Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

wiara a problem dowodu
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Filozofia
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
blackSun




Dołączył: 25 Maj 2014
Posty: 771
Przeczytał: 63 tematy


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 4:01, 11 Sty 2021    Temat postu:

Kruchy04 napisał:
Bo jeśli nie ma dowodu to jak potrafisz odróżnić, ze Allah nie istnieje, ale Jahwe już tak. Normalnie myślący człowiek powinien odrzucić oba te koncepty, nie wierzyć w żadnego z tych bogów, bo nie ma dowodów na żadnego z nich.

Od Sokratesa do Russella było wiadomo, że jak nie wiem, to nie wiem. Ale kij tam z nimi, kij z logiką, neoateiści wiedzą lepiej, co jest normalne. Jeżeli nie widzieli i nie słyszeli, jeżeli coś nie mieści się w ich mózgu, to tego po prostu nie ma. Są jak dziecko zakrywające oczy dłońmi i twierdzące: nie ma. Są to ludzie o kompleksie Hilarego, który stanowczo stwierdza: okularów nie ma. A ostatecznie kończą jak człowiek głuchy albo zahipnotyzowany srajfonem, niespodziewający się nadjeżdżającej ciężarówki.

A banalne prawo logiki głosi: by coś zaakceptować albo odrzucić trzeba mieć ku temu podstawy.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Semele
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 09 Lis 2014
Posty: 10714
Przeczytał: 105 tematów


Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 17:37, 11 Sty 2021    Temat postu:

blackSun napisał:
Kruchy04 napisał:
Bo jeśli nie ma dowodu to jak potrafisz odróżnić, ze Allah nie istnieje, ale Jahwe już tak. Normalnie myślący człowiek powinien odrzucić oba te koncepty, nie wierzyć w żadnego z tych bogów, bo nie ma dowodów na żadnego z nich.

Od Sokratesa do Russella było wiadomo, że jak nie wiem, to nie wiem. Ale kij tam z nimi, kij z logiką, neoateiści wiedzą lepiej, co jest normalne. Jeżeli nie widzieli i nie słyszeli, jeżeli coś nie mieści się w ich mózgu, to tego po prostu nie ma. Są jak dziecko zakrywające oczy dłońmi i twierdzące: nie ma. Są to ludzie o kompleksie Hilarego, który stanowczo stwierdza: okularów nie ma. A ostatecznie kończą jak człowiek głuchy albo zahipnotyzowany srajfonem, niespodziewający się nadjeżdżającej ciężarówki.

A banalne prawo logiki głosi: by coś zaakceptować albo odrzucić trzeba mieć ku temu podstawy.


Byłeś wychowany w religijnym domu?

chodziłeś na katechezę?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
blackSun




Dołączył: 25 Maj 2014
Posty: 771
Przeczytał: 63 tematy


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 18:54, 11 Sty 2021    Temat postu:

Semele napisał:

Byłeś wychowany w religijnym domu?

chodziłeś na katechezę?

A jest jakaś różnica?
Byłem bardzo niezależny i sam wybierałem, co mam myśleć.
Co do katechezy, to gdy była dobrowalna i przed lekcjami, chodziłem, byłem ciekaw. Gdy wprowadzono jako jedną z obowiązkowych lekcji, chodzić przestałem.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Semele
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 09 Lis 2014
Posty: 10714
Przeczytał: 105 tematów


Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 20:06, 11 Sty 2021    Temat postu:

blackSun napisał:
Semele napisał:

Byłeś wychowany w religijnym domu?

chodziłeś na katechezę?

A jest jakaś różnica?
Byłem bardzo niezależny i sam wybierałem, co mam myśleć.
Co do katechezy, to gdy była dobrowalna i przed lekcjami, chodziłem, byłem ciekaw. Gdy wprowadzono jako jedną z obowiązkowych lekcji, chodzić przestałem.


Gdzie była dobrowolna?
Myślę, że jednak wychowanie w domu ma jakiś wpływ na nasz światopogląd w różnym kontekście.
Nie wszyscy podchodzą do tego refleksyjnie.
Jesteś do końca pewien, że sam wybrałeś?


Ja nie....
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 18598
Przeczytał: 85 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 21:09, 11 Sty 2021    Temat postu:

Semele napisał:
blackSun napisał:
Semele napisał:

Byłeś wychowany w religijnym domu?

chodziłeś na katechezę?

A jest jakaś różnica?
Byłem bardzo niezależny i sam wybierałem, co mam myśleć.
Co do katechezy, to gdy była dobrowalna i przed lekcjami, chodziłem, byłem ciekaw. Gdy wprowadzono jako jedną z obowiązkowych lekcji, chodzić przestałem.


Gdzie była dobrowolna?
Myślę, że jednak wychowanie w domu ma jakiś wpływ na nasz światopogląd w różnym kontekście.
Nie wszyscy podchodzą do tego refleksyjnie.
Jesteś do końca pewien, że sam wybrałeś?


Ja nie....

Pojęcie "wybrania czegoś samemu" jest według mnie niedookreślone. Z jednej strony niektórzy przyjmują, że takie prawdziwe wybranie czegoś samemu, musiałoby jakoś zignorować zupełnie to, jak wpływa na nas świat. Ale wtedy ten świat nawet nie mógłby zaoferować nam opcji do wyboru, nawet nie byłoby Z CZEGO wybierać.
Jeśli jednak dopuścimy, że świat coś nam oferuje, a my z tych - zaoferowanych zewnętrznie - opcji wybieramy, to powstaje pytanie: na ile świadomie to robimy?
Ale co to znaczy: świadomie wybrać?
- Według mnie znaczy to z grubsza to, że wybieramy ZGODNIE Z NASZYMI CELAMI, tym, co uważamy z dobre (może tylko dla nas), właściwe, słuszne. Ale czy znamy tak na pewno własne cele - życia, działania?...
Przynajmniej moim osobistym doświadczeniem jest to, że świadomość tego co jest moim celem, zmieniała się, dojrzewała, ewoluowała. I zapewne nie jest ta świadomość do dzisiaj ustalona.
Czy to znaczy, że w ogóle nie mam jak wybrać zgodnie z sobą, bo nawet nie wiem, co to znaczy "wybrać zgodnie z sobą"?
- Takim pesymistą w tym względzie jednak nie jestem. Muszę jednak trochę spuścić z tonu w kwestii wymagań. Teraz uznaję, że wybieram zgodnie z sobą, jeśli przynajmniej jakieś główne cele życiowe nie kolidują z moim wyborem, zaś ewentualnie te pomniejsze cele, mogą być jakoś naruszone, lecz bilans wychodzi mi tu jakoś na plus.
Gdy wybieram coś, a potem okazuje się, że efektem moich wyborów jest poprawa parametrów mojego życia, działania, świadomości w zakresie, który jest dla mnie ważny, to powiem, że wybrałem to jako ja, dla siebie, albo że "sam to wybrałem", bo jakoś określiłem owo "sam" w kontekście mojego wyboru.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
blackSun




Dołączył: 25 Maj 2014
Posty: 771
Przeczytał: 63 tematy


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 2:07, 12 Sty 2021    Temat postu:

Semele napisał:
blackSun napisał:
Semele napisał:

Byłeś wychowany w religijnym domu?

chodziłeś na katechezę?

A jest jakaś różnica?
Byłem bardzo niezależny i sam wybierałem, co mam myśleć.
Co do katechezy, to gdy była dobrowalna i przed lekcjami, chodziłem, byłem ciekaw. Gdy wprowadzono jako jedną z obowiązkowych lekcji, chodzić przestałem.



Semele napisał:

Gdzie była dobrowolna?

Tam, gdzie wtedy mieszkałem, ale mniejsza o to :wink:

Semele napisał:

Myślę, że jednak wychowanie w domu ma jakiś wpływ na nasz światopogląd w różnym kontekście.

Prawie wszystko z czym stykamy się ma na nas jakiś wpływ. Bardzo ważne, by sobie człowiek uświadomił, że może uczyć się od innych na dwa sposoby: 1. jak należy postępować, 2. i jak postępować nie należy.

Semele napisał:

Nie wszyscy podchodzą do tego refleksyjnie.

Jeżeli człowiek nie chce uczyć się zawczasu na błędach innych, będzie musiał - po czasie (czyli gdy dostanie od losu w tyłek) - na własnych.

Semele napisał:

Jesteś do końca pewien, że sam wybrałeś?
Ja nie....

Prawdy (albo przynajmniej tego, co uważamy za słuszne) nie należy traktować tak samo jak wyboru koloru skarpet. Postępuje się w życiu tak, a nie inaczej dlatego, że uważa się to za lepsze rozwiązanie.


Ostatnio zmieniony przez blackSun dnia Wto 2:11, 12 Sty 2021, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Semele
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 09 Lis 2014
Posty: 10714
Przeczytał: 105 tematów


Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 4:26, 12 Sty 2021    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:
Semele napisał:
blackSun napisał:
Semele napisał:

Byłeś wychowany w religijnym domu?

chodziłeś na katechezę?

A jest jakaś różnica?
Byłem bardzo niezależny i sam wybierałem, co mam myśleć.
Co do katechezy, to gdy była dobrowalna i przed lekcjami, chodziłem, byłem ciekaw. Gdy wprowadzono jako jedną z obowiązkowych lekcji, chodzić przestałem.


Gdzie była dobrowolna?
Myślę, że jednak wychowanie w domu ma jakiś wpływ na nasz światopogląd w różnym kontekście.
Nie wszyscy podchodzą do tego refleksyjnie.
Jesteś do końca pewien, że sam wybrałeś?


Ja nie....

Pojęcie "wybrania czegoś samemu" jest według mnie niedookreślone. Z jednej strony niektórzy przyjmują, że takie prawdziwe wybranie czegoś samemu, musiałoby jakoś zignorować zupełnie to, jak wpływa na nas świat. Ale wtedy ten świat nawet nie mógłby zaoferować nam opcji do wyboru, nawet nie byłoby Z CZEGO wybierać.
Jeśli jednak dopuścimy, że świat coś nam oferuje, a my z tych - zaoferowanych zewnętrznie - opcji wybieramy, to powstaje pytanie: na ile świadomie to robimy?
Ale co to znaczy: świadomie wybrać?
- Według mnie znaczy to z grubsza to, że wybieramy ZGODNIE Z NASZYMI CELAMI, tym, co uważamy z dobre (może tylko dla nas), właściwe, słuszne. Ale czy znamy tak na pewno własne cele - życia, działania?...
Przynajmniej moim osobistym doświadczeniem jest to, że świadomość tego co jest moim celem, zmieniała się, dojrzewała, ewoluowała. I zapewne nie jest ta świadomość do dzisiaj ustalona.
Czy to znaczy, że w ogóle nie mam jak wybrać zgodnie z sobą, bo nawet nie wiem, co to znaczy "wybrać zgodnie z sobą"?
- Takim pesymistą w tym względzie jednak nie jestem. Muszę jednak trochę spuścić z tonu w kwestii wymagań. Teraz uznaję, że wybieram zgodnie z sobą, jeśli przynajmniej jakieś główne cele życiowe nie kolidują z moim wyborem, zaś ewentualnie te pomniejsze cele, mogą być jakoś naruszone, lecz bilans wychodzi mi tu jakoś na plus.
Gdy wybieram coś, a potem okazuje się, że efektem moich wyborów jest poprawa parametrów mojego życia, działania, świadomości w zakresie, który jest dla mnie ważny, to powiem, że wybrałem to jako ja, dla siebie, albo że "sam to wybrałem", bo jakoś określiłem owo "sam" w kontekście mojego wyboru.


Czy dziecko mające dwa trzy lata tak bardzo wybiera. ..
Michał Ty piszesz o osobach dorosłych ja myślę o procesie uwewnętrznienia, którego często nie jesteśmy świadomi.

przyjmowanie przez jednostkę lub grupę społ. początkowo obcych, narzucanych z zewnątrz wartości, poglądów i postaw, i z czasem uznanie ich za własne.

Czytaj więcej na [link widoczny dla zalogowanych]
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Semele
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 09 Lis 2014
Posty: 10714
Przeczytał: 105 tematów


Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 4:27, 12 Sty 2021    Temat postu:

Cytat:
Semele napisał:

Jesteś do końca pewien, że sam wybrałeś?
Ja nie....

Black Sun
Prawdy (albo przynajmniej tego, co uważamy za słuszne) nie należy traktować tak samo jak wyboru koloru skarpet. Postępuje się w życiu tak, a nie inaczej dlatego, że uważa się to za lepsze rozwiązanie.


Nikt świadomie tego nie robi.
Na przykład dla mnie kult maryjny jest niesamowitym pomysłem. Dla kogoś kto usłyszał o tym w dzieciństwie wydaje się to bardziej wiarygodne. Nie szukamy wtedy dowodów.

Mi się może podobać jako podstawa stosunku do kobiety jako matki lub jako element folkloru ale pewnie To co ja przeczuwam ma mały związek z katolicyzmem jako takim.

Ateiści, którzy się nawracają słabo to czują. Rozmawiałam. Dlatego łatwiej im
w kościołach protestanckich.

[link widoczny dla zalogowanych]


Ostatnio zmieniony przez Semele dnia Wto 4:45, 12 Sty 2021, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
szaryobywatel




Dołączył: 21 Wrz 2016
Posty: 1964
Przeczytał: 100 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 22:42, 17 Sty 2021    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:
szaryobywatel napisał:
Michał Dyszyński napisał:
szaryobywatel napisał:
Tylko abstrakcyjne twory mogą być prawdziwe.

Trochę tak, a trochę niekoniecznie.
To zależy od zaakceptowanej epistemologii.
Rzeczywiście tylko abstrakcyjne twory są w pełni weryfikowalne, bo tylko dla nich występuje możliwość stwierdzania spójności pomiędzy założeniami, a tezą.
Ale można próbować (i chyba warto, a wręcz ludzie to robią) rozszerzać perspektywę epistemologiczną, z jakiej widzimy rzeczywistość. Można uznać epistemologię użyteczności (jak jamesowskim pragmatyzmie), a wtedy prawdziwe będzie to, co się po prostu sprawdzi (subiektywnie weryfikowane). Można uznać rozmyte postacie sprawdzalności, weryfikowalności prawdy. Wreszcie można się zwrócić w stronę silnie subiektywnych epistemologii, gdzie "prawdziwe" z grubsza będzie to, co się komuś wyda prawdziwe, czy tez (koncepcje konsensualne), co się jakiejś tam grupie ludzi zgodnie wyda prawdziwe (bez względu na wszelkie modele, uzasadnienia, czy co tam jeszcze).
Wydaje mi się, że prawdziwość ograniczona do osiągania stuprocentowej (matematycznej) zgodności formalnej ostatecznie skończy na statusie sztuki dla sztuki. To co najciekawsze dzieje się gdzieś pomiędzy skrajnościami epistemologicznymi - czyli pomiędzy subiektywnością, a pełną zgodnością formalną.


To nie zależy od zaakceptowanej epistemologii, bo prawdziwość przypisujesz zawsze stwierdzeniu czegoś, które jest zawsze abstrakcyjnym tworem.

W moich niektórych wersjach epistemologii można się obyć bez abstrakcji. Mogę ograniczyć się tylko do oczekiwań i danych zmysłowych. Przykładowo biorę do ręki jabłko, oczekując iż jest ono słodkie. Wbijam zęby w jabłko, próbuję soku i konstatuję, czy oczekiwanie zostało spełnione, czy nie.
Oczywiście na to można postawić mi zarzut, że przecież opisałem tę sytuację słowami, koncepcjami, czyli jakoś abstrakcyjnie. Tak - OPIS rzeczywiście jest abstrakcyjny w jakimś stopniu, ale sama sytuacja?...
- Podobna sytuacja jest gdy nakładamy kotu jedzenie i wołamy "kici, kici jest pyszne żarełko". Kot zbliża się do miski, oczekując smacznego kąska. Kot nie myśli abstrakcyjnie, tylko po prostu ma oczekiwania i sprawdza, czy się spełniają. Jak kot, po spróbowaniu tego co ma w misce, odejdzie niezadowolony, zamiast jeść to, co do miski nałożono, to znaczy, że sugestia "w misce jest smaczne jedzenie" nie okazała się dla tego kota prawdziwa. Gdyby kot zajadał się jedzeniem z miski, to owa sugestia (wcale nie abstrakcyjna) prawdziwą byłaby chyba uznana.


Ja bym to nazwał prymitywną ale jednak abstrakcją z doświadczenia.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 18598
Przeczytał: 85 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 15:58, 18 Sty 2021    Temat postu:

szaryobywatel napisał:
Michał Dyszyński napisał:
szaryobywatel napisał:
Michał Dyszyński napisał:
szaryobywatel napisał:
Tylko abstrakcyjne twory mogą być prawdziwe.

Trochę tak, a trochę niekoniecznie.
To zależy od zaakceptowanej epistemologii.
Rzeczywiście tylko abstrakcyjne twory są w pełni weryfikowalne, bo tylko dla nich występuje możliwość stwierdzania spójności pomiędzy założeniami, a tezą.
Ale można próbować (i chyba warto, a wręcz ludzie to robią) rozszerzać perspektywę epistemologiczną, z jakiej widzimy rzeczywistość. Można uznać epistemologię użyteczności (jak jamesowskim pragmatyzmie), a wtedy prawdziwe będzie to, co się po prostu sprawdzi (subiektywnie weryfikowane). Można uznać rozmyte postacie sprawdzalności, weryfikowalności prawdy. Wreszcie można się zwrócić w stronę silnie subiektywnych epistemologii, gdzie "prawdziwe" z grubsza będzie to, co się komuś wyda prawdziwe, czy tez (koncepcje konsensualne), co się jakiejś tam grupie ludzi zgodnie wyda prawdziwe (bez względu na wszelkie modele, uzasadnienia, czy co tam jeszcze).
Wydaje mi się, że prawdziwość ograniczona do osiągania stuprocentowej (matematycznej) zgodności formalnej ostatecznie skończy na statusie sztuki dla sztuki. To co najciekawsze dzieje się gdzieś pomiędzy skrajnościami epistemologicznymi - czyli pomiędzy subiektywnością, a pełną zgodnością formalną.


To nie zależy od zaakceptowanej epistemologii, bo prawdziwość przypisujesz zawsze stwierdzeniu czegoś, które jest zawsze abstrakcyjnym tworem.

W moich niektórych wersjach epistemologii można się obyć bez abstrakcji. Mogę ograniczyć się tylko do oczekiwań i danych zmysłowych. Przykładowo biorę do ręki jabłko, oczekując iż jest ono słodkie. Wbijam zęby w jabłko, próbuję soku i konstatuję, czy oczekiwanie zostało spełnione, czy nie.
Oczywiście na to można postawić mi zarzut, że przecież opisałem tę sytuację słowami, koncepcjami, czyli jakoś abstrakcyjnie. Tak - OPIS rzeczywiście jest abstrakcyjny w jakimś stopniu, ale sama sytuacja?...
- Podobna sytuacja jest gdy nakładamy kotu jedzenie i wołamy "kici, kici jest pyszne żarełko". Kot zbliża się do miski, oczekując smacznego kąska. Kot nie myśli abstrakcyjnie, tylko po prostu ma oczekiwania i sprawdza, czy się spełniają. Jak kot, po spróbowaniu tego co ma w misce, odejdzie niezadowolony, zamiast jeść to, co do miski nałożono, to znaczy, że sugestia "w misce jest smaczne jedzenie" nie okazała się dla tego kota prawdziwa. Gdyby kot zajadał się jedzeniem z miski, to owa sugestia (wcale nie abstrakcyjna) prawdziwą byłaby chyba uznana.


Ja bym to nazwał prymitywną ale jednak abstrakcją z doświadczenia.

W mojej (póki co subiektywnej) ocenie, jednak ta sytuacja wykracza już poza granicę pojęcia "abstrakcja".
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kruchy04




Dołączył: 25 Sie 2016
Posty: 2357
Przeczytał: 79 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 16:14, 07 Lut 2021    Temat postu: Re: wiara a problem dowodu

Kruchy04 napisał:
Według teistów wszystko jest wiarą. Skoro wszystko jest wiarą, skoro nawet sam dowód wymaga wiary to czym się różni sytuacja, w której ja w coś wierzę bez dowodu od sytuacji, w której wierzę w coś z dowodem? Skoro dowód też jest wiarą, to czy jego "zaistnienie" coś zmienia?


Pytanie do teistów, którzy uważają, że dowód to też wiara. Moje pytanie, czy zgodzicie się, że istnienie dowodu na istnienie Boga sprawi, że niemożliwa stanie się wiara w tego Boga, gdyż wiara jest wynikiem braku wiedzy?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
blackSun




Dołączył: 25 Maj 2014
Posty: 771
Przeczytał: 63 tematy


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 16:18, 07 Lut 2021    Temat postu: Re: wiara a problem dowodu

Kruchy04 napisał:
Według teistów wszystko jest wiarą.

Tak samo jak dla ateistów.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 18598
Przeczytał: 85 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 16:32, 07 Lut 2021    Temat postu: Re: wiara a problem dowodu

Kruchy04 napisał:
Kruchy04 napisał:
Według teistów wszystko jest wiarą. Skoro wszystko jest wiarą, skoro nawet sam dowód wymaga wiary to czym się różni sytuacja, w której ja w coś wierzę bez dowodu od sytuacji, w której wierzę w coś z dowodem? Skoro dowód też jest wiarą, to czy jego "zaistnienie" coś zmienia?


Pytanie do teistów, którzy uważają, że dowód to też wiara. Moje pytanie, czy zgodzicie się, że istnienie dowodu na istnienie Boga sprawi, że niemożliwa stanie się wiara w tego Boga, gdyż wiara jest wynikiem braku wiedzy?

Ja się nie zgadzam.
Wręcz jawnie wskazuję, iż przecież pewne dowody na istnienie Boga JUŻ ISTNIEJĄ - np. te od Tomasza z Akwinu.
Formalnie mamy dowód, formalnie dowód istnieje. Ale jednak w większości uznaje się, iż PODSTAWY/ZAŁOŻENIA DLA DOWODÓW tomaszowych są jednak niezadowalające, aby je uznać w jakimś ostatecznym sensie.
Znowu nawracasz w tym swoim pytaniu do idei dowodu jakoś tam absolutnego - dowodu, który jest niejako sam w sobie, ostatecznie i bezapelacyjnie, w każdym systemie założeń i w każdym wszechświecie potwierdzając tezę. Pewnie już nigdy do Ciebie nie dotrze, że dowód absolutny jest mrzonką.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Filozofia Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4
Strona 4 z 4

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin