Forum ŚFiNiA Strona Główna ŚFiNiA
ŚFiNiA - Światopoglądowe, Filozoficzne, Naukowe i Artystyczne forum - bez cenzury, regulamin promuje racjonalną i rzeczową dyskusję i ułatwia ucinanie demagogii. Forum założone przez Wuja Zbója.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Ateizm, a frustracja
Idź do strony 1, 2, 3  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Religie i wyznania
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13263
Przeczytał: 58 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 14:25, 18 Maj 2016    Temat postu: Ateizm, a frustracja

Od jakiegoś czasu "prześladuje mnie" pewne spostrzeżenie dotyczące znanych mi osób - ateistów. Oto, jakoś tak mi wychodzi (może to przypadek, ale może jednak reguła), że zaskakująco duży odsetek ateistów odczuwa dość głęboką wewnętrzną frustrację.
Po czym to wnioskuję?
- Głównie po stylu wypowiedzi. Po tym jak często wyrażają one gorycz, krytyczne nastawienie, w skrajnych przypadkach wręcz pogardliwe, do ludzi, do zdarzeń, właściwie do całej rzeczywistości.
Wydaje mi się, że takich dość klasycznych frustratów spotyka się znacząco częściej właśnie wśród ateistów, niż wśród ludzi wierzących. Może te moje spostrzeżenie być mylne, może w całej populacji by się nie potwierdziło, może tak na mnie trafiło, że akurat ci ateiści, których znam, okazują swoje sfrustrowane emocje właśnie wobec mnie (może wobec innych ludzi są bardziej pogodni). Poza tym zdaję sobie sprawę, ze wiara nie chroni przed frustracją, a bardziej fanatyczne podejścia, kto wie czy nawet nie pokonują w tym względzie ateistów (te nieliczne kontakty z przekazem RM też chyba ujawniają sporą dawkę frustracji w stylu religijnym). Ale jednak będę się upierał, że u ateistów frustracja jest częstszym zjawiskiem.
Zastanawiałem się, z czego to zjawisko mogłoby wynikać... :think:

Wytłumaczenie jakie mi się wygenerowało wygląda mniej więcej tak:
Początek ateizmu zwykle ma miejsce w latach młodzieńczego buntu, wydobywania się na samodzielność życiową. Młodzi ludzie stwierdzają coś w stylu: nie będą mi jakieś klechy mówiły, co mam w życiu robić, co jest dobre, a co złe. W szczególności te klechy nie będą wymuszały na mnie udziału w nudnych nabożeństwach i zabraniały mi przyjemności, które wyglądają na bardzo atrakcyjne. Więc odrzucamy religię i wreszcie czujemy się WOLNI. Tak, oto teraz jesteśmy wolni od nakazów, łajania, mówienia co wolno, a czego nie wolno.
A frustracja?... Skąd ona?
To za chwilę. Zastanówmy się najpierw co jest najbardziej typowym źródłem frustracji w ogóle. Nie trzeba być wielkim psychologiem, aby z grubsza opisać takie sytuacje - dotyczą one zwykle konfrontacji naszych jakichś (ważnych dla nas) oczekiwań, pragnień, z rzeczywistością, która nam spełnienia odmawia. Sfrustrowani czują się pracownicy, którym odmawia się podwyżki, dzieci, które nie dostały zabawki, czy każdy z nas, którym czegoś tam odmówiono.

Wracam do psychoanalizy ateistów.
Ateista, teoretycznie, po odrzuceniu niemiłych nakazów religii powinien czuć się świetnie. I pewnie na początku nawet tak jest - oto mamy kolejne niedziele, kiedy nie trzeba chodzić na mszę, oto poznajemy kolejnych atrakcyjnych partnerów do seksu, oto każdemu, który nam coś zechce (moralnie) nakazywać z satysfakcją pokazujemy środkowy palec...
Problem w tym, że to działa do pewnego czasu, a potem powszednieje. Jak się na mszy nie było od 10 lat, to już nie czuje się tej przyjemności, że się "nie musi". Ano się nie musi, od lat się nie musi, więc tu nic nowego. Seks bez ograniczeń okazuje się mieć też różne ograniczenia - wszak im więcej partnerów, tym więcej rozstań - im więcej przyjemności poznwania się i zdobywania nawzajem, tym więcej goryczy rozstania... Do tego nakazy i zakazy wcale tak zupełnie nie znikają - świeckie prawo działa dalej, różne niepisane normy środowiskowe, społeczne potrafią związać nam ręce i wolność w stopniu wcale nie mniejszym, niż zakazy religijne. Więc po jakimś czasie ateista przekonuje się, że wcale nie trafił do krainy szczęśliwości. Jest, jak jest... czyli... noooo, tak sobie...
Dochodzi do tego aspekt światopoglądowy, emocjonalny. Ateizm daje nam z grubsza taki oto przekaz: to co z ducha, to mrzonka (a w ogóle to duchów nie ma), prawdziwa i do końca ważna jest tylko materia, a my, jako my - czyli nasze myśli, pragnienia, uczucia, marzenia, największe nawet ideały po prostu znikniemy bezpowrotnie. My tu nie jesteśmy ważni. Wszystko to marność, ulotność...
Zaraz, ale to przecież religia zawsze mówiła, że ta doczesność to marność!... No tak, tutaj ateista dojdzie do tego samego wniosku od drugiej strony - tyle, że dla ateisty wygraną jest materia, ona - ta bezosobowa, ta w sumie nijaka - wygrywa wyścig do ważności. Teiści też powiedzą, że to życie doczesne to marność, ale widzą jakąś perspektywę na przyszłość. Poza tym marzenia, świat duchowy dla teisty jest właśnie tym, co jest clou! Teista ma sobie przynajmniej ideologiczne prawo uważać, że jego miłość jest ważna, jego cierpienie jest ważne, jego działania w życiu czemuś służą. Tak sobie uważa i jest to zgodne z intuicją - w chyba w środku każdy z nas tak właśnie jakoś sądzi, ma wbudowaną taką potrzebę troszczenia się o stan własnych myśli i uczuć, uważania je za ważne. Bo to te myśli to właśnie ON - nie takie, czy inne części ciała (które w dzisiejszych czasach można sobie transplantacją podmieniać w dużym stopniu), ale ta ciągłość pamiętania, myślenia, marzeń...
Nie dziwię się więc frustracji ateistów. To faktycznie nie jest zbyt komfortowa emocjonalnie sytuacja - wciąż czuć się jako ktoś nieważny, jako przelotne mignięcie w wielomiliardowej historii wszechświata - mignięcie bez znaczenia. To całe moje JA - wszystkie myśli, pragnienia, to cośmy się dowiedzieli, o co walczyli to takie nieważne, takie nic...
Można się jeszcze emocjonalnie ratować skupiając na doraźności, na tym, co bieżące - że deszczyk pada, że sąsiadowi ukradli rower. No można, ale to przecież nieważne. Jak i my jesteśmy nieważni. Niedługo nie zostanie nic, po tym co przecież subiektywnie odczuwamy jako WSZECHŚWIAT. Bo przecież dla siebie, tak subiektywnie, to my jesteśmy całym wszechświatem, albo przynajmniej jego pępkiem, punktem odniesienia. A, z ateistycznej perspektywy ideologicznej, właśnie to uczciwie wypadałoby uznać za coś przelotnego, bez znaczenia. Frustracja...

Jako chrześcijanin trochę współczuję. Bo, co jak co, ale przynajmniej ten aspekt sprawy wypadł w moim światopoglądzie jakoś przyjaźniej. Wiem, że jestem nieskończenie ważny dla Boga. Wiem, że to co robię jest ważne, bo wbudowuje się w dorobek ludzkości, który to dorobek nie zniknie, będzie trwały. Wiem, że to co kocham jest ważne, a miłość innych ludzi do mnie, też jest ważna. Wierzę, że myśli są ważne, uczucia są ważne, pragnienia budują rzeczywistość. Wierzę w to nie mocą jakiegoś narzucania sobie, ale tak naturalnie - BO TAK NATURALNIE CZUJĘ, bo chyba nie ma niczego bardziej naturalnego, niż przekonanie, że to co mnie przepełnia, co buduje istotę wszystkiego tego co stanowi moje jestestwo jest ważne. Bo jak inaczej?...
Ale sfrustrowanym ateistom współczuję...


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Śro 18:02, 18 Maj 2016, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Banjankri




Dołączył: 17 Kwi 2012
Posty: 3170
Przeczytał: 44 tematy


PostWysłany: Śro 16:39, 18 Maj 2016    Temat postu:

Cytat:
, może tak na mnie trafiło, że akurat ci ateiści, których znam, okazują swoje sfrustrowane emocje właśnie wobec mnie

I wszystko jasne.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
abangel666
Opiekun Kawiarni



Dołączył: 03 Lis 2006
Posty: 3057
Przeczytał: 6 tematów

Skąd: z Piekła

PostWysłany: Czw 2:06, 19 Maj 2016    Temat postu:

chrześcijanin; poprosił do piwa, by dać mu 50 groszy.
dałam;
a on do mnie "bóg zapłać"... a ja mu, że nie wierzę w boga...
chciał mnie pobić!
Trzech facetów wyskoczyło; żeby jego pobić!
fakt.... przyznaję; to katolicy byli....
+ dla katolików.
zainterweniowałam; nikt nikogo nie pobił.

-----------

w dupie, w dupie mam to wszystko - jestem ***** ateistką!
:)
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13263
Przeczytał: 58 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 11:20, 19 Maj 2016    Temat postu:

abangel666 napisał:
chrześcijanin; poprosił do piwa, by dać mu 50 groszy.
dałam;
a on do mnie "bóg zapłać"... a ja mu, że nie wierzę w boga...
chciał mnie pobić!
Trzech facetów wyskoczyło; żeby jego pobić!
fakt.... przyznaję; to katolicy byli....
+ dla katolików.
zainterweniowałam; nikt nikogo nie pobił.

-----------

w dupie, w dupie mam to wszystko - jestem ***** ateistką!
:)

Ciekawa historia. :rotfl:
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13263
Przeczytał: 58 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 14:04, 19 Maj 2016    Temat postu:

Trochę jeszcze jednak pociągnę główny temat.
Teraz od nowej, ogólniejszej strony. Pytaniem zasadniczym w kwestii religii jest coś, co zwykle w dyskusjach światopoglądowych ginie, nie jest wyciągane.
Kim się czuję?
Zwykle dyskusje kręcą się wokół dowodów na istnienie Boga. Na ten temat powiedziano już tyle, że pewnie niełatwo będzie dodać coś nowego. Tymczasem kwestia dowodu właściwie jest drugorzędna wobec pytania bardziej zasadniczego: CZY WARTO stawiać pytanie o religię, o Boga?
Bo jeśli tego pytania nie warto stawiać, to i kwestia dowodu staje się mało ciekawa.
A dlaczego miałoby być warto stawiać to pytanie?
- Oczywiście pytania stawia sobie człowiek, stawia je DLA SIEBIE. Warto się zastanowić KIM JEST ów człowiek, bo może - tylko patrząc na jego strukturę duchową - sprawa Boga jakoś się sama wyjaśni (pozytywnie, albo negatywnie).
Według mnie właśnie tutaj jest clou. Czy człowiek może być szczęśliwy sam ze sobą?
Pewnie wielu powie, że potrzebni są im inni ludzie. Ale właściwie dlaczego mieliby być potrzebni?
Są w końcu samotnicy, którzy raczej stronią od towarzystwa, więc może im takie samotne jestestwo wystarczy...

W moim przekonaniu jest coś takiego w naszej naturze, taka tajemnicza właściwość, która powoduje, że NIEZBĘDNE JEST NAM PRZEGLĄDANIE SIĘ, WSPÓŁDZIAŁANIE Z INNYMI ISTOTAMI ŚWIADOMYMI. Myślę więc, że nawet samotnicy, gdzieś przynajmniej w tle, mają ten "komfort", że jacyś inni ludzie gdzieś są, że jest do czego odnosić własne myśli. Prawdy o świecie staramy się konfrontować z opiniami innych osób. Naszą wartość widzimy zwykle poprzez wpływ na inne osoby.
Tak żyć całkiem w pustce?...
Wyobraźmy sobie siebie w sytuacji, gdy mamy wszystko co materialnie potrzebne do życia, ale nie będzie już żadnej istoty świadomej, przynajmniej jakoś zbliżonej do nas umysłowo. Czy w ogóle byłoby po co żyć?
Gdyby nam zaoferowano milion lat życia (np. podtrzymywanego superdoskonałą medycyną realizowaną przez roboty), to czy byśmy chcieli taki dar, jeśliby warunkiem była samotność?...
Czy byłoby po co robić cokolwiek w takiej sytuacji?... Po co coś zdobywać, po co czegoś się uczyć, po co coś doskonalić, jeśli odbiorcą tego byłbym tylko wciąż ten sam ja?...
W końcu ja - jaki jestem, taki jestem i wcale nie jest powiedziane, że ja posiadający sto razy taką wiedzę na różne tematy byłby jakoś znacząco lepszy - bo co byłoby kryterium? - chyba tylko my sami, jako że jesteśmy w tym przypadku sami. Ale skoro i tak sami jesteśmy tym kryterium, to już teraz - właśnie tą posiadaną mocą - moglibyśmy powiedzieć sobie: dobrze mi jest, jak jest.
Tyle że to ostatnie nie działa. Powiedzenie samemu sobie: mam wszystko co MI jest potrzebne, więc muszę być szczęśliwy, nie działa. Takie kryterium samego siebie jest z jakichś powodów nieskuteczne. Szukamy swojego odbicia, potwierdzenia, przyjęcia - przez inną podobną nam istotę, przez świadomość ROZUMIEJĄCĄ jakoś podobnie.
Czy to przypadek?
A może jednak właśnie reguła, może podstawowe prawo świadomości?...

Piszę to też w kontekście scjentystycznego ateizmu, który postawił dość ciekawą psychologicznie sytuację - ogłosił, że najważniejsza, jedynie "prawdziwa" jest materia. Duch to takie złudzenie, albo co najwyżej jakaś taka aberracja - w sumie bez znaczenia, bo myśli nie są niczym trwałym, znikają gdy się kończą, gdy zastępują je nowe myśli.

Jestem personalistą. To m.in. dla mnie oznacza, że NIE LICZY SIĘ NOŚNIK! Bo właściwie wcale nie jestem jakimś amaterialistą. Jeśliby okazało się, że materia jest jakoś potrzebna/użyteczna do skonstruowania ducha, to wcale mi to nie będzie specjalnie przeszkadzało. Tę kwestię sobie wewnętrznie ignoruję. Jeślibym miał istnieć jako program komputerowy - jak w Matrixie - to mi "rybka". I tak dla mnie kluczowa jest TREŚĆ - co myślę, co czuję.
A tym co jednak czuję, jest pewna POTRZEBA WIĘZI. I to pomimo tego, że uważam się raczej za samotnika. Samotnictwo dotyczy raczej dystansowania się od tych najbardziej poufałych, stadnych form kontaktu. Wolę kontakty mniej zewnętrznie bogate, za to szukające głębszego kontekstu i dlatego trochę stronię od tych najbardziej obfitych towarzysko sytuacji. Ale wiem, że bez innych ludzi, innych istot myślących, nie będę w stanie skonstruować sobie sensu dla mojego istnienia.


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Pią 12:07, 20 Maj 2016, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
astrotaurus




Dołączył: 08 Cze 2009
Posty: 310
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: z internetu
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 15:44, 22 Maj 2016    Temat postu: Re: Ateizm, a frustracja

A bełkotliwy troll płodzi niestrudzenie panegiryki na swoją cześć...

Michał Dyszyński napisał:
zaskakująco duży odsetek ateistów odczuwa dość głęboką wewnętrzną frustrację
Kolejny wytrysk myśli z cyklu jak to Mały Kazio wyobraża sobie oponenta żeby go poniżyć w swoich kaprawych, religijnych ślepkach.

Cytat:
Więc odrzucamy religię i wreszcie czujemy się WOLNI. Tak, oto teraz jesteśmy wolni od nakazów, łajania, mówienia co wolno, a czego nie wolno.
I nie przyjdzie tumanowi do durnego łba, że są ogromne społeczności , niemal państwa całe gdzie nikt dzieciom nie wciska debilnego kitu o Bogach, więc nikt nie ma potrzeby niczego odrzucać. Nawet w polskich katolickich rodzinach religia na ogół jest badziewnym, świątecznym dodatkiem. Nikt nie żyje nią poważnie na co dzień, więc ewentualne całkowite odrzucenie nie jest żadną traumą jak chciałby to widzieć niereformowalny bełkot.
Syndrom postodrzuceniowy - to byłby godny wkład do nauki katolickiej.


Cytat:
Ale sfrustrowanym ateistom współczuję...
Czegóż spodziewać się po imbecylu który nawet nad Bogiem się lituje...
http://www.sfinia.fora.pl/filozofia,4/bezradnosc,8544.html
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13263
Przeczytał: 58 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 23:08, 22 Maj 2016    Temat postu: Re: Ateizm, a frustracja

astrotaurus napisał:
A bełkotliwy troll płodzi ...
I nie przyjdzie tumanowi do durnego łba,
...dzieciom nie wciska debilnego kitu o Bogach,...
Czegóż spodziewać się po imbecylu który nawet nad Bogiem się lituje...

Tak po prawdzie to Twoje posty Astrotaurusie nasunęły mi w dużym stopniu termin "frustracja". Powód - to używanie wyrażeń, jak zacytowane np. z ostatniego posta.
Człowiek w spokoju ducha i umysłu, opanowany, ogólnie nie czuje potrzeby używania aż tak nacechowanych emocjonalnie określeń, jak te Twoje. Jednak nie jesteś jedynym na forum ateistą, który rzuca właśnie taką retoryką. Przez długi czas na sfinii właściwie nie było tego rodzaju sformułowań ze strony teistów. Teraz tu się nieco popsuło, więc argument jest słaby, ale jedno co warto zauważyć, to jednak w tej grupie "wyznaniowej" (może "antywyznaniowej") jest znacznie wyższy ton agresji, znacznie mniejsza skłonność do pomijania samych treści intelektualnych, za to ciągłego nawiązywania do ducha walki, ataków na osoby, a nie na rozmowy o samych poglądach, jako takich. Odnoszę wrażenie, że świat intelektu, myśli w ogóle jest Ci raczej obojętny, Ty się wyrażasz w atakowaniu, w byciu ad personam.
Tak, natchnąłeś mnie trochę swoim stylem, do stworzenia tego tematu. Nie tylko Ty, ale Ty na pewno w sporym stopniu. Pewnie bez Ciebie ów temat nie przyszedłby mi on do głowy. Ładunek frustracji, jaki odbieram z Twojej strony jest chyba tym z najwyższych poziomów. Zastanawiam się: dlaczego?

Bo znani mi bliżej ludzie nie mają aż tak wielkiej potrzeby używania w dyskusjach rozdętej frustracyjnie emocjonalności. Gdzieś musi być, w Tobie Astrotaurusie, ogromny żal, gorycz, poczucie odrzucenia. Współczuję Ci z tego powodu, nie winiąc, nie oskarżając, bo przecież Cię nie znam.
A to, że za chwilę pewnie odpowiesz frustracją...
... cóż, Ty już tak masz.
Napisano: obyś był zimny, albo gorący, ale nie był letni. Tak więc, choć jesteś po przeciwnej stronie światopoglądowej i choć najczęściej emocje Cię zaślepiają, uniemożliwiając chłodne, obiektywne rozważania, to jednak nawet taka postawa jest chyba bliższa Bogu, niż Ci, co co prawda pobożnie składają rączki, a w gruncie rzeczy niewiele ich obchodzi. :*
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
astrotaurus




Dołączył: 08 Cze 2009
Posty: 310
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: z internetu
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 10:04, 23 Maj 2016    Temat postu: Re: Ateizm, a frustracja

Michał Dyszyński napisał:
bla, bla, bla .....

Jak to Michał Dyszyński .

To ile razy trzeba do trolla mówić żeby jeden raz dotarło?
Twoje zdolności płodzenia gołosłownych paszkwili, głupkowatych psychoanaliz itp. są niekwestionowane. Trzeba Ci oddać tę sprawiedliwość!

Kwestionowane są Twoje zdolności do rozumnej komunikacji, do wzięcia odpowiedzialności za swoje słowa, do jakiejkolwiek reformy swojej pokiereszowanej łepetyny....

W tym choćby wątku powtarzasz po raz niewiadomoktóry idiotyczne zaklęcia upośledzonych wiarą a dyszących (nomen omen) nienawiścią tumanów jakoby wiara w duchy i życie duchowe to było to samo. Albo że ateiści niezdolni są do marzeń.
Ile jeszcze razy, nieboraku, powtórzysz te podłe brednie na chwałę swojego Jezuska?

A tu tyle ogonów się ciągnie...!
Na przykład w tym wątku nie potrafisz przytoczyć żadnego rozumnego zdania z całej literackiej twórczości religijnej.
Albo w tym wątku nie potrafisz uczciwie przedstawić mitologii swojej religii. I choć z grubsza głupotę swych wierzeń ujawniłeś w tym poscie innego wątku, to ne jesteś zdolny do kontynuacji nawet mimo moich napomnień w tym poscie jeszcze innego wątku: "Jeśli chcesz by traktować Cie poważnie, bym czem prędzej się zawstydził to wyjaśnij co ma wspólnego z rzeczywistością (w tym z ratunkiem dla mnie) starożytna bajka o tym co zabili go i uciekł."

Ech....
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13263
Przeczytał: 58 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 11:20, 23 Maj 2016    Temat postu: Re: Ateizm, a frustracja

astrotaurus napisał:
Michał Dyszyński napisał:
bla, bla, bla .....

Jak to Michał Dyszyński .

To ile razy trzeba do trolla mówić żeby jeden raz dotarło?
Twoje zdolności płodzenia gołosłownych paszkwili, głupkowatych psychoanaliz itp. są niekwestionowane. Trzeba Ci oddać tę sprawiedliwość!

Kwestionowane są Twoje zdolności do rozumnej komunikacji, do wzięcia odpowiedzialności za swoje słowa, do jakiejkolwiek reformy swojej pokiereszowanej łepetyny....

W tym choćby wątku powtarzasz po raz niewiadomoktóry idiotyczne zaklęcia upośledzonych wiarą a dyszących (nomen omen) nienawiścią tumanów jakoby wiara w duchy i życie duchowe to było to samo. Albo że ateiści niezdolni są do marzeń.


Czytasz tekst, a piszesz jakby o innym tekście. Nigdzie nie twierdziłem, że ateiści są niezdolni do marzeń. Jeśli już używasz słowa "gołosłowny", to mam nadzieję, że znasz jego sens, a więc potrafisz zastosować wobec własnych sformułowań. Spróbuj np. w tym kontekście ocenić własny zarzut, jaki postawiłeś.
Astroturus napisał:
Na przykład w tym wątku nie potrafisz przytoczyć żadnego rozumnego zdania z całej literackiej twórczości religijnej.

Jeśli Ty będziesz oceniał "rozumność" owego zdania, to faktycznie, miałbym zadanie niewykonalne. Twórczość religijna zawiera piękny przekaz, o głębokiej treści. Problem jest ze zrozumieniem owej treści przez sporą część osób.
W miejscu, do którego jeżdżę, mieszka sąsiad. Skończył może ze 4 klasy podstawówki. Jego spojrzenie na świat jest proste - te "profesory", co jakoweś mądrości w głowach mają, to jakieś głupie są. Ani taki nie potrafi się porządnie wódki napić, ani w mordę, jak trzeba, nie przyłoży. Głupie te ludzie... Za to on, choć szkół nie kończył, to mądry jest nad (ich) wszystkich - wie z kim się napić, wie komu przyłożyć. Tak to ów sąsiad najrozumniejszy jest na świecie. Co jest to wynikiem jego ignorancji. Bo nie wkładając wysiłku w zrozumienie czegokolwiek, zakładając z góry, że się jest mądrzejszym, a tamci mają tylko "głupoty" do zaferowania, zawsze będzie się miało luksus "wiedzenia lepiej". Tak więc Astrotaurus wie lepiej, bo nie zadał sobie trudu poskładania owych "głupot", jakie krytykuje, w całość. Ale taka postawa to nic nowego pod słońcem. Wielu tak ma, a im mniej ludziska wiedzą, tym chętniej uważają, że wszystko poza ich rozumieniem jest głupotą. Dopiero wraz z wiedzą, poznawaniem wielu poglądów, przekonywaniem się, jak to nie raz trzeba rezygnować z początkowo przyjętych koncepcji, pojawia się pewna intelektualna pokora, która zaczyna nieśmiało dopuszczać myśl o własnej omylności. Ale to z czasem...

Przekaz religijny nie jest pisany jak traktat naukowy. W każdym razie wszystkie te znane mi przekazy mają postać nie pasującą do stylu "twardej" prozy, rozprawki, artykułu. To język symboli, nawiązań, porównań, bardziej pasujący do świata poezji, niż jako materiał do budowania teorii naukowej.
W związku z tym nie ma sensu czegoś takiego jak bezpośrednia weryfikacja Biblii, czy Bhagavatgity, czy Koranu, bo obrazy tam zawarte nie weryfikują się w jakiś jednoznaczny sposób. Co nie znaczy jednak, że są bez wartości. Jedni umieją odczytywać poezję, inni tego nie potrafią. Jak ktoś w ogóle nie jest w stanie operować językiem symboli, porównań nawiązujących do wielu odniesień - często zawartych w innych znanych pismach religijnych, to nigdy nie wyjdzie poza poziom bajek. Pisałeś o religii "bajędy". Może i dla Ciebie (!) są to właśnie bajędy. Jak się postawi niewłaściwe pytania, jak się próbuje jakąś treść rozumieć od opacznej strony, to rzeczywiście wyjdą z tego bajędy. Ale to nie jest wina samej treści, tylko interpretującego.


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Pon 18:59, 23 Maj 2016, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
astrotaurus




Dołączył: 08 Cze 2009
Posty: 310
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: z internetu
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 19:02, 29 Maj 2016    Temat postu: Re: Ateizm, a frustracja

Michał Dyszyński napisał:
Nigdzie nie twierdziłem, że ateiści są niezdolni do marzeń.[
Rzeczywiście, rozpędziłem się - moje marzenia są po prostu gorsze, bo pójdą do piachu ze mną ,a marzenia Dyszyńskiego lepsze, bo pójdą do nieba z Dyszyńskim... niechta!

Cytat:
Astroturus napisał:
Na przykład w tym wątku nie potrafisz przytoczyć żadnego rozumnego zdania z całej literackiej twórczości religijnej.

Jeśli Ty będziesz oceniał "rozumność" owego zdania, to faktycznie, miałbym zadanie niewykonalne.
Ech, biedaku. Zrobienie mi wody z mózgu to zadanie zdecydowanie nie na Twoje siły. Siebie tylko próbujesz oszukać stosując zwyczajny chwyt słowny bełkotliwego nieuka by nie musieć nawet próbować kiedy w "tyle głowy" ma świadomość, że gówno ma do powiedzenia.

Cytat:
Twórczość religijna zawiera piękny przekaz, o głębokiej treści. Problem jest ze zrozumieniem owej treści przez sporą część osób.
Jako rasowy troll nie chcesz zauważyć, że nie ma religii głoszącej niesienie jakiegoś "pięknego przekazu", a nie głoszenie realnego istnienia Boga.

A Ty? Wprawdzie masz umysł bardziej pokraczny niż większość znanych mi wierzących, ale spróbuj odpowiedzieć na pytanie:
Żydowski zombie który podobno coś zrobił dla uratowania mnie to realna postać czy tylko "piękny przekaz"?

Ech, błaźnie...!
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13263
Przeczytał: 58 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 13:54, 30 Maj 2016    Temat postu: Re: Ateizm, a frustracja

astrotaurus napisał:
Michał Dyszyński napisał:
Nigdzie nie twierdziłem, że ateiści są niezdolni do marzeń.[
Rzeczywiście, rozpędziłem się - moje marzenia są po prostu gorsze, bo pójdą do piachu ze mną ,a marzenia Dyszyńskiego lepsze, bo pójdą do nieba z Dyszyńskim... niechta!

Gorzej!
Twoje marzenia - jako wewnętrznie sprzeczne, anihilujące się nawzajem w różnych aspektach będą Cię gnębiły przez wieczność. To niezrozumienie, jakie teraz trawi Twoją świadomość, to unikanie przyjrzenia się w pełni świadomości pełnym konsekwencjom co wybierasz, spadnie na Ciebie kiedyś w postaci: teraz jednak wytłumacz się PRZED SOBĄ z każdego aspektu twoich pragnień, marzeń, myśli, poglądów - określ się kim jesteś. To na Ciebie spadnie w absolutnej konieczności i jasności wszystkich konsekwencji Twoich wyborów. Sam się ocenisz, ale będziesz miał naprawdę poważny problem z tą oceną, może nawet problem nierozwiązywalny.

Chyba że....
astrotaurus napisał:

Żydowski zombie który podobno coś zrobił dla uratowania mnie to realna postać czy tylko "piękny przekaz"?

Chyba, że przyjmiesz ofertę, którą złożył Ci (jak go nazywasz) "żydowski zombie" - tzn. postawisz ponad wszystko inne, jako absolutnie podstawowe prawo miłość powiązaną z wolą przebaczenia wszystkiego, czego doznała świadomość Twoja i innych ludzi, a także przeniknięta wiarą, że taka i tylko taka postawa ma sens, gdyż została wbudowana w Twoją naturę, a ostatecznie potwierdzona wyborem i niezłomną wolą Tego, który wszystko co stwarza wynosi na wyższe poziomy rozwoju, Który zbawia wszystko.


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Pon 14:46, 30 Maj 2016, w całości zmieniany 5 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
juki




Dołączył: 08 Gru 2005
Posty: 186
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Pią 16:02, 03 Cze 2016    Temat postu:

Ciekawa dyskusja!
Tak myślę sobie, że chyba będę miał coś do dodania, bo najpierw byłem katolikiem pojmującym wiarę z czystym sercem dziecka. Potem w wieku ok 12 lat postawiłem pytania światopoglądowe i stopniowo zacząłem cieszyć się wolnością, o której wspominał Pan Michał, aż do momentu, gdy spodobało mi się poważne traktowanie nauki, jako narzędzia do odpowiedzi na pytanie: jak żyć.
Z miną odkrywcy "Ameryki" stałem się agresywnym ateistą z silną potrzebą budowania wspólnego celu dla całej ludzkośici. Do szewskiej pasjii doprowadzałem wspólnie z kolegą szkolnym jednego katolika zaangażowanego w ruch świckich organizacji, który nie mógł sobie pradzić z bardzo prostymi zarzutami przeciwko religii i oczekiwaniu lepszego życia w zaświatach, jako czynnika hamującego postęp integracji ludzkości tu na Ziemi. Wyższość katolicyzmu nad ateizmem próbował on wykazać podczas wspinaczki w Tatrach, gdy wyruszył poszukiwać turystów, którzy nie wrócili z wyprawy wspinaczkowej, a ten bez żadnej asekuracji wszedł na wysokość niebezpieczną i przy schodzeniu odpadł i tak to skończyły się nasze dyskusje o wyższości ateizmu nad nieostrożną miłością katolika. On mówił o miłości bezintersownej, a my ateiści o "wyrachowaniu społecznym". Po śmierci naszego kolegi okazał sie jednak zwycięzcą, bo nasza potrzeba poczucia prawdziwego sensu życia doprowadziła do dalszych poszukiwań i roli lektury książki Tresmontanta,o której już pisałem - zdobyłem pewność istnienia Boga, bo rozum i uczciwość nie pozwalały nam trwać w sprzcznej z faktami i w sobie - apriorycznej doktrynie ateistycznej. Dziś jesteśmy pewni istnienia Boga.
Nie zgadzam się też ze zdaniem P. Michała, że Biblia nie poddaje się weryfikacji i trzeba ją traktować, jak pełną przenośni i symboli poezję. Biblia nie jest księgą naukową, ale jedyną księgą starożytną, której twierdzenie, że jest przekazem natchnionym przez Stwórcę da się w dużym stopniu weryfikować naukowo.
Ponieważ jednak moje poszukiwania argumentów naukowych u zakonników doprowadziły do rozczarowania, bo oni też szli raczej w kierunku poezji i populizmu dającemu im pewność bytu zawodowego. Prawdy racjonalne były dla nich drugorzędne więc zostałem studentem Świadków Jehowy. Miałem przy tym świadomość, że ich doktryna jest otwarta, a to jest pierwsza zasada naukowości: redefiniowanie teorii. Dziś choć jestem świadomy naszych niedoskonałości zostaję Świadkiem Jehowy, bo mam przekonanie, a historia pokazała, że to jedyna religia, która zdała egzamin neutralności politycznej i to w każdym czasie i środowisku.


Ostatnio zmieniony przez juki dnia Pią 16:12, 03 Cze 2016, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Semele




Dołączył: 09 Lis 2014
Posty: 5655
Przeczytał: 87 tematów


Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 15:59, 13 Cze 2016    Temat postu:

zaskakująco duży odsetek ateistów odczuwa dość głęboką wewnętrzną frustrację.

Faktycznie z powodu odrzucenia ich przez katoli. Oraz postrzegania ich jako gorszy sort. dlaczego Jarek nigdy mi nie da żadnego lajka na FB?? Uważa mnie za gorszy sort.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13263
Przeczytał: 58 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 16:18, 13 Cze 2016    Temat postu:

Semele napisał:
zaskakująco duży odsetek ateistów odczuwa dość głęboką wewnętrzną frustrację.

Faktycznie z powodu odrzucenia ich przez katoli. Oraz postrzegania ich jako gorszy sort. dlaczego Jarek nigdy mi nie da żadnego lajka na FB?? Uważa mnie za gorszy sort.

A myślisz, że mnie Jarek lajkuje?...
Ja to z resztą dobrze rozumiem, bo sam mocno niechętnie lajkuję cokolwiek. Uważam to powszechne lajkowanie za formę budowanie jakichś dość dziwacznych i niezbyt sympatycznych zależności, oczekiwań, wymagań (!). Weź mnie podlajkuj, daj mi dowód, że mnie lubisz...
To oczekiwanie objawów sympatii ze strony czyjejkolwiek jest w moim przekonaniu pułapką dla emocji. Ja nie lajkuję m.in. dlatego, że nie chce w drugiej strony wytwarzać wrażenia, iż jest mi zobowiązana "odlajkować się" przy najbliższej okazji.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
JanelleL.




Dołączył: 16 Paź 2014
Posty: 1536
Przeczytał: 11 tematów


Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 4:20, 16 Cze 2016    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:
Semele napisał:
zaskakująco duży odsetek ateistów odczuwa dość głęboką wewnętrzną frustrację.

Faktycznie z powodu odrzucenia ich przez katoli. Oraz postrzegania ich jako gorszy sort. dlaczego Jarek nigdy mi nie da żadnego lajka na FB?? Uważa mnie za gorszy sort.

A myślisz, że mnie Jarek lajkuje?...
Ja to z resztą dobrze rozumiem, bo sam mocno niechętnie lajkuję cokolwiek. Uważam to powszechne lajkowanie za formę budowanie jakichś dość dziwacznych i niezbyt sympatycznych zależności, oczekiwań, wymagań (!). Weź mnie podlajkuj, daj mi dowód, że mnie lubisz...
To oczekiwanie objawów sympatii ze strony czyjejkolwiek jest w moim przekonaniu pułapką dla emocji. Ja nie lajkuję m.in. dlatego, że nie chce w drugiej strony wytwarzać wrażenia, iż jest mi zobowiązana "odlajkować się" przy najbliższej okazji.


No tak, z tymi lajkami :think: to poważny czasem problem jest :wink: :)...ale np. ja sporo lajkuję i wcale nie oczekuję, że ktoś mi się odlajkuje, choć jest i tak czasem, że rzeczywiście jakaś znajoma osoba coś mi zalajkuje i tym mi się "rzuca w oczy", zaglądam na jej profil, a bez tego by mi się może w te oczy nie rzuciła...i kiedy mi się coś spodoba to kliknę "lubię to" ..ale tak naturalnie to się dzieje, bez jakiegoś zobowiązania ... po prostu coś mi się podoba i lajkuję, a to co sama udostępniam nie musi się nikomu podobać, albo znajomi mogą mieć takie podejście jak Pan Michał, dzieci np. nie lajkują rodzicom, bo to obciach...a jak rodzice to już "kontrola rodzicielska" :mrgreen:, mężczyźni kobietom i na odwrót - jak za dużo, to już jakieś podejrzenia, zwłaszcza w kręgu bliskich znajomych, kontrowersyjnych treści też nikt nie zalajkuje, bo to tak jakby się z tym zgadzał ....więc trudno w ogóle oczekiwać takich rzeczy.
Z drugiej strony :think:..... też ktoś sobie może pomyśleć, że jeśli ktoś lajkuje, to się chce w te oczy rzucać i nie w cudzysłowie, a to wcale nie tak .... no więc to rzeczywiście skomplikowana sprawa jest :mrgreen:

Co do samych lajków... nie oszukujmy się, każdy trochę lubi, a przynajmniej od czasu do czasu lubi być lubiany, kiedy dostanie pochwałę jakąś np. :wink: a może i kiedy ma gorszy nastrój ..... i tu w tym temacie na fb jest coś takiego przydatnego jak grupy, gdzie ludzie mają jakieś podobne zainteresowania, czasem zupełnie prozaiczne....można wkleić jakiś obrazek i już wszyscy go lubią :) ...i to jest takie sympatyczne w granicach normy i bez większych zobowiązań jakiegoś na siłę odlajkowania się. Wrzucam obrazek w temacie, który mnie interesuje, jeśli mi się chce....zobaczę co inni wrzucają w tym samym temacie, pokażę jak mam ochotę czy mi się podoba i jeśli tak, to jak bardzo...i to taka miła chwila na "lajka" jest :wink:


Ostatnio zmieniony przez JanelleL. dnia Czw 5:53, 16 Cze 2016, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Jan Lewandowski




Dołączył: 12 Gru 2005
Posty: 2512
Przeczytał: 0 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 7:31, 16 Cze 2016    Temat postu:

Michał Dyszyński napisał:
Ja to z resztą dobrze rozumiem, bo sam mocno niechętnie lajkuję cokolwiek. Uważam to powszechne lajkowanie za formę budowanie jakichś dość dziwacznych i niezbyt sympatycznych zależności, oczekiwań, wymagań (!). Weź mnie podlajkuj, daj mi dowód, że mnie lubisz... To oczekiwanie objawów sympatii ze strony czyjejkolwiek jest w moim przekonaniu pułapką dla emocji. Ja nie lajkuję m.in. dlatego, że nie chce w drugiej strony wytwarzać wrażenia, iż jest mi zobowiązana "odlajkować się" przy najbliższej okazji.


Naprawdę dorabiasz do tego aż taką filozofię? Myślę, że ludzie dziś zbyt poważnie traktują fejsbuk, niemal jak jakąś religię. Stąd okazuje się, że istnieje też i coś takiego jak rytuał lajka. Niektórzy liczą lajki przy każdym poście, patrzą kto jak często im lajkuje i odlajkowują się tylko tym co im lajkują. Traktują też lajka jako zobowiązanie. Gdzie tu sens? Przecież to jakiś absurd. Ja nigdy tak do tego nie podchodziłem. Lajkuję po prostu coś co mi się w danej sekundzie podoba bo do tego właśnie został wynaleziony lajk. Do tego i tylko do tego. Są osoby, którym lajkuję regularnie mimo to, że oni nie zalajkowali mnie chyba nigdy ani razu (nie sprawdzam nawet tego). Czy mam się na nich obrazić, że nigdy mnie nie zalajkowali? Przecież to byłby przejaw niedojrzałości emocjonalnej, zachowanie na poziomie dziecka. Nie wiążę z tym żadnych emocji ani nie wyczytuję z tego niczyjego nastawienia. Po prostu lajk jest dla mnie wyłącznie nastrojem chwili i niczym więcej, a na pewno nie zobowiązaniem. Sam też nie oczekuję lajków, nie patrzę nawet kto dokładnie mi zalajkował, dla mnie instytucja lajka mogłaby równie dobrze nie istnieć i dalej bym się tak samo dobrze bawił. Fejsbuk to tylko zabawa, forma przede wszystkim pamiętnika osobistego, jest dla mnie a nie dla innych i wiązanie z tym jakichkolwiek głębszych emocji uważam za poważny błąd. Profil osobisty powinien być traktowany przede wszystkim jako coś prywatnego a inni są tu jedynie podglądaczami, chcą podglądać to ok, a jak nie chcą to też ok. Bardzo wielu ludzi nie lajkuje po prostu dlatego, że są leniwi albo zwyczajnie nie mają na to czasu. W efekcie po lajku lub jego braku ktoś może wyciągnąć całkowicie błędne wnioski, że nagle stał się nielubiany z jakiegoś powodu przez inną osobę. Tymczasem tej osobie po prostu może zwyczajnie się nie chcieć używać tego instrumentu i nic więcej, zatem wnioski o jakimś braku sympatii wyciągnięte w tym momencie będą całkowicie błędne. W ten sposób czyjeś niedojrzałe podejście do tej sprawy może narobić tylko szkód emocjonalnych lub nawet popsuć relacje, które wcześniej były nienaganne

Ludzie, nie róbmy proszę ołtarzyka z instytucji lajka, ani w ogóle nie przypisujmy temu jakiegoś znaczenia, bo to jest zachowanie na poziomie dziecka :)


Ostatnio zmieniony przez Jan Lewandowski dnia Czw 7:58, 16 Cze 2016, w całości zmieniany 13 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13263
Przeczytał: 58 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 11:13, 16 Cze 2016    Temat postu:

Jan Lewandowski napisał:
Są osoby, którym lajkuję regularnie mimo to, że oni nie zalajkowali mnie chyba nigdy ani razu (nie sprawdzam nawet tego). Czy mam się na nich obrazić, że nigdy mnie nie zalajkowali? Przecież to byłby przejaw niedojrzałości emocjonalnej, zachowanie na poziomie dziecka. Nie wiążę z tym żadnych emocji ani nie wyczytuję z tego niczyjego nastawienia. Po prostu lajk jest dla mnie wyłącznie nastrojem chwili i niczym więcej, a na pewno nie zobowiązaniem. Sam też nie oczekuję lajków, nie patrzę nawet kto dokładnie mi zalajkował, dla mnie instytucja lajka mogłaby równie dobrze nie istnieć i dalej bym się tak samo dobrze bawił.

Ja uważam, że lajk jest użytecznym narzędziem, bo pozwala w prosty sposób wyrazić swoje poparcie, aprobatę dla czyjejść wypowiedzi. Ale też zgadzam się z Tobą też, że lepiej jest nie przywiązywać się do lajków, jakie inni nam dają. To śledzenie, kto co nam podlajkował, jest drogą do ciągłej frustracji, zależności od cudzych kaprysów.
Sam lajkuję raczej rzadko i też nie patrzę, czy ktoś mi lajkuje, gdy ja lajkuję sam. Oczekuję też, że z kolei inne osoby nie będą miały mi za złe brak lajków z mojej strony. Może tego czegoś po prostu nie widziałem, może znam coś podobnego, może nie mam dziś w ogóle nastroju na lajkowanie. Tak to widzę i tak chciałbym być sam widziany.


Ostatnio zmieniony przez Michał Dyszyński dnia Śro 15:26, 17 Sie 2016, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Semele




Dołączył: 09 Lis 2014
Posty: 5655
Przeczytał: 87 tematów


Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 15:10, 17 Sie 2016    Temat postu: Re: Ateizm, a frustracja

Michał Dyszyński napisał:
Od jakiegoś czasu "prześladuje mnie" pewne spostrzeżenie dotyczące znanych mi osób - ateistów. Oto, jakoś tak mi wychodzi (może to przypadek, ale może jednak reguła), że zaskakująco duży odsetek ateistów odczuwa dość głęboką wewnętrzną frustrację.
Po czym to wnioskuję?
- Głównie po stylu wypowiedzi. Po tym jak często wyrażają one gorycz, krytyczne nastawienie, w skrajnych przypadkach wręcz pogardliwe, do ludzi, do zdarzeń, właściwie do całej rzeczywistości.
Wydaje mi się, że takich dość klasycznych frustratów spotyka się znacząco częściej właśnie wśród ateistów, niż wśród ludzi wierzących. Może te moje spostrzeżenie być mylne, może w całej populacji by się nie potwierdziło, może tak na mnie trafiło, że akurat ci ateiści, których znam, okazują swoje sfrustrowane emocje właśnie wobec mnie (może wobec innych ludzi są bardziej pogodni). Poza tym zdaję sobie sprawę, ze wiara nie chroni przed frustracją, a bardziej fanatyczne podejścia, kto wie czy nawet nie pokonują w tym względzie ateistów (te nieliczne kontakty z przekazem RM też chyba ujawniają sporą dawkę frustracji w stylu religijnym). Ale jednak będę się upierał, że u ateistów frustracja jest częstszym zjawiskiem.
Zastanawiałem się, z czego to zjawisko mogłoby wynikać... :think:

Wytłumaczenie jakie mi się wygenerowało wygląda mniej więcej tak:
Początek ateizmu zwykle ma miejsce w latach młodzieńczego buntu, wydobywania się na samodzielność życiową. Młodzi ludzie stwierdzają coś w stylu: nie będą mi jakieś klechy mówiły, co mam w życiu robić, co jest dobre, a co złe. W szczególności te klechy nie będą wymuszały na mnie udziału w nudnych nabożeństwach i zabraniały mi przyjemności, które wyglądają na bardzo atrakcyjne. Więc odrzucamy religię i wreszcie czujemy się WOLNI. Tak, oto teraz jesteśmy wolni od nakazów, łajania, mówienia co wolno, a czego nie wolno.
A frustracja?... Skąd ona?
To za chwilę. Zastanówmy się najpierw co jest najbardziej typowym źródłem frustracji w ogóle. Nie trzeba być wielkim psychologiem, aby z grubsza opisać takie sytuacje - dotyczą one zwykle konfrontacji naszych jakichś (ważnych dla nas) oczekiwań, pragnień, z rzeczywistością, która nam spełnienia odmawia. Sfrustrowani czują się pracownicy, którym odmawia się podwyżki, dzieci, które nie dostały zabawki, czy każdy z nas, którym czegoś tam odmówiono.

Wracam do psychoanalizy ateistów.
Ateista, teoretycznie, po odrzuceniu niemiłych nakazów religii powinien czuć się świetnie. I pewnie na początku nawet tak jest - oto mamy kolejne niedziele, kiedy nie trzeba chodzić na mszę, oto poznajemy kolejnych atrakcyjnych partnerów do seksu, oto każdemu, który nam coś zechce (moralnie) nakazywać z satysfakcją pokazujemy środkowy palec...
Problem w tym, że to działa do pewnego czasu, a potem powszednieje. Jak się na mszy nie było od 10 lat, to już nie czuje się tej przyjemności, że się "nie musi". Ano się nie musi, od lat się nie musi, więc tu nic nowego. Seks bez ograniczeń okazuje się mieć też różne ograniczenia - wszak im więcej partnerów, tym więcej rozstań - im więcej przyjemności poznwania się i zdobywania nawzajem, tym więcej goryczy rozstania... Do tego nakazy i zakazy wcale tak zupełnie nie znikają - świeckie prawo działa dalej, różne niepisane normy środowiskowe, społeczne potrafią związać nam ręce i wolność w stopniu wcale nie mniejszym, niż zakazy religijne. Więc po jakimś czasie ateista przekonuje się, że wcale nie trafił do krainy szczęśliwości. Jest, jak jest... czyli... noooo, tak sobie...
Dochodzi do tego aspekt światopoglądowy, emocjonalny. Ateizm daje nam z grubsza taki oto przekaz: to co z ducha, to mrzonka (a w ogóle to duchów nie ma), prawdziwa i do końca ważna jest tylko materia, a my, jako my - czyli nasze myśli, pragnienia, uczucia, marzenia, największe nawet ideały po prostu znikniemy bezpowrotnie. My tu nie jesteśmy ważni. Wszystko to marność, ulotność...
Zaraz, ale to przecież religia zawsze mówiła, że ta doczesność to marność!... No tak, tutaj ateista dojdzie do tego samego wniosku od drugiej strony - tyle, że dla ateisty wygraną jest materia, ona - ta bezosobowa, ta w sumie nijaka - wygrywa wyścig do ważności. Teiści też powiedzą, że to życie doczesne to marność, ale widzą jakąś perspektywę na przyszłość. Poza tym marzenia, świat duchowy dla teisty je...


Michał patrząc na ilość sfrustrowanych ludzi w Polsce , zastanawiam się czy tu żyją jacyś teiści :wink:
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Semele




Dołączył: 09 Lis 2014
Posty: 5655
Przeczytał: 87 tematów


Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 15:13, 17 Sie 2016    Temat postu:

JanelleL. napisał:
Michał Dyszyński napisał:
Semele napisał:
zaskakująco duży odsetek ateistów odczuwa dość głęboką wewnętrzną frustrację.

Faktycznie z powodu odrzucenia ich przez katoli. Oraz postrzegania ich jako gorszy sort. dlaczego Jarek nigdy mi nie da żadnego lajka na FB?? Uważa mnie za gorszy sort.

A myślisz, że mnie Jarek lajkuje?...
Ja to z resztą dobrze rozumiem, bo sam mocno niechętnie lajkuję cokolwiek. Uważam to powszechne lajkowanie za formę budowanie jakichś dość dziwacznych i niezbyt sympatycznych zależności, oczekiwań, wymagań (!). Weź mnie podlajkuj, daj mi dowód, że mnie lubisz...
To oczekiwanie objawów sympatii ze strony czyjejkolwiek jest w moim przekonaniu pułapką dla emocji. Ja nie lajkuję m.in. dlatego, że nie chce w drugiej strony wytwarzać wrażenia, iż jest mi zobowiązana "odlajkować się" przy najbliższej okazji.


No tak, z tymi lajkami :think: to poważny czasem problem jest :wink: :)...ale np. ja sporo lajkuję i wcale nie oczekuję, że ktoś mi się odlajkuje, choć jest i tak czasem, że rzeczywiście jakaś znajoma osoba coś mi zalajkuje i tym mi się "rzuca w oczy", zaglądam na jej profil, a bez tego by mi się może w te oczy nie rzuciła...i kiedy mi się coś spodoba to kliknę "lubię to" ..ale tak naturalnie to się dzieje, bez jakiegoś zobowiązania ... po prostu coś mi się podoba i lajkuję, a to co sama udostępniam nie musi się nikomu podobać, albo znajomi mogą mieć takie podejście jak Pan Michał, dzieci np. nie lajkują rodzicom, bo to obciach...a jak rodzice to już "kontrola rodzicielska" :mrgreen:, mężczyźni kobietom i na odwrót - jak za dużo, to już jakieś podejrzenia, zwłaszcza w kręgu bliskich znajomych, kontrowersyjnych treści też nikt nie zalajkuje, bo to tak jakby się z tym zgadzał ....więc trudno w ogóle oczekiwać takich rzeczy.
Z drugiej strony :think:..... też ktoś sobie może pomyśleć, że jeśli ktoś lajkuje, to się chce w te oczy rzucać i nie w cudzysłowie, a to wcale nie tak .... no więc to rzeczywiście skomplikowana sprawa jest :mrgreen:

Co do samych lajków... nie oszukujmy się, każdy trochę lubi, a przynajmniej od czasu do czasu lubi być lubiany, kiedy dostanie pochwałę jakąś np. :wink: a może i kiedy ma gorszy nastrój ..... i tu w tym temacie na fb jest coś takiego przydatnego jak grupy, gdzie ludzie mają jakieś podobne zainteresowania, czasem zupełnie prozaiczne....można wkleić jakiś obrazek i już wszyscy go lubią :) ...i to jest takie sympatyczne w granicach normy i bez większych zobowiązań jakiegoś na siłę odlajkowania się. Wrzucam obrazek w temacie, który mnie interesuje, jeśli mi się chce....zobaczę co inni wrzucają w tym samym temacie, pokażę jak mam ochotę czy mi się podoba i jeśli tak, to jak bardzo...i to taka miła chwila na "lajka" jest :wink:


limity limity limity.. fajny post!! pozdrawiam. może warto aby kobiety na tym forum trochę trzymały się razem. Nawet różnych sortów :wink:
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13263
Przeczytał: 58 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 15:27, 17 Sie 2016    Temat postu: Re: Ateizm, a frustracja

Semele napisał:
Michał patrząc na ilość sfrustrowanych ludzi w Polsce , zastanawiam się czy tu żyją jacyś teiści :wink:

A co ma bycie sfrustrowanym od teizmu?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Semele




Dołączył: 09 Lis 2014
Posty: 5655
Przeczytał: 87 tematów


Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 16:23, 17 Sie 2016    Temat postu: Re: Ateizm, a frustracja

Michał Dyszyński napisał:
Semele napisał:
Michał patrząc na ilość sfrustrowanych ludzi w Polsce , zastanawiam się czy tu żyją jacyś teiści :wink:

A co ma bycie sfrustrowanym od teizmu?

A co ma do ateizmu.
Napisałeś , że każdy ateista to frustrat - patrz temat, który założyłeś.
Zapomniałeś co napisałeś?
Pozwolę sobie złożyć uwagę. To nie jest forum chrześcijańskie. dlaczego stosowany jest tutaj parytet i nierówne traktowanie użytkowników?

Tutaj do posłuchania dałam tez na kretowisko.

https://youtu.be/UhrEixgYHkk

Dzięki za obronę przed krwiożerczym Lewandowskim.


:szacunek:
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Semele




Dołączył: 09 Lis 2014
Posty: 5655
Przeczytał: 87 tematów


Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 16:25, 17 Sie 2016    Temat postu:

Michał napisałeś: że zaskakująco duży odsetek ateistów odczuwa dość głęboką wewnętrzną frustrację.

Masz statystykę?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Azael




Dołączył: 03 Cze 2016
Posty: 325
Przeczytał: 9 tematów


Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 20:50, 25 Lis 2018    Temat postu:

Cytat:
Nie dziwię się więc frustracji ateistów. To faktycznie nie jest zbyt komfortowa emocjonalnie sytuacja - wciąż czuć się jako ktoś nieważny, jako przelotne mignięcie w wielomiliardowej historii wszechświata - mignięcie bez znaczenia.


Weź się obudź. Myślisz, że ty i reszta wyznawców, jesteś ważny dla swojego Boga nawet jeśli istnieje? Jako wszechmogący pozwala, by na tym świecie powszechne były kataklizmy zabierające dzieci rodzicom i odwrotnie. Jeśli tak wygląda miłość tego boga do ludzi, to naprawdę trzeba się zastanowić, czy warto zbliżać się do Jahwe/Jezusa/Ducha na wieczność, z której być może nie ma wyjścia. Skoro tutaj jest on wobec ludzi obojętny to nie masz gwarancji, co będzie po drugiej stronie, choć piszesz jakby założenie sobie Boga tą gwarancję automatycznie niosło.

Co do sensu i frustracji: Sensów życia jest wiele. Wymienię te główne.
Oksytocyna.
Serotonina.
Dopamina.
Endorfiny.

Fakt, ze ateista na ogół nie wierzy, że jest uniwersalny sens życia, może poza rozmnażaniem się i przedłużaniem gatunku, a takimi nas stworzyła natura. Sami nadajemu temu życiu sens, my sami dla siebie tworzymy sens życia. Nie ważne, czy to jest tworzenie sztuki, uczenie się czegoś nowego, odkrywanie wszechświata, pomoc innym ludziom czy zwierzętom i w ogóle zmienianie świata na lepsze... I to jest w tym najlepsze, że sami tworzymy sens życia, nikt ani nic nie musi nam mówić jak mamy żyć aby to życie miało sens bo sami jesteśmy panami swego życia i sami mu nadajemy sens. Czerpiemy przyjemności z doczesnego życia w tym znajdujemy zaspokojenie i sens przemijalności: w nowej technologii, w materializmie, pożądliwości, rozrywkach, nauce…

Poza tym nie podzielam przekonania o frustracji. Jeszcze lepiej mi się żyje ze świadomością, że po śmierci będzie jak przed narodzinami czyli nic. Załóżmy, że jutro pokłócę się z kilkoma bliski mi osobami, a może nawet nieco dalszymi to ja uświadamiam sobie, że jeśli nie postaram się naprawić tych relacji w miarę szybko to mogę nie mieć już takiej okazji nigdy, bo jestem świadom, że nie wiadomo kiedy przyjdzie koniec życia doczesnego. A gdybym miał teistyczne przeświadczenie, że jutro się z kimś pokłócę, a w razie czego mogę naprawę relacji odłożyć na bok i przez następne kilkadziesiąt lat w ogóle tą sprawą się nie zajmę i potem po śmierci będę miał jeszcze kolejną okazję, a tak w ogóle to jakiś bóg naprawi moją relację, bo byłem na tyle dobry w życiu, ze bóg naprawi moją i drugiej strony relację i to bóg mi przebaczy, że zgrzeszyłem wobec bliskiej osoby i jak ja przeproszę boga, a nie osobę z którą się pokłóciłem to.. wszystko będzie dobrze, bo bóg jest miłością.

Paradoksalnie żyje mi się o wiele lepiej, gdy autentycznie żyje tu i teraz, wiem że moje życie jest jedno i się skończy, bo tym samym każda sekunda jest dla mnie wyjątkową sekundą, bo już nigdy w życiu nie powtórzy się. Więc żyje się znakomicie ze świadomością, że dalej nic nie ma. Wtedy życie naprawdę zaczyna smakować.


Ostatnio zmieniony przez Azael dnia Nie 20:52, 25 Lis 2018, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Dyskurs




Dołączył: 29 Wrz 2015
Posty: 8252
Przeczytał: 76 tematów

Skąd: Little Rhody, USA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 22:11, 25 Lis 2018    Temat postu:

Azael napisał:
Cytat:
Nie dziwię się więc frustracji ateistów. To faktycznie nie jest zbyt komfortowa emocjonalnie sytuacja - wciąż czuć się jako ktoś nieważny, jako przelotne mignięcie w wielomiliardowej historii wszechświata - mignięcie bez znaczenia.


Weź się obudź. Myślisz, że ty i reszta wyznawców, jesteś ważny dla swojego Boga nawet jeśli istnieje? Jako wszechmogący pozwala, by na tym świecie powszechne były kataklizmy zabierające dzieci rodzicom i odwrotnie. Jeśli tak wygląda miłość tego boga do ludzi, to naprawdę trzeba się zastanowić, czy warto zbliżać się do Jahwe/Jezusa/Ducha na wieczność, z której być może nie ma wyjścia. Skoro tutaj jest on wobec ludzi obojętny to nie masz gwarancji, co będzie po drugiej stronie, choć piszesz jakby założenie sobie Boga tą gwarancję automatycznie niosło.

Co do sensu i frustracji: Sensów życia jest wiele. Wymienię te główne.
Oksytocyna.
Serotonina.
Dopamina.
Endorfiny.
Yikes :)

Oksytocyna = hormon
Serotonina = przekaźnik chemiczny w ludzkim systemie nerwowym
Dopamina = neurotransmiter
Endorfiny = hormony mozgu i systemu nerwowego

Azael napisał:
Fakt, ze ateista na ogół nie wierzy, że jest uniwersalny sens życia, może poza rozmnażaniem się i przedłużaniem gatunku, a takimi nas stworzyła natura. Sami nadajemu temu życiu sens, my sami dla siebie tworzymy sens życia. Nie ważne, czy to jest tworzenie sztuki, uczenie się czegoś nowego, odkrywanie wszechświata, pomoc innym ludziom czy zwierzętom i w ogóle zmienianie świata na lepsze... I to jest w tym najlepsze, że sami tworzymy sens życia, nikt ani nic nie musi nam mówić jak mamy żyć aby to życie miało sens bo sami jesteśmy panami swego życia i sami mu nadajemy sens. Czerpiemy przyjemności z doczesnego życia w tym znajdujemy zaspokojenie i sens przemijalności: w nowej technologii, w materializmie, pożądliwości, rozrywkach, nauce…
W konsumpcji sensu życia nie znajdziesz. Spójrz na plejadę samobójstw w gronie celebrytow.

Azael napisał:
Poza tym nie podzielam przekonania o frustracji. Jeszcze lepiej mi się żyje ze świadomością, że po śmierci będzie jak przed narodzinami czyli nic.
Nic to w tym kontekście szeroki termin, bo życie na świecie będzie się toczyć nadal tylko nie będzie istniał inteligentny "ekosystem" znany obecnie jako Azael aby rejestrować bodźce, analizować, wyciągać wnioski i się nimi tu, między innymi, dzielić.

Azael napisał:
Załóżmy, że jutro pokłócę się z kilkoma bliski mi osobami, a może nawet nieco dalszymi to ja uświadamiam sobie, że jeśli nie postaram się naprawić tych relacji w miarę szybko to mogę nie mieć już takiej okazji nigdy, bo jestem świadom, że nie wiadomo kiedy przyjdzie koniec życia doczesnego. A gdybym miał teistyczne przeświadczenie, że jutro się z kimś pokłócę, a w razie czego mogę naprawę relacji odłożyć na bok i przez następne kilkadziesiąt lat w ogóle tą sprawą się nie zajmę i potem po śmierci będę miał jeszcze kolejną okazję, a tak w ogóle to jakiś bóg naprawi moją relację, bo byłem na tyle dobry w życiu, ze bóg naprawi moją i drugiej strony relację i to bóg mi przebaczy, że zgrzeszyłem wobec bliskiej osoby i jak ja przeproszę boga, a nie osobę z którą się pokłóciłem to.. wszystko będzie dobrze, bo bóg jest miłością.
Bez względu na wyznanie lub jego brak, człowiek jest stworzenime stadnym i zburzone relacje będą powodować stres i u wyznającego religię i u ateisty. Kwestią jest czy ta osoba jest introwertykiem i jej to nie będzie tak "uwierać", bo preferuje spedzac czas z samym soba czy ekstrawertykiem, ktory głośno myśli i mówi bez przemyślenia o czym głośno myśli - a to może być powodem dodatkowego stresu.

Azael napisał:
Paradoksalnie żyje mi się o wiele lepiej, gdy autentycznie żyje tu i teraz, wiem że moje życie jest jedno i się skończy, bo tym samym każda sekunda jest dla mnie wyjątkową sekundą, bo już nigdy w życiu nie powtórzy się. Więc żyje się znakomicie ze świadomością, że dalej nic nie ma. Wtedy życie naprawdę zaczyna smakować.
Taka "duchowość" egoistycznej natury - ale ego ludzkie ubierze się w różne "piórka" aby "mój jest większy niż twój" udowodnić :)
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Michał Dyszyński




Dołączył: 04 Gru 2005
Posty: 13263
Przeczytał: 58 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 23:40, 25 Lis 2018    Temat postu:

Semele napisał:
Michał napisałeś: że zaskakująco duży odsetek ateistów odczuwa dość głęboką wewnętrzną frustrację.

Masz statystykę?

Tak prywatnie, nienaukowo, patrząc po znajomych.


Azael napisał:
Co do sensu i frustracji: Sensów życia jest wiele. Wymienię te główne.
Oksytocyna.
Serotonina.
Dopamina.
Endorfiny.

Jak dla mnie to niesatysfakcjonujące. I trudno jest mi wyobrazić sobie jakąś trwałą satysfakcję osiąganą metodami chemicznymi. Może jakaś część ludzi ma na tyle niskie wymagania duchowe względem siebie, że wystarczy im, że się raz na jakiś czas nawalą, dadzą sobie w żyłę, albo dopakują inną chemią, że stanie się to dla nich ostatecznym spełnieniem. Ale obawiam się, że takie ubóstwo emocjonalno - duchowe będzie rzadkim przypadkiem.


Azael napisał:
Czerpiemy przyjemności z doczesnego życia w tym znajdujemy zaspokojenie i sens przemijalności: w nowej technologii, w materializmie, pożądliwości, rozrywkach, nauce…

Przyjemności to jedno, a spełnienie na poziomie duchowym, to drugie. Nie przeczę, że da się czerpać przyjemności z tego, co wyżej wymieniłeś. Jak najbardziej się da. Ale chodzi mi o coś innego. Może to źle tłumaczę, może nie mam się do czego odwołać, bo tego nie odczułeś, nie wiem...


Azael napisał:
Poza tym nie podzielam przekonania o frustracji. Jeszcze lepiej mi się żyje ze świadomością, że po śmierci będzie jak przed narodzinami czyli nic. Załóżmy, że jutro pokłócę się z kilkoma bliski mi osobami, a może nawet nieco dalszymi to ja uświadamiam sobie, że jeśli nie postaram się naprawić tych relacji w miarę szybko to mogę nie mieć już takiej okazji nigdy, bo jestem świadom, że nie wiadomo kiedy przyjdzie koniec życia doczesnego. A gdybym miał teistyczne przeświadczenie, że jutro się z kimś pokłócę, a w razie czego mogę naprawę relacji odłożyć na bok i przez następne kilkadziesiąt lat w ogóle tą sprawą się nie zajmę i potem po śmierci będę miał jeszcze kolejną okazję, a tak w ogóle to jakiś bóg naprawi moją relację, bo byłem na tyle dobry w życiu, ze bóg naprawi moją i drugiej strony relację i to bóg mi przebaczy, że zgrzeszyłem wobec bliskiej osoby i jak ja przeproszę boga, a nie osobę z którą się pokłóciłem to.. wszystko będzie dobrze, bo bóg jest miłością.

To akurat uważam za cenną i ważną uwagę, a także - zawartą tu w części - zasadną krytykę religii. Taki efekt występuje, że jakaś część (!) ludzi pojmuje religię jako pewien szczególny nakaz braku samodzielności w działaniu, że może nie wolno im samodzielnie decydować, bo przecież trzeba być posłusznym Bogu. Myślę, że wiele osób buduje sobie usprawiedliwienia dla swojej gnuśności, czy małości motywacji opierając się na konieczności bycia posłusznym, a nie tym, który coś tam (może jakoś w przekonaniu o własnych kompetencjach, wynikłych z pychy) sam sobie zaplanował i teraz to realizuje.


Azael napisał:

Paradoksalnie żyje mi się o wiele lepiej, gdy autentycznie żyje tu i teraz, wiem że moje życie jest jedno i się skończy, bo tym samym każda sekunda jest dla mnie wyjątkową sekundą, bo już nigdy w życiu nie powtórzy się. Więc żyje się znakomicie ze świadomością, że dalej nic nie ma. Wtedy życie naprawdę zaczyna smakować.

Ten efekt niewątpliwie też wystąpi. Może Ciebie to jakoś doprowadzi do spełnienia życiowego. Ale na ile trwałego?...
I czy tak samo będzie w przypadku innych ludzi?...
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ŚFiNiA Strona Główna -> Religie i wyznania Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony 1, 2, 3  Następny
Strona 1 z 3

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin