:37, 23 Maj 2020    Temat postu:

towarzyski.pelkan napisał:
Kiedy globaliści dążą do pokoju na świecie, Nowego Porządku Świata. Mówi Ci to coś?

dążą do pokoju, jak ci co mówią wyzbyj się swojego "ja", swojej woli - przyjmij moją, bo mówię, że jej nie mam, lub głoszą prawdę, że prawdy nie ma - abberacja umysłowa, robią to czego mówią, że nie należy robić

Cytat:
Gdyż?

chciał zburzyć świątynie i odbudować ją w 3 dni - więc "świątynia" to nie "nadbudowa społeczna", indoktrynacja a świadomość jednostki i siebie samego

Cytat:
ani w jednym, ani w drugim

oba mają wspólny element, choć inaczej nazywany - "nadbudowę społeczną" opartą o ideologię opartą na indoktrynacji, marsz równości ma lewackie podstawy

Cytat:
Ponieważ?

I jak by to wyglądało w praktyce? Przed południem zawodziłby gejowskim tenorem "Mniej złości, więcej miłości", a popołudniu wydzierałby się z samczym entuzjazmem Jacka Międlara "A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści"?

z tych samych powodów co poprzednio
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
towarzyski.pelikan




Dołączył: 19 Sie 2018
Posty: 1608
Przeczytał: 126 tematów


PostWysłany: Sob 10:05, 23 Maj 2020    Temat postu:

lucek napisał:

dążą do pokoju, jak ci co mówią wyzbyj się swojego "ja", swojej woli - przyjmij moją, bo mówię, że jej nie mam, lub głoszą prawdę, że prawdy nie ma - abberacja umysłowa, robią to czego mówią, że nie należy robić

Ktoś musi pilnować ładu. Każda owczarnia musi mieć swojego pasterza.
W każdym razie pozbycie się swojego ja i płynącej z niego swawoli sprzyja utrzymaniu pokojowych stosunków pomiędzy owcami. Wszystkie są częścią jednego stada. Mają wspólny cel. Nie w głowie im waśnie. Nie ma "moje" i "twoje", jest "nasze". Communitas.

A co do powiedzenia miał pierwszy komunista Jezus Chrystus?

"Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego"
"Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem"
"Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!"
„Jeszcze raz wam powiadam: Łat­wiej jest wielbłą­dowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego"
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
blackSun




Dołączył: 25 Maj 2014
Posty: 374
Przeczytał: 58 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 10:25, 23 Maj 2020    Temat postu:

towarzyski.pelikan napisał:

A co do powiedzenia miał pierwszy komunista Jezus Chrystus?

"Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego"


V wiek p.Ch.
[link widoczny dla zalogowanych]
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
lucek




Dołączył: 18 Lut 2011
Posty: 3722
Przeczytał: 81 tematów


PostWysłany: Sob 10:28, 23 Maj 2020    Temat postu:

towarzyski.pelikan napisał:
Ktoś musi pilnować ładu. Każda owczarnia musi mieć swojego pasterza.

tak, Boga (tu tego w Niebiesiech) ... czyli powiedzmy ... prawdę ...

Cytat:
W każdym razie pozbycie się swojego ja i płynącej z niego swawoli sprzyja utrzymaniu pokojowych stosunków pomiędzy owcami. Wszystkie są częścią jednego stada. Mają wspólny cel. Nie w głowie im waśnie. Nie ma "moje" i "twoje", jest "nasze". Communitas.

to nie prawda, ludzie, każdy z osobna ma różne cele, ze względu na siebie, czy choćby etapie życia w którym się znajduje ...

Cytat:
A co do powiedzenia miał pierwszy komunista Jezus Chrystus?

Jezus nie był komunistą, był "personalistą", z komunizmem łączyła go co najwyżej ideowość (walka w imię idei), ale też metoda, którą wybrał, jest różna od tej, którą teoretycznie i praktycznie lansował komunizm ....

Cytat:
"Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego"
"Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem"
"Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!"
„Jeszcze raz wam powiadam: Łat­wiej jest wielbłą­dowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego"

No i wszystko się zgada, tylko o pierwszym i najważniejszym zapomniałaś

"nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną" czy podobnie "będziesz kochał Boga swego ..." bo to pierwsze i najważniejsze przykazanie.


Ostatnio zmieniony przez lucek dnia Sob 10:28, 23 Maj 2020, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Andy72




Dołączył: 30 Sie 2010
Posty: 3331
Przeczytał: 30 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 10:38, 23 Maj 2020    Temat postu:

towarzyski.pelikan napisał:

A co do powiedzenia miał pierwszy komunista Jezus Chrystus?

Jaki komunista?? komunizm to satanizm,
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
towarzyski.pelikan




Dołączył: 19 Sie 2018
Posty: 1608
Przeczytał: 126 tematów


PostWysłany: Sob 11:03, 23 Maj 2020    Temat postu:

blackSun napisał:
towarzyski.pelikan napisał:

A co do powiedzenia miał pierwszy komunista Jezus Chrystus?

"Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego"


V wiek p.Ch.
[link widoczny dla zalogowanych]

A to jednak jesteśmy pincet lat za Chińczykami :cry:
lucek napisał:
No i wszystko się zgada, tylko o pierwszym i najważniejszym zapomniałaś

"nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną" czy podobnie "będziesz kochał Boga swego ..." bo to pierwsze i najważniejsze przykazanie

Bynajmniej nie zapomniałam. Bogiem jest Wspólnota (Communitas).

I wszystko ładnie się zgadza. Jeśli na pierwszym miejscu postawisz Boga (wspólnotę), to siłą rzeczy będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego.
Cytat:
tak, Boga (tu tego w Niebiesiech) ... czyli powiedzmy ... prawdę ...

Cytat:
to nie prawda, ludzie, każdy z osobna ma różne cele, ze względu na siebie, czy choćby etapie życia w którym się znajduje ...

Cytat:
Jezus nie był komunistą, był "personalistą", z komunizmem łączyła go co najwyżej ideowość (walka w imię idei), ale też metoda, którą wybrał, jest różna od tej, którą teoretycznie i praktycznie lansował komunizm ...

Posłuchaj co miał do powiedzenia chiński prototyp Chrystusa (Mozi):
Cytat:
Główną tezą motizmu jest zasada uniwersalnej miłości. Jest ona (według Mozi) podstawą życia indywidualnego oraz politycznego. Motizm sprzeciwia się miłości ograniczonej tylko do własnej rodziny, grupy społecznej, bliskich, przyjaciół itp. Kładzie nacisk na to, że miłość musi obejmować wszystkich równomiernie. Jako argument przeciwko "miłości ograniczonej" Mozi podaje fakt, że jeżeli człowiek kocha swoich bliskich bardziej niż kogoś innego, wtedy będzie bardziej skłonny skrzywdzić tamtą drugą osobę. Natomiast jeżeli kocha wszystkich tak samo jak siebie, wtedy nie będzie miał chęci wyrządzania innym szkody.
To samo odnosi się do moralności.

Cytat:
Mozi był zwolennikiem idei władzy absolutnej. Według niego fakt, że ktoś jest władcą oznaczał, że jest to jego misja otrzymana od "Niebios". Mozi uważał, że zadaniem władcy jest zaprowadzenie w państwie porządku (nawet najgorszy porządek był według Mozi lepszy od chaosu moralno-społecznego), zatem należy mu się bezwzględnie podporządkować, gdyż wyznacza właściwy standard moralnego postępowania. Według Mozi w każdym państwie bez władcy panował chaos moralno-społeczny, ponieważ, mimo iż każdy pragnął dobra, ludzie mieli bardzo odmienne pojęcia dobra, co powodowało między nimi konflikty. Rola władcy polegała natomiast na złagodzeniu ich.

Andy72 napisał:
Jaki komunista?? komunizm to satanizm,

Ten komunizm, o którym piszesz, był nieudaną realizacją idei komunistycznej, wspólnotowej.

Obczaj w słowniku hasło komunizm:
[link widoczny dla zalogowanych]
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Andy72




Dołączył: 30 Sie 2010
Posty: 3331
Przeczytał: 30 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 11:12, 23 Maj 2020    Temat postu:

Bogiem nie jest wspólnota.
najwyżej bożkiem.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
lucek




Dołączył: 18 Lut 2011
Posty: 3722
Przeczytał: 81 tematów


PostWysłany: Sob 11:30, 23 Maj 2020    Temat postu:

towarzyski.pelikan napisał:
Bynajmniej nie zapomniałam. Bogiem jest Wspólnota (Communitas).

Wspólnota nie ma rozumu.
Rządzą nią konceptualne prawa kreowane przez jednostki.
Bóg to niekonceptualne rzeczywiste prawa (Natura), jakimi będzie rządzić się społeczeństwo, w zależności od konceptualnych praw "wspólnoty".

Bredzisz, nie "nie zapomniałaś" tylko niewiele rozumiesz.

PS poprawka, uścielenie:

Cytat:
Bóg to niekonceptualne ...

powinno być Duch Św. wg systemu pojęć KrK
a "Bóg" z pierwszego przykazania to konceptualne prawa ... ale jednostki społeczeństwa "Boga swojego" nie "Boga wspólnoty" bo takiego nie ma.


Ostatnio zmieniony przez lucek dnia Sob 11:45, 23 Maj 2020, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Semele
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 09 Lis 2014
Posty: 8345
Przeczytał: 91 tematów


Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 11:46, 23 Maj 2020    Temat postu: Re: Dogmat zmiany

towarzyski.pelikan napisał:
Michał Dyszyński napisał:

Co do tego, czym jest małżeństwo, bym polemizował.
Małżeństwo stanowi wytwór kulturowy, społeczny. "Jest" tym, czym je uczynimy, na co sie umówimy.
Można rozważyć tu dwie zasadnicze opcje
1. małżeństwo jako coś skłaniającego się ku użyteczności społecznej, w tym prokreacji
2. małżeństwo jako ogłoszenie, że się kochamy i mieszkamy razem.

Osobiście nie mam nic przeciwko ogłaszaniu dwojga ludzi, że się kochają, chcą razem mieszkać i radośnie uprawiać seks. Niech nawet sobie to ogłoszą. Gdzieś tam... niech sobie ogłoszą. Przy aktualnym podejściu ogłoszą dzisiaj, za pół roku stwierdzą, że im się znudziło, więc ogłoszą, że teraz kochają kogo innego. A moze z tamtymi się już nienawidzą, albo są obojętni. Jakby to ogłosili gdzieś na FB, Twitterze czy czymkolwiek tam, to bym się nie czepiał. Czepiam się...
zawracania ludziom głowy, że to ma jakiekolwiek poważniejsze znaczenie.
obstawiam zatem opcję 1 - małżeństwo jako coś UŻYTECZNEGO SPOŁECZNIE, DOMAGAJĄCEGO SIĘ KORZYŚCI, ZAWAROWANEGO RESTRYKCJAMI.
Nie jako wyrażenie jakichś tam emocji. Małżeństwo w tym sensie, że społeczeństwo powinno to chronić, dbać o to, doglądać ma sens jedynie wtedy, jeśli owo społeczeństwo ma coś za to dostać. Ja uważam, że ma dostać w tym przypadku (przynajmniej zawsze tak było) wychowanego nowego członka społeczeństwa. Dlatego uważam za sensowną jedynie taką postać małżeństwa, które jest nierozerwalnie związane z prokreacją, wychowaniem dzieci. Tu ma być coś za coś - coś dajesz, więc coś otrzymasz.

Jest pewien problem z tym podejściem, że społeczeństwo udziela prawa do małżeństw tylko parom heteroseksualnym ze względu na użyteczną społecznie prokreację, ponieważ nie każda para heteroseksualna, która zawiera związek małżeński w ogóle będzie chciała lub mogła posiadać potomstwo.

Jeśli nikt nie rozlicza małżeństw heteroseksualnych z tego, w jakim stopniu wywiązują się z tego prokreacyjnego zobowiązania, to tak jakby to tak naprawdę nie było istotne. Po prostu pary heteroseksualne mają przywileje ze względu na swoją orientację.

Sytuację komplikuje również fakt, że lobbowanie za małżeństwami homo idzie w parze z lobbowaniem za adopcją dzieci przez pary homo, a skoro geje i lesbijki są chętni do tego, by wychowywać dzieci, to wówczas jak najbardziej takie małżeństwa miałyby możliwość spełnić tę użyteczną rolę społeczną, oczywiście pod warunkiem - że nie ma przeciwskazań, żeby pary homo wychowywały dzieci.

Kolejna rzecz, to trwałość związków ogranicza rozprzestrzenianie się m.in. wirusa HIV, który właśnie najczęściej jest problemem homoseksualistów. Społeczeństwo umożliwiając parom homo sformalizowanie swoich związków, ma z tego realny zysk - im mniej HIV, tym lepiej.


Ja bym wprowadziła rozliczanie. Co najmniej jedno dziecko i to bez 500+.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Rozbieranie irracjonalizmu Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin