Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Miłość
Idź do strony 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Katolicyzm
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Pan Gąsienica
Mediator na urlopie



Dołączył: 06 Gru 2005
Posty: 1184
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: Szczecin

PostWysłany: Wto 9:44, 24 Lip 2007    Temat postu: Miłość

Czym jest miłość? Co należy do istoty/natury miłości? Bez czego miłość nie istnieje, a co jest tylko zbędnym do niej dodatkiem?

Dyskusja rozpoczęła się właściwie tutaj: pewna idealna sytuacja, pomiędzy mną a Drizztem.

Moim zdaniem do istoty/natury miłości należy śmierć, te dwie rzeczy są nierozerwalnie złączone. Ze śmierci wynika pośpiech, przynaglenie. Dlatego chyba także i ten pośpiech, pewna "niecierpliwość", dynamizm jest nieodłączną cechą miłości. Z tego wynika, że z miłością trzeba się spieszyć, a z tego wynika, że także z tą do Boga.

To już wzbudziło protest Drizzta. Według niego, Bóg jest nieskończenie cierpliwy, więc zdolny czekać na miłość nawet w nieskończoność. Śmierć w żaden sposób nie jest nierozerwalnie związana z miłością - to są rzeczy niezależne.

Drizzt wskazał, że moje rozumienie miłości może prowadzić do negatywnych Jego zdaniem konsekwencji ("miłość ze strachu", "miłość z przymusu"), ja mam identyczne zdanie o Jego rozumieniu miłości (odkładanie jej na później, stagnacja duchowa).

Drizzt, czy dobrze streściłem Twoje poglądy? Możemy zaczynać?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Drizzt
Założyciel, admin



Dołączył: 30 Lis 2005
Posty: 2778
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Wto 11:20, 24 Lip 2007    Temat postu:

Cały czas odnoszę wrażenie, że zaprzeczam tezie jakoby ufoludki miały po 7 palców u stóp...

Poniższe elementy ująłeś nieprawidłowo (po prostu "po swojemu"):
pg napisał:
Według niego [Drizzta], Bóg jest nieskończenie cierpliwy, więc zdolny czekać na miłość nawet w nieskończoność.

Ja zwróciłem uwagę na to, że Bóg nie powinien wyznaczać momentu zemsty,
zakładając, że istnieje i jest mniej więcej taki jakim opisuje go chrześcijaństwo.
pg napisał:
Śmierć w żaden sposób nie jest nierozerwalnie związana z miłością - to są rzeczy niezależne.

W żaden szczególny sposób - poza tym da się ją powiązać tak jak wiele innych rzeczy, nie rozumiem tylko czemu się akurat jej uczepiłeś :think:
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Pan Gąsienica
Mediator na urlopie



Dołączył: 06 Gru 2005
Posty: 1184
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: Szczecin

PostWysłany: Wto 12:08, 24 Lip 2007    Temat postu:

Drizzt napisał:
Cały czas odnoszę wrażenie, że zaprzeczam tezie jakoby ufoludki miały po 7 palców u stóp...


Widać źle Cię zrozumiałem. Uzgadniamy.

Drizzt napisał:
pg napisał:
Według niego [Drizzta], Bóg jest nieskończenie cierpliwy, więc zdolny czekać na miłość nawet w nieskończoność.

Ja zwróciłem uwagę na to, że Bóg nie powinien wyznaczać momentu zemsty,
zakładając, że istnieje i jest mniej więcej taki jakim opisuje go chrześcijaństwo.


Oczywiście, ja przecież też nie pisałem o żadnej "zemście". Zgadzam sę, że Bóg "nie wyznacza momentu zemsty". Wg mnie Bóg w ogóle się nie mści.

Podtrzymujesz zdanie, że miłość Boga jest w stanie zaakceptować wieczną rozłąkę, czy wcale tak nie uważasz?

Drizzt napisał:

pg napisał:
Śmierć w żaden sposób nie jest nierozerwalnie związana z miłością - to są rzeczy niezależne.

W żaden szczególny sposób - poza tym da się ją powiązać tak jak wiele innych rzeczy, nie rozumiem tylko czemu się akurat jej uczepiłeś :think:


Czepiłem się, bo chyba w ogóle nie można zrozumieć miłości bez śmierci. Jak pisałem, są nierozerwalnie związane, wcale nie tak, jak "wiele innych rzeczy". Ty - jak sądzę - bez problemu wyobrażasz sobie miłość bez śmierci. Nasze podejścia niosą określone konsekwencje. Zamiast gadać o konsekwencjach, możemy pogadać o fundamentach - czyli o różnicach w samym rozumieniu słowa "miłość".

Uważasz, że te różnice nie mają znaczenia w temacie, na który chciałeś dyskutować w wątku haysela?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Drizzt
Założyciel, admin



Dołączył: 30 Lis 2005
Posty: 2778
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Wto 12:44, 24 Lip 2007    Temat postu:

pg napisał:
Podtrzymujesz zdanie, że miłość Boga jest w stanie zaakceptować wieczną rozłąkę, czy wcale tak nie uważasz?

Nigdy takiego zdania nie sformułowałem. Biorąc pod uwagę założenia o których wspomnieliśmy kilka razy, każda osoba powinna prędzej czy później do Boga trafić, natomiast Bóg nie powinien wyznaczać momentu kary/zemsty, w którym skazuje człowieka na wieczne odłączenie. Biorąc pod uwagę, że wierzysz apokatastazę nie za bardzo jest tu chyba o czym dyskutować...
pg napisał:
Czepiłem się, bo chyba w ogóle nie można zrozumieć miłości bez śmierci. Jak pisałem, są nierozerwalnie związane, wcale nie tak, jak "wiele innych rzeczy". Ty - jak sądzę - bez problemu wyobrażasz sobie miłość bez śmierci. Nasze podejścia niosą określone konsekwencje. Zamiast gadać o konsekwencjach, możemy pogadać o fundamentach - czyli o różnicach w samym rozumieniu słowa "miłość".

No i to jest właśnie dla mnie teza o 7 palcach ufolodków, nie mam pojęcia dlaczego niby miałbym sobie nie wyobrażać miłości bez śmierci i cały czas czekam na sformułowanie przez ciebie klarownego wywodu, który pozwoli mi zrozumieć ten szczególny związek dwóch terminów.
pg napisał:
Uważasz, że te różnice nie mają znaczenia w temacie, na który chciałeś dyskutować w wątku haysela?

Nie jestem wcale pewien czy istnieją takie znaczące różnice (patrz wyżej). Conajwyżej ta miłość i śmierć...
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Pan Gąsienica
Mediator na urlopie



Dołączył: 06 Gru 2005
Posty: 1184
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: Szczecin

PostWysłany: Wto 15:13, 24 Lip 2007    Temat postu:

Drizzt napisał:
pg napisał:
Podtrzymujesz zdanie, że miłość Boga jest w stanie zaakceptować wieczną rozłąkę, czy wcale tak nie uważasz?

Nigdy takiego zdania nie sformułowałem.


W wątku haysela...

Drizzt napisał:
Pan Gąsienica napisał:
"Miłość, która na zaufanie daje nieskończenie wiele czasu" - czy znaczy to, że ta miłość jest w stanie zaakceptować nieskończenie długą (wieczną) rozłąkę?


Tak. W każdym razie jest w stanie czekać nie wyznaczając momentu zemsty.


Chyba żeśmy się po prostu nie zrozumieli. O.K.

Drizzt napisał:

Biorąc pod uwagę założenia o których wspomnieliśmy kilka razy, każda osoba powinna prędzej czy później do Boga trafić, natomiast Bóg nie powinien wyznaczać momentu kary/zemsty, w którym skazuje człowieka na wieczne odłączenie. Biorąc pod uwagę, że wierzysz apokatastazę nie za bardzo jest tu chyba o czym dyskutować...


Jest o czym dyskutować, a mianowicie o tym, co mi się nie podoba w pewnym podejściu do apokatastazy, a na co nadzialiśmy się analizując kwestię pośpiechu i wyścigu w hayselowym wątku.

Tym problemem jest deprecjacja śmierci w pewnym modelu apokatastazy (jak sądzę Twoim). W śmierci nie ma nic ostatecznego. W tym modelu człowiek zamyka oczy i w zależności od "stanu" swojego serca i świadomości otwiera je, po czym zbiera doświadczenia, uczy się, rozwija dalej, tyle, że w zmienionych warunkach. Nawet jeśli otwiera je w piekle, jest teoretycznie możliwe, że po godzinie je opuści. Śmierć z ontologicznego punktu widzenia zdaje mi się mieć taki sam status jak przeprowadzka do Nowej Zelandii.

Negatywne konsekwencje takiego podejścia jakie widzę to na przykład utrata wyjątkowości i niepowtarzalności różnych sfer ludzkiego życia (czy miłości), jak również naszych życiowych wyborów.

Drizzt napisał:
cały czas czekam na sformułowanie przez ciebie klarownego wywodu, który pozwoli mi zrozumieć ten szczególny związek dwóch terminów.


1. Przez śmierć nie rozumiem "końca miłości", ale jej pełnię, uwieńczenie.

2. Podstawą miłości jest pragnienie istnienia kochanej osoby. Na przykład Wuj jak się zdaje opiera na tym kawał swojej filozofii (nie kocha kamieni, więc ich istnienie jest mu obojętne). Im pragnienie to jest większe, tym większa jest miłość. Jeżeli istnieje coś namacalnego, uświadamiającego nam, że można "nie istnieć" (śmierć), to pragnienie się w nas wzmaga, wraz z lękiem o ukochaną osobę. Budzi się w nas chęć, by śmierć pokonać, oszukać, zniszczyć, czy cokolwiek. Jeżeli deprecjonujemy rolę śmierci stawiając ją na równi z wycieczką samolotem do innych krajów, mniej boimy się o ukochaną osobę, jej istnienie przyjmujemy za coś naturalnego - o co właściwie nie ma sensu walczyć, zmagać się, jednym słowem przestajemy go PRAGNĄĆ. A te pragnienie to podstawa miłości, od czego zacząłem.

Podsumowując, w istotę miłości wpisany jest lęk o istnienie drugiej osoby. Czy wyobrażasz sobie człowieka kochającego, ale nie bojącego się, że osoba kochana przez Niego przestanie istnieć?

Bez śmierci moje "kocham Cię" nie zawierałoby "lękam się, że przestaniesz istnieć", ani "pragnę, żebyś istniała" (bo co tu pragnąć - skoro bez śmierci istnienie drugiej osoby jest oczywiste i konieczne).

3. W miłości na ziemi raz rozdzielamy się, a raz z powrotem jednoczymy. Zbliżamy i oddalamy.

Istotą miłości powinno być jednak zjednoczenie, jedność. Ideałem takiej więzi byłoby połączenie wieczne, nieskończone. Wydaje się, że aby dojść do takiego ostatecznego połączenia trzeba by pokonać ostateczną przeszkodę - a więc śmierć.

Tymczasem jeśli śmierć nie jest tak wielką, groźną rzeczą zagrażającą zjednoczeniu się kochanych osób ich połączenie, więź i zaufanie chyba nigdy nie mogą być pełne - bo nie wiadomo, czy sprostałyby ostatecznej i absolutnej próbie, czyli śmierci.

4. Istotą miłości jest dar, ofiara. Czy może istnieć cenniejsza ofiara niż ofiara własnego życia, niż dobrowolna śmierć "dla drugiego"? Jeżeli pomniejszamy rolę śmierci, pomniejszamy też wartość takiej ofiary. Ofiara Maksymiliana Kolbe (dar własnego istnienia za istnienie bliźniego) przestaje być zrozumiała. Na czym właściwie miałoby polegać poświęcenie jego i ludzi takich jak on?

Czy śmierć zatem nie umożliwia w tym sensie najpiękniejszego wyznania miłości, jakie można drugiemu człowiekowi złożyć?

5. Istnienie śmierci sprawia, że miłości nie można odkładać, że trzeba się z nią spieszyć.

Jeżeli śmierci nie ma, tracimy motywację do walki z tym, co nam w miłości przeszkadza - wstydem, kompleksami, egoizmem, strachem przed zmianą. Zawsze możemy przecież sobie powiedzieć: "jeszcze z tą miłością zdążę, nie na tym świecie, to może w następnym...".

Uffff.... Na razie starczy, O.K.?
:grin:
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Pan Gąsienica
Mediator na urlopie



Dołączył: 06 Gru 2005
Posty: 1184
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: Szczecin

PostWysłany: Wto 15:41, 24 Lip 2007    Temat postu:

P.S. Punkty z przykładami związków miłości i śmierci wziąłem od Tadeusza Gadacza, polskiego filozofa.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Drizzt
Założyciel, admin



Dołączył: 30 Lis 2005
Posty: 2778
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Pią 11:48, 27 Lip 2007    Temat postu:

drizzt napisał:

pg napisał:
Podtrzymujesz zdanie, że miłość Boga jest w stanie zaakceptować wieczną rozłąkę, czy wcale tak nie uważasz?

Nigdy takiego zdania nie sformułowałem.

pg napisał:
W wątku haysela...
Drizzt napisał:

pg napisał:
"Miłość, która na zaufanie daje nieskończenie wiele czasu" - czy znaczy to, że ta miłość jest w stanie zaakceptować nieskończenie długą (wieczną) rozłąkę?

Tak. W każdym razie jest w stanie czekać nie wyznaczając momentu zemsty.


1. Nie sformułowałem takiego zdania, widać to wyraźnie wyżej - to ty je sformułowałeś...
2. Nawet moje potwierdzenie tego zdania jest rozbudowane o wyjaśnienie, prawda? Z resztą wyjaśniałem to jeszcze później w tym samy wątku.
pg napisał:
Jest o czym dyskutować, a mianowicie o tym, co mi się nie podoba pewnym podejściu do apokatastazy, a na co nadzialiśmy się analizując kwestię pośpiechu i wyścigu w hayselowym wątku.
Tym problemem jest deprecjacja śmierci w pewnym modelu apokatastazy (jak sądzę Twoim).

Deprecjacja? Ja przechodzę ze śmiercią do porządku dziennego, a ty masz na jej temat jakąś mistyczną tezę i twierdzisz, że ja ją deprecjonuję.
To twoja gloryfikacja a nie moja deprecjacja - równie dobrze mogę ci zarzucić, że deprecjonujesz choroby, bo jak akurat postawię tezę, że choroby są strasznie ważne dla teologii i każdy kto nie trąbi o nich tyle co ja je deprecjonuje... Dopóki nie udowodnisz mi tej wagi śmierci to mówienie o jej deprecjonowaniu jest nie na miejscu.
pg napisał:
W śmierci nie ma nic ostatecznego. W tym modelu człowiek zamyka oczy i w zależności od "stanu" swojego serca i świadomości otwiera je, po czym zbiera doświadczenia, uczy się, rozwija dalej, tyle, że w zmienionych warunkach. Nawet jeśli otwiera je w piekle, jest teoretycznie możliwe, że po godzinie je opuści. Śmierć z ontologicznego punktu widzenia zdaje mi się mieć taki sam status jak przeprowadzka do Nowej Zelandii.
Negatywne konsekwencje takiego podejścia jakie widzę to na przykład utrata wyjątkowości i niepowtarzalności różnych sfer ludzkiego życia (czy miłości), jak również naszych życiowych wyborów.

Zupełnie uczciwie, bez żadnej złośliwości - nie mam pojęcia do czego to odnieść, bo do twierdzenia, że Bóg nie powinien wyznaczyć momentu zemsty to ni w ząb :-|
Próbując jednak podyskutować z czymkolwiek, ewentualnie sprostować co nieco ... W śmierci wszystko jest ostateczne, nie jestem w stanie nawet wyobrazić sobie innego do niej podejścia. Razem ze śmiercią kończy się wszystko co znałem do tej pory i jeśli w ogóle coś się zaczyna to niestety nie mam pojęcia co i nie mam powodu podejrzewać, że coś podobnego do tego co znam obecnie. Tylko nie mam pojęcia po co to rozdmuchiwać? Tak już niestety jest i nie widzę powodu dokładania tu jakiejś mistyki.
pg napisał:
Podstawą miłości jest pragnienie istnienia kochanej osoby.
[...]Czy wyobrażasz sobie człowieka kochającego, ale nie bojącego się, że osoba kochana przez Niego przestanie istnieć?

A jak sobie wyobrażasz miłość istot, które są nieśmiertelne? Zbawionych ludzi chociażby? Jak wyobrażasz sobie w takim razie miłość Boga, który wie, że ostatecznie żaden człowiek nie przestanie istnieć? Nie obawia się, że ukochane istoty przestaną istnieć a jednak kocha?
pg napisał:
3. W miłości na ziemi raz rozdzielamy się, a raz z powrotem jednoczymy. Zbliżamy i oddalamy.

Brzmi bardzo poetycko, ale o co chodzi?
pg napisał:
Istotą miłości powinno być jednak zjednoczenie, jedność. Ideałem takiej więzi byłoby połączenie wieczne, nieskończone. Wydaje się, że aby dojść do takiego ostatecznego połączenia trzeba by pokonać ostateczną przeszkodę - a więc śmierć.

Nie rozumiem - czy w takim razie miłość dwójki ateistów przekonanych, że razem ze śmiercią przestaną istnieć, jest niepełna?
pg napisał:
Istotą miłości jest dar, ofiara. Czy może istnieć cenniejsza ofiara niż ofiara własnego życia, niż dobrowolna śmierć "dla drugiego"? Jeżeli pomniejszamy rolę śmierci, pomniejszamy też wartość takiej ofiary. Ofiara Maksymiliana Kolbe (dar własnego istnienia za istnienie bliźniego) przestaje być zrozumiała. Na czym właściwie miałoby polegać poświęcenie jego i ludzi takich jak on?

Ale czemu od razu darem ma być życie? Robisz z jakiegoś arcyrzadkiego przypadku zasadę, według której powinno się rozumieć miłość. Mówisz, że istotą miłość jest dar i taki jest sens twojego argumentu i zaraz w (moim zdaniem) nieudolny sposób próbujesz upchać gdzieś tą śmierć. Mnóstwo różnych rzeczy dałem z miłości (albo tak mi się wydaje) i przez myśli mi żadna śmierć nie przeszła. Statystycznie ofiarowywanie życia z miłości jest tak rzadkie, że wiązanie akurat takiego daru wygląda na naciągane do tezy.
pg napisał:
Istnienie śmierci sprawia, że miłości nie można odkładać, że trzeba się z nią spieszyć.
Jeżeli śmierci nie ma, tracimy motywację do walki z tym, co nam w miłości przeszkadza - wstydem, kompleksami, egoizmem, strachem przed zmianą. Zawsze możemy przecież sobie powiedzieć: "jeszcze z tą miłością zdążę, nie na tym świecie, to może w następnym...".

I znowu ten sam problem - śpieszyć się z miłością można z różnych przyczyn, różne rzeczy mogą przeszkadzać.
Zdanie "Jeżeli śmierci nie ma, tracimy motywację do walki z tym, co nam w miłości przeszkadza" to dla mnie jakiś kosmos...
Po pierwsze nikt nie twierdził, że śmierci nie ma :D
Po drugie co ma piernik do wiatraka? Walczy się z przeciwnościami bo są przeciwnościami a nie dlatego, że się obawia śmierci. W ten sposób możesz dowieść, że śmierć wpływa na wszystko. Przykładowe zdanko na wzór twojego: "Jeśli śmierci nie ma to nie będzie nam się chciało chodzić do pracy". o.
Załóżmy na chwilę, że śmierci w ogóle nie ma a my chcemy osiągnąć cel zwany miłością. Żeby to zrobić musimy pokonać tak zwane przeciwności.
I co nie zrobimy tego bo nie ma śmierci? :shock:

Podsumowując jest tak jak myślałem... Zakładasz z jakiś niejasnych dla mnie przyczyn jakąś ogromną wagę zjawiska zwanego śmiercią a później dowodzisz jej niezwykłości upychając ją gdzie tylko się da w sposób jak dla mnie naciągany, myślę że gdybym nie był taki leniwy i zapracowany to napisałbym 2 razy tyle punktów dla dowolnie wybranego innego terminu. o.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Pan Gąsienica
Mediator na urlopie



Dołączył: 06 Gru 2005
Posty: 1184
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: Szczecin

PostWysłany: Wto 11:03, 31 Lip 2007    Temat postu:

Drizzt napisał:

Próbując jednak podyskutować z czymkolwiek, ewentualnie sprostować co nieco ...


Spróbujmy.

drizzt napisał:
W śmierci wszystko jest ostateczne, nie jestem w stanie nawet wyobrazić sobie innego do niej podejścia.


Nie musisz chyba sobie wyobrażać, przykład innego podejścia podałem:

pg napisał:
W tym modelu człowiek zamyka oczy i w zależności od "stanu" swojego serca i świadomości otwiera je, po czym zbiera doświadczenia, uczy się, rozwija dalej, tyle, że w zmienionych warunkach. Nawet jeśli otwiera je w piekle, jest teoretycznie możliwe, że po godzinie je opuści. Śmierć z ontologicznego punktu widzenia zdaje mi się mieć taki sam status jak przeprowadzka do Nowej Zelandii.


Drizzt napisał:

Razem ze śmiercią kończy się wszystko co znałem do tej pory i jeśli w ogóle coś się zaczyna to niestety nie mam pojęcia co i nie mam powodu podejrzewać, że coś podobnego do tego co znam obecnie. Tylko nie mam pojęcia po co to rozdmuchiwać? Tak już niestety jest i nie widzę powodu dokładania tu jakiejś mistyki.


Eeeee.... mistyki? Pardąsik, bo może teraz ja czegoś z kolei nie wiem? JEŚLI coś się zaczyna? Czy Twoim zdaniem nie powinniśmy W OGÓLE wypowiadać się, myśleć, zgadywać, co czeka nas po śmierci (bo i tak jak coś będzie, to będzie do niczego "niepodobne")?

Czy taka jest rzeczywiście Twoja myśl?

drizzt napisał:

pg napisał:
Podstawą miłości jest pragnienie istnienia kochanej osoby.
[...]Czy wyobrażasz sobie człowieka kochającego, ale nie bojącego się, że osoba kochana przez Niego przestanie istnieć?

A jak sobie wyobrażasz miłość istot, które są nieśmiertelne? Zbawionych ludzi chociażby?


Ludzie zbawieni mają ZA SOBĄ głębokie doświadczenie śmierci i doświadczenie zwycięstwa nad nią. Jak ją pokonali, więc nie muszą się jej już bać. Natura/istota ich miłości więc już inna, niż nasza.

drizzt napisał:

Jak wyobrażasz sobie w takim razie miłość Boga, który wie, że ostatecznie żaden człowiek nie przestanie istnieć? Nie obawia się, że ukochane istoty przestaną istnieć a jednak kocha?


Czy Twoim zdaniem miłość Boga to jest "mniej więcej " to samo, co miłość człowieka? Czy te pojęcia są porównywalne?

Na moje pytanie z pkt. 2 nie odpowiedziałeś wprost, tylko zadałeś kilka własnych, w których odwoływałeś się do sytuacji z zaświatów (i to ja niby uprawiam nieweryfikowalną "mistykę")...

drizzt napisał:

pg napisał:
3. W miłości na ziemi raz rozdzielamy się, a raz z powrotem jednoczymy. Zbliżamy i oddalamy.

Brzmi bardzo poetycko, ale o co chodzi?


Może na przykładzie małżeńskim:raz na wozie, raz pod wozem. Kłótnie, obrażanie się, może nawet uciekanie od siebie - to "oddalanie", dialog, miłość fizyczna, wzajemne poznawanie się - to "przybliżanie".

Drizzt napisał:

pg napisał:
Istotą miłości powinno być jednak zjednoczenie, jedność. Ideałem takiej więzi byłoby połączenie wieczne, nieskończone. Wydaje się, że aby dojść do takiego ostatecznego połączenia trzeba by pokonać ostateczną przeszkodę - a więc śmierć.

Nie rozumiem - czy w takim razie miłość dwójki ateistów przekonanych, że razem ze śmiercią przestaną istnieć, jest niepełna?


Zupełnie nie. Idealne, ostateczne połączenie jest możliwe dopiero po pokonaniu ostatecznej przeszkody - śmierci. Nie pokonasz śmierci - NIGDY (niezależnie od wyznania) nie połączysz się w pełni z drugą osobą. Przynależność religijna nie przynależy bezpośrednio do tego tematu. Problem dotyczy wszystkich "dwójek" - ateistycznych, katolickich, buddyjskich i innych.

Drizzt napisał:

pg napisał:
Istotą miłości jest dar, ofiara. Czy może istnieć cenniejsza ofiara niż ofiara własnego życia, niż dobrowolna śmierć "dla drugiego"?

Ale czemu od razu darem ma być życie? Robisz z jakiegoś arcyrzadkiego przypadku zasadę, według której powinno się rozumieć miłość. Mówisz, że istotą miłość jest dar i taki jest sens twojego argumentu i zaraz w (moim zdaniem) nieudolny sposób próbujesz upchać gdzieś tą śmierć. Mnóstwo różnych rzeczy dałem z miłości (albo tak mi się wydaje) i przez myśli mi żadna śmierć nie przeszła. Statystycznie ofiarowywanie życia z miłości jest tak rzadkie, że wiązanie akurat takiego daru wygląda na naciągane do tezy.


Moje rozumowanie było zupełnie inne:

1) Miłość wymaga ofiary, daru.
2) Najcenniejszym darem jest własne życie. Śmierć za/dla kogoś (np. śmierć by ocalić innego) to dar najcenniejszy.
2) Jeśli dar największy, to i miłość największa, najwspanialsza, najbardziej podobna do "ideału".

drizzt napisał:

pg napisał:
Istnienie śmierci sprawia, że miłości nie można odkładać, że trzeba się z nią spieszyć.
Jeżeli śmierci nie ma, tracimy motywację do walki z tym, co nam w miłości przeszkadza - wstydem, kompleksami, egoizmem, strachem przed zmianą. Zawsze możemy przecież sobie powiedzieć: "jeszcze z tą miłością zdążę, nie na tym świecie, to może w następnym...".
Walczy się z przeciwnościami bo są przeciwnościami a nie dlatego, że się obawia śmierci. W ten sposób możesz dowieść, że śmierć wpływa na wszystko. Przykładowe zdanko na wzór twojego: "Jeśli śmierci nie ma to nie będzie nam się chciało chodzić do pracy". o.


Oczywiście, że śmierć wpływa nierozerwalnie na całe nasze myślenie.

drizzt napisał:

Załóżmy na chwilę, że śmierci w ogóle nie ma a my chcemy osiągnąć cel zwany miłością. Żeby to zrobić musimy pokonać tak zwane przeciwności.
I co nie zrobimy tego bo nie ma śmierci? :shock:


Zapominasz, że ja od samego początku "trąbię", że śmierć należy do natury miłości. Osiągnięcie celu - miłości - gdy nie ma śmierci jest dla mnie niemożliwe Z DEFINICJI jakby. W moim rozumieniu miłości właśnie śmierć to taka największa przeciwność, którą trzeba "pokonać", aby dojść do pełni miłości.

A jakie konkretne "przeciwności" trzeba pokonywać w Twoim rozumieniu miłości? Lenistwo, lęk, kompleksy, egoizm, czy tak? Walka z nimi jest TRUDNA, BOLESNA, nieprzyjemna i zmusza do wyrzeczeń, prawda?

W moim przykładzie nie było mowy jednak o tym, czy taka walka jest W OGÓLE możliwa bez założenia istnienia śmierci (tego nie wiemy), ale o ZWIĘKSZONEJ MOTYWACJI wynikającej z istnienia śmierci.

Na konkretnym przykładzie: wahamy się, czy zaprosić ładną dziewczynę do kina. Boimy się, że jak zaprosimy, to nas wyśmieje i będzie wstyd. Pojawia się jednak myśl: "RAZ SIĘ ŻYJE" i świadomość, że jeśli jej NIE ZAPROSIMY, być może stracimy szansę NA ZAWSZE. Zaciskamy zęby, zamykamy oczy i skaczemy w tą ciemną przepaść dukając drżącym głosem "słuchaj, ja w sumie mam jeszcze jeden bilet...". :)

Gdyby nie głęboka, permanenta świadomość potrzeby pewnego życiowego pośpiechu, przynaglenia, myśl mogłaby być inna: NO DOBRA, JESTEM BEZNADZIEJNY, ALE MOŻE W NASTĘPNYM ŻYCIU SIĘ POPRAWIĘ :)
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
mat




Dołączył: 28 Maj 2007
Posty: 2635
Przeczytał: 27 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 8:27, 02 Sie 2007    Temat postu: Re: Miłość

Pan Gąsienica napisał:
Czym jest miłość? Co należy do istoty/natury miłości? Bez czego miłość nie istnieje, a co jest tylko zbędnym do niej dodatkiem?


Milosc ma zrodlo w glowie, a wiec i "rozumie", tyle, ze nia rzadzi nie logika, a instynkty (glownie zachowania gatunku, czyli seksualny).
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Drizzt
Założyciel, admin



Dołączył: 30 Lis 2005
Posty: 2778
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Czw 8:36, 02 Sie 2007    Temat postu:

Tak, tak ale mówimy o czym innym :mrgreen:
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Pan Gąsienica
Mediator na urlopie



Dołączył: 06 Gru 2005
Posty: 1184
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: Szczecin

PostWysłany: Czw 8:39, 02 Sie 2007    Temat postu: Re: Miłość

mat napisał:

Milosc ma zrodlo w glowie, a wiec i "rozumie", tyle, ze nia rzadzi nie logika, a instynkty (glownie zachowania gatunku, czyli seksualny).


Miłością 80latków też?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
mat




Dołączył: 28 Maj 2007
Posty: 2635
Przeczytał: 27 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 9:22, 02 Sie 2007    Temat postu: Re: Miłość

Pan Gąsienica napisał:
mat napisał:

Milosc ma zrodlo w glowie, a wiec i "rozumie", tyle, ze nia rzadzi nie logika, a instynkty (glownie zachowania gatunku, czyli seksualny).


Miłością 80latków też?


O Viagrze nie slyszales?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Pan Gąsienica
Mediator na urlopie



Dołączył: 06 Gru 2005
Posty: 1184
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: Szczecin

PostWysłany: Czw 9:28, 02 Sie 2007    Temat postu:

A Ty słyszałeś o spadku zainteresowania życiem seksualnym narastającym z wiekiem?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
mat




Dołączył: 28 Maj 2007
Posty: 2635
Przeczytał: 27 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 16:47, 02 Sie 2007    Temat postu:

Nie odpowiada sie pytaniem na pytanie. Spytaj Jasia Lewandowskiego.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Radosław




Dołączył: 06 Gru 2005
Posty: 1722
Przeczytał: 0 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 17:24, 02 Sie 2007    Temat postu:

Macie testosteron to całkiem nowy wynalazek więc twój argument jest niemiarodajny. Po co ta sprzeczka wybitnie niepoważna?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Pan Gąsienica
Mediator na urlopie



Dołączył: 06 Gru 2005
Posty: 1184
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: Szczecin

PostWysłany: Pią 8:45, 03 Sie 2007    Temat postu:

mat napisał:
Nie odpowiada sie pytaniem na pytanie.


Aha. To czemu tak zrobiłeś wcześniej?

mat napisał:
Pan Gąsienica napisał:
Miłością 80latków też?
O Viagrze nie slyszales?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Pan Gąsienica
Mediator na urlopie



Dołączył: 06 Gru 2005
Posty: 1184
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: Szczecin

PostWysłany: Pią 8:53, 03 Sie 2007    Temat postu:

Radosław napisał:
Po co ta sprzeczka wybitnie niepoważna?


Żeby pokazać, że model tłumaczący wiele skomplikowanych mechanizmów ludzkich zachowań popędem seksualnym jest zbyt prosty, zupełnie nie sprawdza się w wielu trywialnych, codziennych sytuacjach.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Cyryl




Dołączył: 16 Sty 2007
Posty: 114
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Pią 21:23, 03 Sie 2007    Temat postu:

Jestem ciekawy czy aby okazać miłość muszą być spełnione, oczywiście poza wolną wolą przyjęcia tej miłości, jakieś warunki i czy okazywanie może zajść tylko w określonym momencie. Chodzi mi mianowicie o następującą kwestię: Dlaczego akurat miałbym czekać na okazanie boskiej miłości - woli znalezienia się na "wiecznie zielonych polach" :) aż do śmierci?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
ptr




Dołączył: 06 Gru 2005
Posty: 1505
Przeczytał: 0 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 22:56, 03 Sie 2007    Temat postu:

Tak czytam sobie pierwszy post Pana Gąsienicy.

Przypomina mi się "O sztuce miłości" Ericha Fromma, gdzie ów profesor medycyny i filozof, opisuje problemy współczesnych z przeżywaniem miłości. Dla człowieka Zachodu zdaje się być czymś niezrozumiałym dawanie za darmo, gdyż we wszystkich kontaktach może coś kupić, czy to gotówką czy na raty. Fromm rozważa, że gdyby chodziło o jakąkolwiek inną sferę życia niż miłość, współcześni chcąc biegle poznać owąż sztukę, ćwiczyliby ją aż do osiągnięcia perfekcji. Inaczej z miłością, która ma góry przenosić, która ma być romantyczna, a przez to też łatwa i prosta. Fromm na kartach książki opowiada o bardzo dojrzałych formach miłości. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że nie napisał ani jednego zdania, które nie niosłoby w sobie potężnego ładunku mądrości życiowej.

No i tak czytam pierwszy post Pana Gąsienicy i dalsze wypowiedzi. Bo popatrzmy, wracając do wcześniejszego akapitu, na człowieka, który się trudzi, zabiega o miłość. Dla którego miłość staję czymś o co codziennie trzeba pracować. A człowiek może doświadczyć różnych rodzajów miłości. Te zaś są uzależnione od miłowanych przedmiotów. Inna będzie wszak miłość do ukochanej dziewczyny, a inna do umierającego dziadka, którym się opiekujemy. Wyobraźmy więc sobie 45-letnią kobietę opiekującą się co wieczór po pracy swym starym ojcem. To czy nie odebrałaby ta zmęczona kobieta jako jakąś kpinę pytania: "Czy nie uważa Pani, że do istoty miłości należy śmierć?" A czemu nie trud, łzy i codzienne staranie? Bo ta kobieta przeżywa swą miłość do rodzica w kontekście śmierci, ale w pysk by dała zarozumialcowi, który by zaczął dywagacje nad tym czy czasem "istotą miłości nie jest czasem śmierć sama?". Można się bronić, że przecie nikt nie zadaje tego pytania tej kobiecie. Ale rozmawiamy o jej przeżyciach. I tą czynność możemy zrobić dobrze lub cokolwiek niejasno. Bo cóż znaczą poszczególne wyrazy w formule: <<"Należeć" do "istoty" miłości>>? Toż to tak jakby dywagować nad wielkością "miłości od pierwszego wejrzenia" w stosunku do "miłości zrodzonej na kolejnej romantycznej randce". Jakieś słowa bez związku z dojrzałą miłością wypowiadane przez młodych kochanków. I to jeszcze bez zrozumienia: "Moim zdaniem do istoty/natury miłości należy śmierć". Czyli nawet nie wiemy czy chodzi o "istotę", czy o "naturę". Bo i sam Pan Gąsienica pojęcia nie ma co chce powiedzieć. Inaczej przecie rozróżniłby naturę od istoty lub ująłby to w bardziej klarowny sposób.

Co nie znaczy, że śmierć nie ma wpływu na sposób przeżywanej miłości. Ale przecież na tej samej zasadzie jak wszystko co jest ma wpływ na przeżywaną miłość. Gdyby zabrakło Ziemi, Słońca, kochających rodziców czy życia samego, to czy przeżywana miłość nie byłaby inna? A więc powiedziałby kto po doświadczeniu braku tych naturalnych składników naszego świata, należą one do "istoty/natury" miłości.

Następnie czemuż Drizzt czytając "Moim zdaniem do istoty/natury miłości należy śmierć" nie odnosi sprawy do sensu wypowiedzi, dalej ludzkich realiów ale od razu do apokatastazy? Któż jednak zgłębi myśl, która powiada: "Bóg nie powinien wyznaczać momentu zemsty, zakładając, że istnieje i jest mniej więcej taki jakim opisuje go chrześcijaństwo"; tak jakby chrześcijaństwo nie przeżywało wiary w powiązaniu z piekłem, gdzie trafiają dusze potępione. Ale gdy zbrakło już odniesienia wyobrażenia o chrześcijaństwie do realnie istniejącego chrześcijaństwa, jak mogłoby nastąpić odniesienie miłości do realiów życia, gdy jak widać ideologia na pierwszym miejscu stoi.

Zatem nie dyskutowałbym o miłości w ten sposób w ogóle. Miłości najpierw spróbowałbym się nauczyć. Co się mogłoby wiązać z tym, że ledwo odbite od ziemi smarkacze (akurat nie o dyskutantach tu mowa!) kazałyby mi pod koniec życia poprawić sobie berecik. Na koniec jednak może potrafiłbym powiedzieć coś więcej pewnego, opierającego się na doświadczeniu o miłości. A tak startując do tematu zupełnie ludzkiej sprawy, najwyraźniej tchu Wam zabrakło i jeden o śmierci zaczął coś pisać a drugi o apokatastazie. A wzięlibyście obejrzeli zwykłe Muminki; tam chwilami miłość jest wcale niezgorzej pokazana. A tak to treści mało a tylko taka postawa w stylu "teatr swój widzę ogromny" z jednej strony ze śmiercią a z drugiej z apokatastazą.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Pan Gąsienica
Mediator na urlopie



Dołączył: 06 Gru 2005
Posty: 1184
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: Szczecin

PostWysłany: Pon 12:50, 06 Sie 2007    Temat postu:

1. Przez naturę/istotę miłości (faktycznie niechlujstwo językowe z mojej strony - ale naprawdę wystarczyło zapytać, co miałem konkretnie na myśli) miałem na myśli ZBIÓR jej cech konstytutywnych, rzeczy bez których nie możemy powiedzieć, że "coś" miłością jest.

Przez zdanie "czy śmierć należy do natury/istoty miłości" miałem więc na myśli problem taki, czy można w ogóle opisać, wyobrazić sobie, pomyśleć, zdefiniować pojęcie miłości BEZ pojęcia śmierci.

"Należy do istoty" to nie to samo co "jest istotą". Jeżeli coś NALEŻY do zbioru, to nie znaczy, że JEST zbiorem. Jak piszę, że śmierć należy do istoty miłości, to nie wynika z tego, że trud, łzy, radość, smutek, cierpienie NIE NALEŻĄ. Dywagacje, o których piszesz : "czy czasem istotą miłości nie jest czasem śmierć sama?" nie są więc naprawdę dywagacjami moimi.

Aby dobrze zilustrować nieporozumienie posłużę się trywialnym przykładem pojęcia stołu:

Do natury/istoty stołu należy:
A) bycie przedmiotem użytkowym, wykonanym przez człowieka
B) że coś się na nim stawia
C) że ma nogi i blat
D) itd.

Kiedy wymyślam jakieś kolejne D i zastanawiam się, czy D należy do "natury/istoty" stołu mam na myśli, czy stół może się w ogóle bez tej własności obejść - a nie, że D "jest" tegoż stołu naturą/istotą.

2. Pewno, że jak się zagada do stolarza "czy nogi należą do istoty/natury stołu" to będzie i fajnie i śmiesznie i pytający wyjdzie na głupka. Jednak tak to już jest z forami dyskusyjnymi, że gadamy sobie o różnych dziwnych (lub mniej) rzeczach, nie zawsze na poziomie Fromma. Argumentem "czytałem kiedyś Fromma i teraz jak patrzę na twój post...", albo "ciekawe, co pani Kowalska by powiedziała, gdyby usłyszała..." można właściwie załatwić 75% dyskusji na dowolnym Forum.

3. Chodzi WŁAŚNIE O TO, czy śmierć TYLKO "wpływa" na miłość, czy też NIE MOŻNA w ogóle wyobrazić sobie miłości bez o śmierci. Ja bez problemu umiem wyobrazić sobie miłość bez "kochających rodziców", a nawet Ziemi, czy Słońca. Bez śmierci nie umiem.

4. Miłości? Nauczyć? Przy dosłownej interpretacji wydaje się to być bardzo (a dla mnie nawet zbyt) intelektualnym podejściem do niej. Bo jeśli miłości można się "nauczyć", to znaczy, że jest to pewna umiejętność. Podchodząc do sprawy w ten sposób, pomijamy zupełnie wymiar emocjonalny i uczuciowy miłości - bo czy uczuć w ogóle można się "nauczyć"?

Jeżeli jednak chodziło o "nauczyć się wyrażania (albo okazywania) miłości" to oczywiście zgadzam się całkowicie. I z tym, że zamiast gadać, lepiej się wziąść do roboty też.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
wujzboj
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 29 Lis 2005
Posty: 22610
Przeczytał: 10 tematów

Skąd: znad Odry
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 1:54, 12 Sie 2007    Temat postu:

Nie wiem, czemu nie umiesz sobie wyobrazić miłości bez śmierci. Przecież istota miłości polega na tym, że pragnie się dla ukochanej osoby tego, co dla niej najlepsze. Istota miłości jest pozytywna, a nie negatywna. Będąc ekstremalnie dramatycznym rozstaniem, śmierć podkreśla siłę miłości samą perspektywą swojego nadejścia. Ale czemu miałaby ona stanowić o możliwości istnienia miłości? Tego nie rozumiem.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
wujzboj
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 29 Lis 2005
Posty: 22610
Przeczytał: 10 tematów

Skąd: znad Odry
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 1:55, 12 Sie 2007    Temat postu:

Cyryl napisał:
Dlaczego akurat miałbym czekać na okazanie boskiej miłości - woli znalezienia się na "wiecznie zielonych polach" :) aż do śmierci?

A musisz?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Cyryl




Dołączył: 16 Sty 2007
Posty: 114
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Wto 20:55, 14 Sie 2007    Temat postu:

Muszę, jeśli mam na myśli miłość, która oparta jest na obopólnej relacji osób. Samo uwierzenie w to, że ktoś mnie kocha bez okazywania dowodów miłości jest tylko dobre na krótką metę. Pragnienie wszelkiego co najlepsze dla drugiej osoby bez możliwości działania lub kontaktu z mojej strony jest ideowo poprawne ale lipne w skutkach. Co innego jakbym znał się z partnerem - Bogiem przed momentem rozłąki. Dlatego to nie ja jestem tym, który wykonuje ruch by poznać drugą połówkę, ja już to zrobiłem DAWNO temu i jako marna istota gównomogąca mogę tylko czekać... ale właśnie niby dlaczego? Jak według ciebie i czy jest możliwe inne poznanie Boga niż znane nam z ziemskiego stosunku do niego? Dlatego dziwnym wydaje mi się jakiś automagiczny moment pełnego objawienia, który mógłby nastąpić przecież już na ziemi.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
wujzboj
Bloger na Kretowisku



Dołączył: 29 Lis 2005
Posty: 22610
Przeczytał: 10 tematów

Skąd: znad Odry
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 0:10, 17 Sie 2007    Temat postu:

A czemu miałbym uważać, że się z Nim nie znałem i nie znam? Przecież jest On na co dzień obecny w moim osobistym życiu. Gdyby nie był, to nie miałbym powodów, by w Niego wierzyć; w końcu byłem kiedyś zaprzysięgłym ateistą i wcale na to nie narzekałem.

Czy to objawienie "potem" będzie czymś jakościowo nowym? Myślę, że tak; myślę, że "na tamtym świecie" nie muszą obowiązywać ograniczenia poznawcze, które obowiązują "na tym świecie", czyniąc go światem "materialnym" w sensie "działającym według praw fizyki". Ograniczenia te są bowiem niezbędne dla naszego rozwoju na tym świecie, umożliwiając nam odnalezienie Boga w sobie bez żadnego narzucania się z Jego strony; gdy już Go jednak odnajdziemy, to służą one wyłącznie temu, by świat nasz "trzymał się kupy" i przestaną być do czegokolwiek potrzebne, gdy świat nasz opuścimy. To "opuszczenie świata" - czyli śmierć fizyczną - uważam zresztą za zwyczajne przełączenie systemu komunikacji między osobami na inny kanał: odłączamy się (na moment) od osób pozostających "na tym świecie" i koncentrujemy naszą uwagę na o wiele pełniejszym i bardziej rzeczywistym świecie, w którym Bóg już nie musi się przed nami ukrywać. A "na tym świecie" pozostaje tylko "echo" naszego dawnego w nim udziału - czyli martwe, rozpadające się ciało, mające swoje istnienie jedynie jako obraz w umysłach tych, którzy są z tym światem wciąż jeszcze związani.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Cyryl




Dołączył: 16 Sty 2007
Posty: 114
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Wto 11:19, 21 Sie 2007    Temat postu:

---------------
Miłość według mnie jest tym co każda istota najgłębiej pragnie, dlatego narzucenie się tego jest JAK NAJBARDZIEJ pożądane. Zgodzisz się z tym?
---------------
Cytat:
A czemu miałbym uważać, że się z Nim nie znałem i nie znam?...


Oj wuju, nie znam Boga i ty go nie znasz... nie pleć bzdur. Znam go w takim sensie jakbym znał wilka, który pożarł babcię i żyje w "moim sercu" (jest to jakaś interpretacja stworzona przeze mnie). Nierozsądnie by było powiedzieć, że Bóg mohera jest moim bogiem, a mój jest taki jak twój. Samym zdaniem, że TWÓJ Bóg jest Bogiem każdego produkujesz same sprzeczności, bo doświadczenia ludzi się różnią. Można wnioskować, że nieznajomość (czy niemożność poznania Go) jest z powodu ograniczeń (!), powiedzmy - praw fizyki. Dlatego w momencie śmierci nasze wyobrażenia się różnią. I uwaga - czy wtedy Bóg zrzuca zasłonę, czyniąc się widzialnym dla każdego pragnącego miłości?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Katolicyzm Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Następny
Strona 1 z 7

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin